Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura na peryferiach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura na peryferiach. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 czerwca 2010

Wybiegana książka

W ramach nagrody za majowe bieganie (niestety nie codzienne - podejmowałam heroiczne wysilki biegania w deszczu do czasu, az nie nabawilam sie ostrego kaszlu. Niemniej zadanie spelnilo swoj cel - biegam :)) wybralam sobie jedną z nagrodzonych Bookerem książek Coetzeego. Serdeczne podziekowania dla Bartka, dzieki ktorego inicjatywie wyniknelo cale to przedsięwzięcie :)

czwartek, 3 czerwca 2010

Co zrobić z tą wiedzą?

To nie będzie tekst o książce Adichie, bowiem każdy zainteresowany może przeczytać sobie na tylnej stronie okładki, o czym jest książka Nigeryskiej pisarki. To będzie tekst o czytaniu "Połówki żółtego słońca".

Warto czytać w ogóle i na wyrost, aby dotrzeć do takich książek. Warto przełknąć dziesięć niezbyt ciekawych, męczących lub chociażby „takich sobie”, aby natrafić na taką, jak „Połówka żółtego slońca” – powieść, która Cię uderzy w twarz, każe zapomnieć o upływającym czasie, o innych książkach, o swoim własnym życiu. Wraz z tą powieścią Adichie oficjalnie staje się jedną z moich ulubionych pisarek.

Po pierwsze, Adichie stworzyła niezapomniane postacie. Prawdziwe i plastyczne, z własnymi charakterami, konsekwetnie wyrysowane. „Połówka żółtego słońca” przedstawiona jest z punktu widzenia trzech bardzo różnych bohaterów: nastoletniego Ugwu, pochodzącego z małej wioski, który awansował zarówno społecznie, jak i mentalnie; pięknej Olanny, wykształconej dziewczyny pochodzącej z wyższych sfer; oraz Brytyjczyka Richarda, który przybywa do Nigerii, aby napisać książkę o sztuce ludowej Ibo. Pozostałe, lecz pełniące niemniej niebagatelne role w powieści postaci, widzimy oczami trzech głównych bohaterów: jest to między innymi rewolucjonista Odenigbo, kochanek Olanny, u którego zarazem służy Ugwu czy Kainene – siostra Olanny i kochanka Richarda, znana z ciętego języka i ironicznego podejścia do życia.

Po drugie, „Połówka żółtego slońca” nie jest tylko powieścią przeznaczoną do czytania dla samej przyjemności. Powieść Adichie, która w 2007 roku zdobyła nagrodę Orange Prize, obdarowuje czymś bezcennym: a mianowicie wiedzą o tym, co wydarzyło się w przeszłości, co nieodwracalnie zajęło miejsce w historii świata, i co miało niebagatelne znaczenie chociażby z tego powodu, że zaważyło na losach ponad miliona ludzi.



„Połówka żółtego słońca” opowiada o wojnie domowej, ktora toczyła się pomiędzy Nigerią a Biafrą w latach 1967-1970, wojnie, która przyniosła ze sobą głód, rzezie, gwałty, niesprawiedliwość i śmierć.



Przedstawiona z subiektywnego punktu widzenia bohaterów, których czytelnik dobrze poznaje i z którymi wręcz się zaprzyjaźnia, jest o tyle bardziej wstrząsająca. Jej lektura przynosi niesamowity ból, nierzadko łzy i pelne buntu pytania o to, jak w ogóle mogło (może?) być możliwe to, co przecież niewątpliwie się wydarzyło. Uświadamia, co działo się i dzieje nadal na świecie. Lektura tej powieści zmienia i być może wyda się to stwierdzeniem banalnym, stawia przed pytaniem „jak zatem żyć”, gdy się wie.



Ostatnio czytam coraz więcej książek dotyczących światowych konfilktów, dzięki którym z jednej strony moja wiedza o historii świata „uzmysławia się”, lecz z drugiej, każdorazowo i nachalnie nasuwają następujące pytanie: „co z tą wiedzą zrobić?”. Bo przecież trzeba coś z nią zrobić, przecież nie można sobie, ot tak, jedynie czytać tego typu powieści, odhaczać na liście przeczytanych książek i cieszyć się, że kolejna książka przybyła w stosie mojej czytelniczej chwały. Takie powieści jak „Połówka...” pisanie są nie dla przyjemności czytelnika, to chyba oczywiste, ich lektura jest trudnym doświadczeniem, aktem swoistego masochizmu, z którym wydaje mi się, i powtórzę to uparcie, trzeba coś zrobić.



I po trzecie. Na początku napisałam, że Adichie stała się moją ulubioną pisarką. Lecz, czy w ogóle słowo ulubiony może tu pasować? Czyż mozna powiedzieć o opisie niezwyklego bólu i cierpnienia, że jest ulubionym? Czy z rozkoszą będę wracać do tej książki po latach? Czy z przyjemnością będę o niej myśleć w najbliższych dniach? Nie. Będę raczej myślania o niej w kategoriach zmiany. Odpowiedzi na powyższe pytania nie mam. Lecz wydaje mi się, że będą one pojawiać się nieoczekiwanie, gdy przyjdzie ich pora, gdy zostanę wystawiona na próbę.



Chimamanda Ngozi Adichie, „Połówka żółtego słońca”, przeł. Witold Kurylak, Wydawnictwo „Sonia Draga”, Katowice 2009

niedziela, 16 maja 2010

Emocjonalny thriller

Debiutancka powieść szwedzkiej pisarki Anne Sward jest niezwykła. Stanowi rodzaj emocjonalnego thrillera. Napisana jest oszczędnie i niezwykle sugestywnie. Pomimo zdecydowanie odmiennej poetyki, pod względem tematu jest bardzo podobna do twórczości Jelinek czy Lessing. Dotyczy bowiem złożonych, trudnych i – co tu ukrywać – zniszczonych relacji rodzinnych.

Powieść Sward jest skondensowana. Fabuła składa się z trzech wzajemnie się przenikających płaszczyzn. Pierwsza z nich to przebieg aktualnych wydarzeń, które dzieją się i rozwijają wraz z głównym wątkiem. Na drugiej Sward zarysowała nie spuentowane sytuacje i wydarzenia, z których czytelnik samodzielnie może wyciągnąć wnioski lub domyśleć się ich zakończenia. Na trzeciej natomiast, znajdują się fakty mające związek z wydarzeniami, o których Sward nic nie mówi. Ich także trzeba się domyśleć. Dzięki temu zabiegowi lektura „Lata polarnego” angażuje i sprawia, że czytanie przestaje być jedynie od-czytywaniem, ale staje się również współtworzeniem historii.

Powieść ma sześciu bohaterów-narratorów. Przedstawia tym samym wiele punktów widzenia. Tak poprowadzona narracja sprawia, że prawda przestaje być jednowymiarowa, a złożoność relacji w znaczący sposób zostaje uwydatniona. Sward wychodzi od pewnego stanu rzeczy – rodziny, która się rozpadła – dając czytelnikowi pewną ilość informacji (nigdy jednak zbyt dużą) na tyle radykalnych, że na ich na podstawie czytelnik szybko wyrabia sobie krytyczne zdanie o bohaterach, ich postępowaniu oraz związkach, które ich łączą. Już na samym początku powieści zostaje nastawiony krytycznie.

Wieloaspektowa narracja jednak łamie tę ocenę bardzo szybko. Na drodze szczegółowej analizy psychologcznej bohaterów Sward pokazuje, jak różne jest widzenie i odczuwanie w zależności od tego, kto patrzy. Kto – ze swoją płcią, charakterem, historią... W ironiczny sposób ukazuje niezdolość porozumienia się i współpczucia – często nie spowodu złych intencji, lecz złej komunikacji. Powoli rozwijana sieć zdarzeń zaskakuje i pomimo, że stanowi dość niecodzienną fabułę, jest spójna i logiczna.

Anne Sward, „Lato polarne”, przeł. Bogumiła Ratajczak, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2007

niedziela, 9 maja 2010

Chiński Hakawati

Można powiedzieć, że „Góra duszy” to taki chiński „Hakawati”. Jej autorem jest Gao Xingijan, który w 2000 roku otrzymał nagrodę Nobla. Licząca ponad 500 stron powieść ma dwóch bohaterów, z którymi wędrujemy po Chinach nie tylko w przesterzni, ale także w czasie. Oboje są samotnikami, mężczyznami w średnim wieku, którzy wyruszyli w podróż, aby odnaleźć odpowiedź na pytanie o własne Ja, tożsamość i sens rzeczywistości.

Pierwszy z nich mówi we własnym imieniu. Wyruszył wgłąb Chin po tym, jak okazało się, że postawiona mu diagnoza raka płuc była mylna. Został postawiony przed pytaniem, co zrobić z owym swoistym aktem ułaskawienia, który ofiarował mu los. Zapuszcza się w dzikie tereny chińskich lasów, pragnie dostać się do tajemniczego Lingshan, o którym informacje tak trudno zdobyć od mieszkaców okolicznych wsi i miasteczek. Wszędzie bywa krótko, tylko na chwilę. Odwiedza placówkę badawczą opiekującą sie pandami, interesuje się niebezpiecznymi wężami qishe, przeżywa grozę osaczenia przez gęstą mgłę, gdy przebywa wysoko, w odludnych górach, jedynie z przewodnikiem, 3 dni drogi od najbliższej osady. Jego wspomnienia przywołują reminiscencje z dzieciństwa, snuje filozoficzne rozważania, będąc jednocześnie świadomym ich wydumanego skomplikowania wobec prostoty życia ludzi wsi i gór. Jest poszukiwaczem pradawnych historii, legend i wierzeń ludowych.

Drugi mężczyzna wędruje z poznaną w jednym z miasteczek dziewczyną, z którą przeżywa romans. Ich wędrówka wypełniona jest opowieściami, które mężczyzna być może wymyśla, a być może przekazuje zgodnie z prawdą. Dziewczyna również opowiada, mówi, prowadzi swój monolog. Niesamowite anegdoty, krotkie historie, wypełniają ich czas. Język, słowo mówione, jest powrotem do pierwotnego rytuału snucia historii, opowiadania, przekazywania sobie wiedzy na temat świata i historii. Narracja prowadzona jest tutaj w oryginalny sposób, mianowicie w drugiej osobie liczby pojedynczej. Tak, jakby ktoś, może ten pierwszy mężczyzna, przypominał innemu (sobie?) jakieś wydarzenia lub wręcz tworzył na bieżąco hipotetyczną miłosną historię. Nie ma dialogów, jest „mówisz”, „ona mówi”.

Kim są ci mężczyźni, czego dokładnie szukają i czy dane będzie im to odnaleźć? W jakiej relacji pozostają względem siebie, czy są tą samą osobą czy dwoma różnymi?

„Góra duszy” to niespieszna historia poszukiwania prostoty i prawdy. Gawęda, która przemyca między wierszami buddyjską filozofię prostego życia, zjednoczenia z przyrodą, respektowania jej praw:

Głęboko zaciągam się czystym leśnym powietrzem, bez wysiłku wdycham je i wydycham, czuję, że oczyszczenie sięga aż do głębi duszy. Powietrze wnika wręcz w stopy [...] wydaje się, że moje ciało i umysł jednoczą się z wielkim cyklem przyrody. Osiągam poczucie radosnej wolności, jakiego jeszcze nigdy nie zaznałem.

Gao Xingijan, „Góra duszy”, przeł. Wojsław Brydak, REBIS, Poznań 2004

Majowy stosik. Biegowo.

Po 2 tygodniach czekania EMPIK w końcu zrealizował moje zamówienie i w piątek mogłam odebrać 3 książki, na które z niecierpliwością czekałam:


Połówka żółtego słońca – Chimamanda Ngozi Adichie
Wszystkie imiona – Jose Saramago
Umiłowana – Toni Morrison


Ale i tak najlepszą niespodziankę zrobił mi mój narzeczony, z którym na początku tego miesiąca zawarłam umowę, że jeżeli będę biegać ciedziennie przez cały maj, w nagrodę będę mogła sobie wybrać książkę. Parę dni temu otrzymałam od niego przedsmak owej nagrody, książkę-niespodziankę, która ma mi towarzyszyć podczas majowego biegania, a jest to powieść-pamiętnik Haruki Murakamiego „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” o zachęcająco brzmiącym podtytule (czy raczej cytatcie wyciągniętym na okladkę):

„Najpierw był bieg, a dopiero po nim towarzyszący mu byt, którym przypadkowo byłem ja. Biegnę więc jestem”.

Murakami to ostatnio coraz bardziej slawny japoński pisarz. Kiedyś prowadził bar i klub jazzowy, by pewnego dnia rzucić tym wszystkim i poswięcic się pisaniu. Aby zachować formę, zaczął biegać. Skończyło się na licznych maratonach, półmaratonach, triatlonach etc. Książka oprócz tekstu zawiera także fotografie przedstawiające Murakamiego podczas biegania, zawodów itp. Niezwykle podoba mi sie okładka książki, pomysłowa i minimalistyczna, możną ją ogladać zarówno w pionie, jak i w poziomie.

niedziela, 2 maja 2010

Filmowy INVICTUS - genialny film!


Wszystkim wielbicielom dobrego kina, Matta Damona, Morgana Freemana, historii RPA, Nelsona Mandeli, muzyki filmowej, sportu, meczowych emocji, rugby czy piłki nożnej (niepotrzebne skreślić) polecam absolutnie rewelacyjny film Clinta Eastwooda, nakręcony na podstawie bestselleru amerykańskiego dziennikarza, Johna Carlinga, „Invictus. Igrając z wrogiem” (o ktorej pisałam tutaj).

Fabuła filmu rozpoczyna się 11 lutego 1990 roku, kiedy to po 27 latach niewoli Nelson Mandela zostaje wypuszczony z więzienia, a kończy się w 1995 roku, w dniu zdobycia przez Springboksów Pucharu Świata w rugby. Eastwood w swoim obrazie skupia się przede wszystkim na aspekcie sportowym polityki Mandeli. Książka Carlina natomiast, opisuje życie pierwszego czarnoskórego prezydenta RPA od czasu pojawienia się jego postaci na scenie politycznej, jeszcze przed uwięzieniem, a także szczegółowo opisuje okres więzienny, nie pomijając relacji ludzi, z którymi Mandela miał wówczas styczność.

Jednak te wątki pojawiają się w filmie jako krótkie reminiscencje. Są niezwykle oszczędne, dzięki czemu, po pierwsze, Eastwood uniknął błędu, jaki najczęściej popełniają reżyserzy ekranizujący powieści: skrótowość przedstawianej historii objawiająca się w przemieszczaniu się od punktu do punktu, odhaczając najważniejsze wydarzenia. Po drugie, historia filmowa jest zwięzła i skondensowana, a główny motyw nie rozpływa się w niezliczonej ilości wątków. Widz, nawet ten, który nie czytał Carlina i który nie zna dobrze historii RPA, otrzymuje przekaz przejrzysty i zrozumiały.


Książka Carlina jest reportażem stanowiącym zbiór relacji ludzi, na których Mandela wywarł swoisty wpływ, dzięki czemu udało mu się wprowadzić do RPA demokrację. Lecz mimo, że to o Mandeli mowa w książce, z powodu owej subiektywizacji różnych punktów widzenia, sama jego postać wydaje się być gdzieś z boku. Ponadto, jak już wspomniałam w recenzji książki, obraz Nelsona Mandeli jako człowieka, wydaje się nieznośne idealny i nieskazitelny.

Eastwood podszedł do tego tematu z innej strony. Przestajemy widzieć Mandelę czyimiś oczyma. Prezydent RPA nie tylko staje się bohaterem pokazanym z obiektywnego punktu widzenia (o ile czysta obiektywizacja jest w ogóle możliwa), ale ponadto wydaje się o wiele bardziej ludzki i bliższy każdemu z nas. Nie jest już herosem, pół-bogiem i pół-człowiekiem. Przekaz filmowy tego typu stwarza możliwość zerwania z jego postaci osłony legendy, jaka niechybnie tworzy się wskutek ludzkich wspomnień.

W obrazie Eastwooda Mandela jest człowiekiem, który dzięki konsekwentnej postawie, sile woli, ogromie wiary, a także heroizmowi w zmaganiu się z codziennością dokonał wielkiej rzeczy. Jego postać pokazuje, że w małym i dużym wymiarze Mandelą mógłby być każdy z nas, bowiem jego fenomen polega na maksymalnym wykorzystaniu ludzkich predyspozycji i zdolności, które tkwią w każdym człowieku. Gdyby nie to, Springboksi nie wygraliby Pucharu, Afrykanerzy nigdy nie pozbyliby się strachu, a Afrykańczycy nigdy nie zdobyliby się na przebaczenie.


Eastwood nie tylko pokazal, że każdy z nas mógłby być Mandelą, ale że sam Mandela jest taki jak my, że jak każdy człowiek zmaga się ze swymi wadami i ma swoje problemy. Pomimo, że był ojcem nowego demokratycznego narodu RPA, nie wiodło mu się w życiu prywatnym i rodzinnym. Genialnie zostało to ujęte w epizodycznej scenie z córką, gdy usiłował mentorskim tonem udowodnić jej, że to ona się myli, a on ma rację. Uczynił to w sposób zadziwiająco nieudolny, jednak niemal natychmiast zorientował się, że popełnił błąd. Morgan Freeman pięknie zagrał ból starszego mężczyzny, ojca i męża, który cierpi z powodu nieumiejętności nawiązania i utrzymania relacji z najbliższymi.


Ponad wszystko „Invictus” Eastwooda przynosi niesamowity ładunek emocji. Widz czuje się, jak gdyby oglądał transmitowany na żywo mecz i nie gorzej niż filmowi aktorzy, przyżywa związane z nim emocje. Zbytecznym jest wspominanie o genialnych rolach Freemana i Damona. „Invictus” to naprawdę wielki obraz filmowy, który koniecznie trzeba obejrzeć.

piątek, 30 kwietnia 2010

Czarno-białe tornado

Tytuł powieści Pearl S. Buck świetnie oddaje jej przekaz. Cóż bowiem sie dzieje, gdy dwa wiatry nadbiegające z przeciwnych stron zderzą się se sobą? Powstaje tornado. Ludzie giną, a dachy domów, które od wieków stały nieporuszone, urywają się z impetem odkrywając to, co przez tak długi czas było skrywane pod zazdrosnymi murami. O tym też jest powieść amerykańskiej Noblistki z 1938 roku (spędziła wiele lat życia w Chinach. Jej chińskie imię to Sai Zhenzhu).

Narratorką jest młoda Chinka, Kwei-lan, wychowywana przez całe życie według ścislych reguł tradycji chińskiej. Do czasu małżeństwa z mężczyzną, który został jej przeznaczony przez rodzinę jeszcze przed jej narodzinami, Kwei-lan żyje pod kloszem, nieświadoma tego, co istnieje poza murami jej domu. Jest uczona zasad zachowywania się wobec mężczyzn, a także starszych osób. Jej stopy boleśnie obwiązywane są bandażami po to, aby pewnego dnia mąż mógł zachwycić się jej malutkimi stopami.

Kwei-lan pobiera naukę gry na tradycyjnych instrumentach, a także dane jej jest poznać smak poezji oraz sztuki. Od dziecka oddzielona jest, jak każda dziewczynka i kobieta, od świata mężczyzn, który toczy się w innej części domostwa. Kwei-lan wiedzie błogą, bezpieczną, na wpół-świadomą egzystencję. Do tego stopnia, że nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że może być inaczej. Aż do dnia ślubu, w którym zostaje żoną „nowoczesnego mężczyzny”. Jej mąż także jest Chińczykiem, ale wykształconym za granicą. Jego świadomość uksztaltowała się po opuszczeniu domu rodzinnego. Jako jeden z nielicznych otrzymał szansę porówania tych dwóch światów, jakim są Wschód i Zachód.

Nowoczesny mąż pragnie, aby żona pozbyła się zabobonnej, uwstecznionej chińskiej tradycji w imię zasad i reguł świata Zachodu. Symbolem tego jest rozwiązanie bandaży uciskających przez tyle lat stopy biednej Kwei-lan. Odejście Chinki ze świata rodzinnego, nie tylko fizyczne, ale przede wszystkim psychiczne, jest warunkiem miłości męża, ktorej ona tak bardzo przecież pragnie. Kwei-lan bowiem została wychowana w myśl zasady, iż życie kobiety służy jedynie po to, aby umilić życie mężczyzny i wszystkie jej wysiłki mają zmierzać ku temu, aby sprawić radość mężowi.


Dla Kwei-lan jest oczywiste, że musi podążać za mężem – inny scenariusz po prostu nie istnieje w zasięgu jej świadomości. Tak więc dochodzimy tutaj do paradoksu pierwszej części powieści Buck: Kwei Lan ma odrzucić chińską tradycję w imię jej naczelnej tezy: poświęcenia się kobiety dla mężczyzny. Nie wiem, czy Buck w zamierzony sposób tak skontruowała fabułę, aby właśnie to pokazać. Generalnie przemiania Kwei-lan ma wymiar pozytywny, co sugeruje, że jej postępowieanie było słuszne. Dla mnie jednak, bez względu na to, jaki jest efekt końcowy, przemiana pozostaje jedynie pozorną przemianą. Kwei-lan w żaden sposób nie stała się kobietą niezależną psychicznie, dalej silnie podlegała mężowi, nie będąc w stanie myśleć ani podejmować decyzji samodzielnie. Co więcej, po urodzeniu pierworodnego syna, stała się także jego niewolnicą.

Kwei-lan to nie jedyna kobieca bohaterka powieści Buck. Po przeciwleglej stronie bieguna jest Mary, amerykanka, żona brata Kwei-lan, który przywiózł ją do Chin jako nowoczesny mężczyzna, który pobrał stosowne nauki na Zachodzie. Mary jest w beznadziejnej sytuacji. Jest absolutnie nie akceptowana przez rodzinę męża, postrzegana jako dziwaczna istota, która przybyła z wrogiego świata zniszczyć rodzinną harmonię. Nikt nie okazuje jej szacunku.

Oboje muszą stoczyć walkę z chińskim rodem o swą miłość, na którą najbliźsi nie chcą przystać. Ich związek,w przeciwieństwie do związku Kwei-lan, narodził się z wolnej zachodniej miłości, był czysty, bezinteresowny i spontaniczny. W Chinach, w obliczu przodków, przerodzić się musiał w drogę pełną cierpienia, gdzie pozbawiona wolności i akceptacji Mary powoli usychała niczym kwiat.


Uderzyło mnie, że to, co wydawaloby się jak najbardziej naturalne gdzie indziej, w określonych warunkach nabiera zupełnie odmiennego wymiaru. To, co jest dobre tam, tutaj odbierane jest jako zło. I na odwrót. Pełna dobroduszności i rubaszności postawa ojca, w oczach Mary odbierana była za serdeczną i przyjazną. Wszyscy jednak wokół wiedzieli, że w świetle chińskich konwenansów jest przejawem pogardy i braku szacunku. Podczas, gdy w świecie Zachodu brzemienność Mary uznana zostałaby za powód do szczęścia i radości, między murami przodków jej męża wytworzona została wokół niej chora, pełna ubolewania i ogólnego nieszczęścia, sytuacja.

Powieść napisana jest w oszczędny, piękny sposób. Narracja poprowadzona jest z kobiecym wdziękiem młodej Chinki, która wylewa swój monolog przed Siostrą, będącą przedstawicielką świata Zachodu, swoistej „everywomen”. Niewielka powieść warta poznania, która uświadamia jedną ważną rzecz: jak różny byłby jej odbiór w zależności od tego, czy czytałaby ją kobieta ze Wschodu, czy kobieta z Zachodu. Ja, będąc tą drugą, nadziwić się nie mogłam psychologcznej odsłonie życia chińskiej arystokratki, a także zdziwieniu, wręcz zmieszaniu, Kwei-lan gdy poznawała prawa rządzące Zachodem. Niesamowite jest to, jak wprost proporcjonalnie przeciwna byłaby intepretacja tej powieści przez Chinkę. To coś jak fakt, że chińskim kolorem żałoby jest biel. Dla nas – niebywałe – prawda?

Pearl S. Buck, „Wiatr ze wschodu, wiatr z zachodu”, przeł. M. Jędrzejewska, MUZA SA, Warszawa 2007

środa, 28 kwietnia 2010

Nowe wyzwanie - KRAJE NORDYCKIE

Aby uczcić powolanie do życia nowego wyzwania literackiego KRAJE NORDYCKIE zapraszam do posluchania piosenki nordyckiego zespolu Royksopp "What else is there?". Wczujmy sie w klimat! :)




A oto moja lista lektur, przynajmniej na początek. Nie znam się na literaturze tych krajów, więc głównym źródłem inspiracji będą recenzje wspóluczestników oraz przypadek.

Na początek:
1.Anne Sward, „Lato polarne” (Szwecja)
2.Ingmar Bergman,”Laterna magica” (Szwecja) z pakietem co najmniej dwóch filmów: „Siódma pięczęć” (już raz oglądana) plus któryś z jeszcze nie widzianych tytułów
3.Sofi Oksenen, „Oczyszczenie” (Finlandia)
4.Wyspy owcze (w zależności od tego, co będzie dostępne w bilbiotece/księgarni)
5.Sprobuję też Stiega Larssona
6.Kuszą też takie wymienione tytuły, jak „Księga Diny” czy „Dom Augusty”, które obiły mi się o uszy juz wcześniej, a także „Studio Sex”, które widziałam w swojej bibliotece.

niedziela, 25 kwietnia 2010

Mandela wielkim przywódcą był

Jak to dobrze, że powstają takie książki. Wspaniale, że na ich podstawie sa kręcone filmy z dobrą obsadą. Jeszcze dwa miesiące temu postać Nelsona Mandeli nie była mi znana. Dlaczego? Dziura w systemie edukacyjnym? Zbyt małe zainteresowanie historią świata? Słodka ignorancja? A może słaba pamięć? Nie wiem jak do tego doszło.Muszę dodać, że pod wpływem literatury, zaczynają mnie interesować kraje, które do tej pory świeciły białą plamą na (mojej) mapie świata. Wśród tych obszarów znajduje się RPA, której historia, jak pokazuje Coetzee, Liebenberg czy ostatnio John Carlin, jest naprawdę fascynująca i godna podziwu. I chcę dowiedzieć się więcej.

John Carlin jest amerykańskim dziennikarzem, który szmat czasu spędził nie tyle w samej RPA, ile u boku Nelsona Mandeli. Gdy ten zaapropobował pomysł napisania o nim książki, Carlin przeprowadził niezliczoną ilość wywiadów z ludźmi, którzy mieli pośredni i bezpośredni związek z osobą Mandeli. „Invictus” obejmuje odcinek czasu od pojawienia sie młodego Mandeli na scenie politycznej, poprzez jego 27-letni pobyt w więzieniu, uwolnienie i zdobycie prezydentury, aż po słynny mecz Pucharu Świata w rugby w 1995 roku.

Książka napisana jest w sposób bardzo interesujący. Jest to reportaż literacki, który czyta się żywo, z poczuciem narastającej fascynacji osobą Mandeli. Z niedowierzaniem śledzimy jego ścieżkę życiową, podążamy za wielką ideą zjednoczenia Białych Afrykanerów i Czarnych Afrykańczyków. Tekst zahacza na poły o politykę, na poły o sport i życie prywatne niektórych bohaterów. Zastanawiamy się, jak to możliwe, że jedna osoba dokonała rzeczy niemożliwej, pogodziła odwieczny rasowy i polityczny konflikt, nierzadko nurzany we krwi i niesprawiedliwej śmierci.

Można powiedzieć, że „Invictus” jest peanem na cześć herosa. Mandela przedstawiony jest w niezwykle dobrym świetle. Nawet jeśli między wierszami możemy odkryć jakieś jego wady, Carlin na zasadzie kontrastu szybko odwraca od nich uwagę czytelnika. Muszę powiedzieć, że na dłuższą metę jest to męczące. Nie wierzę w białe charaktery. Każdy, nawet najwspanialszy człowiek, ma coś "za uszami".


Mandela posiadał niezwykłą umiejetność wpływania na ludzi. Udało mu się pozyskać największych wrogów. Nawet fakt, że taka persona jak on, nie otrzymała wyroku śmierci w kraju, gdzie szastano nim na lewo i prawo, o czymś swiadczy. Swym uśmiechem i postawą pełną szacunku sprawiał, ze nikt nie potrafił mu się oprzeć. Nikt, tak jak on, tego nie potrafił. I to właśnie z jednej strony było tak bezcenne, stanowiło klucz do zagadki, jak to możliwe, że RPA stało sie krajem demokratycznym, że apartheid runął, a segregacja klasowa odeszła w niepamięć.

Z drugiej jednak, jakże niebezpieczna była to cecha. Pomyślmy bowiem, co by bylo, gdyby przedmiot, którym obracał w swoich dłoniach, był czymś innym. Wielka siła kierowania narodem kryła się w jego rękach i tylko od niego zależało, w którym kierunku ów naród pójdzie. Znamy historię świata i jesteśmy świadomi, jak niebezpieczni są ludzie o tak niezwyklej sile wpływania na drugiego człowieka. Całe szczęście Mandeli przyświecały zaszczytne idee, pragnął sprawiedliwości, bez uszczerbku dla obydwóch stron. Na kartach historii świata był tym, który stoi po stronie dobra.

Książka Carlina pomogła mi także zrozumieć, jak wielką siłę ma sport, a także pojęcie wspólnoty widza. Myślę o tym przede wszystkim w kontekście piłki nożnej, która wspólnotowy, wręcz religijny charakter, ma nie tylko w Europie, ale przede wszystkim w Polsce, zwłaszcza na Śląsku.


A propos. Nie zabrakło także wątków polskich, jak choćby wspomnienia o upadku komunizmu w Polsce za sprawą „Solidarności” lub epizodu Janusza Walusia, który zamordował drugą po Mandeli najważniejsza osobę dla Afrykańczyków w RPA, Chrisa Haniego (co bynajmniej nie jest powodem do dumy).

„Invictus” daje możliwość zapoznania się z kawałkiem historii RPA, która ma w pewnym sensie wymiar ogólnoświatowy. Myślę, że takie książki powinny być czytane w szkołach i na studiach, ponieważ w interesujący, żywy i dynamiczny wręcz sposób uczą historii.

Polecam książkę Carlina, pomimo, że pod koniec hymn na cześć Mandeli zaczyna coraz bardziej męczyć, a podejrzliwym czytelnikom złośliwy diabełek podszeptuje do ucha pytanie, jakie słabości i wady mógł mieć ten heros. Nikt bowiem nie może być idealny. A czasami ta ciemna strona jest o wiele bardziej interesująca i pociągająca. Niechaj jednak nikt nie pomyśli sobie, że ironicznym tytułem tego tekstu oraz wydźwiękiem ostatniego akapitu, w jakikolwiek sposób pragnę okazać brak szacunku. Przeciwnie. Niezwykle się cieszę, ze poznałam takiego człowieka, jak Nelson Mandela.

Tradycyjnie już zapraszam do obejrzenia filmu, którego sama jeszcze nie widziłam. Gra Matt Damon i Morgan Freeman.

„Invictus. Igrając z wrogiem”, John Carlin, przeł. Jerzy Malinowski, MUZA S.A., Warszawa 2010

wtorek, 23 lutego 2010

"Smak dżemu i masła orzechowego"


1.[Ona] Lauren Liebenberg urodziła się w Rodezji, a obecnie mieszka w Johannesburgu. Za swoją debiutancką książkę otrzymała w 2008 roku Orange Broadband Award.
2.[Groza] „Smak dżemu i masła orzechowego” to mocna powieść. Bezkompromisowa. Nie chciałabym zobaczyć ekranizacji, nie zniosłabym tego emocjonalnie. Cholernie boli.
3.[Śmiech] Dużo się śmiałam. Oupa, dziadek Nyree i Cii, jest fantastycznym staruszkiem:

„- Szybko, dziewczyno, przynieś mi procę z szuflady stolika nocnego! Dorwę tego bezczelnego koczkodana, choćby to miała być ostatnia rzecz, jaką zrobię!
Oupa nie cierpi tych małp. Główni wrogowie to stado żyjące w kępie akacji, tuż przy tylnych drzwiach domu, które wciąż wysyła ekipy nalotowe, aby porywały, co tylko się da”. (21)

4.[Język] Już dawno nie czytałam powieści, która byłaby tak bogato napisana, która korzystałaby z tak różnych słów i wyrażeń, która z taka skrupulatnością opisywałaby świat, tak trafnie oddawała klimat danej sytuacji, jej dowcip (tak, że śmiejesz się do rozpuku) i grozę (tak, że sztywniejesz i robi Ci się zimno, naprawdę bardzo nieprzyjemnie zimno).
5.[?] Tę książkę trzeba przeczytać. Ja nie jestem w stanie o niej pisać. Pytam siebie dlaczego i... nie wiem.

Lauren Liebenberg, „Smak dżemu i masła orzechowego”, Smak Słowa, Sopot-Londyn 2009.

czwartek, 14 stycznia 2010

Szamańska pieśń. Galsan Tschinag "Koniec pieśni"

Otworzywszy powieść Galsana Tschinaga, znalazłam się w innym świecie. Obudził mnie dźwięczny śpiew mongolskiej dziewczynki, która w szamańskiej pieśni prosi Matkę o życie. Na moich oczach rozgrywał się rytuał ponownego zespolenia dwóch istot. Pełen bólu, stanowczości, konieczności cierpliwego czekania. Przesiąknięty pierwotną mądrością, której źródło znajduje się w żyznej ziemi, cienistym lesie, runie owcy, gęstym mleku kozy, w ściganiu się ze wstającym słońcem jeszcze na długo przed świtem.


Gdy osierocone dziecko potrzebuje matki, serce jej najczęściej jeszcze dotkliwie krwawi po stracie pierworodnego. Życiodajne mleko kwaśnieje i ścina się w bezużytecznych sutkach. Szamańskie próby zespolenia, taniec i śpiew, a czasem nawet zadanie gwałtu, muszą uderzyć w odpowiednim momencie. Ponieważ może się zdarzyć, że matka będzie gotowa, lecz pozostawione bez mleka dziecko odczuje wobec niej nienawiść. Wtedy to szamańska pieśń będzie miała swój koniec.

Tschinag opisuje samotność. Samotność oraz palące pragnienie unicestwienia jej, zniszczenia w ogniu surowej miłości. Dla mnie jest to przede wszystkim tekst o dwóch kobietach, które muszą stoczyć walkę z własnym losem, w twardej rzeczywistości mongolskiej krainy, której panem nadal jest mężczyzna.

Śpiewająca szamańskie pieśni kilkunastoletnia Dombuk jest najstarszym dzieckiem w rodzinie Szuumura. Śmierć matki spowodowała, że musiała sama stać się matką, by otoczyć opieką swoje rodzieństwo, a także ojca. Emanuje z niej niezwykła siła i stanowczość, będące przejawem widzenia więcej niż zdolne są dostrzec zwykłe oczy.

Niezwykle piękna Gulundżaa z powodu śmierci ojca stała się igraszką w rękach losu oraz...mężczyzn. Wraz z pierwszym stosunkiem przekreśliła swoje szanse na godne życie, założenie rodziny i szacunek tuwińskiej społeczności. Bezgranicznie zakochana w Szuumurze, została przez niego odrzucona z powodu wyrzutów sumienia za grzechy, za które nie starczyło mu odwagi wziąć odpowiedzialności.

Tschinag przesadził. Nie potrafił skończyć we właściwym momencie. Zamiast pozostawić pewne kwestie niedopowiedzianymi, „przegadał” w ostatnim rozdziale przyszłość bohaterów powieści. Postawił się w roli dziennikarza-emigranta, który przeprowadza wywiady z innymi tuwińskimi i mongolskimi emigrantami, którzy urodzili się tam, gdzie Szuumur, Dombuk czy Gulundżaa. Odnajduje nawet syna Szuumura, Tasaja, z którym we wspomnieniach popadają w nieprzyjemny patos. Ostatni rozdział stanowi dla mnie niezbyt udany, nie pasujący do magicznego i subtelnego charakteru historii Dambuk i Gulundży, pean na cześć „bohaterów”, pachnący, nie przesadzę, wręcz komunistycznie.

Na szczęście nie ma on wpływu na fascynującą całość, której koniec powinien nastąpić dokładnie w momencie, gdy Dombuk zaśpiewała: „Strzała raz wystrzelona, nigdy nie powraca, och, oj, oj!”

Galsan Tschinag, „Koniec pieśni”, przeł. Dariusz Muszer, „Drzewo Babel”, Warszawa 2008

poniedziałek, 11 stycznia 2010

Rabih Alameddine, „Hakawati. Mistrz opowieści”

W 2008 roku pojawiła się czwarta książka libańskiego pisarza Rabiha Alameddine –„Hakawati. Mistrz opowieści”. Jest to niezwykła powieść szkatułkowa, która czerpie z bogatej tradycji nie tylko Wschodu, ale także Zachodu. W licznych opowieściach Alameddine łączy motywy Koranu, Bliblii, Księgi Tysiąca i Jednej Nocy,Homera, Szekspira i wiele innych. Ukazuje tym samym, że opowieść, proces opowiadania, jest tym co jednoczy ludzi, zaciera granice kulturowe i sprawia, że zaczynamy skupiać się na tym, co łączy, a nie dzieli: Wschód z Zachodem, „prawdę” ze „zmyśleniem”, przeszłość z teraźniejszością i przyszłością.

Dla Hakawatiego nie liczy sie wydarzenie, a opowieść o tym wydarzeniu. Nie liczy się fakt, a snucie historii. Hakawati jest mistrzem opowieści, postacią silnie zakorzenioną w tradycji i kulturze Libanu. Opowiadanie jest sztuką, której potrzebny jest talent, ale również ogromny wysiłek włożony w jej naukę.

Alameddine opowiada nam cztery „główne” historie, które harmonijnie przeplatają się ze sobą i otwierają na mniejsze opowieści, a te z kolei na jeszcze mniejsze, i tak dalej... Jednak proces zagłębiania się w kolejne warstwy opowieści nie jest bynajmniej męczący. Czytelnik (słuchacz) pilnowany jest przez czujnego Hakawatiego, który, gdy nadchodzi odpowiedni moment, wyławia go czym prędzej na powierzchnię opowieści.

Znajdziemy tu fantastykę, kolorowy świat dżinnów, magii i czarów. Dla amatorów przygody Hakawati nie poskąpił smaku powieści awanturniczej, w której poznajemy przygody walecznego Bajbarsa, przypominającego trochę Odysa. Mamy podstępnych wezyrów, jakby żywcem wyjętych ze sztuk Szekspira, pod których wpływem naiwni królowie popełniają niewybaczalne błędy. Jest dużo erotyki, smakującej niczym 1001-sza noc, jednak pachnącej nadchodzącą wraz ze świtem śmiercią. Alameddine nie pozbawia nas wątków współczesnych. Wprowadza opowieści z dzieciństwa i młodości Osamy (wnuka Hakawatiego). Każda z osób jego rodziny ma swoją własną historię – wszystkie z nich poznajemy, każda jest inna, w fascynujący i bardzo sugestywny sposób nakreślająca sylwetkę jej bohatera. Czytelnik związuje się emocjonalnie z postaciami, jedne budzą sympatię, inne niechęć. Ponadto Alameddine potrafi rozbawić (moją ulubioną historią stała się opowieść o łysej papudze).

„Hakawati” wciąga. To prawdziwa uczta literacka, na której można skosztować wielu potraw z prawie całego świata. Mimo to zachowany jest ład i spójność. Powieść nie nuży, lecz angażuje. Można czytać fragmentami lub pobawić się w pozamienianie ich miejscami. Można spróbować stworzyć własną opowieść. Coś dodać, coś ująć. Bowiem gawędziarz, jak mówi Alameddine, jest z natury plagiatorem.

Rabih Alameddine, „Hakawati. Mistrz opowieści”, przekład Anna Gralak, Maria Makuch, Mateusz Borowski, Wydawnictwo „Znak”, Kraków 2009.

wtorek, 22 grudnia 2009

Literatura na peryferiach - podsumowanie



Odkrycie blogowych wyzwań czytelniczych było niewątpliwie jednym z lepszych odkryć tego roku :) Poznałam kilka ciekawych książek, ktorych inaczej prawdopodbnie bym nie przeczytała, dowiedziałam się o istnieniu autorów i tytułów, do któryś być może sięgnę w przyszłości, a także uświadomiłam sobie, jak wiele osób fascynuje nie tylko czytanie, ale także pisanie o przeczytanych książkach. Poznałam kilka bardzo wartościowych blogów, które stały się kolejnym źródłem wiedzy o świecie. Jestem za to bardzo wdzięczna.

W ramach „Literatury na peryferiach” miałam 2 listy lektur. Pierwsza obejmowała następujące książki:

1. Luan Starova „Czasy kóz” (Macedonia)
2. Mircea Eliade „Młodość stulatka” (Rumunia)
3. Kamila Shamsie „Sól i Szafran" (Pakistan)
4. Ngozi Adichie Chimamanda „Fioletowy hibiskus” (Nigeria)

Wszystkie 4 książki zostały przeze mnie przeczytane i opisane. Wszystkie były wartościowym doświadczeniem lekturowym i każdemy bym je poleciła. Niemniej nie były to lektury z serii przełomowych lub takich, o których będę jeszcze długo długo myślała. Były to ciekawe ksiązki, na które czasu nie szkoda, które dają do myślenia, ale – bez fajerwerków. Przeczytawszy książki z tej listy, zrobilam sobie kolejną:

1.Rabih Alameddine, „Hakawati. Mistrz opowieści” – Liban
2.Khaled Hosseini, „Chłopiec z latawcem” – Afganistan
3.Galsan Tschinag, „Koniec pieśni” - Mongolia
4.Aravind Adiga, „Biały tygrys” – Indie

Z tej listy... nie przeczytałam ani jednej książki. Kupiłam sobie „Hakawatiego”, którego obecnie powoli czytam. Po prostu nagle nastał czas, w którym definitywnie odechciało mi się czytać. Czytałam równocześnie ksiązki z „Projektu Nobliści”. Przytłoczyła mnie trochę problematyka książek z tych dwóch wyzwań, problematyka nielekka, często przygnębiająca, trudna, poruszająca emocje. Odbiło mi się wszystko wreszcie czkawką i wiele tygodni byłam na odwyku :) Teraz zmuszam się do choć odrobinki czytania dziennie, bo tęsknie już za czytelniczym ciągiem. Wiem jednak już teraz, że lektury należy przeplatać i po 2 trudniejszych przeczytać jedną lżejszą.

Niemniej – czekam na kolejne wyzwanie. Sama zresztą wpadłam na kilka pomysłów wyzwań: np. Reportaże (Kapuściński, Krall etc.), z jedzeniem w tytule („Traktat o łuskaniu fasoli”, „Księga ziół”...), kryminały (Christie, Piątek, Krajewski...)...

Dziekuję wszystkim i przepraszam za miesięczną nieobecność :)

wtorek, 3 listopada 2009

Nowe plany w ramach "Literatury na peryferiach"

W związku z tym, że skończyłam czytać zaplanowane w ramach „Literatury na Peryferiach” książki przed terminem, a samo wyzwanie okazało się fascynującym doświadczeniem, chcę wykorzystać fakt, że do jego zakończenia zostało jeszcze ok. półtora miesiąca. Po zastanowieniu, wybrałam kolejne cztery książki, pochodzące z dotąd nieznanych mi pod względem (nie tylko) czytelniczym, krajów:

1.Rabih Alameddine, „Hakawati. Mistrz opowieści” – Liban
2.Khaled Hosseini, „Chłopiec z latawcem” – Afganistan
3.Galsan Tschinag, „Koniec pieśni” - Mongolia
4.Aravind Adiga, „Biały tygrys” – Indie


Co się tyczy „Projektu Nobliści”, postanowiłam poruszać się tzw. „dziesiątkami” wstecz. Teraz skupiam się na pisarzach z lat 2001-2009 – najpierw skończę zaplanowane lektury, a potem ruszę po znanych (w celu odświeżenia) i nieznanych jeszcze autorów. Obliczyłam, że na spokojne przeczytanie Noblistów potrzeba mi około czterech lat – jeśli przyjąć, że nie tylko Noblistów będę czytać, że niektórych pisarzy będe czytać po 2-3 książki i że niektóre powieści będą grube. Do Noblistów zresztą jeszcze wrócę.

Głos, który krzyczy. "Fioletowy hibiskus" Adichie

Czytanie powieści spod znaku „Literatury na Peryferiach” jest doświadczeniem niezwykłym. Przy wyborze „Fioletowego hibiskusa” kierowałam się tylko i wyłącznie tytułem, który mnie urzekł, podobnie jak zrobiły to „Czasy kóz” Starovy oraz „Sól i szafran” Shamsie. Dlatego przystępując do lektury, byłam nieświadoma tego, co mnie czeka. Już pierwszego wieczoru zostałam pogryziona przez powieść Adichie. Zęby tej drastycznej historii, tak niewinnej w swoich pozorach, a tak tragicznej w samej głębi, wbiły się płytko, lecz pozostawiły po sobie niepokój i wiele pytań.

Nie chcę nic pisać o tej książce. Nie chcę na chwilę obecną podejmować próby interpretacji lub krytyki. Lektura „Fioletowego hibiskusa” była w moim przypadku bardzo emocjonalna. Obdarowywała mnie na przemian – to uczuciem nieprzyjemnego ścisku w klatce piersiowej, to radością, słońcem i nadzieją. Zawsze jednak towarzyszyła temu silna empatia w stosunku do Kambili – narratorki, 15-stoletniej dziewczyny, której oczyma spoglądamy na przedstawioną historię. „Fioletowy hibiskus” to nie tylko dzieło literackie. To także głos, który, choć mówi szeptem, krzyczy i chce być usłyszany, ponieważ ma coś bardzo ważnego do powiedzenia. Głos, który jest czymś więcej niż literaturą.

Chimamanda Ngozi Adichie, „Fioletowy hibiskus”, AMBER, Warszawa 2004.

czwartek, 29 października 2009

Być nie tylko sobą. "Sól i Szafran" Kamili Shamsie

Sól i szafran – dwie, całkowicie odmienne substancje. Sól – prosta, pospolita, lecz niezbędna, którą zauważamy dopiero wtedy, gdy jej nie ma. Szafran – szlachetny i wyrafinowany, mile łechcący podniebienie. O tym właśnie jest powieść Shamsie – o ścieraniu się przeciwieństw, o próbie zrozumienia tego, co inne, o potrzebie świeżego spojrzenia na stare schematy, o złamaniu i wyciągnięciu na światło dzienne rodzinnego tabu i uczynienia z niego wartości, która wykracza poza zwykłe klasowe podziały. To jest powieść o miłości i potrzebie bycia „czymś więcej niż tylko sobą”.

Spotkanie z pakistańską pisarką na początku było trudne i pełne wzajemnej nieufności. Po kilku stronach zdążyłam już pomyśleć: nieodrodna córka Pamuka (a co, skoro krytyka literacka jak zwykle nie mogła sobie odmówić marketingowego porównania recenzowanej książki do stylu któregoś pisarza z Wielkiej Tradycji – tym razem, ba, do samego Salmana Rushdiego! – to ja po raz kolejny przywołam Pamuka, którego jeszcze nie odchorowałam i zapewne jego cień przemykać będzie przynajmniej do końca tego roku, a.d. 2009).

Aliya, 22-letnia studentka, dziewczyna z „wyższych sfer”, wprowadza nas bardzo karkołomnie w dzieje wielkiego rodu Dard-e-Dilów, do którego sama należy. Mnóstwo krótkich opowieści, rodzinnych anegdot, egzotycznych imion (które zaraz po ich przeczytaniu w magiczny sposób ulatniają się z pamięci); historia, tło polityczne i nastroje rewolucyjne towarzyszące odłączeniu się Pakistaniu od Indii w 1947 roku. Wszystko przyprawione szczyptą problematyki postkolonialnej (na linii – państwa Trzeciego Świata kontra Europa i USA) oraz klasowej (na linii – arystokracja, którą reprezentuje rodzina Aliyi kontra klasa, powiedzmy, robotnicza). Ufff... dużo tego. Na szczęście, jako swoistą przeciwwagę, Shamsie wprowadza wątek miłosny, który prowadzi w sposób bardzo subtelny i nieprzegadany.

Pierwsza połowa powieści była powolnym oswajaniem się. Jeśli miałabym przyrównać „Sól i szafran” do którejś z książek polskiej, współczesnej, młodej prozy (ale tylko w celach komparatystycznych), wybrałabym „Lalę” Jacka Dehnela. Po pierwsze, w książce Shamsie daje się wyczuć szczególne napięcie pomiędzy narratorką Aliyą a jej babcią – Dadi – która obecna jest w pierwszej części jedynie w opowieściach wnuczki. Shamsie zarysowuje między nimi konflikt, wokół którego buduje otoczkę tajemnicy, wbudzając ciekawość czytelnika do wydarzeń mających miejsce w niedalekiej przeszłości. Po drugie, prawie wszystkie rodzinne opowieści Aliya zna właśnie od babci, po trzecie natomiast, tytułowa bohaterka„Lali” i jej rodzina także należą do arystokracji, a sam Dehnel nie pomija wątku relacji pomiędzy dworem a wsią.

W drugiej połowie powieści napięcie budujące powieść Shamsie przechodzi z Dadi na Mariam Apę, z którą Aliya jest bardzo silnie związana emocjonalnie i wokół której w zgrabny sposób pisarka owija nić rodzinnej tajemnicy, intrygi, wręcz sensacji. Narracja Shamsie od tego momentu staje się płynna i bezproblemowa w odbiorze. Nie jestem pewna, czy to jedynie efekt oswojenia się z lekturą czy raczej bezwiedne działanie pióra Shamsie.

Zastanowiłabym się jednak, czy nie jest to jednak celowy zabieg, mający odzwierciedlić to, co dzieje się z Alyią. Dziewczyna początkowo jest życiowo zagubiona i emocjonalnie niestabilna. Nie jest pewna, czy poglądy, które reprezentuje należą do niej czy raczej stanowią rodzinny spadek. Nie ma wątpliwości co do tego, że Aliya się zmienia i dojrzewa, zadając pytania i szukając odpowiedzi w niezliczonych opowieściach, których alegorią jest jedzenie i wzbogacające je przyprawy. Sól i szafran – dwie, całkowicie odmienne substancje. Sól – prosta, pospolita, lecz niezbędna, którą zauważamy dopiero wtedy, gdy jej nie ma. Szafran – szlachetny i wyrafinowany, mile łechcący podniebienie.

O tym właśnie jest powieść Shamsie – o ścieraniu się przeciwieństw, o próbie zrozumienia tego, co inne, o potrzebie świeżego spojrzenia na stare schematy, o złamaniu i wyciągnięciu na światło dzienne rodzinnego tabu i uczynienia z niego wartości, która wykracza poza zwykłe klasowe podziały. To jest powieść o miłości i potrzebie bycia „czymś więcej niż tylko sobą”. Wiem jedno – Shamsie nie jest niczyją córą. Jest sobą. A dzięki swojemu pisaniu także „czymś więcej”. Na pewno sięgnę po drugą książkę pisarki, „Kartografię”.

Kamila Shamsie, „Sól i szafran”, przeł. K. Maciejczyk, Red Horse.

niedziela, 11 października 2009

Nazywam się Czytelnik. Orhana Pamuka "Nazywam się Czerwień"

Jestem Czytelnikiem i chciałbym opowiedzieć Wam historię pewnej Książki, którą niedawno miałem okazję przeczytać. Jest to dziwna powieść o świecie, który nazwałby zarówno mnie, jak i Was – innych Czytelników – Niewiernymi. Jednak muszę się Wam do czegoś przyznać – skłamałem. Nie przeczytałem bowiem tej książki, zostało mi do końca jeszcze sto stron, które ciągle odkładam na kolejny dzień. Nie myślcie jednak o mnie źle. Nie robię tego specjalnie – to Powieść tego ode mnie chce. Ona bowiem wie, że jestem Niewierny i nie rozumiem jej świata, historii, religii. Wie, jaką trudność sprawia mi malowanie w wyobraźni tysiąca obrazów, które są tam opisane. Drwi ze mnie, gdy widzi, jak wysilam umysł, aby móc zobaczyć ten jeden jedyny odcień barwy, której użył Mistrz Behzad do pokolorowania sułtańskiej szaty. Patrzy z pogardą, gdy nierozumnym wzrokiem przebiegam po linijkach kolejnego rozdziału, gdy otwiera się przede mną kolejna szkatułka, z której wyskakują nieznane mi twarze, nieznani mistrzowie, nieznane barwy. Gdy bohaterem staje się Drzewo lub Moneta, Powieść wie, że nie jestem w stanie potraktować tych bajarzy tak, jak na to zasługują – a więc jako tych, kim naprawdę są, a nie tych, jakich ja, Niewierny Czytelnik, mogę zobaczyć. Przyznam się wam jeszcze do czegoś – irytowałem się i denerwowałem. Czytałem zbyt szybko, przeskakakiwałem zdania. Czy myślicie, że Powieści mogło się to podobać? O nie. I ja to wiem. Uwierzcie mi jednak, że się starałem. Pierwsze strony i rozdziały próbowałem gryźć zębami i długo przeżuwać ich smak. W połowie jednak poddałem się. Mordercę śledziłem już tylko od czasu do czasu. Obrazy stwarzane przez słowa pojawiały się jedynie migawkowo. Gniewałem się na Czarnego, że postępuje egoistycznie, lecz nie spróbowałem zrozumieć, dlaczego. Nie mówiąc o tym, że w ogóle przestały obchodzić mnie postaci Oliwki, Bociana i Motyla, skoro pojawiały się tak rzadko, mówiły o sobie tak wiele niezrozumiałych rzeczy, a ponadto weszły w pakt z Mordercą i zwodziły mnie, aby nie tak łatwo było skazać któregoś z nich na tortury i powolną śmierć. Jestem Czytelnikiem Niewiernych, a mój pobieżny rysunek zawiśnie w kawiarni Meddaha jedynie wtedy, gdy przyjdzie wieczór zabaw i uciech, a mężczyźni będą chcieli rozweselić się czyimś kosztem. I sam jestem sobie temu winien, bowiem ta Powieść pragnie kogoś, kto pochyli się nad nią, poświęci trochę więcej czasu, zada sobie trud wniknięcia w niezrozumiałe sprawy, w niejasne kwestie, w zawiłą historię. Kogoś, kto zamknie oczy i czytać ją będzie oczami serca, umysłu, wyobraźni. Strony tej Powieści mogą otworzyć się jedynie przed Wiernym Czytelnikiem.



Orhan Pamuk, "Nazywam się Czerwień", Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007.

poniedziałek, 28 września 2009

„Czasy kóz” Luan Starova

„Czasy kóz” to jedna z powieści składających się na„Bałkańską Sagę” autorstwa macedońskiego pisarza Luana Starovy. Opisuje czasy bezpośrednio po zakończeniu Drugiej Wojny Światowej i fali faszyzmu, jaka przelała się przez całą Europę. Okres głębokiego socjalizmu, kiedy to Stalin postawił sobie za cel przetasowanie klas społecznych i utworzenie jednej, wielkiej partii robotniczej, w sposób szczególny dotyka południowe republiki bałkańskie. Macedońskim pasterzom nakazuje się opuszczenie rodzinnych domów w górach i masowe przybycie do miasta. Pasterze pojawiają się – w towarzystwie setek białych kóz.

***
Kozy stają się oczywistą przeszkodą na drodze do przekształcenia zwykłych pasterzy w klasę, która została przeznaczona do budowy mostów, autostrad i fabryk. Zdezorientowane władze początkowo nie wiedzą, jak podejść do tego problemu. Kozy zatem „chwilowo” mogą zostać. Okazuje się jednak, że z ich dobrodziejstw – mleka i serów – zaczyna korzystać nie tylko miejscowa ludność, ale także partia.

Powieść ma dwóch bohaterów. Jednym z nich jest „ojciec” – ojciec rodziny, której nazwiska nigdy nie poznajemy, a którego najmłodszy syn jest narratorem. Ojciec przybył ze swoją rodziną z Albanii, jest intelektualistą, noce spędza na czytaniu książek i pisaniu „Historii bałkańskich imperiów”. Książki pomagają mu przetrwać najtrudniejsze chwile, to z nich czerpie wiedzę o życiu i pyta o radę, gdy musi podjąć trudne decyzje. A tych w życiu rodziny jest niemało – dzieci często są głodne, nasłabsze umierają, a ich miejsce zastępują nowonarodzone. Ojciec długo zwleka z decyzją o kupnie kozy. Przede wszystkim, jako, że jest tutaj „obcy”, zależy mu na pozostaniu neutralnym. Zakup kozy oznaczałby wejście w wielką wspólnotę pasterzy – raz na zawsze związanie się z ich losem, z ich wartościami, także w tych złych czasach, jakie niechybnie nadejdą, gdy wejdzie w życie dyrektywa o likwidacji kóz. Ojciec, jako intelektualista, znalazłby się pierwszy na celowniku. W końcu jednak nadchodzi krytyczny moment – umiera kolejne dziecko, a matka zachodzi w ciążę. Aby przerwać ten zbyt szybki cykl życia i śmierci, ojciec decyduje się na zakup kozy. Wtedy poznaje Czangę.

Czanga przybywa do miasta na czele wielkiej wspólnoty pasterzy i kóz. Sprawia wrażenie silnego, mitycznego wręcz, wojownika, który konsekwentnie dążąc do prawdy, kieruje się w życiu prostymi zasadami. Czanga jest królem kóz. Kozy są symbolem płodności i życia. Dają dzieciom mleko i ciepło, dzięki którym mogą przeżyć nawet najtrudniejsze czasy, nie zaznawszy głodu ani zimna.

Czanga jest bystry i inteligentny, zna życie równie dobrze jak ojciec. Jednak w przeciwieństwie do niego, wszelką wiedzę zdobył w sposób empiryczny. Ta różnica właśnie zbliża ich do siebie: „Szczerze żałował [Czanga – przyp. mój], wyznał to kiedyś mojemu ojcu, że nie nauczył się czytać, będąc dzieckiem, bo przez to umknęło mu całe życie. Na to ojciec odpowiedział, że to właśnie jemu, a nie Czandze, przez czytanie książek umknęło całe życie, prawdziwe życie” (70). Czanga podarował mu życie i ciepło, ojciec nauczył go czytać i pisać. W domu nad rzeką zwyczajem stały się dyskusje do świtu na temat „tych przeklętych bałkańskich czasów”, „czasów kóz” i problemu stalinizmu.

***
„Czasy kóz” podejmują problem historii Bałkanów, na których ciąży „mit o bałkańskim instynkcie samozagłady, zwanym też syndromem likwidacji, od którego nie był wolny żaden z bałkańskich narodów” (151). Ojciec „wciąż chciał się dowiedzieć, dlaczego w tym przeklętym bałkańskim błędnym kole, w którym wciąż trzeba było zaczynać wszystko od początku, zaczęto zabijać kozy, dlaczego tak trudno uwolnić się o bałkańskiego wariantu absurdu” (148). Reczywiście, w powieści dochodzi do wielu absurdalnych sytuacji. Kozy, które towarzyszą ludom bałkańskim od samych początków istnienia, nagle stają się problemem, stojącym na przeszkodzie do zrealizowania socjalistycznych celów. Gdy czytamy, że „koza to zatwardziały wróg socjalizmu” (120) czy „śmierć kozom, wolność dla narodu!” (124), objawia się nie tylko absurd tego problemu, ale także w pewnym sensie jego śmieszność, wynikająca z zestawienia pojęć, które w żaden sposób do siebie nie przystają. W ten sposób podejrzliwy czytelnik zaczyna zastanawiać się, czy aby na pewno chodzi (tylko) o kozy.

Powieść organizuje opozycja KSIĄŻKI / KOZY. Pierwszą kategorię reprezentuje ojciec, a także takie pojęcia jak „wiedza”, „historia”, „poznanie”. „Czasy kóz” to powieść o mocy słowa pisanego, a także o magii „głośnego czytania” i wspólnoty czytelniczej, co świetnie ilustruje fragment, gdy Czanga czyta na głos zgromadzonym wokół niego pasterzom opowiadanie o „Kozie Pana Seguin”. Drugą kategorię reprezentuje Czanga. Tutaj ważne są pojęcia „życia”, „płodności”, „poznania empirycznego” („powrót do natury” Rousseau). Wielka przyjaźń dwóch tak różnych osobowości – o przeciwstawnych charakterach, odmiennych doświadczeniach i tradycji – skłania do zadania pytania „czytać czy żyć?”. Czy jest możliwe „życie i czytanie” jednocześnie? Czy, tak jak ojciec, wybrać „vita contemplativa” czy raczej skłonić się ku „vita activa” i pójść śladami Czangi? Ojciec i Czanga byli sobie nawzajem potrzebni, ponieważ każdy z nich mógł dać to, co drugiemu było niezbędne do (prze)życia, a mianowice możliwość zaspokojenia GŁODU, bez której każdy z nich umarłby – ojciec wraz z rodziną, Czanga wraz ze stadem swoich kóz.

Opozycję KSIĄŻKI/KOZY łączy kategoria GŁODU, która jest kluczowa dla powieści Starovy. Książki pomagają przetrwać ciężkie czasy, zaspokajają głód intelektualny. Kozy podobnie, z tymże zaspokajają głód fizyczny. Książki łączą ludzi (głośne czytanie, wspólnota czytelnicza). Kozy w powieści zacierają różnice międzyklasowe, powodują, że ludzie o różnych poglądach i wartościach zaczynają darzyć się sympatią, dzieląc wspólny los. Głód jest zjawiskiem wspólnotowym. Wszelkiego głodu powinien bać się socjalizm.

Luan Starova, „Czasy kóz", przeł. Dorota Jovanka Ćirlić, Oficyna 21, Warszawa 2005.

środa, 23 września 2009

"Młodość stulatka" Mircea Eliade

„Młodość stulatka” to niewielka powieść rumuńskiego indologa, religioznawcy i filozofa, Mircea Eliade. W Rumunii po raz pierwszy ukazała się w na łamach czasopisma „Revista Scriitorilor” w 1978 i 1979 roku. Jest historią 70-letniego sinologa, sfrustrowanego faktem, że nie zdołał opanować wszystkich języków orientalnych i niczego nie osiągnął. Pewnego dnia, dokładnie w Wielkanoc, raził go piorun. Wbrew oczekiwaniom, Dominik Matei nie tylko przeżył, ale także odmłodniał o 30 lat, zyskał fenomenalną pamięć i ogromną wiedzę.

Powieść z jednej strony posiada pierwiastek since fiction, ponieważ podejmuje temat człowieka posthistorycznego, Nietzscheańskiego „nadczłowieka”, dziecka wojen nuklearnych, które rozpacz, będącą wynikiem zagłady dotychczasowego świata, zaspokoi nieskończonymi możliwościami psychomentalnymi. Z drugiej jednak strony, jak pisze Ireneusz Kania w posłowiu, motyw „wiecznej młodości” Eliade czerpie z bogatej tradycji literackiej i folkloru Rumunii. Przytacza bajkę o królewiczu, któremu król-ojciec obiecał życie bez śmierci i który rusza na poszukiwanie krainy, gdzie byłby wiecznie młody.

Narracja „Młodości stulatka” opiera się w dużej mierze na dialogu (sic!) wewnętrznym i reminiscencjach. Wsutek zyskania nowego życia, Dominik Matei zyskuje również „drugie ja”, z którym prowadzi spokojne rozmowy. Pojawiają się odniesienia do psychologii głębi C. G. Junga, a także do psychoanalizy Freuda. W tej powieści jest dużo snów, które przeplatają się z jawą. Bohater ma napady somnabuliczne, podczas których dzieją się dziwne i niezrozumiałe rzeczy.

Powieść podejmuje także zagadenia etyczne związane z eksperymentami naukowymi na zwierzętach i ludziach. Akcja książki rozpoczyna się bezpośrednio przed wybuchem Drugiej Wojny Światowej. Zainteresowanie nazistów przypadkiem „odmłodzonego przez piorun” jest w tym kontekście oczywiste, szczególnie, że niezależnie od historii Dominika Matei, jeden z naukowców niemieckich stawia tezę, że możliwe jest odmłodzenie ludzkiego ciała za pomocą wyładowania elektrycznego o mocy ponad miliona wolt. Bohater musi uciekać nie tylko przed rozgłosem, ale także przed ryzykiem potwierdzenia swoim przykładem tej przerażającej tezy, której realizacja mogłaby być dla ludzkości tragiczna w skutkach.

Mircea Eliade, „Młodość stulatka”, przeł. Ireneusz Kania, W.A.B., Warszawa 2008