Pokazywanie postów oznaczonych etykietą projekt nobliści. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą projekt nobliści. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 sierpnia 2010

Borgesowski Wszechświat

Wszystkie imiona to książka, której sensy odkrywa się bardzo powoli. Jest bowiem głęboko metaforyczna, aczkolwiek nie poetycka. Jest to powieść o poszukiwaniu, o drodze wiodącej poprzez życie i śmierć, które, nie są, jak sie okazuje, swoimi przeciwieństwami, lecz płynnie przenikają się nawzajem.

„Wszystkie imiona” to nazwa Archiwum Głównego Akt Stanu Cywilnego, w którym jako kancelista pracuje bohater książki Saramago, Pan Jose. „Wszystkie imiona” to – dosłownie –imiona wszystkich ludzi, zarówno żywych, jak i zmarłych, znajdujących się w rejestrach Archiwum. Każdego dnia, od kilkudziesięciu lat, Pan Jose wprowadza do archiwum żywych nowonarodzone osoby, a także przenosi do archiwum zmarłych akta tych, którzy odeszli z tego świata. Pan Jose wiedzie dość rutynowe życie, żyjąc w cieniu, jest człowiekiem niezwykle samotnym i niepoprawnie przeciętnym. Ma jednak hobby, które staje się przyczyną podjęcia niezwykłych poszukiwań nieznajomej kobiety, której kartę pewnego dnia przypadkowo wyciagnął z rejestru.

Klimat powieści momentami jest duszny i klaustrofobiczny, ukazana jest w niej bowiem restrykcyjna hierarchia i dyscyplina urzędu, w którym pracuje Pan Jose. Ogromne archiwa z niezliczonymi szeregami regałów i półek,o wysokościach przyprawiających o zawrót głowy, liczne korytarze prowadzące do archiwum zmarłych, gdzie akta pokryte są centymetrowym kurzem, gdzie nie ma światła, a przestraszone mole uciekają z zakamarków, gdy przez przypadek strąci się stary stos papierów. Do archiwum zmarłych trzeba wchodzić z nicią Ariadny w dłoniach, aby uniknąć samotnej śmierci w tym przypominającym Borgesowski Wszechświat przerażającym labiryncie.

Powieść Saramago jest nie tylko filozoficzną refleksją na temat życia i śmierci, pełna jest także dowcipu oraz iście groteskowych sytuacji, do których niejednokrotnie zmusza Pana Jose jego na wpół szaleńcza, pozornie absurdalna wędrówka w poszukiwaniu kobiety, z którą nie ma przecież nic wspólnego. Napisana doskonałym językiem, zaskakująca i dobra literatura, która odkrywa przed Czytelnikiem nowe światy i nowe zagadnienia, o których ten może w spokoju (bądź niepokoju), rozmyślać.

"Wszystkie imiona", Jose Saramago, przeł. Elżbieta Milewska, REBIS, Poznań 2009

niedziela, 1 sierpnia 2010

"Umiłowana" Toni Morrison


Czytając lektury w ramach wyzwania „Amerykańskie Południe” („Zabić drozda” Harper Lee, „Północ w ogrodzie dobra i zła” Johna Berendta, „Smażone zielone pomidory” Fannie Flagg) zastanawiałam się, czy istnieją pewne wspólne cechy dla literatury tego regionu. Dla każdej bowiem z tych powieści, prócz nadrzędnego problemu dyskryminacji Murzynów (tu wyjatek dla "Północy),charakterystyczne było miasteczko, w którym działa się akcja, jego barwni mieszkańcy oraz proces. Zastanawiające dla mnie było to, czy każda powieść z listy lektur będzie opierać się na podobnym schemacie.

„Umiłowana” Toni Morisson jest jednak inna. Zupełnie inna. Wprawdzie i tutaj mamy miasteczko (Ohio, Kentucky), nietuzinkowych bohaterów, a w tle proces (nie jest on opisany, ale wiemy, że się wydarzył), jednak struktura tej powieści, jej poetyka i metaforyczność zaskakują.

Jedną z najbardziej rzucających się w oczy cech jest realizm magiczny, charakterystyczny szczególnie dla literatury iberoamerykańskiej (proza Marqueza czy Allende). I mimo, że tłumaczka pisze w posłowiu, że określenie prozy Morrison w ten sposób jest wyciągniecięm dość pochopnego wniosku, myślę, że nie sposób tego pominąć i każdemu czytelnikowi, chcąc nie chcąc, dość szybko nasunie się to skojarzenie.

Oczywiście, w „Umiłowanej” chodzi o coś zgoła poważniejszego – o tragedię, która jest faktem historycznym, o ponad 60 milionów Murzynów, którzy umarli lub zostali zabici wskutek brutalnego schwytania ich w Afryce i przetransportowania do Stanów Zjednoczonych celem nabycia taniej siły roboczej. Najbardziej zaskakującym faktem jednak jest to, że nie tylko Europa nie zdaje sobie sprawy z liczby śmiertelnych ofiar, ale także Stany Zjednoczone.

„Umiłowana” jest przypowieścią, która w symboliczny sposób próbuje przekazać wiedzę na temat tragedii niewolnictwa, które ostatniecznie przerodziło się ludobójstwo. Jedną w ważniejszych kwestii poruszanych w tej powieści jest problem granicy pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem. Człowieczeństwo Murzynów było nie tyle przekreślone – ono po prostu nie było brane przez Białych pod uwagę (na szczęście nie wszystkich).

Z definicji traktowani byli, brutalnie to zabrzmi, jak zwierzęta gospodarskie. Przykuwani na noc łańcuchami, w ciągu dnia zakładano im wędzidła lub kolczatki. Kobiety były wykorzystywane seksualnie w najbardziej okrutny i bestialski sposób, jaki można sobie wyobrazić. Język Morrison próbował oddać to „zezwierzęcenie” określając na przykład stosunki seksualne pomiędzy niewolnikami, jako „parzenie się”. Młoda kobieta była warta tyle, ile taniej siły roboczej mogła spłodzić.

Sethe ucieka z Domowej Przystani jako ciężarna matka trójki dzieci. Kiedyś usłyszała, jak nauczyciel kazał swoim uczniom narysować tabelkę – po lewej stronie wypisać cechy ludzkie, a po prawe cechy zwierzęce każdego z niewolników. Uciekła, ponieważ nie chciała, aby ktokolwiek dokonał podobnej charakterystyki jej dzieci. Od tego wszystko się zaczyna. W niedługim czasie Sethe stanie przed dylematem, po której stronie zostawić swoje dzieci. Otwiera tym samym drzwi zaświatów, wpuszczając do swojego świata ducha, który dokona nieodwracalnych zmian w życiu jej oraz jej bliskich.

Na ostatniej stronie okładki jest napisane, że „Umiłowana została uznana przez czytelników za jedną z najważniejszych książek stulecia”. Zgadzam się z tym zdaniem po strokroć i mocno dziwię, że powieść Noblistki z 2003 roku jest praktycznie nie znana w naszej świadomości . A może się mylę? Oby. Cieszę się jednak, ze dane mi było na nią trafić. Lektura z pewnością nie na jeden raz.

Warto dodać na koniec, że Morrison oparła swoją powieść o autentyczne wydarzenia. Pierwowzorem Sethe była niewolnica Margaret Garner. Na podstawie powieści powstał także film, pt. „Pokochać”, a także libretto opery „Margaret Garner”.

Toni Morrison, „Umiłowana”, przeł. Renata Gorczyńska, Wydawnictwo Znak, Kraków 2007


Thomas Satterwhite Noble: Margaret Garner (Współczesna Medea), 1867


libretto opery

sobota, 5 czerwca 2010

Wybiegana książka

W ramach nagrody za majowe bieganie (niestety nie codzienne - podejmowałam heroiczne wysilki biegania w deszczu do czasu, az nie nabawilam sie ostrego kaszlu. Niemniej zadanie spelnilo swoj cel - biegam :)) wybralam sobie jedną z nagrodzonych Bookerem książek Coetzeego. Serdeczne podziekowania dla Bartka, dzieki ktorego inicjatywie wyniknelo cale to przedsięwzięcie :)

niedziela, 9 maja 2010

Chiński Hakawati

Można powiedzieć, że „Góra duszy” to taki chiński „Hakawati”. Jej autorem jest Gao Xingijan, który w 2000 roku otrzymał nagrodę Nobla. Licząca ponad 500 stron powieść ma dwóch bohaterów, z którymi wędrujemy po Chinach nie tylko w przesterzni, ale także w czasie. Oboje są samotnikami, mężczyznami w średnim wieku, którzy wyruszyli w podróż, aby odnaleźć odpowiedź na pytanie o własne Ja, tożsamość i sens rzeczywistości.

Pierwszy z nich mówi we własnym imieniu. Wyruszył wgłąb Chin po tym, jak okazało się, że postawiona mu diagnoza raka płuc była mylna. Został postawiony przed pytaniem, co zrobić z owym swoistym aktem ułaskawienia, który ofiarował mu los. Zapuszcza się w dzikie tereny chińskich lasów, pragnie dostać się do tajemniczego Lingshan, o którym informacje tak trudno zdobyć od mieszkaców okolicznych wsi i miasteczek. Wszędzie bywa krótko, tylko na chwilę. Odwiedza placówkę badawczą opiekującą sie pandami, interesuje się niebezpiecznymi wężami qishe, przeżywa grozę osaczenia przez gęstą mgłę, gdy przebywa wysoko, w odludnych górach, jedynie z przewodnikiem, 3 dni drogi od najbliższej osady. Jego wspomnienia przywołują reminiscencje z dzieciństwa, snuje filozoficzne rozważania, będąc jednocześnie świadomym ich wydumanego skomplikowania wobec prostoty życia ludzi wsi i gór. Jest poszukiwaczem pradawnych historii, legend i wierzeń ludowych.

Drugi mężczyzna wędruje z poznaną w jednym z miasteczek dziewczyną, z którą przeżywa romans. Ich wędrówka wypełniona jest opowieściami, które mężczyzna być może wymyśla, a być może przekazuje zgodnie z prawdą. Dziewczyna również opowiada, mówi, prowadzi swój monolog. Niesamowite anegdoty, krotkie historie, wypełniają ich czas. Język, słowo mówione, jest powrotem do pierwotnego rytuału snucia historii, opowiadania, przekazywania sobie wiedzy na temat świata i historii. Narracja prowadzona jest tutaj w oryginalny sposób, mianowicie w drugiej osobie liczby pojedynczej. Tak, jakby ktoś, może ten pierwszy mężczyzna, przypominał innemu (sobie?) jakieś wydarzenia lub wręcz tworzył na bieżąco hipotetyczną miłosną historię. Nie ma dialogów, jest „mówisz”, „ona mówi”.

Kim są ci mężczyźni, czego dokładnie szukają i czy dane będzie im to odnaleźć? W jakiej relacji pozostają względem siebie, czy są tą samą osobą czy dwoma różnymi?

„Góra duszy” to niespieszna historia poszukiwania prostoty i prawdy. Gawęda, która przemyca między wierszami buddyjską filozofię prostego życia, zjednoczenia z przyrodą, respektowania jej praw:

Głęboko zaciągam się czystym leśnym powietrzem, bez wysiłku wdycham je i wydycham, czuję, że oczyszczenie sięga aż do głębi duszy. Powietrze wnika wręcz w stopy [...] wydaje się, że moje ciało i umysł jednoczą się z wielkim cyklem przyrody. Osiągam poczucie radosnej wolności, jakiego jeszcze nigdy nie zaznałem.

Gao Xingijan, „Góra duszy”, przeł. Wojsław Brydak, REBIS, Poznań 2004

Majowy stosik. Biegowo.

Po 2 tygodniach czekania EMPIK w końcu zrealizował moje zamówienie i w piątek mogłam odebrać 3 książki, na które z niecierpliwością czekałam:


Połówka żółtego słońca – Chimamanda Ngozi Adichie
Wszystkie imiona – Jose Saramago
Umiłowana – Toni Morrison


Ale i tak najlepszą niespodziankę zrobił mi mój narzeczony, z którym na początku tego miesiąca zawarłam umowę, że jeżeli będę biegać ciedziennie przez cały maj, w nagrodę będę mogła sobie wybrać książkę. Parę dni temu otrzymałam od niego przedsmak owej nagrody, książkę-niespodziankę, która ma mi towarzyszyć podczas majowego biegania, a jest to powieść-pamiętnik Haruki Murakamiego „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” o zachęcająco brzmiącym podtytule (czy raczej cytatcie wyciągniętym na okladkę):

„Najpierw był bieg, a dopiero po nim towarzyszący mu byt, którym przypadkowo byłem ja. Biegnę więc jestem”.

Murakami to ostatnio coraz bardziej slawny japoński pisarz. Kiedyś prowadził bar i klub jazzowy, by pewnego dnia rzucić tym wszystkim i poswięcic się pisaniu. Aby zachować formę, zaczął biegać. Skończyło się na licznych maratonach, półmaratonach, triatlonach etc. Książka oprócz tekstu zawiera także fotografie przedstawiające Murakamiego podczas biegania, zawodów itp. Niezwykle podoba mi sie okładka książki, pomysłowa i minimalistyczna, możną ją ogladać zarówno w pionie, jak i w poziomie.

piątek, 30 kwietnia 2010

Czarno-białe tornado

Tytuł powieści Pearl S. Buck świetnie oddaje jej przekaz. Cóż bowiem sie dzieje, gdy dwa wiatry nadbiegające z przeciwnych stron zderzą się se sobą? Powstaje tornado. Ludzie giną, a dachy domów, które od wieków stały nieporuszone, urywają się z impetem odkrywając to, co przez tak długi czas było skrywane pod zazdrosnymi murami. O tym też jest powieść amerykańskiej Noblistki z 1938 roku (spędziła wiele lat życia w Chinach. Jej chińskie imię to Sai Zhenzhu).

Narratorką jest młoda Chinka, Kwei-lan, wychowywana przez całe życie według ścislych reguł tradycji chińskiej. Do czasu małżeństwa z mężczyzną, który został jej przeznaczony przez rodzinę jeszcze przed jej narodzinami, Kwei-lan żyje pod kloszem, nieświadoma tego, co istnieje poza murami jej domu. Jest uczona zasad zachowywania się wobec mężczyzn, a także starszych osób. Jej stopy boleśnie obwiązywane są bandażami po to, aby pewnego dnia mąż mógł zachwycić się jej malutkimi stopami.

Kwei-lan pobiera naukę gry na tradycyjnych instrumentach, a także dane jej jest poznać smak poezji oraz sztuki. Od dziecka oddzielona jest, jak każda dziewczynka i kobieta, od świata mężczyzn, który toczy się w innej części domostwa. Kwei-lan wiedzie błogą, bezpieczną, na wpół-świadomą egzystencję. Do tego stopnia, że nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że może być inaczej. Aż do dnia ślubu, w którym zostaje żoną „nowoczesnego mężczyzny”. Jej mąż także jest Chińczykiem, ale wykształconym za granicą. Jego świadomość uksztaltowała się po opuszczeniu domu rodzinnego. Jako jeden z nielicznych otrzymał szansę porówania tych dwóch światów, jakim są Wschód i Zachód.

Nowoczesny mąż pragnie, aby żona pozbyła się zabobonnej, uwstecznionej chińskiej tradycji w imię zasad i reguł świata Zachodu. Symbolem tego jest rozwiązanie bandaży uciskających przez tyle lat stopy biednej Kwei-lan. Odejście Chinki ze świata rodzinnego, nie tylko fizyczne, ale przede wszystkim psychiczne, jest warunkiem miłości męża, ktorej ona tak bardzo przecież pragnie. Kwei-lan bowiem została wychowana w myśl zasady, iż życie kobiety służy jedynie po to, aby umilić życie mężczyzny i wszystkie jej wysiłki mają zmierzać ku temu, aby sprawić radość mężowi.


Dla Kwei-lan jest oczywiste, że musi podążać za mężem – inny scenariusz po prostu nie istnieje w zasięgu jej świadomości. Tak więc dochodzimy tutaj do paradoksu pierwszej części powieści Buck: Kwei Lan ma odrzucić chińską tradycję w imię jej naczelnej tezy: poświęcenia się kobiety dla mężczyzny. Nie wiem, czy Buck w zamierzony sposób tak skontruowała fabułę, aby właśnie to pokazać. Generalnie przemiania Kwei-lan ma wymiar pozytywny, co sugeruje, że jej postępowieanie było słuszne. Dla mnie jednak, bez względu na to, jaki jest efekt końcowy, przemiana pozostaje jedynie pozorną przemianą. Kwei-lan w żaden sposób nie stała się kobietą niezależną psychicznie, dalej silnie podlegała mężowi, nie będąc w stanie myśleć ani podejmować decyzji samodzielnie. Co więcej, po urodzeniu pierworodnego syna, stała się także jego niewolnicą.

Kwei-lan to nie jedyna kobieca bohaterka powieści Buck. Po przeciwleglej stronie bieguna jest Mary, amerykanka, żona brata Kwei-lan, który przywiózł ją do Chin jako nowoczesny mężczyzna, który pobrał stosowne nauki na Zachodzie. Mary jest w beznadziejnej sytuacji. Jest absolutnie nie akceptowana przez rodzinę męża, postrzegana jako dziwaczna istota, która przybyła z wrogiego świata zniszczyć rodzinną harmonię. Nikt nie okazuje jej szacunku.

Oboje muszą stoczyć walkę z chińskim rodem o swą miłość, na którą najbliźsi nie chcą przystać. Ich związek,w przeciwieństwie do związku Kwei-lan, narodził się z wolnej zachodniej miłości, był czysty, bezinteresowny i spontaniczny. W Chinach, w obliczu przodków, przerodzić się musiał w drogę pełną cierpienia, gdzie pozbawiona wolności i akceptacji Mary powoli usychała niczym kwiat.


Uderzyło mnie, że to, co wydawaloby się jak najbardziej naturalne gdzie indziej, w określonych warunkach nabiera zupełnie odmiennego wymiaru. To, co jest dobre tam, tutaj odbierane jest jako zło. I na odwrót. Pełna dobroduszności i rubaszności postawa ojca, w oczach Mary odbierana była za serdeczną i przyjazną. Wszyscy jednak wokół wiedzieli, że w świetle chińskich konwenansów jest przejawem pogardy i braku szacunku. Podczas, gdy w świecie Zachodu brzemienność Mary uznana zostałaby za powód do szczęścia i radości, między murami przodków jej męża wytworzona została wokół niej chora, pełna ubolewania i ogólnego nieszczęścia, sytuacja.

Powieść napisana jest w oszczędny, piękny sposób. Narracja poprowadzona jest z kobiecym wdziękiem młodej Chinki, która wylewa swój monolog przed Siostrą, będącą przedstawicielką świata Zachodu, swoistej „everywomen”. Niewielka powieść warta poznania, która uświadamia jedną ważną rzecz: jak różny byłby jej odbiór w zależności od tego, czy czytałaby ją kobieta ze Wschodu, czy kobieta z Zachodu. Ja, będąc tą drugą, nadziwić się nie mogłam psychologcznej odsłonie życia chińskiej arystokratki, a także zdziwieniu, wręcz zmieszaniu, Kwei-lan gdy poznawała prawa rządzące Zachodem. Niesamowite jest to, jak wprost proporcjonalnie przeciwna byłaby intepretacja tej powieści przez Chinkę. To coś jak fakt, że chińskim kolorem żałoby jest biel. Dla nas – niebywałe – prawda?

Pearl S. Buck, „Wiatr ze wschodu, wiatr z zachodu”, przeł. M. Jędrzejewska, MUZA SA, Warszawa 2007

sobota, 17 kwietnia 2010

Ekranizacja "Hańby" J.M.Coezteego


Jestem zachwycona ekranizacją „Hańby” – powieści południowo-afrykańskiego pisarza J.M. Coeezte’go, Noblisty z 2003 roku, za którą pisarz otrzymał Booker Prize w 1999 roku. I zastanawiam się, czy to powieść Coezteego jest, jeśli można tak powiedzieć, fotogeniczna, czy zaważył tu raczej talent scenarzysty (Anna Maria Monticelli) i reżysera (Steve Jacobs). Myślę, że jedno i drugie, jednak z przewagą na to drugie.

Rzadko bowiem sie zdarza, bym nie była podirytowana obejrzywszy film, nakręcony na podstawie książki, którą niedużo wcześniej przeczytałam. Zwykle bywa tak, iż z pobudek ekonomicznych redukuje się wątki, łącząc je ze sobą lub eliminując, podobna rzecz dzieje się z bohaterami. W tej szalonej gonitwie, aby zmieścić się ze wszystkim w dwóch godzinach filmu, zatraca sie bogactwo szczegółów, a psychologia i problematyka często ulega spłaszczeniu. W efekcie po obejrzeniu filmu odczuwam żal, że ci, którzy nie mieli czasu lub ochoty przeczytać książki, a obejrzeli film, nie mają pełnego obrazu danej historii.

Z ekranizacją „Hańby” jest jednak zgoła inaczej. Film jest nad wyraz wierny powieści. Mamy w nim wszystkie najważniejsze momenty historii, niezredukowane, niespłaszczone, pełne. Reżyser w bardzo udany sposób przefiltrował historię ze szczegółów powieści, pozostawiając wg swojego uznania tylko te, którym udało się stworzyć impresję powieści Coezteego, stworzyć wrażenie pełnego, klimatycznego obrazu, nie pozbawiając widza tego, co najlepsze. Tym sposobem ci, którzy nie lubią czytać, mają szansę zapoznać się z problematyką jednej z najważniejszych powieści Coetzeego. Natomiast ci, którzy mieli przyjemność posmakować prozy południowo-afrykańskiego pisarza, rozsmakują się również w wizualnej odsłonie historii „Hańby”.

Ponadto wielkie brawa dla obsady. Po pierwsze – John Malkovic, który po tym filmie już bezsprzecznie dołączył do grona moich ulubionych aktorów. Świetnie spisał się w roli 52-letniego Davida Luriego, uniwersyteckiego wykładowcy romantyzmu, miłośnika Wordswortha i Byrona. Zagrał w sposób niesamowicie przekonujący, niezwykle spokojny i z wielkim wyczuciem. Nikt inny lepiej nie zagrałby tej roli. Również Jessica Haines doskonale wcieliła się w postać córki Luriego, żyjącej samotnie na farmie lesbijki, która musi zmierzyć się z echami historii apartheidu w RPA, która jak widać, pomimo upływu wielu lat, dalej tkwi w świadomości zarówno białych, jak i czarnych.



Pozytywny odbiór filmu dopełniają świetne zdjęcia, ciekawe, oryginalne kadry przedstawiające piękno krajobrazów Afryki Południowej. Jestem naprawdę pod wielkim wrażeniem stanięcia przez twórców ekranizacji na wysokości zadania, jakim było przełożenie słów na obrazy. Rzadko jest to działania udane, często przynoszące niemiłe rozczarowanie. W tym jednak wypadku jest zgoła inaczej. Polecam i jeszcze raz polecam!

Hańba (Disgrace), reż. Steve Jacobs, scenariusz Anna Maria Monticelli, zdjęcia Steve Arnold, muzyka Anthony Partos, czas trwania: 120, dystrybucja: Gutek Film, rok produkcji: 2008.

sobota, 13 marca 2010

Czekając na los

„Los utracony” jest niewielką powieścią węgierskiego Noblisty z 2002roku, Imre Kertesza. Bohaterem jest Żyd, który przechodzi wielką przemianę wskutek rocznego pobytu w obozie koncentracyjnym w Buchenwaldzie. Ważną kategorią powieści Kertesza jest „czekanie”. Od początku mamy do czynienia z oczekiwaniem, któremu towarszyszy nuda, zabijana prostymi czynnościami: napiciem się wody z kranu, zjedzeniem kanapki czy śpiewaniem piosenki. W miarę rozwoju wypadków, w miarę zbliżania się bohatera do bram obozu koncentracyjnego, a zarazem do gwałtownego zerwania zasłony nieswiadomości, nuda i oczekiwanie zaczynają przybierać inne , coraz bardziej bezlitosne oblicza.

W umyśle bohatera zaczyna powoli zacierać się poczucie czasu. Nie ma już sekund, minut, godzin. Godzina może być równie dobrze sekundą, jak i całym rokiem. Prze-definiowanie pojęcia czasu jest mocno zdeterminowane kategorią głodu, a ogólniej rzec ujmując, kategorią ciała. W obozie koncentracyjnym człowiek zostaje sprowadzony do ciała. Ciało boli, jest głodne, jest mu zimno, to ciało – nie Ja – pracuje, podczas gdy Ja może przenosić się w inne miejsca za pomocą wyobraźni. Do czasu jednak, aż ciało samo w sobie nie zemdleje i nie stanie się obojętne na czynniki zewnętrzne, które konsewetnie poddają je torturom wszelakiego rodzaju: niewyobrażalny głód i niewyobrażalne zimno, ból, robaki toczące ropną ranę (robaki toczące ciało za życia – symbol śmierci „człowieczeństwa”, śmierci duszy przed śmiercią ciała).

Kertesz pokazuje także, jak ekstremalnie wytrzymałe jest ciało, które nie tylko jest w stanie wytrzymać, ale także zregerować się i odrodzić. W przeciwieństwie do wszystkiego tego, co ludzkie, lecz niematerialne – do pamięci. Po powrocie do rodzinnego miasta, znajomi bohatera pytają go o plany na przyszłość, na rozpoczęcie „nowego życia”, sugerują mu jak najszybciej zapomnieć o tym, czego doświadczył. Dla bohatera, który na początku powieści był niedojrzałym, bezmyślnym 15-letnim chłopcem, a który powrócił jako 16-letni starzec, „nie-pamięć” jest niemożliwa. Przedstawia on teorię kroków, w myśl której „nigdy nie możemy rozpocząć nowego życia, zawsze musimy tylko ciągnąć stare” (s. 265), każdy następny krok stanowi zarazem skutek poprzedniego, jak i przyczynę następnego kroku – nieustannie tworzącej się ciągłości życia nie da się przerwać.

Bohater podaje przykład kolejki tworzonej przez nowo przybyłych do obozu więźniów, na końcu której stoi lekarz decudujący o tym, czy dany człowiek zostaje przeznaczony „od razu do gazu” czy do dania mu „drugiej szansy”. Każdy krok jest krokiem w stronę dalszej części:

Kroczył każdy, kto tylko mógł kroczyć; ja też zrobiłem swoje kroki i nie tylko w kolejce do lekarza, ale już w domu. Kroczyłem z ojcem i kroczyłem z matką [...]. Teraz już mógłbym powiedzieć, co to znaczy „Żyd”: nic nie znaczy, przynajmniej dla mnie, dopóki nie zaczną się kroki. Nic nie jest prawdą, nie ma innej krwi, nie ma nic innego [...] są tylko dane sytuacje i istniejące w nich nowe warunki. Ja też przeżyłem dany los. To nie był mój los, ale ja go przeżyłem [...] (s. 264-265).

„Czekanie” zmienia bohatera. Na początku jego postawa nie przejawia jakiegokolwiek szacunku i zrozumienia dla „czekania”, manifestuje postawę marnotrawiącą i bierną. W obozie „czekanie” zaczyna łączyć się ze strachem i lękiem, a przede wszystkim z niemożnością dostrzeżenia końca. Kiedy bohater wraca do rodzinnego miasta, kiedy pojawia się kolejne „oczekiwanie”, on idzie dalej, nie czeka. „[...] oświadczam, że w danym mi losie, do końca byłem uczciwy. Jedyna plama, powiedziałbym, skaza, jedno, co ewentualnie można by mi zarzucić, to jest to, że teraz tu rozmawiamy, ale na to nie poradzę”.

***
Powieść Kertesza stanowi wielopoziomowe stadium ciała i psychiki ludzkiej poddanych ekstremalnym warunkom. Jest to powieść niezwykle głęboka, warta wielokrotnej lektury w celu odkrywania nowych sensów. Przy okazji uświadomiłam sobie, że chciałabym poczytać więcej literatury związnej z tematem obozów koncentracyjnych oraz funkcjonowania człowieka w tych nieludzkich warunkach, które stanowią przecież historyczny fakt. Interesuje mnie szczegolnie, czy istnieje książka relacjonująca pobyt w obozie – napisana przez kobietę – jako jej własne doświadczenie. Jeśli ktoś z Was miałby jakiekolwiek informacje, bardzo proszę o pozostawienie ich w komentarzu.

Imre Kertesz, „Los utracony”, przeł. Krystyna Pisarska, WAB, Warszawa 2002.


Źródło zdjęcia na stronie www.buchewald.de

Imre Kertesz


Oczywiscie na podstawie książki został nakręcony film, który koniecznie trzeba obejrzeć:

wtorek, 2 lutego 2010

Estetyka kontra etyka



Czasami właśnie coś takiego mi się zdarza. Czytam fragment powieści Coetzeego, w którym trzech nieznanych mężczyzn napada na farmę Lucy, córki głównego bohatera. Na koniec strzelają do psów w boksach, zabijając je co do jednego. Czytam ten opis z przejęciem, przeskakując słowa, czasem zdania. Akcja mnie wciąga, nie wierzę własnym oczom. „Jeszcze, jeszcze... poczekaj chwilę, muszę doczytać do końca” – mówię do kogoś.

Akurat jest piątek wieczór i mamy oglądać film. Wybieramy „Equilibrium” z 2002 roku w reżyserii Kurta Wimmera. Rzecz dzieje się w przyszłości. „Equilibrium” to przymiotnik, oznacza „statyczny”, „zrownoważony”. Świat na wzór „Roku 1984” Orwella, nie bez związków z „Matrixem”. Świat bez uczuć, bez sztuki, bez wzruszeń, bez emocji. Tak się składa, że w jednej scenie tamtejsza „policja” strzela do psów w boksach, zabijając je co do jednego... Podniecający moment otwarcia się szczeliny interpretacyjnej, prawda?

Bohater „Hańby” Coetzeego, David Lurie, jest estetą [sic!]. Literaturoznawca, fascynat Byrona i wielki miłośnik muzyki klasycznej. W jego przypadku estetyka wyprzedza etykę. Najpierw piękno, zmysły, „wzbogacające przeżycia”, potem człowiek. Droga ta zaprowadza go do tytułowej „hańby”. Pomimo, że broni się przed tym procesem, w dniu napadu coś się w nim zmienia. Czy wyda sie banalną aluzja, którą uczynię pisząc, że gdy policja świata Librii wybija psy, jest tam również główny bohater, John Preston (Christian Bale)? Władza w „Equilibrium” postawiła na „dziwną” etykę, likwidując konsekwetnie estetykę, którą obciążyła wszelkim złem, jakie miało miejsce na świecie do tej pory. Jak się można domyślać, skutki tej polityki zaowocowały jedynie pozorną wolnością i w efekcie – nowym terrorem.

„Hańba” – jest to „wstyd wywołany niegodziwym czynem” (wg „Słownika Języka Polskiego”). Bohaterzy filmu Wimmera regularnie przyjmują dawkę substancji zwanej „prozium”, która pomaga im rozcieńczyć w sobie wszelkie uczucia, nie pozwalając tym samym na uzewnętrznianie ich. „Hańba” jest odczuciem czysto wewnętrznym, której towarzyszy lęk przed uzewnętrznieniem się. Mniej więcej w ten sposób egzystują bohaterzy Coetzeego: wskutek trawiącego ich poczucia wstydu, oddalają się od siebie, nie mając szansy na zawiązanie głębszych relacji i związków.

Powieść Coetzeego warta jest przeczytania. Pozostawia wiele pytań bez odpowiedzi, które sami musimy odnaleźć w sobie. Film Wimmera wart jest obejrzenia. Pozostawia dobitną odpowiedź na pytanie, czym stałby się świat bez sztuki, bez emocji, bez wruszeń.

J. M. Coetzee, „Hańba”, przekład Michał Kłobukowski, Wydawnictwo ZNAK, Kraków 2009.
„Equilibrium”, reż. Kurt Wimmer, AKA Cubic, 2002.

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Tu i teraz. „Człowiek jest tylko bażantem na tym świecie”

Niepokojąca jest teza postawiona przez Hertę Muller w tytule jej trzeciej powieści, wydanej po raz pierwszy w 1986 roku. Niemniej przecież poniekąd rozumiem, mając na względzie biografię Noblistki. Dużo sie mówi o historii jej życia i o mroku czającym się w jej powieściach. Piszą, że jej proza jest ciężka, piekielna, prawie nie do zniesienia, wypływająca z samego „jądra ciemności”. Lub płynąca wprost ku niemu.

Można też przeczytać, że styl Muller uwodzi poetyckim językiem, który splata i rozplata metafory, porównania, przenośnie tworząc warkocze fascynujących zdań – czytałam więc fragmentami na głos. Brzmiało jak wiersze – dla kogoś zza drugiego brzegu okładki prozatorskie zdania szatkowały się na kawałki. Tak, Muller łączy piekło i poezję. I trochę jak Jelinek jest Muller. Powroty, refreny, ironiczny gwałt na słowach. Co będzie, gdy powtórzę jeszcze raz...? Krótkie zdania w czasie teraźniejszym. Tu i teraz. Jak fotografie. Jak didaskalia w tekstach sztuk teatralnych. Informacje. Śpi. Je. Mówi. Myśli. Biegnie. Jęczy. Zgrzyta. Pada. To dzieje się teraz. Przeszłość i przyszłość występują z dystansem. Czasami. Zza zasłony. Ostrożnie. Są. Ale poprzez pryzmat teraźniejszości. Jakby świat był zbyt trudny, jakby trzeba było sobie upraszczać jego pojmowanie. „Bażant wymaga szczególnie troskliwej opieki, gdyż ma dużo wrogów i jego zmysły nie są nadmiernie rozwinięte”*.


Herta Muller, „Człowiek jest tylko bażantem na tym świecie”, przeł. Katarzyna Leszczyńska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2006.


*http://www.polowania.zw.pl/data/zwierzyna/bazant.htm

sobota, 16 stycznia 2010

"Urania" Le Clezio

To nie będzie dobra recenzja. Trudno bowiem pisać z przyjemnością o książkach, które mnie nie zainteresowały, znudziły wręcz i pomimo, że objętościowo były niewielkie, ciągnęły się w nieskończoność. Po przeczytaniu 2/3 „Uranii” na przestrzeni dość długiego czasu, zmęczona postanowiłam oddać ją do biblioteki. Wypożyczyłam ją jednak po kilku tygodniach ponownie stwierdziwszy, że trzeba już ją „machnąć” do końca i mieć święty spokój.

„Uranię” wybrałam, ponieważ zaintrygowała mnie tematyka: „Urania to powieść-bajka o utopii stworzonej w dwudziestym wieku na wzór dawnych społeczności Mezoameryki” – przeczytałam na tylnej stronie okładki. Spodziewałam się trochę Huxleya, trochę Orwella, trochę „Avatara” w reżyserii James’a Camerona, a także trochę czegoś, czego jeszcze nie znałam.

Główny bohater i narrator – Daniel Sillitoe – jest geografem i zarazem badaczem, który przybywa na specjalne zaproszenie do Emporio, aby dokonać pomiarów geologicznych tamtejszych terenów, a także, aby wygłosić kilka naukowych odczytów. „Emporio” to coś na wzór Kastalii z „Gry szklanych paciorków” Hermana Hessego. Miejsce nauki, które zrzesza najwybitniejszych naukowców z dziedziny antropologii, ekonomii, nauk politycznych etc. Miejsce, które powstaje poniekąd po to, aby „zbawić” „Dzielnicę Spadochroniarzy” oraz inne okoliczne tereny, na ktorych miejscowa ludność żyje w biedzie, wyzyskiwana przez wielkie koncerny próbujące zbić majątek na tamtejszych ziemiach. Naukowcy ze Wzgórza Antropologów postawieni są moralnie w dość dwuznacznym świetle: z jednej bowiem strony ich zadaniem jest naukowe zbadanie i opisanie problemów społecznych, socjologicznych itp., z drugiej traktują oni tych ludzi bardzo przedmiotowo, nie bez dozy pewnej wyższości. Obok tego świata znajduje się „Strefa” – przestrzeń pod znakiem władzy, policji i rewolucji. Strefa pacyfikuje z kolei „Campos”, które jest tytułową Uranią, miejscem-utopią, którą stworzyli – jakby powiedziała to jedna z bohaterek, Dalia – hippisi. Campos rządzi się swoimi prawami, jej ludność łączy silny związek z ziemią i niebem (gwiazdami), jest to miejsce bez jakichkolwiek instytucji (szkoła, kościół, sklepy). Wszyscy każdego dnia uczą się świadomości i głębokiego wnikania wewnątrz najprostszych spraw.

„Urania” Le Clezio wydaje się szkicem. Wielość płaszczyzn nie pozwoliła na podejście inne niż jedynie pobieżne zarysowanie problematyki i sylwetek. Powieść Noblisty nie zaangażowała mnie. Podczas lektury miałam wrażenie, że kwestie opowiadane przez narratora wprawdzie są dla niego bezcenne, drogie sercu, że odnosi się do nich ze swoistą wewnętrzną tkliwością, lecz nie udało mu się przenieść tej troski na czytelnika. Może nie taki był plan. Dla mnie powieść była zbyt sentymentalna. Zabrakło mi w niej dystansu i próby zainteresowania czytelnika. Również tytułową „Uranię”, czyli Campos, Le Clezio bardzo pobieżnie opisał. Jego obraz właściwie nie różnił się zbytnio od któregokolwiek ze stereotypowych wyobrażeń o utopijnych miejscach, które człowiek tworzy jako alternatywę dla cywilizacji, jako wyraz życia zgodnego z naturą, wyraz życia „inaczej”. „Urania” znudziła mnie. Jednak mimo wszystko będę szukać na półce z prozą Noblisty z 2008 roku czegoś lepszego.

J.M.G. Le Clezio, „Urania”, przeł. Zofia Kozimor, PIW, Warszawa 2008.

środa, 13 stycznia 2010

Nowe wyzwania literackie!

 

 
Posted by Picasa



Padma z Miasta Książek powołała do życia kolejne wyzwania czytelnicze. Na blogach książkowych w ostatnich dniach można było zauważyć wielkie poruszenie – wszyscy fanatycy literatury (zarówno starzy, jak i nowi blogowicze) najpierw dyskutowali na temat propozycji wyzwań, potem proponowali swoich autorów i tytuły, i w końcu – gdy Padma założyła 2 nowe blogi i wyzwania mogły w końcu ruszyć z niezwykłym impetem – uczestnicy zaczęli tworzyć listy z wybranymi przez siebie lekturami. Wszyscy są niezwykle podekscytowani, a w literackim światku blogowym życie zakwitło na nowo. Rownież ja z podnieceniem czekałam na to, co nowego wymyśli Padma i podekscytowana czytałam listy lektur, szukając tytułów, które krzyczałyby do mnie: „przeczytaj mnie, mnie! Właśnie mnie!”. Poniżej listy moich zobowiązań czytelniczych. ”Amerykańskie Południe” trwa do 30 marca, „Nagrody Literackie” do 30 czerwca, a potem będzie druga tura.

AMERYKAŃSKIE POŁUDNIE (Trzy obowiązujące tytuly do wyboru)

•John Berendt „Północ w ogrodzie dobra i zła”
•William Faulkner “Wściekłość i wrzask”
•Fannie Flagg „Smażone zielone pomidory”
•Harper Lee „Zabić drozda”
•Margaret Mitchell „Przeminęło z wiatrem”
•Harriet Beecher Stowe „Chata wuja Toma”

NAGRODY LITERACKIE

Minimum wyzwaniowe:
Nike

Wiesław Myśliwski „Traktat o łuskaniu fasoli”
Booker Prize
Peter Carey „Oskar i Lucynda”
Orange Prize
Chimamanda Ngozi Adichie „Połówka żółtego słońca”
Goncourt
Atiq Rahimi „Kamień cierpliwości”

Z lektur nadobowiązkowych:
Nike

Olga Tokarczuk „Bieguni”
Andrzej Stasiuk „Jadąc do Babadag”
Booker Prize:
Susan Byatt „Opętanie”
Hilary Mantel „Woolf Hall” (gdy ukaże się polskie wydanie / okolice jesieni)

Dwie pieczenie na jednym ogniu, czyli również w ramach „Projektu Nobliści”:
•W wolnym kraju V. S. Naipaul (marzec)
•Zachować swój świat Nadine Gordimer (sierpień)
•Rytuały morza William Golding (grudzień)
•Życie i czasy Michaela K J. M. Coetzee (luty)
•Hańba J. M. Coetzee (luty)

wtorek, 3 listopada 2009

Nowe plany w ramach "Literatury na peryferiach"

W związku z tym, że skończyłam czytać zaplanowane w ramach „Literatury na Peryferiach” książki przed terminem, a samo wyzwanie okazało się fascynującym doświadczeniem, chcę wykorzystać fakt, że do jego zakończenia zostało jeszcze ok. półtora miesiąca. Po zastanowieniu, wybrałam kolejne cztery książki, pochodzące z dotąd nieznanych mi pod względem (nie tylko) czytelniczym, krajów:

1.Rabih Alameddine, „Hakawati. Mistrz opowieści” – Liban
2.Khaled Hosseini, „Chłopiec z latawcem” – Afganistan
3.Galsan Tschinag, „Koniec pieśni” - Mongolia
4.Aravind Adiga, „Biały tygrys” – Indie


Co się tyczy „Projektu Nobliści”, postanowiłam poruszać się tzw. „dziesiątkami” wstecz. Teraz skupiam się na pisarzach z lat 2001-2009 – najpierw skończę zaplanowane lektury, a potem ruszę po znanych (w celu odświeżenia) i nieznanych jeszcze autorów. Obliczyłam, że na spokojne przeczytanie Noblistów potrzeba mi około czterech lat – jeśli przyjąć, że nie tylko Noblistów będę czytać, że niektórych pisarzy będe czytać po 2-3 książki i że niektóre powieści będą grube. Do Noblistów zresztą jeszcze wrócę.

poniedziałek, 19 października 2009

Amatorki - Elfriede Jelinek

Ciężko cokolwiek napisać o tej książce – trzeba ją po prostu przeczytać. Jest niesamowita. Jej geniusz przede wszystkim polega na języku i formie, jakie zastosowała Jelinek. Historia bowiem jest stara jak świat – „Amatorki” opowiadają o relacjach między kobietami i mężczyznami – jednak sposób naświetlenia tego problemu, sposób jego przedstawienia, wytrąca z równowagi, szokuje, każe (po)myśleć inaczej niż zwykle. To książka na wskroś polityczna, jednak polityczna w innym, niż potocznie, znaczeniu.

To książka niebezpieczna, która, gdybyśmy żyli w czasach niewoli, byłaby zakazana, ocenzurowana, publicznie spalona. Tej książki nie wolno czytać, ponieważ skutki jej odzdziaływania grożą zagładą ludzkości, masowym wstrzymaniem procesów prokreacyjnych i rozpadem rodziny.

Noblistka bawi się językiem, buduje paralelne, czasem wręcz wyjęte z poezji zdania; związki frazeologiczne ściąga na ziemię, budując nowe znaczenia, eksperymentując, „co się stanie, jeśli” ulegnie zmianie, na przykład, forma zaimkowa – jak wpłynie to na świat przedstawiony powieści, na obraz bochaterów, ich psychologiczny portret. Jelinek nie używa dużych liter (jedynie w wyjątkowych przypadkach), jej zdania są połamane (tłumacz „Pianistki”, Ryszard Turczyn, bardzo trafnie zauważył, że „forma jest u Jelinek połamana tak jak ludzie, których opisuje”). Powieść jest dynamiczna i to bynajmniej nie przez wartką akcję. Akcji nie ma. Od początku autorka nie pozostawia złudzenia, że wszystko skończy się w tym samym rytmie i tempie, w jakim się zaczęło. Dynamika tkwi w języku i w eksperymencie zestawienia życiorysów dwóch kobiet, które raz szybciej, raz wolniej przeplatają się ze sobą.

Jelinek skupia się konsekwentnie na tym, co najbardziej ją interesuje, a więc na relacji między kobietą a mężczyzną, a przede wszystkim na motywacji, która pcha bohaterów do wiązania się z drugą osobą. Odrzuca zarazem wszystko, co mogłoby jej przeszkadzać i rozcienczać gęstość formy, którą sobie narzuciła. W powieści nie ma wielości szczegółów, zbędnych dygresji czy nachalnego wyjaśniania pobocznych kwestii. Sama autorka w pewnym momencie pisze, że „nie będziemy rozpisywać się o miłości, bo jej po prostu nie ma”. Jelinek pisze tylko o tym co jest i co jest istotne w budowniu „nie-istotności” jako głównej kategorii organizującej powieść. „Amatorki” są traktatem o pustce egzystencjalnej, o fałszywym charakterze narzuconych przez środowisko wzorców zachowań i odwróceniu paradygmatu uczuć.

E. Jelinek, „Amatorki”, W.A.B., Warszawa 2005.

niedziela, 11 października 2009

Nazywam się Czytelnik. Orhana Pamuka "Nazywam się Czerwień"

Jestem Czytelnikiem i chciałbym opowiedzieć Wam historię pewnej Książki, którą niedawno miałem okazję przeczytać. Jest to dziwna powieść o świecie, który nazwałby zarówno mnie, jak i Was – innych Czytelników – Niewiernymi. Jednak muszę się Wam do czegoś przyznać – skłamałem. Nie przeczytałem bowiem tej książki, zostało mi do końca jeszcze sto stron, które ciągle odkładam na kolejny dzień. Nie myślcie jednak o mnie źle. Nie robię tego specjalnie – to Powieść tego ode mnie chce. Ona bowiem wie, że jestem Niewierny i nie rozumiem jej świata, historii, religii. Wie, jaką trudność sprawia mi malowanie w wyobraźni tysiąca obrazów, które są tam opisane. Drwi ze mnie, gdy widzi, jak wysilam umysł, aby móc zobaczyć ten jeden jedyny odcień barwy, której użył Mistrz Behzad do pokolorowania sułtańskiej szaty. Patrzy z pogardą, gdy nierozumnym wzrokiem przebiegam po linijkach kolejnego rozdziału, gdy otwiera się przede mną kolejna szkatułka, z której wyskakują nieznane mi twarze, nieznani mistrzowie, nieznane barwy. Gdy bohaterem staje się Drzewo lub Moneta, Powieść wie, że nie jestem w stanie potraktować tych bajarzy tak, jak na to zasługują – a więc jako tych, kim naprawdę są, a nie tych, jakich ja, Niewierny Czytelnik, mogę zobaczyć. Przyznam się wam jeszcze do czegoś – irytowałem się i denerwowałem. Czytałem zbyt szybko, przeskakakiwałem zdania. Czy myślicie, że Powieści mogło się to podobać? O nie. I ja to wiem. Uwierzcie mi jednak, że się starałem. Pierwsze strony i rozdziały próbowałem gryźć zębami i długo przeżuwać ich smak. W połowie jednak poddałem się. Mordercę śledziłem już tylko od czasu do czasu. Obrazy stwarzane przez słowa pojawiały się jedynie migawkowo. Gniewałem się na Czarnego, że postępuje egoistycznie, lecz nie spróbowałem zrozumieć, dlaczego. Nie mówiąc o tym, że w ogóle przestały obchodzić mnie postaci Oliwki, Bociana i Motyla, skoro pojawiały się tak rzadko, mówiły o sobie tak wiele niezrozumiałych rzeczy, a ponadto weszły w pakt z Mordercą i zwodziły mnie, aby nie tak łatwo było skazać któregoś z nich na tortury i powolną śmierć. Jestem Czytelnikiem Niewiernych, a mój pobieżny rysunek zawiśnie w kawiarni Meddaha jedynie wtedy, gdy przyjdzie wieczór zabaw i uciech, a mężczyźni będą chcieli rozweselić się czyimś kosztem. I sam jestem sobie temu winien, bowiem ta Powieść pragnie kogoś, kto pochyli się nad nią, poświęci trochę więcej czasu, zada sobie trud wniknięcia w niezrozumiałe sprawy, w niejasne kwestie, w zawiłą historię. Kogoś, kto zamknie oczy i czytać ją będzie oczami serca, umysłu, wyobraźni. Strony tej Powieści mogą otworzyć się jedynie przed Wiernym Czytelnikiem.



Orhan Pamuk, "Nazywam się Czerwień", Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007.

czwartek, 8 października 2009

Herta Muller - NOBEL 2009


Laureatką literackiej nagrody Nobla 2009 została dzisiaj Herta Muller – urodzona w 1953 roku w Rumunii niemieckojęzyczna pisarka. Na pytanie zamieszczone na stronie poświęconej Nagrodzie Nobla – „Czy przeczytałeś jakąkolwiek książkę Herty Muller” – odpowiedziałam przecząco i tym samym znalazłam się w gronie „nie-czytelników” obejmującym, bagatela, 92% osób, które odwiedziły dzisiaj to miejsce w sieci i odpowiedziały na pytanie. Na stronach Gazety Wyborczej przeczytałam wywiad z pisarką opublikowany w czerwcu 2009 roku w Dużym Formacie, pt. „Przećwiczyłam śmierć”. Hertę Muller na pewno trzeba będzie poznać, aczkolwiek po lekturze rozmowy z nią już teraz wiem, że nie będzie to łatwa, a raczej przygnębiająca, kontrowersyjna i ostra literatura. Pisarka bowiem należy do tej grupy literatów, którzy zostali napiętnowani przez II Wojnę Światową a następnie przez socjalistyczny ustrój panujący w Rumunii. Jej ojciec należał do SS i był zagorzałym nazistą. Muller jako mała dziewczyna musiała zmierzyć się z brakiem uczucia ze strony matki a także z despotycznym zachowaniem ojca. Później była prześladowana, przesłuchiwana, nieustannie kontrolowana przez władze. W końcu musiała wyemigrować do Niemiec, gdzie również nie zaznała spokoju. Jej proza, jak mogę wywnioskować z tej krótkiej rozmowy, naszpikowana jest tragicznymi wspomnieniami, strachem i śmiercią. Pisarka mówi w wywiadzie: „Pisanie jest przeciwieństwem życia. Kiedy piszę, w pewnym sensie nie istnieję. Jako osobie nie wolno mi się sobą zajmować. Zazwyczaj nie pracuję nad książką zbyt długo, bo nie mogę znieść tego napięcia. Pisząc, muszę przebywać tam, gdzie jestem wewnętrznie najbardziej zraniona, w przeciwnym razie w ogóle nie musiałabym pisać. To jak wędrówka po ostrzu noża, między ujawnieniem a zachowaniem tajemnicy.”

wtorek, 22 września 2009

"Sto lat samotności" - Gabriel Garcia Marquez

Aureliano wyobrażał go sobie w golfie, który zdjemował dopiero, gdy kawiarnie na Montparnasse zaczynały wypełniać się parami wiosennych zakochanych, śpiącego w dzień, by oszukać głód, a piszącego w nocy, w pokoiku cuchnącym gotowanymi kalafiorami, gdzie miał umrzeć Rocamadour (s. 440).

Mężczyzna, który rysował się w wyobraźni przedostatniego członka wielkiej rodziny Buendia to Gabriel Marquez – jeden z czworga przyjaciół tego wielkiego samotnika i dziwaka, z którym zbliżył się szczególnie, a który był praprawnukiem Gerinelda Marqueza – serdecznego przyjaciela słynnego pułkownika Aureliana Buendii. Kim naprawdę był Gabriel Marquez i co wiedział o samotności? On jako jedyny wierzył Aurelianowi, gdy ten wspominał swojego prapradziadka pułkownika, którego stoczone trzydzieści dwie wojny już dawno pogrążyły się w mrokach niepamięci mieszkańców Macondo. Gabriel Marquez – postać marginalna, pozornie nie mająca większego znaczenia, o której nie pisze się zbyt wiele, a jednak – alter ego pisarza. Pod koniec powieści wyjeżdża do Paryża i tam niczym Horacio Oliveira (alter ego Cortazara) dusi się w ciasnych facjatkach i pisze.

Samotność obejmuje okres stu lat, który opisał Melquiades, posługując się sanskrytem, aby zaszyfrować losy rodziny Buendia. „Sto lat” to czas symboliczny. Jose Arcadio Buendia i jego żona Urszula Iguaran opuszczają rodzinną wioskę niczym Adam i Ewa, wygnani z Raju wskutek popełnionego grzechu (Jose Arcadio dokonuje morderstwa), wyruszają na poszukiwanie nowej ziemi. W ten sposób docierają do Macondo – miejsca mitycznego, którego dzieje stanowią streszczenie dziejów świata.

Członkowie rodziny Buendia naznaczeni są przekleństwem szaleństwa („Tacy oni są wszyscy [...] pomyleni od urodzenia”, s. 204) i samotności („rodzinne piętno osamotnienia”, s.204). W powieści dużo stron poświęconych jest wojnie, którą Marquez, choć odkłada ją „na później”, obiecuje już w pierwszym zdaniu: „Wiele lat później, stojąc naprzeciw plutonu egzekucyjnego, pułkownik Aureliano Buendia miał przypomnieć sobie to dalekie popołudnie, kiedy ojciec zabrał go z sobą do obozu Cyganów, żeby mu pokazać lód”.

Światem przedstawionym rządzi charakterystyczny dla literatury iberoamerykanskiej „realizm magiczny” („lo real maravilloso”), który objawia się w przeczuciu śmierci, w rozmowach z umarłymi, w magnetycznym spojrzeniu małego chłopca, który potrafi przesuwać wzrokiem przedmioty, ale także ma źródło w pierwotnej mocy właściwej kobietom, kierującym się głosem intuicji i emocji. To, co wydawałoby nam się niezwykłe, nie wydaje się takie samo bohaterom powieści, i na odwrót – dobrze ilutrują to wynalazki sprowadzane z całego świata do Macondo przez Cygana Melquiadesa – lód i magnes są właśnie tym, co magiczne i niepojęte dla Josego Arcadia i innych mieszkańców osady. Natomiast nie dziwi nikogo, ani nie trwoży wniebowzięcie Pięknej Remedios czy snujący się po domu duch zmarłego Melquiadesa.

O „Stu latach samotności” ciężko napisać coś oryginalnego. Jest to pozycja dobrze znana nie tylko pożeraczom literatury pięknej. Warto do niej wracać po latach. W moim przypadku, gdy czytałam ją po raz pierwszy około pięć lat temu, doświadczenie powtórnej lektury pokazało, że całkowicie uleciał mi z pamięci wątek wojenny, który przecież jest tak obszerny w tej powieści, ocalały natomiast alchemiczne poszukiwania w małym pokoiku wypełnionym tajemniczymi książkami i świętymi tekstami, a także wniebowstąpienie Pieknej Remedios. Jestem ciekawa, co pozostanie, gdy minie kolejnych pięć lat...

Gabriel Garcia Marquez, „Sto lat samotności”, przeł. G. Grudzińska, K. Wojciechowska, MUZA SA, Warszawa 2003