Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krajewski Marek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krajewski Marek. Pokaż wszystkie posty

7 września 2015

Koniec świata w Breslau - Marek Krajewski


Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 312
Rok pierwszego wydania: 2003

Kiedy dopiero zaczynałam swoją przygodę z blogowaniem, a co za tym idzie bardziej świadomym doborem lektur, jednym z „gorących” nazwisk wśród polskich pisarzy kryminałów był Marek Krajewski. Skuszona licznymi pochwałami wygłaszanymi przez sympatyków cyklu o Eberhardzie Mocku, zdecydowałam się wówczas na przeczytanie pierwszego tomu. Niestety spotkanie z twórczością wrocławskiego literata było średnio udane, ponieważ Śmierć w Breslau nie wywarła na mnie spodziewanego wrażenia. Odebrałam tę powieść jako dość przeciętną historię kryminalną, która broni się zapadającą w pamięć kreacją najważniejszego bohatera oraz przekonującą charakterystyką tytułowego miasta i życia jego mieszkańców w latach 30. XX wieku. Z tego względu zamiast rezygnować z dalszego zgłębiania spraw prowadzonych przez Mocka, postanowiłam zrobić przerwę i dopiero za jakiś czas wrócić do czytania książek z nim w roli głównej. Od tamtej pory minęło pięć lat i w zasadzie niewiele się zmieniło. Pan Marek Krajewski nadal należy do grona cenionych i poważanych autorów, a ja znów jestem niezbyt zadowolona z jego powieści, bo Koniec świata w Breslau podobał mi się jeszcze mniej niż debiutancki tytuł.

Główne zastrzeżenie mam do intrygi kryminalnej, która wcale nie wysuwa się w tym dziele na pierwszy plan, ponieważ zostaje przyćmiona przez wątki obyczajowe koncentrujące się na nieudanym życiu prywatnym radcy kryminalnego Eberharda Mocka. Oczywiście pojawiają się morderstwa i muszę przyznać, że trup ściele się całkiem gęsto, dlatego że na terenie miasta działa seryjny morderca. Na dodatek zbrodniarz jest na tyle zuchwały, że zostawia policjantom wskazówki pozwalające połączyć ze sobą kilka spraw i domyślić się, że ta sama osoba odpowiada za śmierć bezrobotnego ślusarza, muzyka pracującego w Domu Koncertowym, jak i zamożnego senatora. Jednak cóż z tego skoro prowadzący śledztwo nie wydaje się specjalnie zainteresowany swoimi obowiązkami. Niby zastanawia się, co łączy ofiary, jaki jest motyw zabójcy i kiedy zostanie odkryte kolejne ciało, ale w praktyce niewiele robi, by wytropić mordercę. Mock pracuje zrywami. Co jakiś czas wpada na pomysł wart rozwinięcia i przez dzień lub dwa podąża za tropem, ale później jego uwagę zaprzątają albo alkoholowe ekscesy, albo małżeńskie kłopoty i dochodzenie przestaje się liczyć.

Przeszkadzało mi spychanie wątku kryminalnego na margines, zwłaszcza, że początkowo poczynania mordercy wydają się naprawdę interesujące. Zbrodnie popełnione w różnych zakątkach miasta są brutalne, przemyślane i prowokują do wysnucia wniosków, że wkrótce na mieszkańców spadnie coś jeszcze gorszego i bardziej przerażającego. Szkoda tylko, że takie wrażenie miałam jedynie przez kilkadziesiąt pierwszy stron. Później całe napięcie uleciało wraz z licznymi fragmentami poświęconymi temu, co główny bohater spożywa, gdzie się upija do nieprzytomności i dlaczego w ogóle nie dogaduje się z młodszą o dwadzieścia lat żoną. Eberhard Mock zajmuje się wszystkim tylko nie pracą i to jest dla mnie główna wada powieści. Lubię jak częścią fabuły kryminału są informacje o życiu prywatnym protagonisty, bo to w oczywisty sposób wpływa na wizerunek postaci, pozwala lepiej zrozumieć jej charakter itd., ale u Krajewskiego tych kwestii obyczajowych jest zdecydowanie zbyt wiele. Nieudane małżeństwo, nieposłuszny bratanek, problemy z podwładnymi, alkohol – wszystko to odciąga radcę od zadań, a czytelnika od teoretycznie najważniejszego elementu książki, czyli popełnionych morderstw. Na dodatek autor często powtarza opisy tych samych czynności, którym oddaje się Mock. Wiele razy czytałam więc o paleniu papierosów, wkładaniu skacowanej głowy pod kran, a także włóczeniu się po różnego rodzaju restauracjach i szynkach.

Nie mogę jednak odmówić autorowi zapadającej w pamięć kreacji głównego bohatera. W moim przekonaniu rady kryminalnego nie da się obdarzyć sympatią ze względu na jego karygodne zachowanie zarówno w stosunku do żony, jak i podwładnych czy podejrzanych. Eberhard Mock nie stroni bowiem od przemocy, alkoholu i niezgodnych z prawem metod śledczych, takich jak chociażby szantaż czy zastraszanie. Naturalnie nie tylko u Krajewskiego policjant zachowuje się nieregulaminowo czy niemoralnie, ale zazwyczaj tego wymaga sytuacja i jestem w stanie zrozumieć, że śledczemu puszczają nerwy w momencie przesłuchiwania pedofila czy wielokrotnego mordercy. Jednak mężczyzna wyróżnia się na tle innych postaci detektywów, ponieważ on nie traci kontroli nad sobą tylko po prostu taki właśnie jest. Portret brutalnego, odpychającego, pozbawionego zdolności empatycznych bohatera udał się Krajewskiemu doskonale. Dzięki tym wszystkim obrzydliwym cechom połączonym z zaskakującą miłością do klasycznych dzieł literackich, Mock jest dla mnie jednym z bardziej wyrazistych protagonistów. Chętnie poznałabym jego przeszłość, żeby dowiedzieć się, jakie wydarzenia ukształtowały zdemoralizowanego radcę, więc chyba będę musiała skusić się na lekturę kolejnych części, ponieważ pisarz cofa się w opowiadaniu historii policjanta i jego żmudnej drogi na szczyt kariery.

Na uwagę zasługuje także bardzo dokładne przedstawienie miasta u progu lat 30. XX wieku. Widać, że autor ma ogromną wiedzę na ten temat, więc bez trudu przenosi odbiorcę do czasów, gdy Wrocław nie należał do Polski. Odwzorowuje topografię wraz z ówczesnymi nazwami ulic, zabiera czytelnika w niedostępne zwykłemu człowiekowi miejsca, jak chociażby tajne kasyna czy też lokale, w których spotykają się członkowie mniej lub bardziej podejrzanych stowarzyszeń, a także kreśli wiarygodny obraz przekroju społeczeństwa składającego z zamożnych elit, ciężko pracujących kupców i rzemieślników, ale też godnych pożałowania drobnych przestępców. Tak wiarygodne tło historyczne stanowi dużą zaletę powieści, więc tym bardziej żałuję, że fabuła okazała się przeciętna. Podejrzewam, że za parę tygodni będę miała problem z przypomnieniem sobie, o czym właściwie opowiada Koniec świata w Breslau, ale jestem przekonana, że nie zapomnę postaci głównego bohatera oraz atmosfery miasta, więc prawdopodobnie jeszcze spotkam się z twórczością Marka Krajewskiego. 

Ocena: 3 / 6

Cykl "Eberhard Mock" 

3. Widma w mieście Breslau
4. Festung Breslau
5. Dżuma w Breslau
6. Głowa Minotaura
7. Rzeki Hadesu

15 listopada 2010

Marek Krajewski- Śmierć w Breslau



Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 256

Według moich obserwacji policjanci w powieściach dzielą się zazwyczaj na dwa typy. Pierwszy to altruistyczny bohater, gotów poświęcić samego siebie by rozwiązać sprawę, ocalić niedoszłą ofiarę itp. Drugi typ to nieco zgorzkniały, cyniczny, ciężko doświadczony przez życie mężczyzna, ale w głębi serca wrażliwy i choć czasem łamie przepisy, to zawsze robi to w szczytnym celu.

Główny bohater powieści Marka Krajewskiego wymyka się tym uogólnieniom i zupełnie nie odpowiada wyobrażeniom o godnym podziwu stróżu prawa. Mock (bo o nim mowa) pozbawiony jest wszelkich skrupułów i zasad moralnych- hołduje metodzie zbierania „haków” na współpracowników i konsekwentnego „zaciskania imadła”, aby zmusić ich do wykonywania poleceń.

Akcja powieści rozgrywa się na początku lat trzydziestych XX wieku (choć nieliczne epizody maja miejsce w latach pięćdziesiątych) we Wrocławiu, a raczej w należącym ówcześnie do Niemiec Breslau. Radca kryminalny Eberhard Mock ma za zadanie odnaleźć sprawcę brutalnego mordu na młodej baronównie von der Malten. Pomaga mu tajemniczy policjant z Berlina Herbert Anwaldt. Sieć licznych zależności i układów w policji znacznie komplikuje śledztwo. Narastające poparcie dla Hitlera, aktywność gestapo i SS również zagęszczają atmosferę wokół osoby głównego bohatera.

Na pierwszy plan w książce Krajewskiego nie wysuwa się zbrodnia i toczące się śledztwo, ale brutalny opis miasta. Breslau to skupisko prostytutek, dewiantów seksualnych, morderców, sutenerów i wszelkich innych degeneratów. Zepsucie to dotyka także wysokich rangą urzędników policyjnych, polityczną elitę oraz arystokrację. Każda postać w tej książce coś ukrywa. Dodatkowo zostało to podkreślone przez liczne opisy pobić, tortur i wszechobecnego upału. Pot i gorąco stapiają się z bohaterami tak, jak każdy ich grzech i niemoralny występek. Powieść stwarza duszny i przygnębiający obraz rzeczywistości.

Zagadka morderstwa nie jest skomplikowana, zakończenie też zbytnio nie zaskakuje. Jest przyzwoicie, ale tylko tyle. Autor ciekawie skonstruował historię Anwaldta, ale trochę za wcześnie ujawnił pewne szczegóły. Odebrałam to tak, jakby chciał podsunąć czytelnikowi wskazówki, które mogą go naprowadzić na właściwy trop, ale zrobił to zbyt dosłownie. Końcowa ocena jest stosunkowo wysoka, ponieważ Krajewski świetnie opisał gęstniejącą atmosferę lat trzydziestych oraz stworzył nietypowego i wymykającego się schematom bohatera.

Ocena: 4 / 6