Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uczestnik - Anek7. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uczestnik - Anek7. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 kwietnia 2013

Co nowego słychać w Mechlinie?

Od dwóch lat elegancki dom w Mechlinie koło Śremu ma pięć lokatorek. Niby nic szczególnego, chociaż... Wszystkie noszą to samo imię i nazwisko - Natalia Sucharska (dla ułatwienia posługują się zdrobnieniami lub drugimi imionami i tak mamy, w kolejności starszeństwa, Annę, Natalię, Natę, Magdę i Natkę), co więcej są przyrodnimi siostrami i jeszcze dwa lata temu nie miały pojęcia o swoim istnieniu... Początki znajomości pań Sucharskich poznać można dzięki lekturze książki Olgi Rudnickiej pt. "Natalii 5", natomiast ja chciałam napisać kilka zdań o kontynuacji tej powieści, czyli "Drugim przekręcie Natalii", który pojawił sie na księgarnianych półkach na początku bieżącego roku.

Wydawać by się mogło, że życie sióstr ustabilizowało się  - wspólnie prowadzą dom, opiekują się dwójką dzieci Natalii, Anna prowadzi własną firmę, Natalia, Magda i Natka studiują, natomiast Nata pisze książkę o tym co wydarzyło się w ich życiu przed dwoma laty. Książka wprowadza spore zamieszanie, ponieważ opisane w niej osoby nie do końca zgadzają się z wizją autorki, jednak ten konflikt blednie wobec większego problemu.
W tajemniczych okolicznościach zaginął bowiem Janusz Zawada, przyjaciel Jarosława Sucharskiego. W jego mieszkaniu policja znajduje bezgłowe zwłoki, a kilka dni później odnalezione zostaje spalone auto Zawady z ludzkimi szczątkami w środku... Siostry nie wierzą w śmierć starszego pana i postanawiają przeprowadzić własne dochodzenie. I nie przeszkodzą im w tym nawet zadomowieni u nich policjanci...

Olga Rudnicka po raz kolejny serwuje nam kryminalną historię z ogromną dawką dobrego humoru. Natalie w dalszym ciągu są wojownicze, uparte i niezależne, często dochodzi pomiędzy nimi do scysji, jednak przeciwko innym osobom zawsze działają wspólnie - nieważne czy jest to jakiś szemrany typ, czy narzeczony jednej z nich. Kto zechce wejść pomiędzy siostry Sucharskie lepiej, żeby od razu pisał testament.
Oprócz głównych bohaterek spotka czytelnik w książce kilka innych osób, które poznał przy okazji lektury pierwszego tomu ich przygód - komisarza Adriana Potockiego, narzeczonego Natalii; komisarza Marcina Kurka obecnego/byłego chłopaka Naty; Darka, chłopaka Magdy oraz Przemka i Anielkę, dzieci Natalii. Szczególnie młode pokolenie wykaże się ogromną aktywnością i kreatywnością w działaniu, gmatwając, już i tak pokręconą, intrygę. Do grona osób związanych z mieszkankami Mechlina dołączy jeszcze para poznańskich policjantów, Donata Bryt i Marian Jaglecki, a w tle pojawią się pracownicy CBŚ-u  - jednak nawet takie natężenie pracowników organów ścigania nie jest w stanie przeszkodzić siostrom Sucharskim w realizacji ich zamierzeń...

Do tego garnca miodu na cześć "Drugiego przekrętu Natalii" muszę jednak dołożyć niewielką łyżeczkę dziegciu. Jest niestety kilka błędów - chociażby dotyczących wieku bohaterek (w pierwszym tomie Nata była 5 lat młodsza od Anny, a w tym już tylko o 3) czy nazwisk (np. Marcin Kurek co jakiś czas jest Marcinem Potockim). Nie mnie sądzić kto ponosi winę za te niedopatrzenia, jednak jeśli ktoś czytał pierwszą część przygód sióstr Sucharskich to takie błedy rzucą się pewnie  woczy.

Jednak mimo wszystko serdecznie polecam tę książkę - dobra zabawa gwarantowana.

czwartek, 31 stycznia 2013

Można odejść na różne sposoby...


Małgorzata Kalicińska to jedna z tych polskich autorek, która budzi ogromne kontrowersje - jedni chwalą na potęgę, inni odsądzają od czci, wiary i choćby iskierki talentu. A ja? Ja jestem jakoś pośrodku - jedna książka podobała mi się bardzo, druga wcale, a trylogię rozlewiskową czytało mi się całkiem całkiem - ot, czytadełko w sam raz na wakacyjne popołudnia.
Od jakiegoś czasu na blogach i portalach czytelniczych znów głośno o pani Małgorzacie, a to ze względu na jej najnowszą książkę, czyli "Lilkę". 

Marianna Roszkowska to pani po pięćdziesiątce, dziennikarka jednego z kobiecych magazynów, żona, matka i babcia. Pewnego sierpniowego dnia jej świat się rozpada - po 30 latach małżeństwa odchodzi od niej mąż. Pomimo, że do jakiegoś już czasu oddalali się od siebie coraz bardziej, Marianna bardzo boleśnie odczuwa rozpad swojego małżeństwa, tym bardziej, że dosyć szybko okazuje się, że w życiu Mirka, jej byłego męża pojawiła się jakaś inna pani. Kiedy Marianna próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości kontaktuje się z nią Lilka, jej przyrodnia siostra, z którą nigdy nie miała za dobrego kontaktu i której zwyczajnie nie lubi. 
Lilka to artystyczna dusza, kiedyś dosyć znana malarka, dzisiaj nieco zapomniana, ma kłopoty ze zdrowiem - szybko się okazuje, że pozornie drobna dolegliwość to coś o wiele bardziej poważnego.
Marianna musi odłożyć na bok swoje własne kłopoty i zająć sie ciężko chorą siostrą...

Powieść Małgorzaty Kalicińskiej podejmuje niezwykle trudny i bardzo aktualny temat nieuleczalnej choroby, odchodzenia, bólu i cierpienia, nie tylko tego odczuwanego przez osobę chorą ale również przez jej najbliższych. Marianna stara się zapewnić siostrze jak najlepszą opiekę medyczną, zaprasza ją do swojego mieszkania, staje się przyjaciółką, powiernicą a kiedy zachodzi taka potrzeba również pielęgniarką. Choroba Lilki sprawia, że patrzy na swoje własne kłopoty z nieco innej perspektywy.

"Lilka" miała szansę stać się najlepszą, najbardziej dojrzałą pozycją w dorobku pisarskim pani Kalicińskiej, niestety autorka nie wykorzystała tej możliwości. Po pierwsze uważam, że jest stanowczo za długa, za bardzo przegadana, pełno w niej jakichś wątków pobocznych, przypadkowych tematów, które rozpraszają uwagę, a co za tym idzie zaciemniają wątek główny. Kolejna sprawa - nie potrafi się autorka (bądź nie chce) wyzwolić  z takiej słodko-lukrowej konwencji. Lilka pomimo choroby jest wręcz aniołem, a i Marianna właściwie nie przeżywa chwil zwątpienia czy zmęczenia. Generalnie całe jej otoczenie to ludzie inteligentni, piękni, wrażliwi, normalnie raj a nie Saska Kępa i okolice. Nie podobała mi się jeszcze jedna rzecz - Marianna ciągle powtarza jak to nie lubiła nigdy Lilki, jak była o nią w młodości zazdrosna, natomiast w momencie, kiedy dowiaduje się o chorobie siostry jej stosunek do niej zmienia się diametralnie, wręcz sobie siostrzyczki z dziobków jedzą. I mnie to zupełnie nie przekonuje - wygląda to tak jakby autorka na siłę chciała zrobić z Marianny ideał, wzorzec postępowania i poświęcenia się dla bliźniego - w zamyśle może to i wzruszające miało być, ale wyszło sztuczne i nierealne.

Nie można też nie wspomnieć o pewnej matrycy, którą posługuje się autorka  - jeżeli ktoś czytał serię rozlewiskową, to szybko wychwyci podobieństwa w losach bohaterów. Wygląda to tak jakby autorka uznała, że skoro przy tamtych książkach chwyciło, to i tu powinno zaskoczyć. I pewnie (sądząc po ilości pozytywnych opinii) zaskoczyło, ale to chyba nie o to chodzi, żeby powielać chwytliwe wzorce, tylko się rozwijać, szukać czegoś nowego. No, ale może ja się nie znam...

Można by jeszcze znaleźć kilka innych wad tej powieści, chociażby swego rodzaju wulgarność, przy okazji scen erotycznych, nagromadzenie nieszczęść, które spadają na Mariannę i w żaden sposób jej nie załamują, niekonsekwencję przy tworzeniu niektórych postaci (chociażby Michał, ojczym Mani, człowiek wykształcony, oczytany i inteligentny nie potrafi prawidłowo wypowiedzieć słowa stomia) czy wreszcie błędy rzeczowe, które wkradły sie do tekstu (chociażby scena, gdzie Marianna cytuje fragment utworu "Na jagody" Marii Konopnickiej, radośnie oświadczając, że jest to "O Janku Wędrowniczku" - dobrze, że przynajmniej autorki nie pomyliła...).

Reasumując - książka zapowiadała się interesująco, niestety na zapowiedzi się skończyło. Zamiast prawdziwej, dramatycznej, życiowej historii otrzymałam średniej jakości czytadło. Szkoda...

środa, 16 stycznia 2013

Jaki byłeś pradziadku?


Nie raz i nie dwa razy deklarowałam, że wielką sympatią darzę królewskie miasto Kraków. Związane jest to pewnie z faktem, że i szkołę średnią i studia w Krakowie odbywałam, więc ten, ponoć najpiękniejszy, okres w życiu kojarzy mi się z podwawelskim grodem. A poza wszystkim to piękne miasto i już. Tak więc, kiedy w czasie wizyty w bibliotece w moje ręce wpadła książka Lucyny Olejniczak "Wypadek na ulicy Starowiślnej" decyzja była prosta - muszę to przeczytać.

Autorka książki to krakowianka, zawodowo związana z Katedrą Farmakologii UJ, obecnie na emeryturze. W swoim dorobku literackim ma trzy powieści, kilka opowiadań oraz felietony w krakowskiej prasie. 

Bohaterką książki jest Lucyna ( która oprócz imienia, ma wiele innych cech wspólnych z autorką), kobieta w średnim wieku, matka dwójki dorosłych dzieci. Przypadkiem trafia na notatkę przedrukowaną z krakowskiego "Czasu" z roku 1900, w której jest wspomniany jej rodzony pradziadek Teodor Hanzelmann. Przodek był sierżantem straży pożarnej, a notatka traktowała o wypadku jaki odniósł jadąc do pożaru. 
Kilka zdań sprzed stu lat wyzwala w Lucynie chęć odnalezienia informacji o dawno nieżyjącym członku rodziny. Zadanie jakie sobie postawiła nie należy do najłatwiejszych - na pomoc rodziny nie może niestety już liczyć, sama też nie ma rodzinnych pamiątek, pozostają więc tylko archiwa. I tak Lucyna odwiedza Komendę Straży Pożarnej, parafię do której najprawdopodobniej należała rodzina Hanzelmannów oraz czytelnię czasopism Biblioteki Jagiellońskiej. Przy okazji postanawia napisać książkę o swoim przodku - narratorem miałoby być któreś z dzieci Teodora.

Książka to dosyć sympatyczna lektura, a jeśli ktoś zna Kraków i Nową Hutę (tam mieszka Lucyna) to bez problemu rozpozna miejsca, w których toczy się akcja powieści. Oprócz współczesnego obrazu miasta autorka opisuje Kraków sprzed stu lat, ulice, ludzi i życie codzienne w strażackiej remizie. Autorka ma lekkie pióro, chociaż miejscami widać niedostatek stylu - aż się prosi o porządną redakcję...

Wydaje mi się, że powieść pani Olejniczak nie ma ambicji bycia historią z przesłaniem, to raczej literatura popularna. Aczkolwiek mnie skłoniła do pewnej refleksji - otóż zastanowiłam się co ja tak naprawdę wiem o moich przodkach, o ich życiu, pracy, charakterze... Owszem potrafię wymienić swoich dziadków, pradziadków i prapradziadków, znam kilka rodzinnych anegdot, a w albumie przechowywane jest trzy czy cztery zdjęcia (to i tak dużo, bo wszyscy moi przodkowie to wieśniacy z dziada pradziada, więc nie było zwyczaju fotografowania się i pieniędzy na takie luksusy) ale to wszystko. I coraz mniej osób mogłoby mi coś o dawniejszych, choćby przedwojennych czasach opowiedzieć...

niedziela, 18 marca 2012

Meg, Jo, Beth i Amy czyli "Małe kobietki"

Zdarzyło się kilkakrotnie, że o jakiejś książce dowiedziałam się przy lekturze czegoś innego - tak było z "Małymi kobietkami" Louisy May Alcott, które czytała Agata Abbot, bohaterka "Tajemniczego opiekuna".
Książkę, która w założeniu miała być lekturą dla dorastających panienek przeczytałam kilka lat temu jako osoba całkowicie dorosła - wcześniej nie mogłam jej nigdzie zdobyć. Przeczytałam książkę i polubiłam jej bohaterki. Jakoś niedługo potem obejrzałam ekranizację z 1994 roku i, o ile to możliwe, moja sympatia dla panien March jeszcze się pogłębiła.

Jesteśmy w Ameryce Północnej w okresie wojny secesyjnej. W Orchard House mieszka rodzina Marchów. Pan March walczy na froncie, a jego żona zajmuje się domem i wychowaniem czterech córek. Matka ma bardzo nowoczesne jak na owe czasy poglądy na wychowanie dzieci oraz na rolę kobiety w społeczeństwie, daje córkom dużą swobodę, pomaga rozwijać własne talenty i zachęca do szukania własnego miejsca w świecie. Panny March to cztery indywidualności, które pomimo dzielących je różnic bardzo się kochają i świetnie rozumieją. Najstarsza Meg jest tradycjonalistką, jej największym marzeniem jest założyć szczęśliwą rodzinę, zostać spełnioną żoną i matką. Nieco młodsza Jo to rodzinna artystka - fascynuje ją teatr, ma talent literacki i w pisaniu widzi swoją przyszłość. Jest też najbardziej niezależna z sióstr March. Z kolei Beth jest bardzo nieśmiała a jej największym marzeniem jest niesienie pomocy innym, nawet kosztem własnego zdrowia. Najmłodsza siostra Amy to jeszcze dziecko, chociaż pozuje na damę, i jak to najczęściej z najmłodszymi w rodzinie bywa jest rozpieszczona i kapryśna.

Na kartach książki śledzimy codzienne życie sióstr March, ich radości i smutki, nadzieje i rozczarowania. I chociaż książka powstała niemal 150 lat temu w dalszym ciągu może być aktualną lekturą dla młodych dziewcząt - a i dla tych starszych też. Być może dla współczesnej czytelniczki będzie ta opowieść zbytnio moralizatorska, ale trzeba pamiętać, że w okresie kiedy powstała "powieści dla dorastających panien" musiały nieść ze sobą wartości wychowawcze - to samo można dostrzec w uwielbianej przez większość młodszych i starszych czytelniczek "Ani z Zielonego Wzgórza", która chociaż powstała sporo później, to jednak napisana jest w bardzo podobnej konwencji.
Autorce udało się stworzyć wiarygodnych bohaterów, a przez to, że każda z dziewcząt jest inna czytelniczki mają większą możliwość utożsamienia się z którąś z nich.
Prosty język, nieco staroświecki urok i ciekawe postacie stworzone przez autorkę sprawiają, że książka jest idealną lekturą na długie wieczory lub leniwe popołudnia...

sobota, 11 lutego 2012

Ojciec i syn oglądają filmy - "Klub filmowy" David Gilmour

W życiu każdego rodzica prędzej czy później przychodzi taki czas kiedy jego nastoletnie dziecko wchodzi w okres negowania rzeczywistości, buntu przeciwko dorosłym w ogóle a nauczycielom i szkole w szczególe. Nie ma chyba takiego nastolatka, który przynajmniej raz nie postanawiał rzucać szkoły, na co jego rodzice reagowali albo kosmiczną awanturą albo nie zwracali uwagi na, ich zdaniem, idiotyczne pomysły i postanawiali je przeczekać. 

David Gilmour to kanadyjski pisarz i dziennikarz telewizyjny zajmujący się krytyką filmową. Jest on również ojcem Jessego, który w wieku 16 lat ma już dosyć szkolnej edukacji. Ojciec zgadza się na porzucenie szkoły, ale stawia synowi pewne warunki - otóż zamiast w lekcjach Jesse będzie uczestniczył w swego rodzaju domowym klubie filmowym. W każdym tygodniu obejrzą trzy filmy wybrane przez Davida. I tak zaczyna się wspólna filmowa przygoda obydwu Gilmourów - Jesse początkowo nieufny dosyć szybko wciąga się w filmowy świat, a jego ojciec oglądając znane sobie dzieła w towarzystwie syna zauważa w nich nowe odniesienia.
Oglądane filmy są bardzo różnorodne - produkcje niszowe przeplatają sie z kinowymi hitami, francuska Nowa Fala z kinem japońskim, filmu z lat 40-tych z najnowszymi dziełami. Każdą projekcję David poprzedza krótkim wprowadzeniem - o reżyserze, aktorach, scenariuszu czy szczególnie istotnych scenach. Zdarza się, że oglądają jakiś kiepski film tylko dlatego, że  jest w nim tylko jedno ciekawe lub nowatorskie kilkusekundowe ujęcie. 

Muszę powiedzieć, że początkowo pomysł Davida wprawił mnie w konsternację. Chyba doszła do głosu moja belferska dusza, która uważa, że szkolne wykształcenie jest najważniejsze i rodzice są od tego aby nie pozwolić młodzieży zniszczyć sobie życia... Jednak w miarę lektury zaczęło do mnie docierać, że David pozwolił Jessemu dorosnąć i samemu podjąć decyzję co zrobi ze swoim życiem. Uwierzył w inteligencję syna i nie pomylił się. Jesse z oglądanych filmów wyniósł więcej wiedzy o życiu niż mogłaby mu dać najlepsza nawet szkoła.

Aby układ zadziałał, pomiędzy ojcem a synem musiało zaistnieć ogromne zaufanie. David nie stawiał przed synem jakichś szczególnych wymagań. Poza trzema seansami w tygodniu dał mu tylko jeden warunek - brak jakichkolwiek narkotyków. W wypadku złamania tego punktu układ tracił ważność.
Nie zabrania natomiast synowi palenia papierosów i picia alkoholu, co więcej w czasie seansów razem z Jessem popija piwo a wieczorami siedzą na ganku  paląc i rozmawiając. 
Takie zachowanie ojca wobec nastoletniego syna dla wielu z nas jest nie do przyjęcia. Mówiąc szczerze i mnie nieco razi, ale z drugiej strony mam wrażenie, że dla Jessego zachowanie ojca było dowodem, że  ten traktuje go jak dorosłego, a co za tym idzie chłopak starał się udowodnić, że faktycznie jego dojrzałość to nie tylko piwo i papierosy...

Jako, że moje dziecko ma dopiero siedem lat, to blaski i cienie okresu dojrzewania dopiero przede mną. Mam nadzieję, że nie będę musiała rozwiązywać takich problemów jak David, tym bardziej, że nasz system oświaty nie jest tak liberalny jak kanadyjski. Ale gdyby mój Piotrek w pewnej chwili postanowił nieodwołalnie porzucić szkołę to nie wiem co mogłabym mu zaproponować w zamian...
Pozostaje liczyć na to, że będzie lubił książki, nieważne czy papierowe czy elektroniczne, bo wtedy będzie między nami jakaś płaszczyzna porozumienia.

sobota, 31 grudnia 2011

Jeszcze raz o siostrach Kossakównach:)

W tych dniach udało mi się wreszcie przeczytać ostatnią książkę Magdaleny Samozwaniec (wydana już po śmierci pisarki) a mianowicie "Zalotnicę niebieską", która jest biografią a zarazem zbiorem wielu mniej znanych wierszy oraz korespondencji jej starszej siostry Marii.

Książka opowiada o życiu poetki - od dzieciństwa w krakowskiej Kossakówce, poprzez trzy małżeństwa aż do śmierci w dalekim i obcym Manchesterze. Na kartach biografii spotkać można wielu wybitnych artystów z którymi połączyła Pawlikowską przyjaźń bądź tylko współpraca artystyczna, wspominane są również ważne wydarzenia których była świadkiem - tak kulturalne jak i polityczne.
Najwięcej miejsca poświęciła autorka drugiemu małżeństwu Lilki (tak najbliżsi nazywali Marię) z Janem Gwalbertem Pawlikowskim. 

Całość recenzji TUTAJ

sobota, 28 maja 2011

Kiedy wyobraźnia krzywdzi innych ludzi...

Nie powiem pewnie nic nowego twierdząc, że jest cała masa przepięknych książek, które czyta się z ogromna trudnością - no męczy po prostu... A kiedy już człowiek skończy to sam się sobie dziwi dlaczego lektura była taka mozolna. Tak było ze mną i książką Iana McEwana "Pokuta". Książkę czytałam bowiem na okoliczność Dyskusyjnego Klubu Książki w naszej gminnej bibliotece i chociaż zaczęłam ze znacznym wyprzedzeniem to ledwie ledwie udało mi się wyrobić w czasie.

Książka składa się z czterech części, których akcja toczy się w różnym miejscu i czasie, różni są też narratorzy.

Część pierwsza powieści rozgrywa się w wiejskiej posiadłości, latem 1935 roku kiedy  to 13-letnia Briony Tallis z utęsknieniem czeka na powrót z uniwersytetu ukochanego brata Leona.
Cały tekst recenzji znajdziecie TUTAJ

niedziela, 6 marca 2011

Siostrzana więź


        



    Właśnie zakończyłam lekturę książki „Siostrzyczka miłosierdzia” przez co zaliczyłam pierwsze spotkanie z pisarstwem pani Ewy Zaleskiej i nieśmiało mogę sobie obiecać, że nie  będzie to spotkanie ostatnie.
Bohaterkami książki są trzy siostry – Marysia która jest krytykiem filmowym, Hania spełniająca się w roli żony i matki oraz najmłodsza Izaura zwana Izą wspinająca się po szczeblach bankowej kariery.  Pewnego dnia Izaura znika a jedynym tropem dla szukających jej sióstr jest tajemnicze płyta DVD pozostawiona w jej mieszkaniu przez porywacza. Marysia i Hania ruszają na ratunek… Ciąg dalszy TUTAJ

sobota, 5 lutego 2011

O dwóch siostrach z "Kossakówki"...



Kiedy byłam uczennicą liceum dwa razy dziennie na trasie pomiędzy szkołą a internatem przechodziłam obok zapuszczonego ogrodu w głębi którego widać było niszczejącą willę. Dosyć szybko dowiedziałam się, że ten opuszczony, smutny zakątek to „Kossakówka” – dom jednej z najbardziej uzdolnionych artystycznie rodzin krakowskich,  dom, którego kolejnymi właścicielami byli malarze - Juliusz, Wojciech i Jerzy Kossakowie, a swoje dzieciństwo i młodość spędziły tam dwie wielkie damy polskiej literatury, córki Wojciecha - Lilka i Madzia Kossakówny, szerokiej publiczności znane jako Maria Pawlikowska-Jasnorzewska i Magdalena Samozwaniec. Z ciekawości poszukałam w szkolnej bibliotece (to były zamierzchłe czasy jeszcze przed Wikipedią) wiadomości o Kossakach i pani bibliotekarka zaproponowała mi lekturę książki Magdaleny Samozwaniec pt. „Maria i Magdalena”. Tak oto po raz pierwszy spotkałam się z jedną z moich ukochanych książek do której później wielokrotnie wracałam i nadal wracam.

Cały tekst recenzji znajduje się TUTAJ

wtorek, 1 lutego 2011

"Klub Matek Swatek" Ewa Stec

 

  Oto główna bohaterka – Ania Romantowska. Z urodzenia i zamieszkania krakowianka, z zawodu nauczycielka w tzw. „nauczaniu wczesnoszkolnym”, posiadaczka ekscentrycznych dziadków, tatusia w typie Felicjana Dulskiego (łącznie ze słynnym „A niech was wszyscy diabli!”), młodszego brata, który właśnie żegna się ze stanem kawalerskim, oryginalnej (dosłownie) przyjaciółki Matyldy stanowiącej mieszankę jamajskich genów mamusi i podhalańskich tatusia, wiecznego narzeczonego Fryderyka, który jednak zwleka z ostateczną deklaracją (jak się okaże ma ku temu bardzo ważne powody) oraz MAMY Beaty.

Na całą recenzję zapraszam TUTAJ