choć właściwie bardziej to przypomina intensywny powrót zimy ;P
Nic nie poradzę, wcale mnie to nie cieszy, nie lubię zimy, a szczególnie tej przedłużającej się tak masakrycznie jak tegoroczna :>
Jaki nastrój taki efekt... rękodzielniczenia dodam. Bo efekt nijaki.
Pilnych konieczności do wykonania mnóstwo, a tu brak weny i chęci, toteż klapa na tym polu totalna.
Ciesze się tylko, że wreszcie udało mi się zakupić fajną tkaninę lnianą, i uszyłam sobie nowe zasłony, nie pokażę efektu, to dopiero jak uskutecznię pozostały zamysł dotyczący aranżacji okien, mam nadzieję że nastąpi to wkrótce. Tymczasem czekam na resztę niezbędnych do owej realizacji akcesoriów.
Dziś mogę zaprezentować jedynie "krwawicę" swych rąk, bo i podziabałam sobie przy okazji rączęta (co zaraz zapewne zostanie przez co niektórych bystrzaków wyśmiane ), a i tempo powstawania pozostawia wiele do życzenia. Cóż, przedwiośnie :>
Oto efekty owej krwawicy:
czekoladowa perła:
i srebrzysta poświata:
Ten ostatni naszyjnik pięknie się mieni szaro-srebrzystymi koralikami. Obydwa wytwory prezentowane są na nowych zasłonach, tyle mogę pokazać ;)
Na koniec coś co również powstało jakiś czas temu, choć tym razem stosunkowo szybko, moje pierwsze, i z całą pewnością nie ostatnie staro-książkowe słoneczko. Proste, bez zdobień i dodatków, i uważam że naprawdę fajnie się prezentuje:
I teraz pięknie nam "świeci" na świetlicy :) Oryginalna dekoracja, i wyjątkowo duża :)
Już powstają kolejne, bo książek starych i zniszczonych okrutnie mam jeszcze kilka. Dzieciakom spodobał się efekt i kleją kolejne słońca recyklingowe, do swoich domów. A ja się cieszę, bo wysilać głowy zbytnio nie muszę co by tu z dziećmi podziałać zawodowo...
Wkrótce pewnikiem cos o dekoracjach wielkanocno-wiośnianych będzie. Pierwsze wielkanocne masosolniaki już za nami, dziś pewnie kolejne, a międzyczasie maska grecka na ocenę dla pewnej panny. Mam co robić. I dobrze ;)
A za oknem...
przedwiośnie w zimowej szacie :P
Cóż, pozostaje pożegnać się z nadzieją na cieplejsze "kiedyś" :)
Papapa:)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recykling. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recykling. Pokaż wszystkie posty
13 marca 2013
7 września 2012
Takie tam ;)
zrobiłam znowu.
Tak mi się spodobały te koraliki, z tymi wszystkimi swoimi kolorami i delikatnym błyskiem, że zwyczajnie musiałam je mieć.
Są jak wspomnienie lata, a trochę już jak zapowiedź nadchodzącej pogodnej jesieni.
Takie tam błyskotki...
... a jak cieszą oko ;)))
Mam naszyjnik:
i bransoletkę:
a z resztek koralikowych powstał wisiorek:
I już, takie tam babskie fatałaszki ;))
Ciągle wracam do prac ponapoczynanych jeszcze wiosną.
Dziś pokażę kolejną, zaczętą jeszcze gdzieś w kwietniu...
ech, ten brak czasu...
To stół, który dostaliśmy od znajomych. Musiał stać wcześniej w jakieś piwnicy, bo gdy spod wielu kolejnych warstw farby udało mi się wreszcie wydobyć blat, wzbudził moje ogromne zdziwienie - był czarny! Nie mam pojęcia jaką funkcję wcześniej pełnił, ale wydaje nam się że dla przetrwania tudzież zabezpieczenia (?!?!), wielokrotnie przemalowano go przepracowanym olejem! Dziwne, bo to naprawdę ładny stolik z najprawdziwszej sosny i z szufladami, więc ciągle niepojęte jest dla mnie TAKIE jego potraktowanie!
Wraz z pierwszymi dniami urlopu ponownie wyciągnęłam stół, ponownie go przeszlifowałam i wreszcie pomalowałam.Dziś prezentuje się tak:
Do szufladek dopasowałam nieduże, ceramiczne gałki, blat i szuflady miały być w kolorze delikatnego dębu, ale tak to jest gdy nie zrobi się wcześniej próby koloru...no to mam, teak na sośnie, czyli prawie mahoń, a może nawet wiśnię :P
Pocieszam się że jest przynajmniej ciepły... w odbiorze ;)))
Stolik ów stać się miał początkowo wymarzoną toaletką do sypialni. Jednak w trakcie pracy nad przywróceniem mu jako takiej stolikowej godności zmieniłam jego przeznaczenie i stanął w kuchni.
Doskonale się wpasował w miejsce pod oknem, teraz to stolik kuchenny przy którym dzieci mogą zjeść śniadanie przed szkołą, i obiad po powrocie.
A ja poranną kawkę :)
To tymczasowa wersja, bowiem wkrótce stół zostanie wzbogacony o pewne udogodnienia, dzięki czemu nie będzie TYLKO stołem ;)))
Dodatkowo odświeżyłam i również przemalowałam dwa drewniane, kuchenne krzesła z historią.
Historia ich jest długa, i rodzinna bowiem zrobione były przez pradziadka Osobistego. A zrobił je dla swojej córki (babci Osobistego), jako pierwsze wyposażenie kuchni w jej mieszkaniu:)
Dziś "mieszkają" u nas, na tak zwanym dożywociu:)))
Dostały nowe poduszkowe poddupniki, w których im do... krzesła ;)))
Bardzo lubię te krzesła. Dobrze nam służą od lat, i mimo ciągłej ich eksploatacji są wygodne i bardzo stabilne. No i posiadają dla mnie walor najważniejszy, swoją własną HISTORIĘ, która nadal trwa, a której my staliśmy się kontynuatorami :))))
Żegnam miło i ciepło, do poczytania wkrótce:)
Tak mi się spodobały te koraliki, z tymi wszystkimi swoimi kolorami i delikatnym błyskiem, że zwyczajnie musiałam je mieć.
Są jak wspomnienie lata, a trochę już jak zapowiedź nadchodzącej pogodnej jesieni.
Takie tam błyskotki...
... a jak cieszą oko ;)))
Mam naszyjnik:
i bransoletkę:
a z resztek koralikowych powstał wisiorek:
I już, takie tam babskie fatałaszki ;))
Ciągle wracam do prac ponapoczynanych jeszcze wiosną.
Dziś pokażę kolejną, zaczętą jeszcze gdzieś w kwietniu...
ech, ten brak czasu...
To stół, który dostaliśmy od znajomych. Musiał stać wcześniej w jakieś piwnicy, bo gdy spod wielu kolejnych warstw farby udało mi się wreszcie wydobyć blat, wzbudził moje ogromne zdziwienie - był czarny! Nie mam pojęcia jaką funkcję wcześniej pełnił, ale wydaje nam się że dla przetrwania tudzież zabezpieczenia (?!?!), wielokrotnie przemalowano go przepracowanym olejem! Dziwne, bo to naprawdę ładny stolik z najprawdziwszej sosny i z szufladami, więc ciągle niepojęte jest dla mnie TAKIE jego potraktowanie!
Wraz z pierwszymi dniami urlopu ponownie wyciągnęłam stół, ponownie go przeszlifowałam i wreszcie pomalowałam.Dziś prezentuje się tak:
Zdjęcia kiepskie, ale poranną rosą robione, bo potem czasu brak...
Do szufladek dopasowałam nieduże, ceramiczne gałki, blat i szuflady miały być w kolorze delikatnego dębu, ale tak to jest gdy nie zrobi się wcześniej próby koloru...no to mam, teak na sośnie, czyli prawie mahoń, a może nawet wiśnię :P
Pocieszam się że jest przynajmniej ciepły... w odbiorze ;)))
Stolik ów stać się miał początkowo wymarzoną toaletką do sypialni. Jednak w trakcie pracy nad przywróceniem mu jako takiej stolikowej godności zmieniłam jego przeznaczenie i stanął w kuchni.
Doskonale się wpasował w miejsce pod oknem, teraz to stolik kuchenny przy którym dzieci mogą zjeść śniadanie przed szkołą, i obiad po powrocie.
A ja poranną kawkę :)
To tymczasowa wersja, bowiem wkrótce stół zostanie wzbogacony o pewne udogodnienia, dzięki czemu nie będzie TYLKO stołem ;)))
Dodatkowo odświeżyłam i również przemalowałam dwa drewniane, kuchenne krzesła z historią.
Historia ich jest długa, i rodzinna bowiem zrobione były przez pradziadka Osobistego. A zrobił je dla swojej córki (babci Osobistego), jako pierwsze wyposażenie kuchni w jej mieszkaniu:)
Dziś "mieszkają" u nas, na tak zwanym dożywociu:)))
Dostały nowe poduszkowe poddupniki, w których im do... krzesła ;)))
Bardzo lubię te krzesła. Dobrze nam służą od lat, i mimo ciągłej ich eksploatacji są wygodne i bardzo stabilne. No i posiadają dla mnie walor najważniejszy, swoją własną HISTORIĘ, która nadal trwa, a której my staliśmy się kontynuatorami :))))
Żegnam miło i ciepło, do poczytania wkrótce:)
26 października 2010
Prowizorka
Tak, tak, dobrze przeczytaliście...
Dziś o prowizorkach będzie.
A temat zapowiadałam wcześniej, żeby nie powiedzieć dawno temu, gdy wspominałam o DESPERACJI jaka mnie ogarnęła razu pewnego...
Dziś o prowizorkach wszelakich, choć moje dotyczą w głównej mierze domu mojego, w innych dziedzinach raczej unikam tego tematu jak chwastu upierdliwego.
Ale bywa różnie :P
Bo domowo PROWIZORKA u mnie, zakorzeniła się i listki nawet puściła, a jeszcze trochę to pewnie przy dobrych wiatrach doczekałabym się nawet kwiatków...
Ale, po kolei.
Wspominałam jakiś czas temu że wpadłam w sidła DESPERACJI.
Ogarnęła mnie i trzymała z siłą imadła wielkiego. Puścić nie chciała aż do dnia dzisiejszego. Mocna taka.
Desperacja w wyniku moich karkołomnych chwilami poczynań, poprzez fazę DESTRUKCJI osiągnęła stan NORMALIZACJI :-D Jako tako..
A wszystko przez tę nieszczęsna prowizorkę...
Bo prowizorkę w kuchni mam.
Ogromną, taką dołującą już. Ba! Rzekłabym nawet iż frustrującą straszliwie!
Prowizorka moja objawia się w każdej postaci począwszy od mebli, na malowaniu ścian, a właściwie braku tego malowania (tzn. pomalowane na metodę "budżetową"), skończywszy na detalach ozdobnych acz niezbędnych gdy się takowe lubi, których praktycznie tu nie BYŁO! A nawet bardzo się przecież lubi te wszystkie cudne i niezbędne detale ozdobne, duperelkami często zwane...
Tak więc panoszy się u mnie PROWIZORKA, z nader błahej przyczyny, aczkolwiek niebagatelnej, bowiem o finanse się opierającej.
O finanse na WYMARZONĄ, wymyśloną, opisaną i rozrysowaną w notatniku ku pamięci, KUCHNIĘ z prawdziwego ZDARZENIA. Zaplanowana jest w szczegółach prawie najdrobniejszych. Prawie jednak, jak wiadomo, robi wielka różnicę, szczególnie gdy nie wszystko uda się przewidzieć takiemu jak ja laikowi w zakresie aranżowania wnętrz. Jednakowoż chęci mam, plany, też no i te MARZENIA... Ach... Te to dopiero MAM...
Żeby tak jeszcze było ecie - pecie do ich spełnienia...
I któregoś dnia spojrzałam (czwartek to był, na długo zapamiętam) na te moje nieszczęście, kuchnią szumnie i na wyrost nazywane. I co ujrzałam???
Rozpacz czarną i tragiczną w wydźwięku, o ile rozpacz posiada dźwięczność :>
Moja posiada, słyszałam na własne uszy, jak upadła i dźwięknęła dosadnie i jękliwie.. :>
Rozpacz moja była nader głośna acz obiektywna. Bo cóż ujrzałam?
Niespójność kolorystyczną! A nawet:
Brak jakichkolwiek związków pomiędzy posiadanymi "meblami", że tak nazwę to co posiadam, również na wyrost:>
BA!!! Przestępstwo kardynalne - brak "łączności" pomiędzy kuchnią a salonem!!! Przestępstwo nader poważne zważywszy na fakt (momentami nieszczęśliwy), posiadania kuchni otwartej na salon.
Nooo, może wyjątek stanowią w tej kwestii zasłony, które to posiadają ten sam motyw, a nawet więcej! To ta sama tkanina:)) Czyli plus :DDD
Jedyny :>>>
Nawet sprzątać mi się tu nie chciało, zadbać o TO, tak po kobiecemu, przyozdobić, ułożyć...
Nie to żeby jakiś bałagan bałagański tu panował, wszak to miejsce przygotowywania posiłków, goście w domu bywają też, muszą mieć pojęcie że w domu mym przywiązuje się uwagę do podstawowych standardów higieny, a nawet się ich przestrzega!
Nie, zapewniam, niehigienicznie nigdy nie było, ale ogólny rozgardiasz i dysharmonia panowały. Niestety...
Nie będę się już rozpisywać nad ustawieniem posiadanych "dóbr meblowych", albowiem jest to wymuszone niejako ową PROWIZORKĄ, jednakże to też ma ulec zmianom gdy już spełni się me MARZENIE, więc tymczasem było tak:
(to tylko fragment większej całości... więcej zdjęć zapomniałam zrobić, przez desperację..., tak naprawdę najważniejsze są tu kolorki i ogólny pogląd na sytuację - choc jak tak sobie patrzę to nie wygląda tragicznie...)
Jak widać: MOCNO BYLE JAK :(
Prowizorka ukorzeniona, trudna do wykarczowania, jak widać, z listkami... Na zdjęciu widać maleńką zajawkę tylko, zapomniałam obfocić jak należy z emocji, musicie uwierzyć na słowo,było kiepsko.
Ale! Podjęłam wyzwanie, podjęłam nawet próby pozbycia się tego tałatajstwa sprzed ócz mych zrozpaczonych.
Zakasałam rękawy, zaznaczam iż rozpacz czułam ogromną, a pomysł był z tak zwanej "chwili", DESPERACKI, jak mówiłam... To ważne dla wszystkiego co teraz przeczytacie i ujrzycie....
I padło na "chwilę" płodną w pomysły.... Kupiłam zatem farby, i dwa wałki. I zaczęłam "tworzyć".
Dodam TWORZYĆ niemalże od podstaw.
A była to sobota. Ta 3 tygodnie temu miniona. A może już więcej ?:P
W efekcie machania wałkiem, wspomaganym pędzlem i dłonią mą, okresowo celnymi radami mych dzieci, zaczęło się wyłaniać takie coś:
Potem sobie pomyślałam, co mi tam, zrobię więcej, i oto tego efekty w zbliżeniach.
(jak widać, PROWIZORKA CAŁKOWITA - piekarnik (po lewo), nieobudowany, zmywarka (po prawo), też, ogólny chaos i brak wyrazu, plus BONUS w postaci rozgardiaszu wynikającego z desperackich prób nadania temu WYRAZU - jakiegokolwiek :>)
Cała ta historia nie wydarzyłaby się NIGDY gdybym w swej naiwności nie oddała części kuchni posiadanej przed przeprowadzką do nowego domu (mebli znaczy, szafek). Ale same przyznacie, gdybym zabrała "starą" (bo tak naprawdę miała wówczas ze 4 lata,"kuchnia", nie ja), dziś zupełnie nie myślałabym o tej nowej WYMARZONEJ. A plan był taki żeby tylko przez chwilkę mieć starą kuchnię, bo ZARAZ przecież NOWA będzie...
Jest jak widać... sześć lat ZARAZ...
Choć morał tej historii posiada i drugie dno - jak każdy. Dziś mam PROWIZORKĘ:)
O którą zresztą sama zadbałam, bo się wcale nie starałam, ale z drugiej strony, WYMARZONA miała być naprawdę szybko...:) Więc rozpatrując sprawę z psychologicznego punku widzenia: mam co chciałam, nieprawdaż??? :D
Czasochłonne zajęcie to całe karczowanie prowizorki z listkami, bardzo czasochłonne. Ale chyba widać efekty mojej pracy???
NIE????
Ściany pomalowane, na biało, żeby potem nie skrobać gdy już będzie ta WYMARZONA plus kafelki wymyślne..., ale odświeżone, no nie?!
Meble i wszystko "meblopokrewne" przemalowane na kolor gustowny i JEDNOLITY, udało się uzyskać ową spójność kolorystyczną, co nie ?!?
Dodatki ozdobne występują? Nawet fajnie się prezentują, co nie ?!?
A dodatki największe zrobiłam z tego, znalezionego, znaczy recyklingowego, chili eko:
Po czym pieczołowicie odświeżonego, aby osiągnąć TO:
A przede wszystkim pozbyłam się mnóstwa sprzętów które to zmieniały tylko swoje miejsce w zależności od potrzeb osób "rezydujących" w "kuchni", sprzętów niezwykle ważnych, potrzebnych i niezbędnych , szczególnie do tego żeby były pod ręką... i kurzem obrastały, pomiędzy okresami swej "niezbędności"... Teraz wszystko jest maksymalnie pochowane, utajnione i "zagłębione" w czeluściach nielicznych nadal szafek i półek. I jest tak:
I kilka detalików:DD
Kończąc, pragnę podzielić się pewną konkluzją, która nasunęła mi się podczas tych prac "ornych".
I nie gadać mi tu że nie mnie pierwszej ta mądrość do łba przylazła. Wiem, ale i tak się "podzielę" nowym swym "odkryciem"!
No bo tak: czekałam na to swoje wymarzone cacko kuchenne. Czekałam cierpliwie bardzo co niezwykłe jak na mnie. Życie mnie tego nauczyło. Nie żałuję że nie mam jeszcze i wciąż, tej wymarzonej, wypieszczonej i wyczekanej kuchni. Ale zadziało się w przeciągu tych lat czekania mnóstwo cudownych i strasznie ważnych rzeczy. Poprzestawiały się priorytety, to co kiedyś było NIEZMIERNIE ważne, teraz jest błahe, niewarte wspomnienia nawet.
Ciągle nie mam tej "wymarzonej", choć siedzi w mojej głowie i od czasu do czasu przypomina się nagle czknięciem. Zwłaszcza gdy coś z szafki wypada, rozbija się, nie chce do niej się "wpasować"... Stąd ta "rozpacz" - ile ja już "porcelany" natłukłam, matko kochana, do jakich strat te braki szafkowe się przyczyniły... a wiadomo nie od dziś, że wszystko się przydaje, i tyle cacuszek w kuchni KONIECZNIE prawdziwa gospodyni posiadać musi, a w ogóle to jest TO niezbędne do prowadzenia kuchni w ogóle!...
Ale nie o tym, otóż doszłam do strasznie ważnej konkluzji:
NIE WAŻNE JAK WYGLĄDA MOJE ŻYCIE! WAŻNE JAK JE SOBIE SAMA URZĄDZĘ!!!!
Oto ta prawda najprawdziwsza! Bowiem czym jest brak POSIADANIA jeśli można to co się już POSIADA poskładać tak jak się chce aby było, wyglądało, funkcjonowało, piękniało... tak jak się tego ZWYCZAJNIE pragnie:)))
Macie tak??? Od dziś MAM I JA :DDDD
(I tak zupełnie na koniec, dzisiejszy post to jest też takie małe czarowanie żeby szybciej spełniło się to WYMARZONE, trochę z przekorą, trochę z nadzieją... z drugiej strony... jak ja się teraz ze swoją "starą - nową" kuchnią rozstanę, skoro ona taka piękną teraz ???? :)))))) )
Pozdrawiam jesiennie z CIUT ładniejszej kuchni :-D
Nadal będącej prowizorką - nie ma co się czarować, ale prowizorką mimo wszystko BARDZIEJ OSWOJONĄ :)
I chyba troszkę ładniejszą nawet :))))
I jeszcze jedno - nie gadać że dziś DŁUGO! Ostatnio krótko bywało:)))
Papapa
Dziś o prowizorkach będzie.
A temat zapowiadałam wcześniej, żeby nie powiedzieć dawno temu, gdy wspominałam o DESPERACJI jaka mnie ogarnęła razu pewnego...
Dziś o prowizorkach wszelakich, choć moje dotyczą w głównej mierze domu mojego, w innych dziedzinach raczej unikam tego tematu jak chwastu upierdliwego.
Ale bywa różnie :P
Bo domowo PROWIZORKA u mnie, zakorzeniła się i listki nawet puściła, a jeszcze trochę to pewnie przy dobrych wiatrach doczekałabym się nawet kwiatków...
Ale, po kolei.
Wspominałam jakiś czas temu że wpadłam w sidła DESPERACJI.
Ogarnęła mnie i trzymała z siłą imadła wielkiego. Puścić nie chciała aż do dnia dzisiejszego. Mocna taka.
Desperacja w wyniku moich karkołomnych chwilami poczynań, poprzez fazę DESTRUKCJI osiągnęła stan NORMALIZACJI :-D Jako tako..
A wszystko przez tę nieszczęsna prowizorkę...
Bo prowizorkę w kuchni mam.
Ogromną, taką dołującą już. Ba! Rzekłabym nawet iż frustrującą straszliwie!
Prowizorka moja objawia się w każdej postaci począwszy od mebli, na malowaniu ścian, a właściwie braku tego malowania (tzn. pomalowane na metodę "budżetową"), skończywszy na detalach ozdobnych acz niezbędnych gdy się takowe lubi, których praktycznie tu nie BYŁO! A nawet bardzo się przecież lubi te wszystkie cudne i niezbędne detale ozdobne, duperelkami często zwane...
Tak więc panoszy się u mnie PROWIZORKA, z nader błahej przyczyny, aczkolwiek niebagatelnej, bowiem o finanse się opierającej.
O finanse na WYMARZONĄ, wymyśloną, opisaną i rozrysowaną w notatniku ku pamięci, KUCHNIĘ z prawdziwego ZDARZENIA. Zaplanowana jest w szczegółach prawie najdrobniejszych. Prawie jednak, jak wiadomo, robi wielka różnicę, szczególnie gdy nie wszystko uda się przewidzieć takiemu jak ja laikowi w zakresie aranżowania wnętrz. Jednakowoż chęci mam, plany, też no i te MARZENIA... Ach... Te to dopiero MAM...
Żeby tak jeszcze było ecie - pecie do ich spełnienia...
I któregoś dnia spojrzałam (czwartek to był, na długo zapamiętam) na te moje nieszczęście, kuchnią szumnie i na wyrost nazywane. I co ujrzałam???
Rozpacz czarną i tragiczną w wydźwięku, o ile rozpacz posiada dźwięczność :>
Moja posiada, słyszałam na własne uszy, jak upadła i dźwięknęła dosadnie i jękliwie.. :>
Rozpacz moja była nader głośna acz obiektywna. Bo cóż ujrzałam?
Niespójność kolorystyczną! A nawet:
Brak jakichkolwiek związków pomiędzy posiadanymi "meblami", że tak nazwę to co posiadam, również na wyrost:>
BA!!! Przestępstwo kardynalne - brak "łączności" pomiędzy kuchnią a salonem!!! Przestępstwo nader poważne zważywszy na fakt (momentami nieszczęśliwy), posiadania kuchni otwartej na salon.
Nooo, może wyjątek stanowią w tej kwestii zasłony, które to posiadają ten sam motyw, a nawet więcej! To ta sama tkanina:)) Czyli plus :DDD
Jedyny :>>>
Nawet sprzątać mi się tu nie chciało, zadbać o TO, tak po kobiecemu, przyozdobić, ułożyć...
Nie to żeby jakiś bałagan bałagański tu panował, wszak to miejsce przygotowywania posiłków, goście w domu bywają też, muszą mieć pojęcie że w domu mym przywiązuje się uwagę do podstawowych standardów higieny, a nawet się ich przestrzega!
Nie, zapewniam, niehigienicznie nigdy nie było, ale ogólny rozgardiasz i dysharmonia panowały. Niestety...
Nie będę się już rozpisywać nad ustawieniem posiadanych "dóbr meblowych", albowiem jest to wymuszone niejako ową PROWIZORKĄ, jednakże to też ma ulec zmianom gdy już spełni się me MARZENIE, więc tymczasem było tak:
(to tylko fragment większej całości... więcej zdjęć zapomniałam zrobić, przez desperację..., tak naprawdę najważniejsze są tu kolorki i ogólny pogląd na sytuację - choc jak tak sobie patrzę to nie wygląda tragicznie...)
Jak widać: MOCNO BYLE JAK :(
Prowizorka ukorzeniona, trudna do wykarczowania, jak widać, z listkami... Na zdjęciu widać maleńką zajawkę tylko, zapomniałam obfocić jak należy z emocji, musicie uwierzyć na słowo,było kiepsko.
Ale! Podjęłam wyzwanie, podjęłam nawet próby pozbycia się tego tałatajstwa sprzed ócz mych zrozpaczonych.
Zakasałam rękawy, zaznaczam iż rozpacz czułam ogromną, a pomysł był z tak zwanej "chwili", DESPERACKI, jak mówiłam... To ważne dla wszystkiego co teraz przeczytacie i ujrzycie....
I padło na "chwilę" płodną w pomysły.... Kupiłam zatem farby, i dwa wałki. I zaczęłam "tworzyć".
Dodam TWORZYĆ niemalże od podstaw.
A była to sobota. Ta 3 tygodnie temu miniona. A może już więcej ?:P
W efekcie machania wałkiem, wspomaganym pędzlem i dłonią mą, okresowo celnymi radami mych dzieci, zaczęło się wyłaniać takie coś:
(widzicie ten kubek??? To mój "nocnik" ulubiony, tyle kawy wypijałam żeby nie zwariować między nakładaniem kolejnych warstw farby OLEJNEJ na fronty drzwiczek)
Potem sobie pomyślałam, co mi tam, zrobię więcej, i oto tego efekty w zbliżeniach.
(jak widać, PROWIZORKA CAŁKOWITA - piekarnik (po lewo), nieobudowany, zmywarka (po prawo), też, ogólny chaos i brak wyrazu, plus BONUS w postaci rozgardiaszu wynikającego z desperackich prób nadania temu WYRAZU - jakiegokolwiek :>)
Cała ta historia nie wydarzyłaby się NIGDY gdybym w swej naiwności nie oddała części kuchni posiadanej przed przeprowadzką do nowego domu (mebli znaczy, szafek). Ale same przyznacie, gdybym zabrała "starą" (bo tak naprawdę miała wówczas ze 4 lata,"kuchnia", nie ja), dziś zupełnie nie myślałabym o tej nowej WYMARZONEJ. A plan był taki żeby tylko przez chwilkę mieć starą kuchnię, bo ZARAZ przecież NOWA będzie...
Jest jak widać... sześć lat ZARAZ...
Choć morał tej historii posiada i drugie dno - jak każdy. Dziś mam PROWIZORKĘ:)
O którą zresztą sama zadbałam, bo się wcale nie starałam, ale z drugiej strony, WYMARZONA miała być naprawdę szybko...:) Więc rozpatrując sprawę z psychologicznego punku widzenia: mam co chciałam, nieprawdaż??? :D
Czasochłonne zajęcie to całe karczowanie prowizorki z listkami, bardzo czasochłonne. Ale chyba widać efekty mojej pracy???
NIE????
Ściany pomalowane, na biało, żeby potem nie skrobać gdy już będzie ta WYMARZONA plus kafelki wymyślne..., ale odświeżone, no nie?!
Meble i wszystko "meblopokrewne" przemalowane na kolor gustowny i JEDNOLITY, udało się uzyskać ową spójność kolorystyczną, co nie ?!?
Dodatki ozdobne występują? Nawet fajnie się prezentują, co nie ?!?
A dodatki największe zrobiłam z tego, znalezionego, znaczy recyklingowego, chili eko:
Drzwiczki drewniane jakiejś starej, porzuconej szafki kuchennej.
Takie marnotrawstwo!
Po czym pieczołowicie odświeżonego, aby osiągnąć TO:
A przede wszystkim pozbyłam się mnóstwa sprzętów które to zmieniały tylko swoje miejsce w zależności od potrzeb osób "rezydujących" w "kuchni", sprzętów niezwykle ważnych, potrzebnych i niezbędnych , szczególnie do tego żeby były pod ręką... i kurzem obrastały, pomiędzy okresami swej "niezbędności"... Teraz wszystko jest maksymalnie pochowane, utajnione i "zagłębione" w czeluściach nielicznych nadal szafek i półek. I jest tak:
Przepraszam z jakość zdjęć, ale słońca jak na lekarstwo, więc błysłam lampeczką:)
AAA!!! No i ten niebieski chlebaczek zniknie! Czekam na drzewienny:)))
AAA!!! No i ten niebieski chlebaczek zniknie! Czekam na drzewienny:)))
I kilka detalików:DD
Prototyp w asyście dostanego dziś awansem wrzosu, wrzośca, cokolwiek to jest, ładne:)
Anioł na dobre (tudzież lepsze) gotowanie:)
Półeczka co niedawno bez przydziału była:) Zmieniła status na zioło-leczniczą:)
Kąt prac brudnych, mocno umysłowych, hehe.
Jeszcze raz półeczka, bo mi sie podoba:)
Toster w ubraniu i reszta.
Narożnik przyprawowy
Kończąc, pragnę podzielić się pewną konkluzją, która nasunęła mi się podczas tych prac "ornych".
I nie gadać mi tu że nie mnie pierwszej ta mądrość do łba przylazła. Wiem, ale i tak się "podzielę" nowym swym "odkryciem"!
No bo tak: czekałam na to swoje wymarzone cacko kuchenne. Czekałam cierpliwie bardzo co niezwykłe jak na mnie. Życie mnie tego nauczyło. Nie żałuję że nie mam jeszcze i wciąż, tej wymarzonej, wypieszczonej i wyczekanej kuchni. Ale zadziało się w przeciągu tych lat czekania mnóstwo cudownych i strasznie ważnych rzeczy. Poprzestawiały się priorytety, to co kiedyś było NIEZMIERNIE ważne, teraz jest błahe, niewarte wspomnienia nawet.
Ciągle nie mam tej "wymarzonej", choć siedzi w mojej głowie i od czasu do czasu przypomina się nagle czknięciem. Zwłaszcza gdy coś z szafki wypada, rozbija się, nie chce do niej się "wpasować"... Stąd ta "rozpacz" - ile ja już "porcelany" natłukłam, matko kochana, do jakich strat te braki szafkowe się przyczyniły... a wiadomo nie od dziś, że wszystko się przydaje, i tyle cacuszek w kuchni KONIECZNIE prawdziwa gospodyni posiadać musi, a w ogóle to jest TO niezbędne do prowadzenia kuchni w ogóle!...
Ale nie o tym, otóż doszłam do strasznie ważnej konkluzji:
NIE WAŻNE JAK WYGLĄDA MOJE ŻYCIE! WAŻNE JAK JE SOBIE SAMA URZĄDZĘ!!!!
Oto ta prawda najprawdziwsza! Bowiem czym jest brak POSIADANIA jeśli można to co się już POSIADA poskładać tak jak się chce aby było, wyglądało, funkcjonowało, piękniało... tak jak się tego ZWYCZAJNIE pragnie:)))
Macie tak??? Od dziś MAM I JA :DDDD
(I tak zupełnie na koniec, dzisiejszy post to jest też takie małe czarowanie żeby szybciej spełniło się to WYMARZONE, trochę z przekorą, trochę z nadzieją... z drugiej strony... jak ja się teraz ze swoją "starą - nową" kuchnią rozstanę, skoro ona taka piękną teraz ???? :)))))) )
Pozdrawiam jesiennie z CIUT ładniejszej kuchni :-D
Nadal będącej prowizorką - nie ma co się czarować, ale prowizorką mimo wszystko BARDZIEJ OSWOJONĄ :)
I chyba troszkę ładniejszą nawet :))))
I jeszcze jedno - nie gadać że dziś DŁUGO! Ostatnio krótko bywało:)))
Papapa
Idę się napawać...
A jutro losowanie, bądźcie czujne Szanowne Koleżanki:))))
Pozdrawiam ciepło
P.S. Wałków poszło w sumie 6, nie wiem czemu, ale farba olejna szaleńczo pochłania wałki! A niby takie specjalne są!
P.S. Wałków poszło w sumie 6, nie wiem czemu, ale farba olejna szaleńczo pochłania wałki! A niby takie specjalne są!
29 sierpnia 2010
Szybka
relacja z poczynań międzyczasowych.
Nie jest to jeszcze obiecana relacja z działań urlopowych, raczej jakby około urlopowych:)
Między wyjazdem jednej rodzinki a przyjazdem kolejnej:)))
Najpierw wczasowała się u nas moja mama z bratanicą.
Potem przyjechał brat mamy ze swoją córką, a moją kuzynką:)))
Fajnie było, nareszcie nagrałam się w swoją ulubioną kanastę. Tylko w wakacje udaje mi się zebrać odpowiednią liczbę graczy, no i jeszcze ten czas...jest go zwyczajnie więcej:)) Ależ to były wieczory:)))
Dziś chciałam tak szybciutko pokazać że jestem, bo już mam sygnały świadczące o lekkim zaniepokojeniu moją nieobecnością, ale rozumiecie, ta kanasta... zwyczajnie nie mogłam się oprzeć, więc proszę o wyrozumiałość:))))
Pochwalę się swoimi ostatnimi przeróbkami.
Dawno, dawno temu, rok temu w sumie już będzie, zakupiłam cztery półki, wyglądały sobie tak (to jedna z nich, różnią się tylko wielkością):
Właściwie te półki to był zakup trochę nieprzemyślany. Ale miniony i dłuuugi czas, sprawił że się wreszcie namyśliłam i wreszcie wykorzystałam je należycie, a mianowicie zrobiłam jednej z nich TO:
I podoba mi się wielce co jej uczyniłam:) To półka do łazienki, w której wygląda na razie TAK:
Na razie, bowiem pustawo wokół niej, ale to niebawem nadrobię. Właśnie usilnie namyślam się coby na tę ściankę jeszcze dodać, aby zwielokrotnić efekt i urodę mej łazienki, hahaha:))))
Cieszę się z niej i efektu ostatecznych przeróbek. Gdyby ktoś nie zauważył, dorobiłam SAMA! malutką półeczkę. Oryginał takiej nie ma:)) Sama wyrżnęłam półeczkę, SAMA! :DDDD
Oczywiście widać też brak haczyka w kolorze stare złoto. Zgubił mi się, zapodział w klamotach i znaleźć nie mogę, ale gdy tylko znajdę zaraz jego brak uzupełnię:)))
Półka jest na wzór wiszącej już w mojej łazience, a jako ozdobniki wykorzystałam resztki kamyczków którymi zwieńczona jest moja glazura łazienkowa:)
Są jeszcze dwie mniejsze półeczki, i wiszą sobie w sypialni. I właściwie TYLKO sobie wiszą, no, może nawet dekorują trochę.
No bo niby co miałabym na nich postawić??? Świecznik? Ok:) To może jeszcze wianuszek jarzębinowy? Ok:) I... potem pomyślę. Dziś mówiłam że szybko będzie:)))
Została mi jeszcze jedna (ta niepomalowana), i z tą to już naprawdę pojęcia nie mam co zrobić...
Ha! I wreszcie dorobiłam się także szafeczek wokół których chodzę już od ok roku:) Znalazłam je w swoim ulubionym sklepie, były różne, narożne, prostokątne, bardziej ozdobne i mniej, i wyższe i niższe. Do wyboru, do koloru. Niedawno wystąpiły w niezwykle korzystniej odsłonie cenowej:)) No i mam:
Zobaczyłam je dawno temu, i tak sobie wymyśliłam że będą mi bardzo pasowały do sypialni jako stoliki nocne. I proszę bardzo, dzięki niezwykłej uprzejmości Osobistego zaposiadłam je, i przemalowałam, i teraz są takie O! :
Szikownie, nieprawdaż???:))))
Zadowolona jestem niezwykle, nie tyle z siebie, co z pomysłów na wykorzystanie tego co już posiadałam, i tego co sobie wymarzyłam by zaposiąść. W sumie efekt mnie zadowala, a chyba o to w tym chodzi:)
A tak wyglądają sobie w komplecie z półeczkami:)
Zbyt skromnie??? To część "męska", co można powiesić facetowi, prócz budzika ewentualnie, no i może rameczki ze zdjątkiem motywującym, chili: z podobiznami ukochanej rodziny - taki miły akcent, otwiera Osobisty zaspane oczęta i widzi... po kiego musi wstać z łózia i zasuwać do roboty ;)))))
Kobieca strona wygląda na razie tak.
Również jeszcze bez zdjątka motywującego (adekwatnie do powyższego:)), ale bez przesady, nie od razu Kraków zbudowano... a dziś się prawie już sypie, hehehe :)
(Sorki, taki mam dziś nastrój nieco figlarny, Kraków uwielbiam pasjami:))
I tyle tego mojego przerabiania, fajna, lekka, miła praca. Choć w sumie przez to przecieranie, w celu uzyskania efektu shabby mam od wczoraj katar. Alergia się znowu odezwała co to ją nabyłam w kwiecie wieku, czyli lat 20 - stu, ech... to były czasy ;P
Międzyczas spędziłam też na przetworzeniu:> Dzięki Acie i przy czynnym udziale Osobistego stałam się posiadaczką kilku słoików przecieru pomidorowego. Dlaczego???
A dlatego iż Szanowna Wielce Ata zapytała mnie słodko czy nie posiadam jakiegoś babcino-mamowego przepisu na przecierane pomidory. Nie posiadam niestety, wici na te okoliczność rozsiałam po wsi i tu też jakoś bez echa i zainteresowania nawet. Takie czasy, ludzie gotowce kupują...
Tymczasem Osobisty zaopatrzył rodzinę w sporą ilość pomidorków targowych, zapominając jednakże iż na pożarcie (z apetytem wielkim zresztą:) czekają nasze własne, z przydomowej hodowli tomaty.
No i się zapomidorowałam. Trzeba było przetworzyć bo co się miały zmarnować.
Usiadłam bezczelnie do kompa, poczytałam, doedukowałam się troszkę w kwestii przetwórstwa pomidorowego i tak sobie "przetarłam" parę kilo.Po swojemu zaznaczam. Nie spracowałam się, co to to nie. Jestem wielką zwolenniczką wszelkiego ustrojstwa mechanicznego a wspomagającego urobione (leniwe też;)) gospodynie domowe. Sparzyłam tylko pomidorki, obrałam ze skórek, poćwiartowałam i wrzuciłam do wielkiego gara. Pyrkotałam na małym "gazie" kilka godzin, wraz z drobno pokrojoną dużą cebulą. Wcześniej niedbale je zblenderowałam - to ta pomoc mechaniczna, wielce pożyteczna:). Po tym dłuższym pyrkotaniu, gdy ujrzałam gęstniejącą masę zblenderowałam dokładniej, dodałam przypraw trochę: 3 ząbki czosnku z praski, sól i pieprz - do smaku. Nie wygłupiałam się już z przecieraniem przez sito. Noc i ranek bym chyba zarwała bo sitko mam małe, wyrywna też specjalnie nie jestem do takiej roboty. Zresztą co komu pestki szkodzą, no co??? Pomidory świeże się wsuwa z pestkami, i smakiem to i przecier zblenderowany nie przetarty też się wsunie. I to z apetytem!
Na koniec prac kulinarnych, gorący jeszcze przecier przełożyłam do słoików różnego rozmiaru, albowiem na różne okazje przeznaczone będą, jak nie sosy, to zupy, jak nie zupy to inne delicje. Pasteryzowałam z pięć minutek. I gotowe.
Zdjęć nie będzie, przecier nie przetarty a zmechanizowany, grzecznie już sobie stoi na półce w piwniczce, kto nie wierzy może sobie sprawdzić:)
Dzięki Atuś za natchnienie ;)))
AAAA!!!!! I jeszcze naleweczkę jeżynową nastawiłam! Jaki piękny kolorek będzie:) O smaku nie wspominając:) Przepisik? Robiłam tak jak wiśniową, cukrem zasypałam i poczekałam aż się rozpuści a sok się.. puści:))). Potem wódki dolałam i znowu czekam, mieszając od czasu do czasu:) Już się nie mogę doczekać. I już wkrótce przelewać będę nalewkę z owoców róży. Po degustacji mogę zapewnić: PYCHA!
Pamiętacie jeszcze gdy pisałam o syropie z owoców róży? Dawno to było,ale sobie właśnie przypomniałam. Z tych owoców po syropie zrobiłam konfiturkę - kremik. Drugi gatunek wyszedł w sumie, bo już nie tak aromatyczna jak konfitura z pierwszego "tłoczenia", ale żal mi było nie wykorzystać ( ciągle ten Zawzięty ze Skąpcem mi towarzyszą...), więc... zblenderowałam prawie na krem, dosypałam cukru i gorące wrzuciłam do słoiczków. Jako masa kremowa do smarowania wafelków w sam raz, nieprawdaż? :D
To by było na tyle. Mówiłam że dziś szybciorem będzie:) I prawie wyszło ;).
Zmykam, dziś niedziela imprezowa, szaleństwo normalnie :))
Pozdrawiam serdecznie i miło, mimo końca tego najlepsiejszego czasu letniego laby pełnego:))))
Nie jest to jeszcze obiecana relacja z działań urlopowych, raczej jakby około urlopowych:)
Między wyjazdem jednej rodzinki a przyjazdem kolejnej:)))
Najpierw wczasowała się u nas moja mama z bratanicą.
Potem przyjechał brat mamy ze swoją córką, a moją kuzynką:)))
Fajnie było, nareszcie nagrałam się w swoją ulubioną kanastę. Tylko w wakacje udaje mi się zebrać odpowiednią liczbę graczy, no i jeszcze ten czas...jest go zwyczajnie więcej:)) Ależ to były wieczory:)))
Dziś chciałam tak szybciutko pokazać że jestem, bo już mam sygnały świadczące o lekkim zaniepokojeniu moją nieobecnością, ale rozumiecie, ta kanasta... zwyczajnie nie mogłam się oprzeć, więc proszę o wyrozumiałość:))))
Pochwalę się swoimi ostatnimi przeróbkami.
Dawno, dawno temu, rok temu w sumie już będzie, zakupiłam cztery półki, wyglądały sobie tak (to jedna z nich, różnią się tylko wielkością):
Właściwie te półki to był zakup trochę nieprzemyślany. Ale miniony i dłuuugi czas, sprawił że się wreszcie namyśliłam i wreszcie wykorzystałam je należycie, a mianowicie zrobiłam jednej z nich TO:
I podoba mi się wielce co jej uczyniłam:) To półka do łazienki, w której wygląda na razie TAK:
Na razie, bowiem pustawo wokół niej, ale to niebawem nadrobię. Właśnie usilnie namyślam się coby na tę ściankę jeszcze dodać, aby zwielokrotnić efekt i urodę mej łazienki, hahaha:))))
Cieszę się z niej i efektu ostatecznych przeróbek. Gdyby ktoś nie zauważył, dorobiłam SAMA! malutką półeczkę. Oryginał takiej nie ma:)) Sama wyrżnęłam półeczkę, SAMA! :DDDD
Oczywiście widać też brak haczyka w kolorze stare złoto. Zgubił mi się, zapodział w klamotach i znaleźć nie mogę, ale gdy tylko znajdę zaraz jego brak uzupełnię:)))
Półka jest na wzór wiszącej już w mojej łazience, a jako ozdobniki wykorzystałam resztki kamyczków którymi zwieńczona jest moja glazura łazienkowa:)
Są jeszcze dwie mniejsze półeczki, i wiszą sobie w sypialni. I właściwie TYLKO sobie wiszą, no, może nawet dekorują trochę.
No bo niby co miałabym na nich postawić??? Świecznik? Ok:) To może jeszcze wianuszek jarzębinowy? Ok:) I... potem pomyślę. Dziś mówiłam że szybko będzie:)))
Została mi jeszcze jedna (ta niepomalowana), i z tą to już naprawdę pojęcia nie mam co zrobić...
Ha! I wreszcie dorobiłam się także szafeczek wokół których chodzę już od ok roku:) Znalazłam je w swoim ulubionym sklepie, były różne, narożne, prostokątne, bardziej ozdobne i mniej, i wyższe i niższe. Do wyboru, do koloru. Niedawno wystąpiły w niezwykle korzystniej odsłonie cenowej:)) No i mam:
Zobaczyłam je dawno temu, i tak sobie wymyśliłam że będą mi bardzo pasowały do sypialni jako stoliki nocne. I proszę bardzo, dzięki niezwykłej uprzejmości Osobistego zaposiadłam je, i przemalowałam, i teraz są takie O! :
Szikownie, nieprawdaż???:))))
Zadowolona jestem niezwykle, nie tyle z siebie, co z pomysłów na wykorzystanie tego co już posiadałam, i tego co sobie wymarzyłam by zaposiąść. W sumie efekt mnie zadowala, a chyba o to w tym chodzi:)
A tak wyglądają sobie w komplecie z półeczkami:)
Zbyt skromnie??? To część "męska", co można powiesić facetowi, prócz budzika ewentualnie, no i może rameczki ze zdjątkiem motywującym, chili: z podobiznami ukochanej rodziny - taki miły akcent, otwiera Osobisty zaspane oczęta i widzi... po kiego musi wstać z łózia i zasuwać do roboty ;)))))
Kobieca strona wygląda na razie tak.
Również jeszcze bez zdjątka motywującego (adekwatnie do powyższego:)), ale bez przesady, nie od razu Kraków zbudowano... a dziś się prawie już sypie, hehehe :)
(Sorki, taki mam dziś nastrój nieco figlarny, Kraków uwielbiam pasjami:))
I tyle tego mojego przerabiania, fajna, lekka, miła praca. Choć w sumie przez to przecieranie, w celu uzyskania efektu shabby mam od wczoraj katar. Alergia się znowu odezwała co to ją nabyłam w kwiecie wieku, czyli lat 20 - stu, ech... to były czasy ;P
Międzyczas spędziłam też na przetworzeniu:> Dzięki Acie i przy czynnym udziale Osobistego stałam się posiadaczką kilku słoików przecieru pomidorowego. Dlaczego???
A dlatego iż Szanowna Wielce Ata zapytała mnie słodko czy nie posiadam jakiegoś babcino-mamowego przepisu na przecierane pomidory. Nie posiadam niestety, wici na te okoliczność rozsiałam po wsi i tu też jakoś bez echa i zainteresowania nawet. Takie czasy, ludzie gotowce kupują...
Tymczasem Osobisty zaopatrzył rodzinę w sporą ilość pomidorków targowych, zapominając jednakże iż na pożarcie (z apetytem wielkim zresztą:) czekają nasze własne, z przydomowej hodowli tomaty.
No i się zapomidorowałam. Trzeba było przetworzyć bo co się miały zmarnować.
Usiadłam bezczelnie do kompa, poczytałam, doedukowałam się troszkę w kwestii przetwórstwa pomidorowego i tak sobie "przetarłam" parę kilo.Po swojemu zaznaczam. Nie spracowałam się, co to to nie. Jestem wielką zwolenniczką wszelkiego ustrojstwa mechanicznego a wspomagającego urobione (leniwe też;)) gospodynie domowe. Sparzyłam tylko pomidorki, obrałam ze skórek, poćwiartowałam i wrzuciłam do wielkiego gara. Pyrkotałam na małym "gazie" kilka godzin, wraz z drobno pokrojoną dużą cebulą. Wcześniej niedbale je zblenderowałam - to ta pomoc mechaniczna, wielce pożyteczna:). Po tym dłuższym pyrkotaniu, gdy ujrzałam gęstniejącą masę zblenderowałam dokładniej, dodałam przypraw trochę: 3 ząbki czosnku z praski, sól i pieprz - do smaku. Nie wygłupiałam się już z przecieraniem przez sito. Noc i ranek bym chyba zarwała bo sitko mam małe, wyrywna też specjalnie nie jestem do takiej roboty. Zresztą co komu pestki szkodzą, no co??? Pomidory świeże się wsuwa z pestkami, i smakiem to i przecier zblenderowany nie przetarty też się wsunie. I to z apetytem!
Na koniec prac kulinarnych, gorący jeszcze przecier przełożyłam do słoików różnego rozmiaru, albowiem na różne okazje przeznaczone będą, jak nie sosy, to zupy, jak nie zupy to inne delicje. Pasteryzowałam z pięć minutek. I gotowe.
Zdjęć nie będzie, przecier nie przetarty a zmechanizowany, grzecznie już sobie stoi na półce w piwniczce, kto nie wierzy może sobie sprawdzić:)
Dzięki Atuś za natchnienie ;)))
AAAA!!!!! I jeszcze naleweczkę jeżynową nastawiłam! Jaki piękny kolorek będzie:) O smaku nie wspominając:) Przepisik? Robiłam tak jak wiśniową, cukrem zasypałam i poczekałam aż się rozpuści a sok się.. puści:))). Potem wódki dolałam i znowu czekam, mieszając od czasu do czasu:) Już się nie mogę doczekać. I już wkrótce przelewać będę nalewkę z owoców róży. Po degustacji mogę zapewnić: PYCHA!
Pamiętacie jeszcze gdy pisałam o syropie z owoców róży? Dawno to było,ale sobie właśnie przypomniałam. Z tych owoców po syropie zrobiłam konfiturkę - kremik. Drugi gatunek wyszedł w sumie, bo już nie tak aromatyczna jak konfitura z pierwszego "tłoczenia", ale żal mi było nie wykorzystać ( ciągle ten Zawzięty ze Skąpcem mi towarzyszą...), więc... zblenderowałam prawie na krem, dosypałam cukru i gorące wrzuciłam do słoiczków. Jako masa kremowa do smarowania wafelków w sam raz, nieprawdaż? :D
To by było na tyle. Mówiłam że dziś szybciorem będzie:) I prawie wyszło ;).
Zmykam, dziś niedziela imprezowa, szaleństwo normalnie :))
Pozdrawiam serdecznie i miło, mimo końca tego najlepsiejszego czasu letniego laby pełnego:))))
11 sierpnia 2010
Urlopowe działania - część I
Zacznę od tego co sprawiło najmniej kłopotu. Robiłam to z prawdziwą przyjemnością i radością:)
Ławeczka którą dostałam jako prezent urodzinowy:), ławeczka którą sobie pomalowałam i uszyłam na nią poduchę. Ławeczka o której marzyłam lat co najmniej osiem, o której wiedziałam że jak już będzie, to sobie stanie w jedynym miejscu w którym miała stanąć od samego początku - przedpokoju, szumnie zwanym holem:))) I choć ściana ciągle jeszcze niepomalowana, choć to co za jej plecami (metalowe drzwiczki) jeszcze nie ukryte, to JEST i cieszy me oko:))))
Poducha z gąbki, obszyta materiałem którego o mały włos bym nie kupiła. Tkanina owa zakupiona bowiem została w sklepie "wysokospecjalistycznym":), a występowała jako narzuta. Kupiłam, nie żałuję, szczególnie że jeszcze metka na niej dyndała radośnie! Znaczy recykling po nowemu:)))
Po drugie, również uszyte:
Bieżnik z... dziurką:))) Dziurka na dziurkę w stole, a ona na parasol ogrodowy:)
Tak patrzę na to zdjęcie i stwierdzam że mało widać, szczególnie ta dziurka zaginęła... Jutro postaram się naprawić to straszliwe niedopatrzenie...
Do kompletu bieżnikowego uszyłam 4 podkładki na stół, na ocieplince (pojedynczej), i przepikowanej po wzorach z tkaniny. Z tej samej tkaniny co obszycie poduszki ławkowej:))) TAAAAKI recykling mi się trafił:)))
Tkaninę jeszcze mam, zostało jej sporo - to była duża narzuta:) Chyba uszyję jeszcze pokrowce na poduchy na krzesła ogrodowe. I będzie ładny komplecik:)))
Przy okazji urlopu, i dzięki obecności Osobistego, któremu bez obaw i żadnej kozery powierzyć mogłam potomstwo, udałam się na malutkie zakupy:)))
Efektem owej wyprawy była prezentowana tkanina min. na bieżnik, ale także ten cudny mini komplet kawowy. Mini, bo skompletowałam sobie cztery filiżanki, do nich talerzyki, 2 duże płytkie talerze na przystawki, oraz cukiernicę i dzbanuszek na mleko. I co, ładny??? Chyba dokupię jeszcze komplet 2 filiżanek z przynależnymi im talerzykami:)))
Komplet ów zakupiony został z myślą o kawkach ogrodowych. Jak widać:)
Tu jeszcze raz chwalę się przepisem zamieszczonym w WC. No bo świetnie pasuje ten chutney do serwisu ogrodowego, przyznajcie sami:)))
Pomyślcie: letni (jeszcze) wieczór, miłe towarzystwo, dzieci pochrapujące w łóżeczkach, winko (dla aromatu), herbatka z różą w ślicznej filiżance, i ... krakersy z roztopionym żółtym serem, pomaziane chutneyem dyniowym, zagryzione świeżym pomidorkiem z własnej uprawy:))) Uwierzcie, smakowite:D I błyskawiczne!
Wyobraźcie sobie jeszcze że komarów też tam nie ma :>
No dobra, trochę oszukana ta sesja. Kawki w filiżankach brak... winka nie zapodałam - zapomniałam:>
Ale krakersiki z chutneyem... pycha. Choć przyznać muszę że sam chutney zbyt wytrawny w smaku. Za to na serach i krakersach - pychota.
Cóż, to prezentacja pierwszej części moich działań urlopowych, ta najprzyjemniejsza. Stanowiła dla mnie odskocznię od prac bardziej uciążliwych, acz niezmiernie przeze mnie pożądanych.
O tym niedługo:D
Tymczasem żegnam się ciepło i miło:)
Papapa
Ławeczka którą dostałam jako prezent urodzinowy:), ławeczka którą sobie pomalowałam i uszyłam na nią poduchę. Ławeczka o której marzyłam lat co najmniej osiem, o której wiedziałam że jak już będzie, to sobie stanie w jedynym miejscu w którym miała stanąć od samego początku - przedpokoju, szumnie zwanym holem:))) I choć ściana ciągle jeszcze niepomalowana, choć to co za jej plecami (metalowe drzwiczki) jeszcze nie ukryte, to JEST i cieszy me oko:))))
Poducha z gąbki, obszyta materiałem którego o mały włos bym nie kupiła. Tkanina owa zakupiona bowiem została w sklepie "wysokospecjalistycznym":), a występowała jako narzuta. Kupiłam, nie żałuję, szczególnie że jeszcze metka na niej dyndała radośnie! Znaczy recykling po nowemu:)))
Po drugie, również uszyte:
Bieżnik z... dziurką:))) Dziurka na dziurkę w stole, a ona na parasol ogrodowy:)
Tak patrzę na to zdjęcie i stwierdzam że mało widać, szczególnie ta dziurka zaginęła... Jutro postaram się naprawić to straszliwe niedopatrzenie...
Do kompletu bieżnikowego uszyłam 4 podkładki na stół, na ocieplince (pojedynczej), i przepikowanej po wzorach z tkaniny. Z tej samej tkaniny co obszycie poduszki ławkowej:))) TAAAAKI recykling mi się trafił:)))
Tkaninę jeszcze mam, zostało jej sporo - to była duża narzuta:) Chyba uszyję jeszcze pokrowce na poduchy na krzesła ogrodowe. I będzie ładny komplecik:)))
Przy okazji urlopu, i dzięki obecności Osobistego, któremu bez obaw i żadnej kozery powierzyć mogłam potomstwo, udałam się na malutkie zakupy:)))
Efektem owej wyprawy była prezentowana tkanina min. na bieżnik, ale także ten cudny mini komplet kawowy. Mini, bo skompletowałam sobie cztery filiżanki, do nich talerzyki, 2 duże płytkie talerze na przystawki, oraz cukiernicę i dzbanuszek na mleko. I co, ładny??? Chyba dokupię jeszcze komplet 2 filiżanek z przynależnymi im talerzykami:)))
Komplet ów zakupiony został z myślą o kawkach ogrodowych. Jak widać:)
Tu jeszcze raz chwalę się przepisem zamieszczonym w WC. No bo świetnie pasuje ten chutney do serwisu ogrodowego, przyznajcie sami:)))
Pomyślcie: letni (jeszcze) wieczór, miłe towarzystwo, dzieci pochrapujące w łóżeczkach, winko (dla aromatu), herbatka z różą w ślicznej filiżance, i ... krakersy z roztopionym żółtym serem, pomaziane chutneyem dyniowym, zagryzione świeżym pomidorkiem z własnej uprawy:))) Uwierzcie, smakowite:D I błyskawiczne!
Wyobraźcie sobie jeszcze że komarów też tam nie ma :>
No dobra, trochę oszukana ta sesja. Kawki w filiżankach brak... winka nie zapodałam - zapomniałam:>
Ale krakersiki z chutneyem... pycha. Choć przyznać muszę że sam chutney zbyt wytrawny w smaku. Za to na serach i krakersach - pychota.
Cóż, to prezentacja pierwszej części moich działań urlopowych, ta najprzyjemniejsza. Stanowiła dla mnie odskocznię od prac bardziej uciążliwych, acz niezmiernie przeze mnie pożądanych.
O tym niedługo:D
Tymczasem żegnam się ciepło i miło:)
Papapa
Subskrybuj:
Posty (Atom)