DOM Z PAPIERU



Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nie polecam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nie polecam. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 listopada 2015

WYCIĄGAJĄ SZPONY PO NASZE DZIECI, czyli GENDER w literaturze dla najmłodszych...



Gender to nie nowinka ostatnich lat. Ma marksistowską twarz, a strategia jest wprowadzana systematycznie od dziesięcioleci. Jej główny cel to zatrucie cywilizacji łacińskiej odorem rozpusty. „Rozpal namiętność, a będziesz kontrolował ludzi!” – to jedno z ideologicznych haseł. Promowane są wolny seks, wynaturzenia, antykoncepcja, aborcja, eugenika... Nowy ład stanie się możliwy po unicestwieniu prymarnych wartości, a na przeszkodzie stoi Biblia, w niej Święta Rodzina i wzorowana na niej rodzina katolicka. Przewrót dokonał się już na Zachodzie, teraz rosną apetyty genderowych ideologów na dziewiczą Polskę... Bo zbyt konserwatywna, zbyt katolicka i zbyt narodowa... Najczulszą i najdroższą tkanką są dzieci, więc dziś o nich...
Toczy się genderowy walec... Podmienione wartości przenikają do dziecięcego świata w lukrowanej otoczce, wywołując uśmiech i pragnienia... „Mamo, kup mi książkę!” – który rodzic odmówi? I prężą się na dziecięcych półkach „Koszmarne Karolki”, „Monster High”, „Sekretne dzienniki nastolatek”, „Wielkie księgi cipek” (i siusiaków) czy opowieści o tym, jak „Pan Pierdziołka spadł ze stołka”... A także czytana z wypiekami również przez rodziców seria o Harrym Potterze. Różny ciężar gatunkowy, ale cel wciąż ten sam – nakarmić dzieci gender, okultyzmem i pornografią.
O kilku tytułach dziś. Tych najbardziej popularnych...
Powszechnie znana i lubiana, wciąż tkwiąca w kanonie lektur, Astrid Lindgren. To feministka  lat czterdziestych. Kochała wolność i kpiła z konwenansów (owocem romansu z żonatym mężczyzną było nieślubne dziecko, które oddała do rodziny zastępczej). Jakie życie, taka twórczość. W kolejnych powieściach adresowanych do dzieci protestowała przeciw społecznie przypisanym rolom, w których dziewczynki miały bawić się lalkami i nosić kokardy. Jej bohaterki były pewne siebie, mocne w gębie, aktywne (silna i szalona Pippi!- nie chodzi do szkoły, pozbawiona rodzicielskiej opieki, robi, co chce), a chłopcy na ogół są smutni, osamotnieni i bezradni. Tak zaczęła się rewolucja w światowej literaturze,  a dzieci „zostały uwolnione z gorsetów”...
Po latach mamy godnych kontynuatorów, jak chociażby Joannę Olech i jej „Dynastię Miziołków”. Mamiszon interesuje się wróżbami, używa amuletów, czyta horoskopy, wprowadza w domu wegetarianizm, lubi hazard, sprawuje kontrolę nad mężem i krytykuje go w obecności dzieci, oszukuje nauczycielkę... Papiszon z kolei jest nieporadny, zestresowany. Oboje pokazani są jako nieudolni i tępi, a górują nad nimi dzieci. Bo one w tej rodzinie są najmądrzejsze. Słuchają mocnej rockowej muzyki, znają filmy dla dorosłych, wykazują płytkie poczucie humoru graniczące z bezczelnością, a w czasie wycieczki do Częstochowy nie ma mowy o modlitwie, za to sporo miejsca zajmuje edukacja seksualna. W święta trzeba się najeść, niedziele spędzić w McDonaldzie, a patriotyzm jest głupotą... Ot, bezstresowe wychowanie wyziera z każdej strony...
Jest jeszcze „Matylda” (R.Dahl). Tytułowa bohaterka to genialna i „wrażliwa” pięciolatka, nazywana przez rodziców bezmyślną gnidą i głupim bachorem. Państwo Piołunowie to ojciec handlujący używanymi samochodami i oszukujący klientów oraz matka grająca całe dnie w bingo, zatem zmęczona. Czas zajmuje im oglądanie telewizji i jedzenie fast foodów. Są nieczuli na potrzeby córki, stąd kłótnie. To przyczyna walki z wszechmocnymi dorosłymi i ona jest osią powieści. Córka staje do walki, by pokonać kretynizm rodziców! Kilka cytatów? Proszę: „Matylda nie miała najmniejszych wątpliwości, że pokaz chamstwa w wykonaniu jej ojca zasługuje na surową karę.”; „ Umysł Matyldy już pracował nad odpowiednią karą dla wrednego rodziciela.”; „Wentylem bezpieczeństwa była przyjemność obmyślania i przygotowywania kar dla rodziców”... Dostało się też szkole, a jakże! Tu można przeczytać opis przerażającej dyrektor Pałki, która zamyka dzieci w najeżonym szkłami Dusidle, a na dodatek ten potwór jest wierzący! (widziałyśmy ją w czasie porannej modlitwy)... Dzieci wypowiadają jej wojnę, dodając sobie animuszu piosenką: „my jesteśmy krzyżowcami, szlachetnymi wojami (...), podczas gdy Pałka to Książę Ciemności, Parszywy Wąż...”  Zatem w kilku rozdziałach poddano totalnej krytyce rodzinę, szkołę i kościół – filary wychowania. A Roald Dahl promowany w mediach jako dobroczyńca i filantrop wspierający organizacje charytatywne...
Może na koniec parę słów o FEMINARIUM, czyli o literaturze dla dzieci okiem feministek. Zlatują się na sabaty i radzą, jak w dziecięcych książkach sączyć gender. W 2007 roku pojawiła się na polskim rynku seria „Bez tabu”. Są wśród nich: „Mała książka o feminizmie” i dalsze o tolerancji, homofobii. O miłości homoseksualnej traktują „Z Tango jest nas troje” oraz „Król i król”. Dołączyła ze swoją twórczością Anna Onichimowska. Jej „Koniec gry” opowiada o dochodzeniu do własnej tożsamości homoseksualnej w religijnej rodzinie, w której na dodatek brat należy do Młodzieży Wszechpolskiej (!). Dla przedszkolaków przeznaczona jest bajeczka „Igor i lalki” P.Lindenbaum, w której chłopiec bawi się Barbie... Feminarium zabiega też o włączenie do czytelniczego obiegu takich pozycji jak „Tylko dla dziewcząt. Bez tajemnic o stawaniu się kobietą” M.Verlag czy „Zwykła książka o tym, skąd się biorą dzieci” A.Długołęckiej. Przeraża fakt, że ich adresatem mają być 7-9 latki, które są namawiane do oglądania swoich narządów płciowych, szukania punktu G czy do seksu solo. Wmawia im się, że aborcja jest dobrym sposobem na pozbycie się kłopotu, a noszenie przez chłopców sukienek jest czymś zwyczajnym.
Nie wiem, jak zakończyć. Miało być jeszcze o okrucieństwie i przesuwaniu granic dziecięcego lęku, o magii, o oswajaniu z brzydotą... Wszystko to przekracza ramy jednego wpisu... Może tylko zaapeluję o rozsądek w momencie kupowania prezentów. Zanim sięgniemy po książkę, która ucieszy malucha pod choinką, przekartkujmy zawartość... Bo gender tanecznym krokiem wkracza w dziecięcy świat...

niedziela, 10 listopada 2013

W krzywym zwierciadle Urbanka

Kolejna biografia autorstwa Urbanka trafiła w moje ręce. Niestety nie dołączę do grona entuzjastów, choć - jak wcześniejsze widoczne w tle zdjęcia - niesie solidną dawkę faktów z życia Tuwima, podaną jak zwykle smakowicie i kolorowo. Tym razem Mariusz Urbanek wypluł  z siebie cały jad i wyzierał nieustająco między wierszami swojej książki. Co tak bardzo rozwścieczało autora? Narodowcy! To oni atakowali bezustannie poetę. Na ich usługach endecka prasa walczyła z Tuwimem. Nazwiska dziennikarzy i nienawistników - żydożerców wyrastają jak grzyby po deszczu: Pieńkowski, Pietrkiewicz, Skiwski, Gałuszka... Wciąż miałam wrażenie, że to o nich, a mniej o Tuwimie ta książka. Oto wybór cytatów tylko z kilku stron:

s.37 - Za dytyramb Wiosna Tuwim został oskarżony o wyuzdanie, rozpustę, deprawację młodzieży i pornografię. (do wiersza jeszcze wrócę)
s. 68 - atakowany przez żydożerczą prawicę, dla której ważniejsze niż poezja były geny, spychani ku lewicy opisywanej krótko: żydokomuna. [...] Napaści w endeckich gazetach były codziennością, z którą musieli żyć, czasem jednak rzeczywistość okazywała się o wiele brutalniejsza niż najgorsze nawet słowa.
s. 69 - Stanisław Pieńkowski - jeden z najzagorzalszych i najbardziej wrogich Tuwimowi publicystów... Żyd pluje na polskich oficerów - rozpisuje się prasa - drwina z polskiego wojska i munduru (po publikacji wiersza Do generałów)
s. 81 - Z roku na rok, w miarę nasilania się w Polsce antysemityzmu, przybyło notek piętnujących ksenofobię prasy endeckiej.
s. 102103 - po publikacji Wiersza do prostego człowieka opisana jest reakcja na ten utwór: zbrodniarz, zdrajca, wywrotowiec, wróg Polski, prosty człowiek o krzywym nosie... A Adolf Nowaczyński pisał o gałęzi, na której Tuwim powinien podyndać przez tydzień; najdelikatniej napisała Starowieyska-Morstin, że wystąpienie Tuwima traktuje jako coś wysoce niepatriotycznego.
s. 125 - nie szczędzono Tuwimowi żadnej obelgi i żadnego epitetu.

 Po każdej przeczytanej stronie rosło we mnie zdziwienie. Dlaczego Polacy tak źle odbierali poetę? Przecież pozostali skamandryci też mieli to samo pochodzenie! Czy naprawdę chodziło tu o wygląd nosa? Może jednak o twórczość? Gdy Wierzyński pisał o wiośnie, że zielono mi w głowie i fiołki w niej kwitną, Tuwim ujął temat inaczej:
Suną tysiące rozwydrzonych par [...]
A!! będą później ze wstydu się wiły
Dziewki fabryczne, brzuchate kobyły,
Krzywych pędraków sromne nosicielki!
Gwałćcie! Poleci każda za kolację! [...]
A kiedy cię obejmą śliskie, drżące łapy
I młodej piersi chciwie, szybko szukać zaczną,
Gdy rozedmą się w żądzy nozdrza, tłuste chrapy,
Gdy ci kto zacznie szeptać pokusę łajdaczną - 
- Pozwól!!! Przeraź go sobą, ty grzechu, kobieto!
Rodzicielko wspaniała! Samico nabrzękła!
Olśnij go wyuzdaniem jak złotą rakietą!
"Nie w stylu" będziesz - trwożna, wstydliwa, wylękła...
Wiosna!!! Patrz, co się dzieje! Toć jeszcze za chwilę
I rzuci się tłum cały w rui na ulicę! 
Zośki ze szwalni i pralni, "Ignacze", Kamile!
I poczną samców częstować samice!
Wiosna!!! Hajda - pęczniejcie! Trujcie się ze sromu! [...]

Wiersz Wiosna jest dostępny, więc nie będę przywoływać całości. Czy mogli ojcowie nie wołać głośno, gdy ich córki - studentki karmione były przez kolegę takimi wersami?  Działo się to w ubiegłym wieku! A wstyd kobiecy to wielka zdobycz naszej cywilizacji, tak samo, jak poczucie honoru u mężczyzn - to słowa Romana Dmowskiego. Bo i honor mężczyzny poddany był w wątpliwość, gdy Tuwim nawoływał, by cisnąć karabinem o bruk w wierszu Do generałów.
Książę poetów odparowywał celnie, ironicznie:
s.79 - Co z majtek wyjmuję, to w "Panią" pakuję. ( tu "Pani" to nazwa czasopisma).
Innym razem ostro i agresywnie, jak we fraszce Na pewnego endeka, co na mnie szczeka:
Próżnoś repliki się spodziewał,
Nie dam ci prztyczka ani klapsa.
Nie powiem nawet: Pies cię j...ł!" - 
Bo to mezalians byłby dla psa.
s.129 - Tuwim zwykle odpowiadał na ataki prasy endeckiej równie brutalnie, a po artykule "Szlachcic między Żydy"   próbowano nawet protestować przeciwko drukowaniu wierszy Tuwima w podręcznikach.
Jaki był efekt tych słownych potyczek? Wylękniony Tuwim zamknął się w swoim mieszkaniu i opuszczał je bardzo niechętnie. To ataki endeków były przyczyną agorafobii! Nic to, że nawet Wikipedia podaje, że jedną z przyczyn problemów zdrowotnych była nadmierna skłonność do alkoholu. Autor biografii wie! I przywołuje dalej Goetla, Skiwskiego, Piaseckiego... Ten ostatni napisał m.in.: Żyd - Tuwim, powodowany atawistyczną nienawiścią do wszystkiego, co polskie ("Jadzia wdowa" - ośmiesza szlacheckie dwory) - trzeba strzec polską literaturę przed zaśmiecaniem.

Biografii ciąg dalszy:
5 września 1939 roku Tuwim przekracza granicę, a różne błazny, padalce, zasrańce i nienawistniki ginęli w obronie ojczyzny (s.165). Po ataku Niemiec na ZSRR Tuwim przystąpił do nowej Targowicy, czego nie mogli wybaczyć mu przyjaciele. Poeta zrywa kontakty z Wierzyńskim i Lechoniem. Patriotyzm i faszyzm stają się dla niego synonimami. Otóż ci narodowcy są to właśnie stuprocentowi faszyści polscy (s.208). Jak odpowiedział kolegom po piórze? Strofami oczywiście:
Na podstawie Martwej Wizy
Pozwolono im pijanym
Widmom sinym i rozchwianym,
Tułać się i straszyć ludy
Nad rzekami Babilonu...
I rzygają do Tamizy,
I rzygają do Sekwany,
 I rzygają do Hudsonu.
Dorzygali się do żółci,
Do dziur w mózgach i krwotoku,
Wyjce w desperackiej chuci,
Kościotrupy sprzed potopu
wyciągają, węsząc krew,
Długą szyję...
 

Po powrocie do Polski publikuje jeszcze Bal w operze - zaatakowany za pornografię i bluźnierstwo; wycofany z powodu miejsc obrażających moralność publiczną i uczucia religijne większości społeczeństwa (s.225).

Za jasną stronę biografii zwykło się uważać odcięcie od stryczka Konarzewskiego. Rzeczywiście Tuwim zwrócił się do Bieruta o zmianę wyroku śmierci dla młodego poety, jednak inaczej potraktował prośbę innej kobiety! Gdy pani Helena zadzwoniła do poety z błaganiem o pomoc dla męża - mając na uwadze właśnie te dobre relacje poety z Bierutem - Tuwim wyzwał ją i odrzucił słuchawkę. Kim był Zbigniew Przybyszewski? Dowódcą baterii dział na Helu i to on strzelał, gdy Schleswig - Holstein atakował Westerplatte. Nie oddał Niemcom broni, a sam ciężko ranny dostał się do obozu jenieckiego. Nie mógł pogodzić się z rusyfikowaniem marynarki wojennej, więc został przez komunistów aresztowany i skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano 16 grudnia 1952 roku katyńskim strzałem.
Ot, wrażliwość na krzywdę.
Inne to moje odczytanie Wylęknionego bluźniercy. Pewnie najlepiej przeczytać samemu. Wszystkie cytaty pochodzą z omawianej książki, oprócz słów Dmowskiego i przypadku Przybyszewskiego.

Wiele razy próbowałam "porozmawiać" z samym poetą, ale wciąż przed oczyma mam wers z wiersza, w którym autor stanowczo uprasza zastępy bliźnich: Całujcie mnie wszyscy w dupę. No i co na to mam odpowiedzieć, panie Tuwim?





 


niedziela, 3 marca 2013

Ekspert z bezpieki uczy nas historii

Prawie 70 lat po wojnie, a dopiero teraz powstał pierwszy film o deportacji Polaków na Syberię. Z jednej strony wyczekiwany, bo żyjący jeszcze Sybiracy chcieliby, by pamiętać o ich cierpieniach, z drugiej strony wiedza o twórcach tego filmu nakazuje bojkot obrazu. Powstał on na podstawie powieści człowieka z "bogatą" przeszłością. Ktoś może powiedzieć, że nie liczy się twórca, tylko jego dzieło. Akurat w przypadku autora "Syberiady polskiej" jest inaczej, bo stworzona przez niego literatura bardzo mocno spleciona jest z życiem. I o tym dzisiaj, bo nie jestem prokuratorem, tylko czytelnikiem.

Zbigniew Domino stał się bohaterem wielu artykułów. Obok zdjęcie z lokalnych "Super Nowości" (22-24 lutego 2013), które odsłaniają nieco kulisy biografii. Znamy etap syberyjski, ale co było potem? Ojciec przeszedł z "kościuszkowcami" szlak bojowy, potem gospodarzył na ziemiach zachodnich. Zbigniew w 1948 roku wstąpił do Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, który za cel miał siłowe zaprowadzanie komunizmu w Polsce. Gdy więzienia pękały w szwach, bo wyłapywano kolejnych bandytów i zaplute karły, trzeba było na gwałt szkolić nowych prokuratorów, żeby podołali lawinie sfingowanych procesów. I tak po kilku miesiącach nasz Domino został oficerem śledczym, później prokuratorem zdobywającym uznanie przełożonych: "Politycznie uświadomiony bardzo dobrze - szczery zwolennik Polski Ludowej, Związku Radzieckiego i państw demokracji ludowej. Do reakcji odnosi się z nienawiścią." Jak wielka była ta nienawiść, mówią kolejne fakty z życia, np. ferowanie wyroków śmierci dla oskarżonych czy udział w egzekucji oficerów lotnictwa w więzieniu przy Rakowieckiej. Chętnie bym przeczytała wspomnienia z tego okresu - jak się czuł, o czym myślał, gdy padły strzały mordujące lotników z Dywizjonu 304... A co było potem? - po wiernej służbie w Ludowym Wojsku Polskim? Zaczął się dyplomatyczny rozdział w życiu, czyli praca w ambasadzie moskiewskiej, w KC PZPR, podróże (od 1978 roku miał paszport do wszystkich krajów świata). Tak przy okazji - mój tata nie mógł nigdy z kraju wyjechać, bo paszportu mu konsekwentnie odmawiano jako karanemu.

Czas na twórczość sączącą sowiecką propagandę.
Pszenicznowłosa - zbiór opowiadań Dominy, z których uczymy się historii, czyli jak zwalczano lewicowy ruch oporu, utrwalano władzę ludową, walczono z reakcyjnym podziemiem. Czytałam wczoraj caluśki dzień z wypiekami! Bo literacko to bardzo dobre teksty! A ostatni - cóż za nowatorska forma! Jako polonistka jestem zachwycona. Jako człowiek, a ściślej "córka bandyty" - już nie. Bo bandytami są tu Łupaszko i inni. Ale po kolei.
Początek niczym u Reymonta, po bożemu: W imię Ojca, i Syna... Czytamy o Jasiu Szufliku, co to partyzantkę w komorze zakładał. We czterech na krzyż przysięgali, a zaczęli od zmajstrowania radia i rozrzucania ulotek. Judaszem stał się prawdopodobnie ojciec głównego bohatera. Zgodnie z powojenną formułą głównymi wrogami są nie naziści, ale z krwi i kości Niemcy. Padają tu słowa, po których cały nakład powinien być wykupiony przez znane siły sprzymierzonych: ach, wy świńskie ryje, inaczej wyglądaliście, kiedyście we wrześniu do naszej wsi, do Polski wkraczali. Dobrze zapamiętałem te wasze butne miny, te wypasione mordy, te czołgi, które trudno było policzyć. O inwazji 17 września słowa nie ma. Ale o braciach z okopów owszem, i to bardzo dużo, gdy zapachniała wiosna na berlińskim gruzowisku. Czołg staje, Rosjanie zeskakują, biegną im na spotkanie nasi żołnierze, ściskają się wszyscy, całują, czapki lecą do góry, harmoszka rżnie jak opętana, żołnierze prują z automatów.[...] Pożyjemy jeszcze na tym świecie, bracie Polaku, pożyjemy!

"Noc na kwaterze" - opowiada o szlachetnym Florku, który głodny i zmarznięty idzie tropem bandy "Krętego". Trudno go dopaść. Regularnemu oddziałowi KBW krwawy watażka boi się stawić czoło i umyka niczym przepłoszony biriuk. [...] Od czasu do czasu krwawym wypadem "Kręty" daje o sobie znać. Tu posterunek MO podpali, tam sklep wiejski ograbi, gdzie indziej kogoś zamorduje. Żołnierze mają rozkaz dopaść bandytów za wszelką cenę.

O bandytach jest też tytułowa "Pszenicznowłosa". Bohater wyczerpany pracą w terenie (alter ego autora? - mówi o tęsknocie za rodzinnym rzeszowskim krajobrazem; charakter pracy): Ciągła włóczęga po terenie, wielogodzinne przesłuchania w zatęchłych, ciemnych i zadymionych pokojach urzędu bezpieczeństwa, szarpiące nerwy utarczki z ludźmi, którym zarzucano przestępstwa różnych odcieni i maści [...] wyczerpywały nawet mój młody, zdrowy organizm. Idzie w wolnej chwili nad rzekę, bo woda dawała mu zawsze ogromne poczucie swobody, odprężenia, odkąd nad kielnarowskim Strugiem nauczył się pływać. Tam zobaczył dziewczynę. Połączyły ich chwile, zapamiętane szybkie pocałunki... Po roku wraca do miasteczka, by wystąpić jako oskarżyciel przed sądem wojskowym. Oskarżony ten nosił dziwny pseudonim "Tran" i po rozbiciu bandy osławionego Łupaszki grasował na własną rękę.  "Tran" wraz z kompanami miał na swoim koncie kilka krwawych morderstw, szereg rabunków i podpaleń. Tak był znienawidzony przez miejscową ludność, że milicjanci z konwoju musieli go bronić przed wzburzonym tłumem.[...] Z całym spokojem sumienia zażądałem dla "Trana" kary śmierci i taki też wyrok zapadł.  Co wspólnego miała Pszenicznowłosa z "Tranem", warto doczytać.

Będzie też spowiedź "nawróconego" akowca, który dzięki politrukowi zrozumiał, kto jest prawdziwym wrogiem: ...gdy rozpolitykowani pankowie  nawołują byłych żołnierzy AK do dezercji, do dotrzymania danej przysięgi - niszczą nasz naród. I poszedł nasz bohater w okopy, gdzie prowadził porucznik Chomienko.

Ogólna myśl po lekturze opowiadań? Nieodparcie nasuwa się skojarzenie z filmem Wajdy - "Popiół i diament". Sfrustrowani akowcy są nieświadomi politycznej manipulacji, a szlachetny, starszy pan - pepeerowiec walczy o dobry los chłopów i robotników, bo dość już ma polskiego narodowego szaleństwa. "Pszenicznowłosa" wpisuje się w ten nurt.

Gdybym dziś była prokuratorem..., ale nie jestem. Ja tylko czytam.

Cytaty pochodzą z książki: Pszenicznowłosa, Zbigniew Domino, Książka i Wiedza, Warszawa 1976

Linki do artykułów związanych z tematem:

http://goo.gl/k6x72


http://wpolityce.pl/dzienniki/dziennik-tomasza-szymborskiego/47346-stalinowski-prokurator-chwalonym-literatem-wzorcem-i-idolem-polskiego-rezysera




środa, 29 sierpnia 2012

Mazurska międzynarodówka

Rano siadłam przed komputerem z zamiarem napisania krytycznej recenzji książki Orłosia Dom pod Lutnią. Wchodzę na FB, a tam jak grom z jasnego nieba spada na mnie wiadomość, że powieść wygrała w plebiscycie "Książka na lato 2012". Znowu!?  - krzyknęłam. Znowu sama pod prąd? Opuściłam klapę z zamiarem przemilczenia mojej opinii. Chodziłam od ściany do ściany. Tknięta przeczuciem szukałam recenzji i nagle jest! Skoro nielubiana gazeta przypisuje głównemu bohaterowi mądrość, uczciwość i nienaganne maniery, a cały utwór uznaje za piękny, szlachetny i krzepiący serce, to znaczy, że JA mam rację! Zatem siadam powtórnie i piszę to, co czuję.
Kazimierz Orłoś Dom pod Lutnią
Jest rok 1949 i mazurska wieś. Mieszka tu główny bohater - Józef Bronowicz. Przed wojną ułan jazłowiecki, który po klęsce wrześniowej kampanii dostał się do niemieckiej niewoli. Po powrocie z oflagu nie odnalazł się ani w stolicy, ani u boku małżonki. Ma sześćdziesiąt lat i chęć życia po swojemu. Kupuje dom na wsi i gospodarzy wśród Mazurów i Ukraińców. Ze spokojem przyjmuje córkę, która przyjechała z synem. Joanna niepewna swojego losu, bo UB aresztowało jej męża, proponuje zostawienie Tomka w bezpiecznym miejscu. I to będzie ta dobra, prawdziwa warstwa fabularna. Roczny pobyt to zanurzenie się chłopca w wiejskiej arkadii, nowe przyjaźnie, nauki pobierane od dziadka i w szkole. To tu będzie łowił raki, obserwował gwiazdozbiory, grał w szachy, uczył się jazdy na oklep... Sielankę zaburzy od czasu do czasu pojawienie się ubeków, kłusowników czy partyzantów, ale dziadka wybroni jego Virtuti Militari i spora dawka szczęścia.
Co zatem powoduje mój grymas? Główny bohater. Pułkownik wtapia się idealnie w nową rzeczywistość. Z tym po niemiecku, z tym po rosyjsku, dogada się z każdym. Ludzie go szanują i mu czapkują. Ludzie tutaj uczciwi. Nie ma złodziejstwa, pijaństwa, tej polskiej zawiści. Nikt na ciebie nie patrzy wilkiem. Nikt nie donosi.- mówi do córki [s.30]. Przypomina sobie, że Joanna kazała mu dziecko do kościoła zaprowadzić, więc idą do luterańskiej kirchy i łączą się w śpiewach. Na weselu u Wasyla zapamiętale wyśpiewuje i tańcuje, że  tylko czekałam okrzyku: kochajmy się! Te polsko-rosyjsko-niemieckie rozmowy chwilę zaciekawiają, ale potem już wyłącznie drażnią. Pojawia się "żabior straszny" - nauczycielka, która zaprasza pułkownika na angielską herbatę i poziomkowe konfitury. Nie obejdzie się bez dyskusji. Pani Wojnicka czuje się jak na wyspie obleganej przez tych wszystkich, mówiących po niemiecku, Mazurów. W obcym świecie. [s.216] - Ja, pani Wando - powiedział Bronowicz - przeciwnie, znalazłem tutaj swój dom. Gdy ta nadal próbuje poruszyć sprawę ukraińską:
- Oni wszyscy tacy sami. Piłowali Polaków piłami, zakopywali żywcem w ziemi. Kobietom obcinali piersi! (...) Rezuny. Straszni. A pan z nimi tańcuje.
Słyszy:
- Proszę sobie przypomnieć, kto palił cerkwie na Kresach przed trzydziestym dziewiątym? To my, my Polacy. (...) A słyszała łaskawa pani o tym, co się działo w Bieszczadach? Wokół Sanoka, Leska, na tych naszych obecnych kresach w cudzysłowie? Teraz to my palimy, wysiedlamy i zabijamy.[s.214-215]
Stwierdził, że oprawcy są w każdym narodzie. Nie komentuję.
W domu na niego czeka wiernie Urszula. To dziewczyna, która pomagała w gospodarstwie. Miała już jedną Zuzi, teraz na świat przyjdzie "kleiner Oberst". W recenzjach czytam o wielkiej miłości w jesieni życia. Czy naprawdę Bronowicz kochał Urszulę? Wątpię. Gdy ta pytała go o warszawską żonę, opowiada o dwudziestu latach dobrego pożycia. Czy tęsknił do niej w oflagu?
Wiesz, kiedy człowiek sześć lat żyje bez kobiety, tak jak my, zamknięci w oflagu, to (...) miłość nie ma żadnego znaczenia. Człowiek tęskni do kobiety. Do rąk, włosów, oczu, ciała, dotyku. Tęskni tak do bólu, do rozpaczy, wiedząc, że dzień po dniu, dzień po dniu będzie mijał i żadnej kobiety nie dotknie. W tym zamknięciu, w tej klatce. A naokoło mężczyźni, mężczyźni, mężczyźni! A ty tęsknisz. [s.233] I mam wrażenie, że taką właśnie "miłość" ofiarował wpatrzonej w niego kobiecie. Mówi jej dalej. Kiedy wracasz po tych sześciu latach, a twoja kobieta zmieniona, inna niż pamiętałeś i kiedy jeszcze nie ma ochoty na miłość, bo ochłodła przez tę wojnę zupełnie, bo ma dość wszystkiego, bo choruje, ciągle coś jej dolega, to zaczynasz rozumieć, że musisz znaleźć sobie inną kobietę. Taką, która będzie chciała kochać.
Straszne to słowa dla mnie. I jednoznaczne. Zostało najważniejsze - stosunek do ówczesnej polskiej rzeczywistości. Ten odznaczony, waleczny żołnierz zostawia w Warszawie rodzinę, zaszywa się na wsi, bo nie wierzy w sens walki. Sowieci złamią każdy opór - powtarzał [s.85]. Tak można mówić z dzisiejszej perspektywy, ale być pewnym kilka lat po wojnie, gdy lasy pełne  walczących, gdy więzienia pełne torturowanych, on już wiedział, że zdepcze nas radziecki but?
- Myślę czasem - powiedział Bronowicz - po co oni ginęli? Pod Wólką, pod Uniejowem, Łęczycą, Górkami? W Warszawie, na Zachodzie, w okupowanym kraju? (...) Potrzebna nam była śmierć całego pokolenia? Katyń, ci zamordowani na wschodzie? Wywiezieni do łagrów, do Kazachstanu, na Syberię? [s.26]
No po co wam to było? Niech odpowiedzą ci, co jeszcze żyją. Albo rodziny zamęczonych i pomordowanych. Znowu mylę fikcję literacką z rzeczywistością? A czy ta książka nie wpisuje się w nurt poprawności politycznej, gdzie zamazuje się piękną tradycję narodowowyzwoleńczą, gdzie bohaterem zostaje ktoś prezentujący wątpliwe wartości moralne? Niech sobie taki bohater będzie, ale dlaczego o nim tak głośno? Spodziewałam się więcej po autorze "Cudownej meliny"...

Kazimierz Orłoś, Dom pod Lutnią, Wydawnictwo Literackie, 2012

wtorek, 3 lipca 2012

Zakochani nie mają sumienia

Długo mnie tu nie było. Wyjątkowo i pierwszy raz. Dziś kolejny kiermasz rozmaitości. Najpierw o tym, skąd ta cisza.
Musiałam pożegnać godnie moje aniołki. Nie ujawniałam się tu jako nauczyciel, ale to dzieci wyjątkowe, więc płaczę.
- Bądźcie pogodni. Starajcie się być szczęśliwi.








Przyjechała też kochana Bawareczka, żeby zaopiekować się psem, kiedy wyjadę hen. Jednak w sercu kiełkuje ziarno wątpliwości, czy psina da sobie radę?






No a potem czytałam.
Najpierw "Czytając Lolitę w Teheranie". Z trudem wchodzę w problemy z innych kontynentów. Nie potrafię współczuć studentce, która zapłakana spóźnia się na zajęcia, bo strażniczki znalazły w jej torebce róż. Nie potrafię wykrzesać nienawiści do muzułmanów za to, że bronią swojej cywilizacji przed zachodnim światem. Gdy czytam o "terrorze" w Iranie, to paradoksalnie myślę o sytuacji polskich kobiet i o dźwiganych przez nie brzemionach. Ale to temat na osobny wpis i o lekturze Nafisi szerzej po powrocie z wycieczki.
Mało romantyczna ostatnio jestem, bo kolejna książka też wywołała odmienną reakcję niż oczekiwana. Zdziwiłam się, że pojawiła się w księgarniach Pasja według św.Hanki Anny Janko, a tu żadnych zachwytów,  i z recenzjami mizernie... Teraz już rozumiem. Przyznaję, że byłam wielbicielką autorki po Dziewczynie z zapałkami. Wprawdzie uwierał mnie relatywizm, ale równocześnie urzekał język. Tu już sam poetycki styl nie wystarczył. Jestem łakoma na piękne słowa. Po codziennym obcowaniu z pospolitością, a często i dookolną ordynarnością, tęsknię za spacerem wśród metafor. I były, ale opowiedziana historia wysuwała się na plan pierwszy. Kim są bohaterowie?
Ona - Hania; ma trzydzieści siedem lat. To dużo dla tych po dwudziestce. To mało dla tych po czterdziestce. Nie umie być niekochana i te jej poszukiwania miłości zatrzęsą życiem kilku rodzin.
On - Paweł, zwany Pawiem. Zdradzany mąż. Żeby jednak na świecie było sprawiedliwie, ma też gdzieś tam  swoją Marlenę.
Dzieci - były jakieś dzieci. Chłopiec i dziewczynka. Szczęśliwie już podchowane, zżyte już z życiem.
Mat - poetyczny bardzo. To nic, że mąż i ojciec. Nikomu to nie przeszkadza.
I toczy się gra. Każdy w kimś jest zakochany. Hanka w obu mężach - swoim i cudzym. Więc (nie zaczyna się zdania od więc) studiujemy anatomię zdrady. Mamy słodkie pożądania miłosne, emocje, rozterki, dumania, panikę, rozpacz, zatracenie, rozstania, łzy, niepewność...
- Kocham cię - mówi do męża, myśląc o kochanku.
- Tęsknię bardzo, ale Mat jest daleko. Więc obejmuję Pawia...
I uprawia Hanna turystykę sercową. Kocha się raz z jednym, raz z drugim. W pewnym momencie nawet dochodzi do "sprawiedliwego" podziału rodziny: syn zostaje z tatusiem i dziadkami, a mama z córką lądują u kochanka, który rozstał się z rodziną. I tak kilkakrotnie.
Czytam, czytam, patrzę, a tu dopiero 86. strona. Przede mną jeszcze prawie 300! Nudzi trzystronicowy opis pierwszego pocałunku. Mam dość tańców warg i języków. Wprawiają w zdumienie wtrącenia o dziecięcym bujaniu się na koniku [nie używam wszystkich słów, by uniknąć niepożądanych wejść], o podpatrzonym nagim ojcu, o zabawach pięciolatki z podwórkowym kolegą... Po co to? Jak się mają te wspominki do fabuły? Zamieszczone li tylko po to, by wprowadzić tanią sensację?! Czuję, że ocieram się o tani erotyk. Gdy szukam sensu, czytam:
Czuję się jak Barbara Niechcicowa, co sobie tylko papieroska zapala i w oknach staje, by oglądać swój jednostajny krajobraz wewnętrzny. Za oknem pory roku się zmieniają, raz słońce, raz deszcz, ludzie to w jedną, to w drugą stronę chodzą, a ona stoi i wciąż delibruje nad tym, że jest nie tu, gdzie by chciała, nie z tymi, co sobie wymarzyła, i robi nie to, co powinna... No to zróbże coś ze sobą, kobieto! Odważ się, spakuj się, napisz list, wyjedź, zaryzykuj! [s.182]
Czyli o to chodzi! Żeby kobiety porzuciły rodziny, szły za głosem miłości, zrzuciły kajdanki (jest analogia między kajdankami i małżeństwem w j.hiszpańskim), bo rola Matki Polki to inwalidztwo. [s.81] Trzeba ubogacać ten nudny wewnętrzny pejzaż.
Cała książka - według mnie - to niemoralność opakowana w piękne słowa. Nie dla mnie oswajanie zdrady. Nie dla mnie schizofrenia podwójnego życia. Z trudem doczytałam. Zamknęłam z ulgą. Oddalam się od świata Anny Janko.

Wyjeżdżam z mężem, zawsze tym samym. Nie będzie mnie do połowy lipca. Za to potem - czytelniczy raj.

niedziela, 27 maja 2012

Stosik i raptularz

Gdy przychodzi pora na niedzielny rosół z kury, zawsze zastanawiam się, co decyduje, że gospodarz wybiera to, a nie inne stworzenie. Dawniej na wsi mawiano: Trzysta jajek do roku trzyma siekierę na boku.
Co to ma wspólnego z książkami? Ano ma. Jeśli nie przygarnę  300 książek do roku, czuję wewnętrzny niepokój. Na razie trzymam tempo. Oczywiście w kupowaniu, trochę gorzej w czytaniu, a już całkiem kiepsko w pisaniu. Co dzisiaj? Od dołu...


- W.Łysiak Wyspy bezludne - podobno lektura konieczna, by wstąpić do klubu "łysiakomanek";
- W.Grzelak Wśród autorów i książek - mortkowiczowska drukarnia, międzywojenna Warszawa, twórcy książek - smakowita lektura;
- L.Ulicka Daniel Stein, tłumacz - czytałam już Sonieczkę i Medeę... tej autorki, więc z pewnością się nie zawiodę;
- S.Koper Polskie piekiełko. Obrazy z życia elit emigracyjnych 1939-1945 - ukochanej epoki c.d.
- M.Nowakowski - Stygmatycy i Pióro. Autobiografia literacka - za sprawą Beaty:)
- J.Narbutt - dwie książki w stosiku, jedna obok, dwie w podróży do mnie - o nim napiszę za 2-3 dni, bo pamięć mu się należy;
- Polacy wobec przemocy 1944-1956 red. B.Otwinowska i J.Żaryn - ciąg dalszy spraw poruszonych w ostatnim poście;
- Z.Chądzyńska Nie wszystko o moim życiu - miła autobiografia;
- M.Kalicińska Widok z mojego okna - dodatek ( majowy "Bluszcz").


Czas na raptularz. Kiedyś przeczytałam  Piaskową Górę, ale niepochlebne recenzje chowałam przed światem. Gdy emocje opadły, pozwolę sobie na przytoczenie fragmentu wpisu.

"Doczekałam się i za pół ceny kupiłam Piaskową Górę Joanny Bator. Głośna, nagrodzona, chwalona. Więc czytam.
Czytam, czytam... Ciekawa. Najpierw mi trudno wejść w narrację, bo dialogi w tekście, bez wyróżnienia graficznego. Przyzwyczajam się. Poznaję bohaterów. Dotykam małej ojczyzny - a to zamek Książ, gdzie spacerowałam z mamą, tu Pełcznica na granicy Wałbrzycha i Świebodzic. Łza kręci się w oku od wspomnień. Przywołane drobiazgi z PRL-u: wygody blokowiska po wiejskim paleniu w piecu i bieganiu za potrzebą do wychodka; częstowanie gości cukierkami z kryształowego koszyczka; małe buteleczki po wódkach napełniane herbatą... I niby wszystko jak ma być, ale narasta niechęć. Jeszcze nie rozumiem. Śledzę losy bohaterek, uśmiecham się, a złość narasta. Co się dzieje? Nagle zauważam, że bohaterowie są odrażający, brudni, źli! Autorka ich nie lubi! Szydzi, pokazuje w krzywym zwierciadle. To nic, że portrety dokładne, jakby doświadczenia czerpane garściami z autopsji, ale nic dobrego w nich nie ma. Prymitywni! Żadnych ciepłych uczuć, marzeń, dążeń. O miłości czy przyjaźni mowy nie ma. Też o kulturze. Odczłowieczeni, sprowadzeni do roli roboli. Tragiczni! A ja stamtąd!
Na nic nie zdają się recenzje, że proza wyrazista i autentyczna, że celność obserwacji i epicki rozmach, że mocna, wartościowa rzecz. Ja wpisuję ją do loży feministek, które mierzą w wartości, w rodzinę, deprecjonują macierzyństwo, chcą uwolnić kobietę z jarzma małżeńskiego. Ja tego nie kupuję. [...]"

Minął rok od czasu napisania tej notki, a ja po wyjęciu książki z półki mam nadal uczucia, jakbym o slamsach czytała. I świadomość, że według autorki uczucia wyższe przynależne są elitom jedynie.

Żeby odgonić koszmary, wspomnienie wczorajszej wycieczki do Sandomierza.


niedziela, 29 stycznia 2012

Bikini w środku zimy

Oto dowód rzeczowy, że jestem. Wygrzebane na półkach w Matrasie. Wiele do czytania nie ma, ale za takie pieniądze! Przede wszystkim dokoptowałam jedną pozycję do Kanonu Literatury Podziemnej.
O Katarzynie Enerlich trochę czytałam, więc czas przekonać się samemu. Lubię biografie, zatem coś też dołożyłam do koszyka. B.Jasieński był na ustach Sandomierszczyzny, bo jedna ze szkół zmieniała imię, a walka była zażarta. Da Vinci malarzem wielkim był, ale że namalował tylko 13 obrazów (!), tego dowiedziałam się dopiero teraz. Dokładniej - sam 13, a 7 z innymi artystami. No, no...


Kolejne nabytki. Pierwszy od lewej to Róże dla pensjonarki z piękną zakładką, które dotarły zimową porą z Lublina. Lirael - dziękuję:)))
Biografia Korczaka dołączy do Mikołajskiej. Cała seria pięknie wydana! Tylko cena mniej atrakcyjna.
Rarytas - K.Rokickiego Literaci. Relacje między literatami a władzami PRL w latach 1956-1970.
H.Fallada Każdy umiera w samotności - drążę temat zachodniego sąsiada.
D.Rubina Pismo Leonarda - okazyjnie.
S.Fleszarowa-Muskat Lato nagich dziewcząt - kompletować serię?
H.Muszyńska-Hoffmanowa Panie na Wilanowie - to pierwsza i z pewnością nie ostatnia tejże autorki.
T.M.Płużański Bestie. Mordercy Polaków - bezcenna.
A.Kroh Sklep Potrzeb Kulturalnych -  w swoich osądach ważna osoba postawiła najwyższą ocenę, więc jak się nie ukulturalnić?

Z raptularza - część druga
Z pewnością czekacie na bikini. Ale to będzie Bikini Janusza Wiśniewskiego.

Uważni czytelnicy mojego bloga wiedzą, że raptularz ukrywa nieprzychylne recenzje. A mogło być tak ciekawie!

Czas  - koniec drugiej wojny. Miejsce akcji to głównie Niemcy, USA i atol Bikini. Główna para bohaterów: Anna - Niemka z nutą polską zakochuje się w dziennikarzu z Nowego Jorku. Stanley zostaje wysłany do Niemiec, by unaocznić mieszkańcom Ameryki okrucieństwa wojny. Łączy ich pasja fotografowania. Bombardowania, śmierć, cierpienie... - łowią obrazy w mistrzowski sposób. Gdy się spotkają, sprawy muszą potoczyć się już tylko w jednym kierunku. Druga część to sprawa atolu, który ma być wysiedlony. Życie ludzi jest mniej warte niż nuklearne próby. Mała i wielka historia.

Jak tu nie przeczytać? Niestety, oto co zapisałam w swoim raptularzu:

Jestem po lekturze Samotności w sieci, zatem smaczków erotycznych mogłam się spodziewać. I są. Po ich odsączeniu zostaje ta lepsza część, czyli historia.  Trochę inna niż mi znana. Bardzo poprawna politycznie. To nie Niemcy wojnę rozpętali, tylko naziści. Dali się otumanić charyzmatycznemu Hitlerowi. To Niemcy są głównymi ofiarami wojny - giną masowo w czasie nalotów, tracą życie za ukrywanie Żydów, zniszczeni psychicznie popełniają masowo samobójstwa, opuszczają domy - wypędzeni z Wrocławia, Opola, Gdańska... I już jestem całkiem tu i teraz. Jakbym telewizor włączyła.
Czytam zdanie: Bo Polacy to największe po Niemcach antysemickie świnie. No dobrze, wyrwane z kontekstu. Próbuję brnąć dalej.
S. 324 - gdy Amerykanie dotarli do Buchenwaldu, Patton poruszony bestialstwem nazistów, natychmiast rozkazał przywieźć ciężarówkami niemiecką ludność z pobliskiego Weimaru, aby mogła naocznie przekonać się o tym, co działo się tuż pod ich nosem w niedalekim Buchenwaldzie.
Robię sobie przerwę w czytaniu. Kim jest autor? Gdyby książkę pisał Niemiec, nie dziwiłabym się. No ale mieszka w Niemczech. Z polskich słów najlepiej zapamiętał "k...a". Wpycha je w usta wszystkich mówiących. Słowo pojawia się nagle, nie pasuje do kontekstu wypowiedzi. W żaden sposób nie tłumaczy tego czas i miejsce, że wojna, że trauma... Przeszkadza w czytaniu okrutnie. Tak jak ciągłe powtarzanie frazy o falowaniu biustu Anny, [dalej - niecenzuralne] - może to miało zapewnić szerszy krąg odbiorców? Ale nie sądzę, żeby menele sięgnęły po tę książkę.
Zebrał J.W. parę ciekawostek - a to, że małego Adolfa z rzeki wyłowił Żyd, a to, że słoń ma olbrzymie łzy (nawet o tym nie pomyślałam nigdy), ale to za mało, żeby książkę polecić. Zastanawiam się, dla kogo jest ta lektura. Dla miłośników romansu raczej nie, bo Anna jest antypatyczna, naiwna, a sceny łóżkowe (co ja piszę! wszak i bez łóżka) z jej udziałem to tania erotyka. Dla miłośników historii też nie, bo irytuje poprawność. Wielka szkoda. A jaki chwytliwy tytuł! Zmarnowany potencjał i kilkaset stron o niczym. Piękna historia przykryta tandetą - przeinaczeniem faktów, wulgaryzmami, pornografią.

Pamiętam spotkanie z Dorotą Terakowską. Gdy mówiła o książkach, wymieniła książki - hamburgery. Zjesz i nic nie zostaje. Tak jak tu -  został tylko smak stęchłego mięsa. Mam nadzieję, że nikogo nie zachęciłam do przeczytania. Było to z pewnością moje ostatnie spotkanie z tym autorem.




Zdjęcie okładki "Bikini" - z Internetu (Tania książka); pozostałe - mojego autorstwa.

niedziela, 11 grudnia 2011

Z raptularza

To nie tak, że czytam tylko wyjątkowe książki, że wszystkie mi się podobają. Bywało różnie, jednak te niezbyt pochlebne recenzje zapisywałam w papierowym raptularzu, który powstaje równolegle do bloga. Gdy przeczytałam recenzję Piątego dziecka u guciamal, postanowiłam wypowiedzieć się tutaj, co właściwie mam książce do zarzucenia. Zatem wprowadzam nową etykietę - tytułową - pod którą mogą ukrywać się kontrowersyjne opinie. Może ryzykuję. No cóż. Zdarzało mi się, że wypowiadałam się u kogoś, a potem spadały gromy na moją głowę, sprawiając przykrość gospodarzowi. Cytowano moje słowa na innych blogach i chór wypowiadał się na temat mojego beretu, z czego zrobiony i w jakim kolorze. Niech się dzieje tutaj.

Doris Lessing Piąte dziecko
Powinnam chylić czoła przed twórczością noblistki. Ale nie. Książka smutna i dziwna. Dobro opisać najtrudniej. Tylko zło jest ciekawe. Gdy nie mogę znaleźć klucza interpretacyjnego, to zastanawiam się nad adresatem i celowością napisania utworu.  Po co i dla kogo powstała ta książka? Dla feministek, które nie kochają tradycyjnej rodziny. Książka krzyczy: Kobiety! Po co rodzić dzieci, marzyć o szczęśliwej rodzinie?! Tą drogą daleko nie zajdziecie! Los zabierze wam wszystko!
Para marząca o licznej i uśmiechniętej rodzinie pokazana jest jako dziwacy. Ba! Nawet pasożyty! Nie budzą sympatii - ojciec odsuwa się od chorego dziecka, odmieńca, a matka od całego świata. Innej drogi nie ma.. 
Czytałam z oporami. Jestem po oligo..., a nie potrafiłam zdiagnozować stanu/ choroby Bena. W końcu poddałam się, że to tylko literacki potworek, żeby wystraszyć kobiety. Bo kolejne dziecko okaże się takim stworzeniem, które doprowadzi do rozpadu rodziny; odwrócą się wszyscy. Znikąd pomocy - ani lekarz, ani pedagog - nie znajdą źródła odmiennosci, a potwór namacalny i groźny dla otoczenia istnieje. Nic mi nie dało przeczytanie tej książki. Wpadłam tylko w depresyjny nastrój. Lepiej jej nie czytać wcale.

W ramach DKK jeszcze raz musiałam sięgnąć po książkę Doris Lessing. Musiałam - słowo oddaje mój zachwyt. Apetyt nie wzrósł mimo entuzjastycznych recenzji. Literacki Nobel, a ja nic. Ot, durna...
UWAGA! SPOILER!
Dobrze, że Ben zginął, bo nie będzie trzeciej części. To chyba najkrótsza recenzja.
(książka ma kilka lat, to pewnie mogę nawiązać do zakończenia?)
Ponadto uwagę zwróciła fatalna edycja. Roi się od błędów ortograficznych! - s. 29 stróżka śliny spłynęła mu na brodę; s.119 zdjęła z pułki plastikową butelkę; s.138 wywarzono drzwi...
A to nas PIW uraczył!
Dostało się też Polakom. Na s. 22-23 czytamy:
Oprócz Bena na farmie pracowali Polacy, głównie studenci. [...] Kiedy chłopak spał, jeden ze studentów, którzy tak lubili śpiewać i żartować, ukradł jego pieniądze.
To by było na tyle.


Zdjęcia okładek z Internetu.

sobota, 12 marca 2011

Potańczyć by się chciało...

... lecz to się nie udało.
Dziś notka dla tych, którzy lubią kontrowersje (Aniu! zamówienie zrealizowane).
Impulsem, by wrócić do Nurowskiej, jest czytana właśnie Rauska (o niej wkrótce). Od razu uprzedzam, że czuję się emocjonalnie związana z tematem, bo przyszłam na świat na ziemiach odzyskanych, a moja mama pracowała w fabryce, w której jeszcze były Niemki. I żadnej nie stawiano nago pod pręgierzem tylko  z tego powodu - ani z żadnego innego zresztą - że Niemką była. Dlatego od razu zapaliła mi się w głowie czerwona żarówka, gdy przeczytałam we wstępie o takiej inspiracji.
Książkę czyta się bardzo dobrze, jak zresztą pozostałe tejże autorki.  Sprawne pióro, historia w tle, szczypta seksu. Pewnie dlatego rozemocjonowani śledzeniem fabuły, możemy nie zwrócić uwagi na takie np. zdania:
Jej prześladowcami byli Polacy.
Wywożono nas stamtąd jak zwierzęta, w bydlęcych wagonach.(s.157)
To były przecież stałe praktyki, te napaści na przesiedleńców.
W napaściach na nas, bezradnych, przerażonych, uczestniczyły polskie kobiety, częstokroć były bardziej brutalne i okrutne od mężczyzn ... i bardziej domyślne, przed ich pazurami nie dało się ocalić niczego z marnego dobytku...(s.156)
Te bandy czatujące na pociągi z uchodźcami działały pod osłoną polskich władz.
s. 169-170 - opis "zemsty ofiar", zbiorowe gwałty, obelgi.
Polacy mi wszystko zabrali: dom, ojczyznę, prawo do miłości, zawsze już bałam się mężczyzn... (s.174)
...zaczerwienione, pełne zapiekłej złości twarze. Wyglądały jak wiedźmy, w brudnych, poszarpanych łachach, z rozczochranymi kudłami (to opis Polek, które przyłapały Niemkę na kradzieży w polu, s.190 i dalsze). Rzuciły się na nią, bijąc po twarzy, szarpiąc za włosy, a kiedy się osłaniała, poczuła na sobie ich pięści. Powaliły ją na ziemię i poczęły deptać nogami. Miały rozdęte, fioletowe od żylaków łydki i uda. Nie nosiły majtek, widziała więc nad sobą ich przerażających rozmiarów łona, przypominające rozgrzebane wronie gniazda. Z obrzydzenia zwymiotowała.

 Obraz Polaków przerażający. Dostało się każdemu - łącznie z papieżem. W jednej książce autorka pomieściła wszystkie modne hasła: wypędzeni, pojednanie, aborcja, kościół katolicki. Czy można się dziwić, że to bestseller w Niemczech? Podobnie zresztą rzecz ma się z Bikini Wiśniewskiego, po której to książce skończyłam romans z tym autorem z tego samego powodu. Sama Nurowska w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" (2000.11.25) żali się, że w Niemczech jej książka osiągnęła ogromny sukces czytelniczy, wciągana jest na listy lektur szkolnych, a w Polsce - cisza. Może przerwijmy tę ciszę. Nie chodzi mi o zaprzeczanie faktom, ale o zachowanie właściwych proporcji, o zamianę w roli kata i ofiary, o zafałszowania po to, żeby... No właśnie - po co?
Też kiedyś lubiłam Nurowską...