Jak da się zauważyć, przy przeglądaniu mojego bloga, chusty robię rzadko. Ale z powodu wyjątkowo dużej liczby deszczowych i szarych dni kupiłam kurtkę, czarną z kapturem, i okazało się że jest ona wykończona po całości szaro-siną lamówką (czego na fotkach przed kliknięciem kupuj nie dostrzegłam). Nie jest to jakiś wielki problem uniemożliwiający korzystanie z okrycia wierzchniego, ale po przejrzeniu posiadanych szyjogrzejów doszłam do wniosku że żaden mi kolorystycznie do nowego odzienia, czy też raczej jego wykończenia, nie pasuje. To że kurtkę można swobodnie nosić bez owijaczy naszyjnych nie ma najmniejszego znaczenia, gdyż czuję bardzo silny wewnętrzny imperatyw każący mi się czymś omotać w sezonie grypowym tj. przejściowym (i zimowym też). Powodowana tym przymusem rzuciłam w kąt dziergany właśnie kolejny sweterek i gdy za oknem wiało lało i szarzało, wyprodukowałam chustę. Jak się ona komponuje z wspomnianą kurtką zaprezentować nie mogę bo z wieszakiem i ścianą nie chcą obie na raz współpracować a na zewnątrz aktualnie nastała przepiękna złota jesień i temperatura przekracza 20 stopni więc... będzie dużo zdjęć plenerowych chociaż innych niż w pierwotnych zamierzeniach ;)



Nazwy dla ravelry długo nie mogłam wymyślić ze względu na multum skojarzeń, ostatecznie to celtica neo gothica ze względu na celtycki warkocz neogotyckie łuki i ten lekko depresyjny psychodeliczny siny fiolet niczym z moich ulubionych mrocznych
grafik Liliany Sanches ;)
Pierwotny pomysł na zdjęcia był inny, miało być szaro buro i mrocznie ponuro na tle jakieś ruiny, może nie w moich starach gotyckich ciuchach, ale w takim klimacie. I na pewno w kurtce z kapturem, lecz pogoda się zmieniła (z czego bardzo się cieszę żeby nie było, tym bardziej że jesienią mogę nareszcie do woli łazić po polach i lasach bez ryzyka ataku astmatyczno-alergicznego). Fotki więc powstały na spacerze, na tle radosnego jesiennego zagajnika, na peryferiach miasta tuż za ogródkami działkowymi. I tylko nie wiem dlaczego napotkani ludzie nieco dziwnie patrzyli na dwójkę +/- czterdziestolatków którzy zamiast patrzeć pod nogi i szukać maślaków obwieszali czymś zarośla i to obfotografowywali... ale może tylko mi się wydawało ;)
Robiąc tą chustę złamałam chyba większość zasad dotyczącą tego typu wyrobów.
Po pierwsze chusta powstała ze starego skrzypiącego akrylu, zdecydowanie starszego ode mnie, takiego który ma z pół wieku albo i więcej, i był już w swym "życiu" swetrami, kamizelkami, tunikami, golfami oraz innymi rzeczami, jednakże nadal "trzyma się" nieźle i wieku po nim nie widać i mimo wydawania cichutkich dźwięków przy przerabianiu jest całkiem miękki i miły.
Po drugie zamiast wyprostować włóczkę to przed dzierganiem to uprałam tunikę (ostatnią inkarnację chusty) a gdy wyschła to ją sprułam i z takiej karbowanej nitki dziergałam uznając że przy warkoczach i ściegu francuskim tak nie będzie tego widać (i miałam racje oczka są dość równe chociaż się zupełnie nie starałam).
Po trzecie postanowiłam części szarego akrylu nadać odcień sinego fioletu. Nie ważne że sztucznych włókien się nie farbuje, i tak nie miałam zamiaru kupować barwników, tylko użyłam do zmiany koloru kilku kropel gencjany z domowej apteczki (skoro dziewczyny farbują tym włosy to dlaczego by akryl miał się opierać). Barwnika w żaden sposób nie utrwalałam, ot wsadziłam część włóczki do fioletowej wody, wycisnęłam, raz wypłukałam, wysuszyłam na kaloryferze i przerabiałam, a przy dzierganiu dłoni mi nie zafarbowało.
Po czwarte nie zamierzałam chusty blokować ani nawet prać po zrobieniu, tylko lekko przeprasowałam na sucho, więc wzór który wybrałam musiał być odpowiedni, warkocz taki który może być symetrycznym a do tego bordiura miała mieć rogi, i dodatkowo zamiast pikotków wymyśliłam sobie jeszcze frędzle ;)
I po piąte rzędy skrócone którymi kształtowałam łagodne łuki rogala były robione tak by wykorzystać całość zafarbowanej włóczki i jednocześnie nie zrobić chusty giganta ogrzewającej plecy po pośladki, tylko taki raczej szerszy szalik, do zamotania.



Technicznie. Pomysł mój, wzór warkoczy którego użyłam znajdziecie
tutaj troszkę go zmieniłam, u mnie jest on symetryczny tzn 6.5 motywów zaplatanych w jedną stronę i 6.5 w drugą (widać ten moment zmiany to na zdjęciu powyżej jak się dobrze przypatrzeć) plus po dostosowanym motywie łuków gotyckich na rogi (jeden powstał od razu a drugi dorobiłam wypruwając pierwszy rządek ozdobnego pasa bo mi się nie chciało przecież oczek nabrać na szydełkowy łańcuszek czy też raczej tego łańcuszka zrobić). Poza celtyckim warkoczem są jeszcze "japońskie saneczki", a frędzle to pikotki na 13 oczek ;) Cała bordiura ma 55 oczek szerokości co daje około 17cm, bez naciągania, na drutach numer 3. Jej długość to mniej więcej 2 metry i 252 oczka bocznego łańcuszka pod które się wkuwałam by dorobić rogala i 252 frędzle na dole (liczyłam!). Pikotko-dzyndzelki dodatkowo ozdobiłam szydełkowym łańcuszkiem z farbowanej partii włóczki po skończeniu cześć głównej chusty (dzierganej na drutach nr 3.5, ściegiem francuskim, rzędami skróconymi co 10, 9, 8, 7, 6, 5x6, 4x8, 3x8 oczek) i zamykanej na górze dwoma rzędami pół łańcuszków. Wysokość chusto-szala po prasowaniu to około 40cm, długość górnej krawędzi około 1,5 metra. Ilości zużytej włóczki nie jestem w stanie podać ale pikotko-frędzle i warkocze są włóczkożerne, z tuniki bez rękawów do połowy uda nie zostało prawie nic, a użyta włóczka ma grubość mniej więcej podwójnego lacea..
Do kompletu jeszcze zdjęcia naludziowe jesienne, nie regulujcie monitorów, po prostu niemal zawsze mam idiotyczną minę na fotkach, na żywo wyglądam ponoć całkiem normalnie.... (albo mi czegoś znajomi nie mówią a obcy ludzie patrzyli przecież jakoś dziwnie hm...) :D
I to tyle o wyrobie chusto podobnym na drutach dzierganym z niesfotografowaną kurtką i jej lamówką komponowanym ;)
Pozdrawiam ciepło i słonecznie, i życzę Wam oraz sobie żeby złota jesień trwała jak najdłużej!