Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 maja 2010

Filmowy INVICTUS - genialny film!


Wszystkim wielbicielom dobrego kina, Matta Damona, Morgana Freemana, historii RPA, Nelsona Mandeli, muzyki filmowej, sportu, meczowych emocji, rugby czy piłki nożnej (niepotrzebne skreślić) polecam absolutnie rewelacyjny film Clinta Eastwooda, nakręcony na podstawie bestselleru amerykańskiego dziennikarza, Johna Carlinga, „Invictus. Igrając z wrogiem” (o ktorej pisałam tutaj).

Fabuła filmu rozpoczyna się 11 lutego 1990 roku, kiedy to po 27 latach niewoli Nelson Mandela zostaje wypuszczony z więzienia, a kończy się w 1995 roku, w dniu zdobycia przez Springboksów Pucharu Świata w rugby. Eastwood w swoim obrazie skupia się przede wszystkim na aspekcie sportowym polityki Mandeli. Książka Carlina natomiast, opisuje życie pierwszego czarnoskórego prezydenta RPA od czasu pojawienia się jego postaci na scenie politycznej, jeszcze przed uwięzieniem, a także szczegółowo opisuje okres więzienny, nie pomijając relacji ludzi, z którymi Mandela miał wówczas styczność.

Jednak te wątki pojawiają się w filmie jako krótkie reminiscencje. Są niezwykle oszczędne, dzięki czemu, po pierwsze, Eastwood uniknął błędu, jaki najczęściej popełniają reżyserzy ekranizujący powieści: skrótowość przedstawianej historii objawiająca się w przemieszczaniu się od punktu do punktu, odhaczając najważniejsze wydarzenia. Po drugie, historia filmowa jest zwięzła i skondensowana, a główny motyw nie rozpływa się w niezliczonej ilości wątków. Widz, nawet ten, który nie czytał Carlina i który nie zna dobrze historii RPA, otrzymuje przekaz przejrzysty i zrozumiały.


Książka Carlina jest reportażem stanowiącym zbiór relacji ludzi, na których Mandela wywarł swoisty wpływ, dzięki czemu udało mu się wprowadzić do RPA demokrację. Lecz mimo, że to o Mandeli mowa w książce, z powodu owej subiektywizacji różnych punktów widzenia, sama jego postać wydaje się być gdzieś z boku. Ponadto, jak już wspomniałam w recenzji książki, obraz Nelsona Mandeli jako człowieka, wydaje się nieznośne idealny i nieskazitelny.

Eastwood podszedł do tego tematu z innej strony. Przestajemy widzieć Mandelę czyimiś oczyma. Prezydent RPA nie tylko staje się bohaterem pokazanym z obiektywnego punktu widzenia (o ile czysta obiektywizacja jest w ogóle możliwa), ale ponadto wydaje się o wiele bardziej ludzki i bliższy każdemu z nas. Nie jest już herosem, pół-bogiem i pół-człowiekiem. Przekaz filmowy tego typu stwarza możliwość zerwania z jego postaci osłony legendy, jaka niechybnie tworzy się wskutek ludzkich wspomnień.

W obrazie Eastwooda Mandela jest człowiekiem, który dzięki konsekwentnej postawie, sile woli, ogromie wiary, a także heroizmowi w zmaganiu się z codziennością dokonał wielkiej rzeczy. Jego postać pokazuje, że w małym i dużym wymiarze Mandelą mógłby być każdy z nas, bowiem jego fenomen polega na maksymalnym wykorzystaniu ludzkich predyspozycji i zdolności, które tkwią w każdym człowieku. Gdyby nie to, Springboksi nie wygraliby Pucharu, Afrykanerzy nigdy nie pozbyliby się strachu, a Afrykańczycy nigdy nie zdobyliby się na przebaczenie.


Eastwood nie tylko pokazal, że każdy z nas mógłby być Mandelą, ale że sam Mandela jest taki jak my, że jak każdy człowiek zmaga się ze swymi wadami i ma swoje problemy. Pomimo, że był ojcem nowego demokratycznego narodu RPA, nie wiodło mu się w życiu prywatnym i rodzinnym. Genialnie zostało to ujęte w epizodycznej scenie z córką, gdy usiłował mentorskim tonem udowodnić jej, że to ona się myli, a on ma rację. Uczynił to w sposób zadziwiająco nieudolny, jednak niemal natychmiast zorientował się, że popełnił błąd. Morgan Freeman pięknie zagrał ból starszego mężczyzny, ojca i męża, który cierpi z powodu nieumiejętności nawiązania i utrzymania relacji z najbliższymi.


Ponad wszystko „Invictus” Eastwooda przynosi niesamowity ładunek emocji. Widz czuje się, jak gdyby oglądał transmitowany na żywo mecz i nie gorzej niż filmowi aktorzy, przyżywa związane z nim emocje. Zbytecznym jest wspominanie o genialnych rolach Freemana i Damona. „Invictus” to naprawdę wielki obraz filmowy, który koniecznie trzeba obejrzeć.

sobota, 17 kwietnia 2010

Ekranizacja "Hańby" J.M.Coezteego


Jestem zachwycona ekranizacją „Hańby” – powieści południowo-afrykańskiego pisarza J.M. Coeezte’go, Noblisty z 2003 roku, za którą pisarz otrzymał Booker Prize w 1999 roku. I zastanawiam się, czy to powieść Coezteego jest, jeśli można tak powiedzieć, fotogeniczna, czy zaważył tu raczej talent scenarzysty (Anna Maria Monticelli) i reżysera (Steve Jacobs). Myślę, że jedno i drugie, jednak z przewagą na to drugie.

Rzadko bowiem sie zdarza, bym nie była podirytowana obejrzywszy film, nakręcony na podstawie książki, którą niedużo wcześniej przeczytałam. Zwykle bywa tak, iż z pobudek ekonomicznych redukuje się wątki, łącząc je ze sobą lub eliminując, podobna rzecz dzieje się z bohaterami. W tej szalonej gonitwie, aby zmieścić się ze wszystkim w dwóch godzinach filmu, zatraca sie bogactwo szczegółów, a psychologia i problematyka często ulega spłaszczeniu. W efekcie po obejrzeniu filmu odczuwam żal, że ci, którzy nie mieli czasu lub ochoty przeczytać książki, a obejrzeli film, nie mają pełnego obrazu danej historii.

Z ekranizacją „Hańby” jest jednak zgoła inaczej. Film jest nad wyraz wierny powieści. Mamy w nim wszystkie najważniejsze momenty historii, niezredukowane, niespłaszczone, pełne. Reżyser w bardzo udany sposób przefiltrował historię ze szczegółów powieści, pozostawiając wg swojego uznania tylko te, którym udało się stworzyć impresję powieści Coezteego, stworzyć wrażenie pełnego, klimatycznego obrazu, nie pozbawiając widza tego, co najlepsze. Tym sposobem ci, którzy nie lubią czytać, mają szansę zapoznać się z problematyką jednej z najważniejszych powieści Coetzeego. Natomiast ci, którzy mieli przyjemność posmakować prozy południowo-afrykańskiego pisarza, rozsmakują się również w wizualnej odsłonie historii „Hańby”.

Ponadto wielkie brawa dla obsady. Po pierwsze – John Malkovic, który po tym filmie już bezsprzecznie dołączył do grona moich ulubionych aktorów. Świetnie spisał się w roli 52-letniego Davida Luriego, uniwersyteckiego wykładowcy romantyzmu, miłośnika Wordswortha i Byrona. Zagrał w sposób niesamowicie przekonujący, niezwykle spokojny i z wielkim wyczuciem. Nikt inny lepiej nie zagrałby tej roli. Również Jessica Haines doskonale wcieliła się w postać córki Luriego, żyjącej samotnie na farmie lesbijki, która musi zmierzyć się z echami historii apartheidu w RPA, która jak widać, pomimo upływu wielu lat, dalej tkwi w świadomości zarówno białych, jak i czarnych.



Pozytywny odbiór filmu dopełniają świetne zdjęcia, ciekawe, oryginalne kadry przedstawiające piękno krajobrazów Afryki Południowej. Jestem naprawdę pod wielkim wrażeniem stanięcia przez twórców ekranizacji na wysokości zadania, jakim było przełożenie słów na obrazy. Rzadko jest to działania udane, często przynoszące niemiłe rozczarowanie. W tym jednak wypadku jest zgoła inaczej. Polecam i jeszcze raz polecam!

Hańba (Disgrace), reż. Steve Jacobs, scenariusz Anna Maria Monticelli, zdjęcia Steve Arnold, muzyka Anthony Partos, czas trwania: 120, dystrybucja: Gutek Film, rok produkcji: 2008.

poniedziałek, 22 lutego 2010

Cudowność tekstów: Fincher-Lee



W sobotę mój narzeczony przywiózł mi już dawno zamówione wydanie „To Kill a Mockingbird” w oryginale, które w końcu zostało odebrane z poczty :) Tego samego dnia, wieczorem, postanowiliśmy dokończyć oglądanie filmu „The Game” w reż. Davida Finchera z Michalem Douglasem i Seanem Pennem, skądinąd rewelacyjnego filmu o wręcz genialnym scenariuszu.

W jednej ze scen Nicholas van Orton (Douglas) wbiega do swojego ogromnego domu. Pnie się po schodach i wpada do jednego z pomieszczeń. Przewracając wszystko, co mu się nawinie pod ręce, zaczyna czegoś gorączkowo poszukiwać na wysokiej półce. W kolejnym kadrze kamera lustruje przestrzeń z poziomu podłogi. Nagle z hukiem spada grube, oprawione w skórę tomisko. Na grzebie czytamy: „To Kill a Mockingbird”. Nie muszę pisać, że razem z Bartkiem w jednej chwili podskakujemy w wyniku radosnego zdumienia. Tymczasem van Orton porywa egzemplarz i wypada z domu tak szybko, jak się w nim pojawił.

Do teraz próbuję znaleźć powiązanie pomiędzy treścią książki Lee a fabułą filmu Finchera. Bezskutecznie. Zawsze jednak wierzę w to, że takie zabiegi sa celowe, że autor usiłuje przemycić jakąś treść, która pozwoli na ciekawą, dekonstruktywistyczną interpretację, ktora zdradzi nam jakąś tajemnicę, która w rzeczy samej – jest tylko dla wtajemniczonych. Czyni ona bowiem z czytelnika/widza/słuchacza ekskluzywnego wspólnika, który jest zdolny czytać między wierszami.

Ponadto, pomimo istnienia intertekstualności jako takiej, czesto zdarzają mi się takie „cudowne przypadki”: w bardzo krótkim czasie, np. na przestrzeni jednego dnia, zderzają się w jakimś jednym punkcie dwa teksty kultury. Kiedyś, czytając „Lalę” Jacka Dehnela, tak często mi się to przytrafiało, że napisałam o tym tekst, wyszczególniając wszystkie te dziwaczne zbiegi okoliczności.

Czy Wy też doświadczacie „cudowności tekstów”? A może macie jakieś pomysły na rozwiązanie zagadki „Fincher-Lee”?

wtorek, 2 lutego 2010

Estetyka kontra etyka



Czasami właśnie coś takiego mi się zdarza. Czytam fragment powieści Coetzeego, w którym trzech nieznanych mężczyzn napada na farmę Lucy, córki głównego bohatera. Na koniec strzelają do psów w boksach, zabijając je co do jednego. Czytam ten opis z przejęciem, przeskakując słowa, czasem zdania. Akcja mnie wciąga, nie wierzę własnym oczom. „Jeszcze, jeszcze... poczekaj chwilę, muszę doczytać do końca” – mówię do kogoś.

Akurat jest piątek wieczór i mamy oglądać film. Wybieramy „Equilibrium” z 2002 roku w reżyserii Kurta Wimmera. Rzecz dzieje się w przyszłości. „Equilibrium” to przymiotnik, oznacza „statyczny”, „zrownoważony”. Świat na wzór „Roku 1984” Orwella, nie bez związków z „Matrixem”. Świat bez uczuć, bez sztuki, bez wzruszeń, bez emocji. Tak się składa, że w jednej scenie tamtejsza „policja” strzela do psów w boksach, zabijając je co do jednego... Podniecający moment otwarcia się szczeliny interpretacyjnej, prawda?

Bohater „Hańby” Coetzeego, David Lurie, jest estetą [sic!]. Literaturoznawca, fascynat Byrona i wielki miłośnik muzyki klasycznej. W jego przypadku estetyka wyprzedza etykę. Najpierw piękno, zmysły, „wzbogacające przeżycia”, potem człowiek. Droga ta zaprowadza go do tytułowej „hańby”. Pomimo, że broni się przed tym procesem, w dniu napadu coś się w nim zmienia. Czy wyda sie banalną aluzja, którą uczynię pisząc, że gdy policja świata Librii wybija psy, jest tam również główny bohater, John Preston (Christian Bale)? Władza w „Equilibrium” postawiła na „dziwną” etykę, likwidując konsekwetnie estetykę, którą obciążyła wszelkim złem, jakie miało miejsce na świecie do tej pory. Jak się można domyślać, skutki tej polityki zaowocowały jedynie pozorną wolnością i w efekcie – nowym terrorem.

„Hańba” – jest to „wstyd wywołany niegodziwym czynem” (wg „Słownika Języka Polskiego”). Bohaterzy filmu Wimmera regularnie przyjmują dawkę substancji zwanej „prozium”, która pomaga im rozcieńczyć w sobie wszelkie uczucia, nie pozwalając tym samym na uzewnętrznianie ich. „Hańba” jest odczuciem czysto wewnętrznym, której towarzyszy lęk przed uzewnętrznieniem się. Mniej więcej w ten sposób egzystują bohaterzy Coetzeego: wskutek trawiącego ich poczucia wstydu, oddalają się od siebie, nie mając szansy na zawiązanie głębszych relacji i związków.

Powieść Coetzeego warta jest przeczytania. Pozostawia wiele pytań bez odpowiedzi, które sami musimy odnaleźć w sobie. Film Wimmera wart jest obejrzenia. Pozostawia dobitną odpowiedź na pytanie, czym stałby się świat bez sztuki, bez emocji, bez wruszeń.

J. M. Coetzee, „Hańba”, przekład Michał Kłobukowski, Wydawnictwo ZNAK, Kraków 2009.
„Equilibrium”, reż. Kurt Wimmer, AKA Cubic, 2002.