Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przy kawie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przy kawie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 czerwca 2010

Wybiegana książka

W ramach nagrody za majowe bieganie (niestety nie codzienne - podejmowałam heroiczne wysilki biegania w deszczu do czasu, az nie nabawilam sie ostrego kaszlu. Niemniej zadanie spelnilo swoj cel - biegam :)) wybralam sobie jedną z nagrodzonych Bookerem książek Coetzeego. Serdeczne podziekowania dla Bartka, dzieki ktorego inicjatywie wyniknelo cale to przedsięwzięcie :)

niedziela, 9 maja 2010

Majowy stosik. Biegowo.

Po 2 tygodniach czekania EMPIK w końcu zrealizował moje zamówienie i w piątek mogłam odebrać 3 książki, na które z niecierpliwością czekałam:


Połówka żółtego słońca – Chimamanda Ngozi Adichie
Wszystkie imiona – Jose Saramago
Umiłowana – Toni Morrison


Ale i tak najlepszą niespodziankę zrobił mi mój narzeczony, z którym na początku tego miesiąca zawarłam umowę, że jeżeli będę biegać ciedziennie przez cały maj, w nagrodę będę mogła sobie wybrać książkę. Parę dni temu otrzymałam od niego przedsmak owej nagrody, książkę-niespodziankę, która ma mi towarzyszyć podczas majowego biegania, a jest to powieść-pamiętnik Haruki Murakamiego „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” o zachęcająco brzmiącym podtytule (czy raczej cytatcie wyciągniętym na okladkę):

„Najpierw był bieg, a dopiero po nim towarzyszący mu byt, którym przypadkowo byłem ja. Biegnę więc jestem”.

Murakami to ostatnio coraz bardziej slawny japoński pisarz. Kiedyś prowadził bar i klub jazzowy, by pewnego dnia rzucić tym wszystkim i poswięcic się pisaniu. Aby zachować formę, zaczął biegać. Skończyło się na licznych maratonach, półmaratonach, triatlonach etc. Książka oprócz tekstu zawiera także fotografie przedstawiające Murakamiego podczas biegania, zawodów itp. Niezwykle podoba mi sie okładka książki, pomysłowa i minimalistyczna, możną ją ogladać zarówno w pionie, jak i w poziomie.

niedziela, 28 lutego 2010

Wiosenne stosiki

Wiosna zaczyna ruszać z kopyta, słońce i ten szczególny zapach na dworze uruchamiają machinę wspomnień o poprzednich wiosnach i tym, co się wtedy robiło, czytało, o czym myślało i z kim. Tak było właśnie we wtorek, gdy upływał ostatni dzień mojego L4, a słońce krzyczało i wabiło na pierwszy wiosenny spacer. Czy znacie ten szczególny rodzaj energii, która wypełnia ciało i umysł po ciężkiej, mroźnej zimie?



Nie wiem dlaczego, ale pierwszy powiew ciepłego powietrza przypomina mi o pachnących ciepłych wieczorach, gdy jeździliśmy do kina Patria, o „Waldenie”, którego zawsze w kwietniu i maju fragmenty czytam, zaśmiewam się i dumam na przemian nad wciąż aktualnymi refleksjami tego hippisowskiego egzystencjalisty – Thoreau’a. Jako kompan krok w krok podąża z nim Emerson, piewca Natury, a krok przed nim Nietzsche, którego teoria „cierpliwości pośladków” co roku zmusza mnie do rozpoczynania sezonu biegowego gdzieś właśnie w okolicach marca (zaczynam jutro rano). Ci trzej Panowie, łączący abstrakcyjną myśl z fizycznym ruchem, stanowią dla mnie od kilku dobrych lat inspirację i pragnienie przebywania wiosną jak najwięcej na świezym powietrzu, prowokowania ciała do wydzielania dużej ilości potu i podziwiania czerwonych plam na twarzy po 40-minutowym biegu – bowiem dopiero wtedy takiej myśli, powstałej w takich okolicznościach, można zaufać i podążać za nią, wtedy umysł staje się naprawdę świeży, a krew płynie szybciej i jest się szczęśliwym.

Byli mężczyźni, teraz czas na Panie. Pinkola Estes, Budnitz, Woydyłło i Majewska-Opiełka – trio, na które składa się mieszanka baśniowości, magii, pra-, pierwotnej kobiety, dzikiej natury wilczycy oraz współpczesnej psychologii, po cześci emocjonalnej, po części związanej z technicznymi aspektami życia, np. zarządzania własnym czasem.

Na koniec coś z pogranicza estetyki, czyli wspaniałe eseje Herberta "Barbarzyńca w ogrodzie", które szczególnie kojarzą mi się z wiosną, ponieważ właśnie wtedy po raz pierwszy kilka lat temu je czytałam. Pragnę szczególnie uwrażliwić się na odbiór wizualny malarstwa, wybrać sobie jednego z ulubionych malarzy i zagłębić się w jego osobowość jako człowieka i artysty, a także w jego dzieła. Podobnie z poezją, której tu zabrakło w stosiku i której brakuje w moim życiu w ogóle. Postanowiłam pociągnąć i zaczytać się właśnie w Herbercie, który był moim ulubionym poetą w liceum. Na koniec powtórka z Ann Fadiman "Ex Libris" – ku miłości książek o książkach i pragnieniu „jeszcze raz”. Może uda mi sie coś nowego przechwycić do mojego życia czytelniczego.

Wszystkie powyższe książki, to „książki wiosenne”, ktore począwszy od jutra, 1 marca, chcę czytać fragmentami, na wyrywki, szaleńczo i zachłannie, przez całą wiosnę, powiedzmy do połowy czerwca. Będę zamieszczać w Bredabliku co ciekawsze cytaty, może z komentarzem.

Ponadto szczególne podziękowania dla Maga-Mary, która zamówiła dla mnie audiobooka „White Teeth”, czytany przez Alexa Jenningsa i który stanowi teraz nierozerwalną całość z moją książką w oryginale. Wszystko po to, aby synergia mogła zaistnieć, tzn. poznawianie literatury i nauka języka za jednym zamachem. Dzięki Aniu! (dostałam też super kartkę :))



A poniżej moje ostatnie zdobycze: wczoraj udało mi się kupić po jedyne 7 złotych każda „Eve Green” Susan Fletcher oraz „Historia pewnej mistyfikacji” Petera Careya. Natomiast tydzien temu otrzymałam od Bartka w prezencie „Smażone zielone pomidory”, które właśnie kończę czytać i jest to tak ZAJEBISTA powieść, że aż się boję chwili, w której będę miała zasiąść do napisania recenzji, aby w pełni oddać miarę mojego zachwytu. To czeka mnie już jutro (czy Wam też czasami z trudem przychodzi napisanie dobrego tekstu? Albo w ogóle nie przychodzi?...)

poniedziałek, 22 lutego 2010

Cudowność tekstów: Fincher-Lee



W sobotę mój narzeczony przywiózł mi już dawno zamówione wydanie „To Kill a Mockingbird” w oryginale, które w końcu zostało odebrane z poczty :) Tego samego dnia, wieczorem, postanowiliśmy dokończyć oglądanie filmu „The Game” w reż. Davida Finchera z Michalem Douglasem i Seanem Pennem, skądinąd rewelacyjnego filmu o wręcz genialnym scenariuszu.

W jednej ze scen Nicholas van Orton (Douglas) wbiega do swojego ogromnego domu. Pnie się po schodach i wpada do jednego z pomieszczeń. Przewracając wszystko, co mu się nawinie pod ręce, zaczyna czegoś gorączkowo poszukiwać na wysokiej półce. W kolejnym kadrze kamera lustruje przestrzeń z poziomu podłogi. Nagle z hukiem spada grube, oprawione w skórę tomisko. Na grzebie czytamy: „To Kill a Mockingbird”. Nie muszę pisać, że razem z Bartkiem w jednej chwili podskakujemy w wyniku radosnego zdumienia. Tymczasem van Orton porywa egzemplarz i wypada z domu tak szybko, jak się w nim pojawił.

Do teraz próbuję znaleźć powiązanie pomiędzy treścią książki Lee a fabułą filmu Finchera. Bezskutecznie. Zawsze jednak wierzę w to, że takie zabiegi sa celowe, że autor usiłuje przemycić jakąś treść, która pozwoli na ciekawą, dekonstruktywistyczną interpretację, ktora zdradzi nam jakąś tajemnicę, która w rzeczy samej – jest tylko dla wtajemniczonych. Czyni ona bowiem z czytelnika/widza/słuchacza ekskluzywnego wspólnika, który jest zdolny czytać między wierszami.

Ponadto, pomimo istnienia intertekstualności jako takiej, czesto zdarzają mi się takie „cudowne przypadki”: w bardzo krótkim czasie, np. na przestrzeni jednego dnia, zderzają się w jakimś jednym punkcie dwa teksty kultury. Kiedyś, czytając „Lalę” Jacka Dehnela, tak często mi się to przytrafiało, że napisałam o tym tekst, wyszczególniając wszystkie te dziwaczne zbiegi okoliczności.

Czy Wy też doświadczacie „cudowności tekstów”? A może macie jakieś pomysły na rozwiązanie zagadki „Fincher-Lee”?

piątek, 19 lutego 2010

Kreativ Blogger

Stało się. Dopadło mnie choróbsko. Co to oznacza? Że wreszcie kończę „Północ w ogrodzie dobra i zła”! Że moj tata właśnie wrócił z bilbioteki (ciekawe, co udało mu się złowić?)! [...] (ech, bida z nędzą w tej naszej bibliotece...). Że nareszcie mam czas, aby przekazać dalej wyróżnienia:



Kasiek – za Tessę :) dzięki czemu poznałam blogi i wyzwania czytelnicze.
Maga-Mara – za pomoc i serdeczność.
Padma – za wyzwania czytelnicze, ktore dla mnie stanowią wręcz rewolucję czytelniczą.
Chichiro – za Fever Ray i „Gorzkie mleko”, na którym byłam przedwczoraj.
Dziennik Literacki – za „news-owe” spojrzenie na literaturę, dzięki czemu jestem na bieżąco z nowościami i tym, co aktualnie dzieje się w literackim światku.

środa, 10 lutego 2010

:)

Serdeczne dzięki dla Inez, Anny oraz Marpil za wyróżnienie, naprawdę fajnie wiedzieć, że czytacie moje wypociny :) Ja potrzebuję chwilki wolnego, aby przekazać wyróżnienia dalej. Ostatnio czas jakoś się ścieśnia, zacieśnia i nawet czytam zatrważająco mniej – chyba nie wyrobię się z lutowym planem czytelniczym. Albo chwili odpoczynku trzeba, albo jakoś nie trafiam w odpowiednie książki. A może też dlatego, że wsiąknęłam w oglądanie „Desperated Housewives” – oczywiście pod pretekstem uczenia się angielskiego :). Oglądam bez lektora i tekstu, większości słów oczywiście nie rozumiem i muszę sie domyślać o co chodzi, jednak odkryłam zupełnie nowy, fantastyczny a do tego aktywny (ze względu na ten angielski :P) sposób odpoczywania po pracy :) już od wielu lat nie oglądam TV i zupełnie zapomniałam, co to jest rytuał, a właściwie codzienny grzeszek, machnięcia sobie serialiku popołudniu :) Jutro idę odebrać z Empiku najnowsze wydanie Poe’go, pod wprawiającym w lekkie drżenie prawie każdego amatora czytania, tytułem „Opowieści Miłosne, Śmiertelne i Tajemnicze”. Poza tym znowu zaczęlam słuchać muzyki, dzięki właściwie Chichiro, która zamieszczając na swoim blogu kawałek Fever Ray „Keep the streets empty for me” wydała na mnie wyrok natychmiastowego zakochania się w tej piosence i obudziła tęsknotę za muzyką... Człowiek zdradza w swym życiu zbyt wiele pięknych rzeczy, zdecydowanie.

sobota, 30 stycznia 2010

Łańcuszek blogowo-literacki

Od Anny dostałam 3 pytania związane z literaturą i czytaniem. Zapraszam do lektury!

1. Jak sobie radzisz z czytaniem książek i czasopism? Co ma u Ciebie priorytet? Czy czytanie czasopism wpływa na przerwę w czytaniu książek?
A może nie czytasz czasopism? Jeśli jednak tak, to jakie?


Kiedyś miałam taki ambitny plan, aby zaprenumerować sobie kilka wiodących czasopism związanych z literaturą oraz szeroko pojętą kulturą, także czasopisma społeczne – po to, aby kończąc studia nie wypaść z obiegu i dalej być na bieżąco z nowymi trendami, prądami, z nowymi myślami nowych badaczy i naukowców. Dalej mam taki ambitny plan… niezrealizowany. Tak, jak nie nauczyłam się jeszcze słuchać regularnie radia, tak nie nauczyłam się regularnie czytać czasopism. Poza tym coś musiałoby się odbyć kosztem czegoś – tutaj automatycznie miałabym mniej czasu na literaturę. Poza tym bardzo bym się rozdrabniała, a tego nie lubię. Jednak moim marzeniem jest wykształcenie w sobie tej umiejętności. Z innego typu czasopism - w zeszłym roku regularnie kupowałam „Zwierciadło”, jednak teraz ze względu na to, że w ostatnich miesiącach mało było tematów, które mnie żywo interesowały, zaprzestałam. Pewnie znów do tego wkrótce wrócę. A z czytaniem książek ostatnio radzę sobie wyjątkowo dobrze, chyba najlepiej do tej pory. Jest plan, są konkretne książki do przeczytania i co najważniejsze dla mnie – istnieją w jakimś kontekście – a wszystko dzięki temu, że odkryłam wyzwania czytelnicze i blogi osób, które kochają czytać. Nawet na studiach czegoś takie (w realu) niestety nie miałam. Takiego wspólnego czytania.

2. Jak Twoja rodzina/znajomi traktują Twoje czytelnicze hobby? Masz w otoczeniu innych moli książkowych?

Miłość do książek zaszczepił we mnie tata, który od kiedy byłam mała, kupował mi książki i który sam był wielkim fascynatem. Potem, gdy byłam starsza podsunął mi „Grę w klasy” Cortazara, „Wilka stepowego” Hessego czy „Braci Karamazow” Dostojewskiego. Na początku pytałam go, co czytać, a potem sama już odkrywałam nieznane lądy. Dzisiaj ja mu podsuwam książki :) Mama z kolei nie może zrozumieć, po co tyle książek kupuję. Mój narzeczony, który sam nie był fanem czytania, zaczął kupować sobie książki swoich ulubionych autorów (głównie fantastyka – Tolkien, Sapkowski) a także Coelho. To zupełnie nie moje klimaty, nie mniej bardzo się cieszę, że również ma swój książkowy ogródek :) Przez ostatnie miesiące czyta nawet przed snem małymi fragmentami „Pachnidło” (już kończy:)). Ponadto zawsze wysłuchuje moich elaboratów podczas spacerów o aktualnie czytanych książkach, zawsze też czyta i komentuje moje recenzje. Ubolewam natomiast nad tym, że wśród moich znajomych, rówieśników nie ma moli książkowych. Czasem chciałabym się z kimś spotkać na kawie i herbacie i bezczelnie obgadać bohatera jakiejś powieści lub po prostu porozmawiać na luzie, przy piwie o wrażeniach czy opiniach. Chciałabym taki książkowy świat, jaki istnieje między nami – literackimi bloggerami - ale też w realnym świecie, nie tylko w wirtualnym.

3. Jaki tytuł nosiła Twoja pierwsza samodzielnie przeczytana książka?

Nie pamiętam! Dziś jednak, jadąc na orczyku, pomyślałam sobie, że tak naprawdę samodzielnie przeczytana, zmielona, wchłonięta książka, która miała na mnie ogromny wpływ (między innymi dlatego, że czytałam ją w bardzo podatnym na wpływy wieku, czyli w wieku 17-stu lat) to wspomniana już wyżej „Gra w klasy” Julio Cortazara. Stanowiła ona dla mnie bogactwo nowych, nieznanych słów, pojęć, innego sposobu myślenia, postrzegania świata, w ogóle: myślenia i mówienia o świecie, o miłości, o stosunku do życia - jak żadna inna książka wcześniej czy później (nawet, gdy ją samą czytałam drugi raz). Nie pamiętam tytułu stricte pierwszej samodzielnej książki, ale pamiętam swoją pierwszą świadomą lekturę. Życzę sobie, aby jeszcze kiedyś podobna się trafiła. Wam też, drodzy Blogowicze :)

Dziękuję Anno za te pytania.