Pokazywanie postów oznaczonych etykietą matka - córka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą matka - córka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 stycznia 2013

Dokonać wyboru

            „Po powrocie do świata ludzi najtrudniejsze było ponowne nauczenie się emocji. Wszystkie poczynania wilka mają praktyczny, nieskomplikowany wymiar. Nie ma fochów, owijania w bawełnę ani aluzji. Wilki walczą z dwóch powodów: o rodzinę i terytorium. Ludźmi kieruje ego, u wilków nie ma na to miejsca i – w dosłownym tego słowa znaczenia – wybiją ci je z głowy. U wilka świat sprowadza się do rozumienia, wiedzy i szacunku – trybutów odrzuconych przez wielu ludzi wraz z poszanowaniem świata naturalnego.”*
            Dokonałeś już w życiu wielu wyborów, które czasem bezpośrednio kogoś dotyczyły i zmieniły też coś w życiu innych. Minimalnie, ale zawsze coś. Czasem jednak przychodzi taka chwila, że od twojej decyzji będzie zależeć czyjeś zdrowie, ty będziesz decydować o sposobie leczenia. Od ciebie będzie zależeć to czy walczyć o życie tej najważniejszej istoty czy dać jej odejść. To nie jest zabawa, nie cofniesz efektów decyzji, dlatego też dobrze zastanów się nad tym co masz zamiar zrobić.
            Luke Warren jest badaczem wilków. Od kilkunastu lat studiował ich naturę i zwyczaje. Próbował przeniknąć nawet do jednej z watah by choćby minimalnie poczuć jak to jest i obalić mity o tych zwierzętach. Dla swojej pracy poświęcił bardzo wiele. Jego rodzina się rozpadła, syn Edward po kłótni pod wpływem emocji wyjeżdża i zrywa kontakt z bliskimi, dochodzi do rozwodu i tylko po jakimś czasie Cara zamieszkuje z ojcem, bo czuje się niepotrzebna w nowej rodzinie matki. Tymczasem mija kilka lat, dochodzi do poważnego wypadku, w którym brała udział Cara oraz Luke, który zostaje ciężko ranny. Na tę wiadomość Edward wraca do domu i okazuje się, że ktoś musi zadecydować czy walczyć o życie  ojca czy też dać mu odejść. Edward i Cara stają po przeciwnych stronach. Jak to wpłynie na ich i tak już kiepskie stosunki? Jakie tajemnice zostaną odkryte i jak to wpłynie na resztę życia samych zainteresowanych?
            Prozę Jodi Picoult cenię sobie od momentu poznania jej „Bez mojej zgody”. Książka ta sprawiła, że przez bardzo długi czas nie potrafiłam skupić się na innych tak jak powinnam - cały czas wracałam myślami do niej i zastanawiałam się co ja bym zrobiła na miejscu bohaterów. Dotąd było tak za każdym razem gdy sięgałam po coś jej pióra. Czy tak samo będzie z jej najnowszą publikacją noszącą tytuł „Pół życia”?
            Otóż z czystym sumieniem mogę teraz stwierdzić, że pod tym względem nic się nie zmieniło. Powieściopisarka w dalszym ciągu sprawia, że aktualnie czytana przeze mnie pozycja wciąga bez reszty i sprawia, że przez chwilę przenoszę się do świata przedstawianego przez nią i żyję życiem innych. „Pół życia” jest, zabrzmi to trochę nie na miejscu, fascynująca. Nie mam tu jednak na myśli decyzji jaką muszą podjąć Cara i Edward, a to czym zajmuje się Luke. Jego praca sprawiła, że bardziej myślał jak wilk, a nie człowiek. Każde zachowanie ludzkie analizował na podstawie tego co zwierzęta przez niego badane by zrobiły. Przedstawił prawdziwą i jakże prostą naturę wilka. Niemal z fascynacją czytałam fragmenty temu poświęcone. To jak opisywał swoje przygody i spostrzeżenia związane z tymi zwierzętami naprawdę mnie zaciekawiło i sprawiło, że chciałabym dowiedzieć się jeszcze więcej.
            Nie mniej ważny, a można by rzec, najważniejszy, był wątek, który był o podjęciu decyzji przez rodzeństwo, które miało odmienne zdanie w tej sprawie. Chodzi mianowicie o eutanazję, temat rzekę jeśli chodzi o poglądy, trudny oraz wywołujący masę sprzecznych emocji. Osobiście uważam, że w pewnych momentach trzeba dać odejść. Wiem, że łatwo jest mi teraz mówić gdy nie stoję teraz przed takim wyborem i całkiem możliwe, że kiedyś zmienię swoje zdanie. Jednak na dzień dzisiejszy twardo zostaję przy tym, że czasem najtrudniejsza decyzja jest najlepsza, nawet gdy bardzo boli. Dlatego też w trakcie czytania tak bardzo miotałam się między bratem, a siostrą. Z pewnej strony popierałam decyzje Edwarda, a z drugiej byłam całym sercem za tym by to jednak Cara wygrała i miała rację. Wiadomo jednak, że może wygrać tylko jedna ze stron i tak też się stało i tym razem. Tylko, że ta wygrana nie cieszy niezależnie od wyniku.
            W  trakcie rozstrzygania tego kto ma podejmować decyzje o leczeniu Luke’a wychodzą na jaw fakty, które stawiają w nowym świetle wydarzenia sprzed lat i pozwalają wiele zrozumieć etyko bohaterom, ale i czytelnikowi, który na początku może być trochę zdezorientowany. Pośród cierpienia, łez i niedowierzania rodzina, która rozpadła ma teraz szansę znowu być razem.
            Prozy Picoult nie da się przeczytać za jednym razem, przynajmniej ja tak nie potrafię i muszę ją sobie dawkować. Wychodzi mi to co prawda z różnym skutkiem, ponieważ nie zawsze mam tyle samozaparcia by choćby na chwilę odłożyć czytaną pozycję. W przypadku tej publikacji choć od początku mnie zainteresowała do połowy powieści nie miałam z tym moim dawkowaniem sobie emocji problemu. Gdy jednak dotarłam do około dwusetnej strony, dosłownie i w przenośni przepadłam. Nie byłam w stanie oderwać się od czytanego tekstu i tylko przewracałam kolejne strony, aby jak najszybciej poznać zakończenie.
            Znacie to uczucie, kiedy czujecie się jakbyście byli między młotem, a kowadłem? Ja właśnie tak miałam w przypadku „Pół życia” i to pod wieloma względami. Mimo wyrobionego zdania na spotykane tu tematy mimowolnie zaczynałam zastanawiać się nad przedstawione przez bohaterów argumenty. Prócz moich dylematów etycznych targały mną przeróżne emocje: od rozczarowania i nienawiści, które czuli postacie, po zrozumienie i nadzieję. Nie stałam przed takim wyborem i nie chciałabym stać, ale mocno wierze w to, że podjęłabym słuszną decyzję, nieważne jak bardzo mogło by boleć.
            To co lubię w twórczości Jodi to fakt, że staranie przygotowuje się do omawianego tematu. Zbiera tyle informacji ile zdoła, a do tego konsultuje się, że specjalistami w danej dziedzinie. Dlatego też, w każdej swojej publikacji posługuje się fachowymi zwrotami, ale w taki sposób by osoba czytająca rozumiała śledzony tekst. Styl pisania autorki jest bardzo obrazowy, a sposób w jaki dobiera słowa sprawia, że nie raz poleciała mi jedna czy kilka łez.
            Cenie sobie również w niej to, jak przedstawia postacie danej historii. Każdą poznajemy z osobna i dzięki temu. Da się dzięki temu zaobserwować jej mocne i złe strony oraz to jak dziejące się wydarzenia na nie wpływają. Jak się pod ich wpływem zmieniają i reagują na rozwój wydarzeń. Po raz kolejny miałam okazję obserwować, jak łatwo jest wyrobić sobie opinie nie znając wszystkich faktów. Trzymać się ideałów, których nie ma z powodu obawy przed tym co może nadejść. Człowiek zachowuje się czasem dziwnie gdy jego ułożone w miarę życie rozpada się jak domek z kart. Nic w tym dziwnego. Zmiany i ich konsekwencje nie zawsze bywają łatwe i przyjemne.
            „Pół życia” to książka pełna emocji, które aż się proszą o uwolnienie, niezwykle prawdziwa i życiowa. O życiu oraz śmierci i najtrudniejszych wyborach. Napisana z prostotą, ale dopracowana z jak najmniejszymi detalami. Historia, która na długo pozostaje w czytelniku. Fani pisarki z pewnością się nie zawiodą. Gwarantuję.
*str. 417
Autor: Jodi Picoult
Tytuł: Pół życia
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: listopad 2012
Liczba stron: 464

piątek, 26 października 2012

„Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich” - Małgorzata Gutowska-Adamczyk



            „- W malowaniu nie tylko biegłość techniczna się liczy. (…) Ważna jest także myśl, spostrzeżenie, umiejętność patrzenia i przetwarzanie obrazów w nasze osobiste, jedyne i niepowtarzalne spojrzenie, które czyni z rzemieślnika artystę. Z tym się nie rodzisz, to umiejętność analizy, która przychodzi z wiekiem, z dojrzałością, mądrością życiową.”*

            Jesteś kobietą, która ma swoje zdanie choć nie powinna go mieć. Kochasz, choć tego też nie powinnaś czynić. Nie w czasie gdy to mężczyźni byli panami i władcami, a ty powinnaś być gdzieś w cieniu, służyć jako piękny dodatek do jego otoczenia. Cicha, pokorna i oddana. Powinnaś błyszczeć by inni zazdrościli cię twojemu partnerowi. Może i jesteś szanowana i obsypywana prezentami, ale musisz być taka jak chcą inni…

            Dwie kobiety, które się nie znają i nigdy nie będą mogły poznać. Bowiem jedna żyje w XXI wieku, a druga w połowie XIX. Nina Hirsch udaje się do Gutowa by zorganizować pogrzeb ciotki. Na nocleg zatrzymuje się w hotelu w Zajezierzycach, gdzie poznaje właścicielkę Igę Troszyn. Prosi ona Ninę by ta ustaliła czy portret hrabiego Tomasza Zajezierskiego, znajdującego się w holu jest autentycznym obrazem namalowanym przez Różę Wolską. Kobieta zgadza się i od teraz poszukuje wszystkich informacji jakie są tylko możliwe by poznać historię Róży. Przenosi się do dziewiętnastowiecznego Paryża i krok po kroku poznaje historię ubogiej Polki i jej matki.

            Z tą autorką nie miałam jeszcze do czynienia choć od dawna planowałam poznanie jej twórczości. Stało się tak, że to dzięki tej powieści miałam możliwość poznać twórczość Gutowskiej-Adamczyk. Czy było ono udane? Z wielką radością obwieszczam, że jak najbardziej. Mimo, że początkowo ciężko szło czytanie przez bardzo szczegółowe opisy miejsc, z czasem to doceniłam. Bo gdyby nie one być może, a raczej na pewno nie potrafiłabym sobie tego wszystkiego wyobrazić.

            Historia toczy się dwutorowo - poznajemy Nine ze współczesności i Różę z przeszłości.  Historia tej drugiej zdecydowanie dominuje w  powieści co uważam za jej wielki atut. Zdecydowanie bardziej podobały mi się losy Róży i opisy dawnego Paryża. Pani Małgorzata z niezwykłą starannością przedstawiła nam jak kiedyś było. Tak oto widzimy jak żyło się biednym w tym wielkim mieście, a jak bogatym. Od razu daje się zauważyć wszystko co ich dzieli. Kobietą z tych niższych sfer zależy tylko na tym by znaleźć sobie bogatego utrzymanka, który nie będzie szczędził na nią grosza. Do tego opisy miejsc i zdarzeń, które są piękne i szczegółowe- bez problemu łatwo sobie wyobrazić jak to wtedy było. Nie brak tu też historii Niny i opisów czasu teraźniejszego, które również ciekawią.

            Niby Nina i Róża to dwie rożne kobiety, ale łączy je bardzo wiele. Obie kochają malarstwo. Żadna z nich w dzieciństwie nie zaznała matczynej miłości. Obie matki tak naprawdę to kochały je, ale na swój sposób. Chciały im ułożyć życie tak jak im się wydawało, że będzie dobrze. Próbowały je od siebie uzależnić aby tylko były razem na zawsze. Matka Niny posunęła się nawet do tego, że zniechęciła partnera córki do bycia z nią. Ich losy są naznaczone przez własne matki, które były egoistyczne i nie pozwoliły im na samodzielne życie. Działanie te spowodowało popsucie relacji między matką, a córką.

            Strasznie mi się ta powieść podobała. Wywołała we mnie masę emocji, od fascynacji po wściekłość. Z zapartym tchem śledziłam losy Róży ja i Niny. Kibicowałam im, śmiałam się i płakałam z nimi. Czułam się jakbym brała w tym udział i była w tych wszystkich miejscach. Byłam wściekła na matki tych kobiet i dezorientacją patrzyłam jak świadomie mimo miłości krzywdzą swoje córki. To jest dla mnie nie pojęte. Z zainteresowaniem o tym jak się kiedyś żyło i mimo tego, że tamte czasy mnie ciekawią nie mogłabym w nich żyć, no chyba, że byłabym jak Róża i wyrażała swoje zdanie nie zwracając uwagi na to co wypada, a co nie.

            „Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich” jest opowieścią, która wciąga od pierwszych stron, jest stworzona z najmniejszymi detalami. Pełna opisów, niespodziewanych zwrotów akcji, ciekawych bohaterów i tej swoistej aury, która sprawia, że czytelnik pochłania w mgnieniu oka. Lekki i barwny styl pisania tylko umila czytanie. Pozostaje mi tylko polecić i czekać na „Rose de Vallenord".

*str. 362

niedziela, 16 września 2012

„Krucha jak lód” - Jodi Picoult



                        „- Kiedy kogoś kochasz, to wymawiasz jego imię zupełnie inaczej. Słychać, że w twoich ustach jest bezpieczne.”*

            Posiadanie rodziny dla wielu z nas jest bardzo ważne. Marzymy o szczęśliwym domu z gromadką dzieci i kochającym partnerze. Gdy nasze marzenia powoli się spełniają i zaczynamy oczekiwać na upragnione dziecko błagamy tylko o to by było zdrowe i nie musiało walczyć z przeszkodami. Chcemy by było szczęśliwe i miało wszystko co najlepsze…Czasem... Czasem jest jednak tak, że mimo gorących próśb nasza pociecha rodzi się chora. Wtedy właśnie zaczyna się walka, która trwa cały czas, do końca życia i na każdym kroku…

              Rodzina O'Keefe na pierwszy rzut oka wydaje się jak każda inna. Mama, która marzy o otwarciu własnej cukierni, tata pracujący w policji, córka, która się uczy no i maleństwo długo wyczekiwane, które niedługo przyjdzie na świat. Wszystko było dobrze do momentu gdy w czasie badania USG wykryto, że maleństwo choruje na osteogenesis imperfecta (wrodzona łamliwość kości). Willow jeszcze będąc w brzuchu mamy ma złamane kości, a podczas porodu tych złamań może być jeszcze więcej. Istnieje możliwość, że nie przeżyje przyjścia na świat. Gdy jednak przychodzi na świat kończy się to tylko i aż złamaniami. Od tego momentu nawet najmniejszy ruch czy delikatny dotyk może sprawić, że dziewczynka będzie miała złamaną jakąś kość. Jej życie jest naznaczone cierpieniem i wyrzekaniem się wielu rzeczy. Do tego jest również narażona na spojrzenia pełne litości i niezrozumienia. Jak z tym wszystkim poradzi sobie rodzina O’Keefe? Czy będą w stanie zrobić wszystko dla Will? Czy będą się ze sobą zgadzać? Jak zakończy się ta historia?

            Zawsze gdy sięgam po książki Picoult jestem pewna, że po przeczytaniu ostatniego zdania przez dość długi czas trudno będzie mi się skupić na jakiejś innej pozycji literackiej. Dzieje się tak ponieważ każda jej powieść sprawia bowiem, że myśli krążą mi właśnie wokół niej. Przewijają mi się w myślach  fragmenty, pojedyncze zdania, które sprawiają, że moje postrzeganie różnych rzeczy się zmienia. Czy tym razem było tak samo? Owszem. Amerykańska powieściopisarka i tym razem mnie nie zawiodła. Sprawiła, że na parę dni żyłam życiem rodziny Willow. „Krucha jak lód” sprawia, że zadajemy obie pytania, które zadają sobie bohaterowie powieści. I uwierzcie odpowiedź nie jest wcale taka oczywista. Może to zabrzmi nieciekawie ale popierałam matkę dziewczynki ponieważ dobrze wiem jak to jest walczyć z przeszkodami gdy nie ma się na to funduszy. Nie uważam tego za wyrachowanie czy chęć wzbogacenia się. Ona chciała zapewnić jej szansę na w miarę normalne życie. Owszem chwytało mnie za serce gdy Willow cierpiała i w tych momentach zrobiłabym wszystko na miejscu Charlotte by mała przestała wątpić w miłość do niej. Irytowały mnie osądy innych, łatwo oceniać gdy stoi się po drugiej stronie. Cała ta sytuacja dla żadnej z bohaterów nie była łatwa i Jodi pokazuje to bez litości szczegółowo. Widzimy obraz rodziny, która w obliczu tragedii stara się aby przetrwała.

            Książka ta to nie tylko cierpienie, żal i smutek. Willow jest jak na swój wiek inteligentna. Spędza dużo czasu na czytaniu i surfowaniu po Internecie czy też oglądaniu różnych programów. Zawsze zaskoczy jakąś ciekawostką. Jest też bardzo silna, bez łez i słowa skargi znoi każde złamanie i proces leczenia. Wie, że to wszystko dla jej dobra i nie marudzi. Choć tak naprawdę ma święte prawo płakać, narzekać i być zrezygnowaną. Zamiast tego jest pogodna i uśmiechnięta. Nie morze robić wielu rzeczy co jej rówieśnicy, ale zawsze jakoś to sobie rekompensuje. Śmiało mogę stwierdzić, że wielu z nas mogło by brać z niej przykład. Jej dojrzałość w niektórych momentach wywoływała łzy i zaskakiwała, bo wnioski do których ona dochodziła zajmowało mi o wiele więcej czasu. Willow jest kimś godnym naśladowania.

            Po przeczytaniu tejże powieści jestem jakby wypruta z emocji. Już dawno nie czytałam tak emocjonującej książki. Jodi Picoult w tej powieści wywołuje w czytelniku masę skrajnych emocji. Towarzyszy nam wściekłość, radość, smutek, żal i rozczarowanie oraz wiele, wiele więcej. Całym sercem byłam za tym aby tej rodzinie się udało, aby przetrwali ten kryzys. Przerażał mnie i fascynował ten pokład miłości, strachu i zaparcia w walce. Nie sądziłam, że można kochać za mocno, a tu wychodzi na to, że chyba można…

            „Krucha jak lód” pokazuje jak wiele można zrobić dla swojego dziecka. Jej się tak naprawdę nie da opisać bo obojętnie co by się napisało będzie wydawało się za mało. Tę książkę trzeba po prostu przeczytać. Historia jest napisana z różnych punktów widzenia dzięki czemu wiemy co czuje poszczególny bohater. Do tego jest napisana językiem łatwym i przyjemnym. Wszystko jest szczegółowo opisane i nawet nazwy medyczne nie sprawiają trudności. Osobiście uważam, że to obowiązkowa pozycja dla każdej osoby. Zmusza do przemyśleń i sprawia, że doceniamy to co mamy. Wyszło takie masło maślane, ale tak już mam. Trudno mi napisać coś sensownego o twórczości Picoult.

*str. 131
Autor: Jodi Picoult
Tytuł: Krucha jak lód
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: maj 2010
Liczba stron: 616

niedziela, 1 lipca 2012

Bezwarunkowa miłość... („Potem” - Rosamund Lupton)


            „Miłość nie może opuścić ciała, bo nie ono jest jej domem.”*

            Miłość matki do dziecka jest bezwarunkowa i silniejsza od czegokolwiek innego na świecie. Rodzicielka dla swojej pociechy jest w stanie znieść wszystko. Odda ostatni grosz aby miało co potrzebuje. Odejmie sobie od ust aby nie było głodne. Osłoni sobą gdy jest zagrożone. W chwilach kryzysowych skoczy nawet za nim nawet w ogień...

            W renomowanej Londyńskiej szkole odbywają się zawody sportowe. Wszystko odbywa się zgodnie z planem i nic nie zapowiada nadchodzącej tragedii. W pewnym momencie wybucha pożar i Główna bohaterka Grace wbiega do środka gdzie wszędzie bucha ogień by ratować swoją córkę Jenny. W środku coś na nią spada i przez to zapada śpiączkę. Dusza Grace tak jak i córki spotykają się po za swoimi ciałami. od tej pory śledzą nadchodzące zdarzenia i na własną rękę szukają sprawcy podpalenia. Przed nimi oprócz tego jeszcze jedna ważna decyzja do podjęcia. Jaki będzie finał tej historii musicie przekonać się sami...

            Książka ta początkowo przyciągnęła moją uwagę okładką, nie mogłam oderwać od niej oczu. Jak jednak wiadomo nie wygląd okładki powinien nami kierować zerknęłam na notę wydawcy i... musiałam ją mieć. Początki były trudne gdyż nie bardzo mogłam się wczuć historię, ale z czasem coraz bardziej byłam ciekawa jej końca. Z taką książką się jeszcze nie zetknęłam. I nie chodzi tu o samo podpalenie czy siłę uczuć matczynych. Tym razem chodzi o to spotkanie dusz po za ciałem. Ja się jeszcze z czymś takim w takim wydaniu nie spotkałam. I bardzo mi się to spodobało. Do tego styl pisania, który sprawiał, że miało się wrażenie iż historia wydawała się taka... prawdziwa. Nie wiem jak to możliwe, ale podejrzewałam iż nie będzie szczęśliwego zakończenia, a jednocześnie bardzo na nie liczyłam. W „Potem” wszystko jest tak jak powinno, nie ma zbędnych opisów, nic nie jest pozostawione sobie. Choć na początku coś może wydawać się nie potrzebne z czasem okazuje się bardzo ważnym elementem. Luptom świadomie cofa się do przeszłości i wraca. Dzięki takim posunięciom wraz z Grace i Jenny powoli składaliśmy elementy układanki. Uwielbiam gdy pisarz zmyla czytelnika, gdy sprawia iż myślimy, że odkryliśmy sprawcę, a stronę później nasza teoria rozpada się jak domek z kart. Ja  tym razem po początkowych mylnych domysłach wskazałam winnego choć pomyliłam się z motywami. Autorka doskonale radziła sobie z tym abyśmy choć przez chwilę podejrzewali dosłownie każdego. Bardzo lubię takie mieszanie w głowach potencjalnych odbiorców.

            „Potem” ma w sobie wszystko co dobra książka powinna posiadać. Ciekawą fabułę, która wciąga, może nie od samego początku, ale wciąga i nie pozwala o sobie zapomnieć. No i postacie, które są stworzone z najmniejszymi detalami. Od samego początku z ciekawością poznajemy je coraz bardziej i co ważne co chwile nas zaskakują. Ważny też jest pomysł na historię, a trzeba przyznać, że w tym wypadku pomysł jest świetny. Mnie osobiście spodobała się forma, w jakiej Lupton pisała „Potem”. Pamiętniki to jest to co mnie bardzo interesuje, mam wtedy wrażenie, że właśnie czytam o czymś prywatnym, w pewnym sensie nie dla mnie przeznaczonym.

Książka ta ma jedną wadę, ale nie z winy autorki, ale tłumaczenia. Z reguły literówki mi umykają jeśli są sporadyczne, ale w tym przypadku aż kuły po oczach... W „Potem” trzeba się w czytać więc tym bardziej jest łatwo te błędy wyłapać.

„Potem” jest napisana językiem pięknym, który oczarowuje czytelnika. Historie śledzi się z prawdziwą ciekawością i naprawdę trudno się od niej oderwać. Z pewnością sięgnę po jej wcześniejszą powieść, a wam szczerze polecam tę. Autorka udowadnia, że zawsze jest jakieś potem.

*str. 100
Autor: Rosamund Lupton
Tytuł: Potem
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: kwiecień 2012
Liczba stron: 400

wtorek, 13 marca 2012

„Ocal mnie” - Lisa Scottoline


            „Czasem musisz coś poświęcić, by zyskać wszystko.
- Bob Dylan „Silnio””*

            Codziennie stajemy przed różnymi wyborami, które są mniej lub bardziej ważne. Każda jednak ma wpływ na nasze życie. A co byście zrobili w momencie gdy od Waszej  decyzji zależało by życie kogoś bliskiego i kogoś obcego? Serce mówi inaczej i rozum również, czego posłuchać, co wybrać...

            Melly McKenny ma osiem lat i jest obiektem wyśmiewania się z niej z powodu znamienia, który ma na policzku. Dziewczynka zamyka się w sobie i nie chce jeść, bawić się z  rówieśnikami. Rose - mama ośmiolatki gdy o tym się dowiaduje postanawia poobserwować córkę w czasie wolontariatu w stołówce. Gdy zauważa, że naprawdę dzieci naśmiewają się z małej postanawia z nimi, a właściwie nią - bo to Amanda wszystko zaczyna - o tym porozmawiać. Niespodziewanie kuchnią wstrząsa wybuch, który zwala kobietę z nóg. Gdy dochodzi do siebie dociera do niej, że musi wybrać między własnym dzieckiem, a obcym... Jakiego wyboru dokona i jakie będą konsekwencje podjętej decyzji?

            „Ocal mnie” jest zapowiedzią lektury, która poruszy, wciągnie i wzruszy. I rzeczywiście porusza bo nie da się przejść obojętnie obok ludzkiej krzywdy, ale czegoś mi zabrakło w tej pozycji, dokładniej mówiąc brakuje mi tu tego, że nie wywoływała jakiś większych emocji, gdy przerywałam nie czułam tego, że muszę do niej wrócić by poznać co będzie dziać się dalej. Twierdzę też iż książka mogłaby być  krótsza bez rozwlekania opisów, które momentami mogą nużyć. Trochę mniej, a o  ile ciekawiej by było. W trakcie czytania miałam nieustannie wrażenie, że autorka próbuje dorównać Jodie Picoult co uważam za duży błąd. Scottoline stworzyła dobrą powieść psychologiczno- obyczajową, która porusza ważny temat wyśmiewania się z tego co inne. Co prawda schemat się powtarza piękna i lubiana dręczy tą słabszą, ale takie rzeczy cały czas wywołują oburzenie. Zdumiewające było też to jak wszyscy napadli na Rose bo niby nie zrobiła wszystkiego co było trzeba, miała wszystkich przeciwko sobie. Pocieszające jest, że była silna psychicznie i wiedziała, że zrobiła co mogła.  Łatwo jest ocenić nie znając całej prawdy, ciekawi mnie też jak inni by zareagowali na miejscu tej kobiety - nauczyłam się, że zanim kogoś ocenię próbuję postawić się w jego sytuacji. Tak więc najnowsza powieść amerykańskiej pisarki jest napisana dobrze, ale trochę jej brakuje by zapadła mi w pamięci na dłużej.
            Z bohaterów najbardziej polubiłam właśnie Rose - może dla tego, że tylko ona była w miarę wykreowana. Bowiem reszta postaci była taka... nijaka. A Rose zaś jest silna mimo tego co ją spotyka, nie poddaje się, nie ulega presji otoczenia, twardo zostaje przy swoim zdaniu. I to mi się podoba, ale były momenty gdy strasznie mnie irytowała jej postać - niestety ideałów nie ma.
            „Ocal mnie” jest powieścią, która porusza temat dobrze nam znany i takie historie zawsze będą poruszać czytelników. Mimo dość widocznych minusów jest dobra i nawet ciekawie napisana. Ani polecam ani odradzam - wydaje mi się, że to czy przypadnie komuś do gustu czy też nie zależy od upodobań czytelniczych. Ja jej daje cztery z minusem - małym. ;)

*cytat pochodzi z książki
Autor: Lisa Scottoline
Tytuł: Ocal mnie
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: luty 2012
Liczba stron: 544

sobota, 3 marca 2012

„Wiadomość z nieba” - Brooke i Keith Desserich


            „Nauka Eleny nie odnosi się do śmierci i raka, dotyczy nadziei i życia. Pokazała mi, jak żyć, kochać i jak się śmiać.  Nigdy jej tego nie zapomnę.”*

            Śmierć jest nie odłącznym elementem naszego życia, ktoś się rodzi ktoś umiera, tak już jest. Mimo tego, że wiemy iż tak musi być każda utrata bliskiej osoby boli i pozostawia po sobie żal i rozpacz. Niezależnie od tego czy jest się na to przygotowanym czy nie... Każda boli. Stary człowiek czy też młody... Każda śmierć pozostawia pustkę, żal oraz smutek, ale czasem gdy ktoś odchodzi pokazuje nam co tak naprawdę liczy się w życiu...

             Rodzina Desserich to zwyczajni ludzie - mama, tata i dwie córki - starsza Elena i młodsza Grace. Nikt nie podejrzewał tego co ich czeka, dziewczynki były okazem zdrowia, pełne radości... Gdy pewnego dnia dowiadują się, że ich starsza pociecha ma guza mózgu cały ich świat się wali. Szybko jednak się pozbierali i zaczęli walkę z tą śmiertelną chorobą. Małżeństwo te mimo tego co przeżywało zaczęło pisać pamiętnik – początkowo tylko dla młodszej latorośli, ale póżniej zmienili zdanie i mógł go czytać każdy kto chciał. Pamiętnik ten to swego rodzaju hołd związany Elenie za to jaka była mimo choroby. Miała tylko 6 lat, a rozumiała więcej niż wielu dorosłych...

            „Wiadomość z nieba” chciałam przeczytać już od momentu ukazania się zapowiedzi, wiedziałam, że będzie to pozycja pełna emocji i smutku, ale miałam nadzieję iż da mi jeszcze coś... Gdy się za nią zabierałam starałam nastawić się psychicznie na to co mnie czeka - myślałam nawet, że mi się to udało tylko nie podejrzewałam, że pamiętnik ten jest taki... poruszający? Już od pierwszych stron czytelnikowi może krajać się serce na to co zapisane, poznajemy dzień po dniu ich walkę z chorobą, to jak sobie z nią radzą. Czasem w wpisach jest tyle żalu i rozpaczy, że nie idzie pohamować łez. Ale moim zdaniem najważniejsze jest tu co robi Elena, otóż mimo młodego wieku jest bystra i wie, że to co się dzieje jest bardzo... złe. Chce uczestniczyć w rozmowach z lekarzami, chce wiedzieć o każdym podjętym kroku. A najbardziej poruszające jest to, że ten mały brzdąc pokazuje rodzicom i reszcie, że nawet w chorobie można się śmiać i cieszyć, dawała im radość, sprawiała dumę i uczyła tego co najważniejsze. W trakcje trwania choroby Desserich’owie zmienili swoje priorytety, zrozumieli wreszcie co dla nich jest najważniejsze - do tej pory myśleli, że mają czas aby spędzić go z dziećmi, a główna bohaterka uświadamia iż czas to pojęcie względne. Cytat, który jest na początku znajduje się prawie, że na końcu i mówi o tym czego ta mała nauczyła  swoich i nie tylko rodziców. Dzięki tym wpisom wielu czytelników zrozumiało, że dzieci to najcenniejsze co mają i czas, który im poświęcają może być za krótki. Spotykam się z ludźmi zmagającymi się z podobnymi chorobami, ich walką, ale tym razem uświadomiłam sobie, że nie tylko oni się troszczą o chorego, ale i chory o nich. Tak właśnie było z Eleną, robiła wszystko by jej bliscy nie cierpieli, na swój sposób przekazywała im swoją miłość i wsparcie... Nie jestem w stanie opisać co we mnie siedzi po zapoznaniu się z tą historią. To był bardzo duży ładunek emocji, który poruszył we mnie najgłębsze zakamarki... A co może wydawać się dziwne z tych kartek płynie ciepło, nadzieja i wiara, bo tak naprawdę to jest jej przekaz...          „Wiadomość z nieba” jest zaskakująca. Ci co boją się, że autorzy będą chcieli manipulować uczuciami czytelnika niech się tego nie obawiają, to książka napisana z prostotą, bez żadnych manipulacji. Wszystko jest szczere i do bólu prawdziwe. Pozycja ta z pewnością zmieni nas, pomoże zrozumieć, zauważyć co jest najważniejsze. Uświadamia, że powinniśmy doceniać to co mamy.
            W środku znajduje się dużo zdjęć Eleny i jej bliskich, widać jej siłę i determinację, dziecięcą radość. Znalazł się też jej wpis i listy pisane do rodziców, listy, które chwytały za serce... Elena pokazała, że mimo utraty zawsze jest jakieś jutro. Coś się kończy, a coś zaczyna i choć żyła tak krótko swoje zrobiła... Pozostawiła po sobie ślad w wielu sercach...
            Polecam ją wszystkim - uważam, że przeczytać powinien ją każdy, naprawdę. U mnie zajmuje miejsce jednych ważniejszych książek życia, dała mi lekcję, której nigdy nie zapomnę...

*str. 309
Autor: Brooke i Keith Desserich
Tytuł: Wiadomość z nieba
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Rok wydania: listopad 2011
Liczba stron: 328

wtorek, 21 lutego 2012

„Dziewczynka, która widziała zbyt wiele” - Małgorzata Warda


            „Za moim namiotem był cały zły świat: dzikie zwierzęta i obłąkani mordercy. Były czarownice i jakiś pokój, w którym ktoś krzyczał na mojego brata i robił mu krzywdę.”*

            Zadaje sobie pytanie skąd dzieci biorą siłę by przetrwać to co ich spotyka od ludzi, którzy powinni je chronić.. Ile też są wstanie wytrzymać, gdzie kończy się  ta granica,  po której przekroczeniu zaczną wpadać w czarną dziurę, a normalne życie to coś tak odległego, że aż nierealnego... I choć czas leczy rany, nie jest w stanie wymazać wspomnień... Czy tym razem przekroczono granicę...?

            Dwoje małych dzieci, rodzeństwo, Aaraon i Ania od dziecka nie mieli łatwo, po śmierci ojca, mama się załamała i musieli sami się sobą zajmować, w ostateczności dzwonili do cioci Gabrysi. Rodzeństwo jest zżyte sobą, brat jako starszy przejął jakby opiekę nad Anią, pilnował by miała odrobione lekcje, by chodziła do szkoły, by nikt jej nie skrzywdził... Tylko za jaką cenę? Gdy Cecylia – matka dzieci – trafia do szpitala dzieci jadą do cioci i jej faceta, który nie przepada za Aaronem, nie przepada to mało powiedziane. Okazuje to na każdym kroku, zrobił sobie z chłopca worek treningowy, a ciotka choć o tym wiedziała nic nie robiła... Pewnego dnia gdy w domu było tylko rodzeństwo i chłopak Gabrysi, Aaraon został brutalnie pobity i wraz z Anią zamknięty w pokoju, który na zawszę miał tkwić w ich pamięci, a to co się w nim wydarzyło zmieniło ich na zawsze... Po latach Ania oskarża brata o gwałt... Jakie są tego powody, czy rzeczywiście ją zgwałcił? Jeśli nie to kto? Czy na pewno została zgwałcona, a może tu nie chodzi o Anię wcale... Jaka jest prawda?

            Gdy wiem, że biorę do ręki książkę o ludzkich dramatach zawsze boje się czy podołam jej przeczytaniu, albo czy pisarz nie zawiedzie i opisze coś tak istotnego w naszych czasach byle jak, aby tylko napisać. Tak było i w tej sytuacji, ale na szczęście szybko przekonałam się, że to co obecnie trzymam w rękach będzie kawałkiem dobrej literatury i przekonanie te trwa dotychczas. Małgorzata Warda porusza bowiem bardzo ważne tematy takie jak depresja, przemoc i wykorzystywanie seksualne, które wcale nie jest łatwo przedstawić. A tej polskiej pisarce wyszło to całkiem dobrze. Przeczytałam wiele książek o tej tematyce i jestem skłonna powiedzieć, że to co jest opisane w „Dziewczynce, która widziała zbyt wiele” to szczegółowy i przejmujący obraz przeżyć rodzeństwa. Na łamach tych kartek jest historia dzieci, którym nikt nie pomógł choć doskonale było widać, że tego potrzebowali, rówieśnicy woleli się wyśmiewać i trzymać z dala o od nich... a nauczyciele zachowywali się jakby nie było problemu, czasem nawet zachowywali się bardzo niepedagogicznie co przemilczę bo nie ręczę za siebie... Pani Warda potrafi świetnie przekazać uczucia, które towarzyszą postacią co sprawia, że Czytelnik zagłębia się jeszcze bardziej w fabułę i wraz z nimi przeżywa kolejne zdarzenia. Niesamowity przekaz uczuć i odwzorowanie psychiki dziecięcej to też duży atut tej powieści.
            „Dziewczynka, która widziała zbyt wiele” jest splotem wielu wątków, czasem niedokończonych co mi trochę przeszkadzało, tak jak i nagłe przeskoki w czasie, w których czasem się gubiłam. Jeszcze jednym minusem był dla mnie czasem styl pisania, w niektórych momentach czytania co może drażnić tych, którzy zwracają dużą uwagę na takie rzeczy, ja starałam się wtedy przymykać oko.
            Małgorzata Warda stworzyła postacie, które są realne co z pewnością jest bardzo ważne, mamy możliwość poznania ich uczuć i tego jak sobie radzą w życiu. Nie bała się okazać prawdziwych emocji. Najbardziej intrygujący był chyba Aaraon bo to po im nigdy nie można było przewidzieć czego się spodziewać, zaskakiwał i to bardzo. Ania też mnie ciekawiła szczególnie w drugiej połowie książki. Byłam ciekawa jej postępowania i tego co ją skłoniło do podjęcia takie kroki. Poruszyła też ważny temat ignorowania przez społeczność takich spraw.
            Książka jest naprawdę dobra, zdarzenia są opisane bez zbytnich szczegółów, ale w taki sposób, że można się domyśleć tych szczegółów. Zakończenie zaś jest takie niedokończone co pozwala Czytelnikowi snuć domysły, samemu je skończyć. „Dziewczynka, która widziała zbyt wiele” trzyma w napięciu do ostatnich stron, prawie do końca nie wiadomo jaki będzie finał tej historii. Muszę jednak stwierdzić, że czuję mały niedosyt, brakuje mi zakończenia niektórych wątków... Polecam, naprawdę warto przeczytać.

*str. 116
Autor: Małgorzata Warda
Tytuł: Dziewczynka, która widziała zbyt wiele
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: luty 2012
Liczba stron: 320

niedziela, 12 lutego 2012

„Kwiaty na poddaszu” - Virginia Cleo Andrews


            „Cierpliwość. Pomalowałam ją na szaro i powiesiłam w śród czarnych chmur. Nadzieję pomalowałam na żółto, jak słońce, które mogliśmy oglądać przez kilka krótkich porannych godzin...”*

            Pieniądze to rzecz, która ułatwia życie, są po to by nie głodować, by było gdzie i jakoś żyć. Nie oszukujmy się są ważne. Ale czy aż tak żeby postawić je ponad wszystko? Jakim trzeba być potworem aby zrobić wszystko, dosłownie wszystko by tylko zdobyć fortunę... Nie no przecież są jakieś granice, prawda? A może jednak nie...

            Rodzina Dollanganger początkowo jest standardową rodziną, którą może znać każdy z nas. Ojciec w tygodniu jest cały czas w trasie, a dziećmi najstarszym synem Chrisem, młodszą Cathy, a później bliźniakami Carrie i Corrym zajmuje się mama. Na weekendy jednak zawsze wracał do domu by spędzić je z rodziną.  Sielanka. Jednak pewnego dnia on ginie, a Dollanganger’owie popadają w długi i są zmuszeni prosić o pomoc rodziców matki, którzy wyrzekli się jej parę lat temu. Gdy dostają pozytywną odpowiedz tego samego dnia pakują najpotrzebniejsze rzeczy i wyjeżdżają bez pożegnania z kim kolwiek, bez wyjaśnień...
            Rodzeństwo jest szczęśliwe, że kończą się ich kłopoty, ale nie rozumie czemu nikt o nich nie może wiedzieć. I czemu muszą być ukryci na poddaszu... Gdy mama im tłumaczy i prosi o wyrozumiałość akceptują to, no bo jak mają nie ufać własnej matce? No i w końcu to tylko jeden dzień, ostatecznie kilka dni. Jednak te parę dni zmienia się w tydzień, potem kolejne, następnie miesiące, lata... A w tym czasie oni musieli przetrwać, Chris i Cathy musieli zająć czymś się młodszym rodzeństwem – wytłumaczyć im czemu nie mogą wyjść na zewnątrz... A wszystko to przez jeden sekret rodzinny, jaki? Co się stanie z czwórką rodzeństwa mieszkających na poddaszu? Co zrobi matka? Czy dziadkowie ich zaakceptują? Jaki będzie koniec tej historii?


            Ci co czytali „Kwiaty na poddaszu” zdają sobie sprawę, że to co napisałam to taki misz-masz tego co się działo w tej książce, ale musiałam tak napisać by nie zdradzić wszystkiego, a zarazem przekazać jakiś zarys fabuły. Książka jest rewelacyjna! Już dawno nie czytałam żadnej pozycja, która by wywarła we mnie takie emocje. Podczas czytania miałam ochotę wrzeszczeć, wyzywać, bronić te dzieci przed kimś kto właśnie powinien to robić bezwarunkowo. To co zrobiono temu rodzeństwu było bezduszne i niewytłumaczalne. Nie jestem w stanie zrozumieć powodów takiego postępowania... „Kwiaty na poddaszu” to pozycja, która wstrząsa i pozostawia ślad w czytelniku na bardzo długi czas. Wzbudza ogrom emocji i niesamowicie wciąga. Wraz z bohaterami przeżywamy to co akurat się dzieje, cierpimy, mamy nadzieję, niedowierzamy... Kibicujemy dzieciom by to już się skończyło.
            Niektórzy po przeczytaniu będą oceniać dzieci, będą się buntować, że jak tak można. A ja je podziwiam. Podziwiam za to, że wytrzymują całą sytuację, ufają cały czas matce. Oni zbyt szybko dorośli. Zabrano i możliwość cieszenia się dzieciństwem, poznawanie świata... Cathy stała się matką dla bliźniaków, to ona ich pielęgnowała w zdrowiu czy chorobie. Za to dla matki babci dzieci nie mam żadnych pozytywnych słów. Szczerze mówiąc mam ochotę użyć kilku niezbyt miłych epitetów. Te kobiety są... One nie mają chyba żadnych uczuć, nigdy nie zrozumiem takich osób.
            Długo wyczekiwane wznowienie bestsellera polecam wszystkim – wzrusza, skłania do przemyśleń oraz porusza... Z niecierpliwością będę czekać no kolejny tom z cyklu.

„Zobaczę słońce,
Znajdę mój dom,
Poczuję wiatr.
Zobaczę znów słońce.”**

*str. 112
**str. 294
Autor: Virginia Cleo Andrews
Tytuł: Kwiaty na poddaszu
Wydawnictwo: Swiat Książki
Rok wydania: 15.02.2012
Liczba stron: 384

sobota, 31 grudnia 2011

Bezludny raj - Ana Marie Matute

Powieść utkana ze świateł, wspomnień i magii, a wszystko to pobrzmiewa nutą nostalgii za utraconym dzieciństwem, mimo że bynajmniej nie sielskim ani anielskim. Atmosfera półszeptu, patrzenia przez dziurkę od klucza w drzwiach, które stają się jednocześnie wrotami wyobraźni, tworząc zaczarowane światy. Jest coś urzekającego w powieści Matute. Jest coś bliskiego i uniwersalnego zarazem w snutej przez nią historii. Wejście w książkę hiszpańskiej autorki jest niczym potrząśnięcie śnieżną kulą - jak ono wznieca miliony rozbłysków srebrnego pyłku, tak lektura "Bezludnego raju" powoduje eksplozję wspomnień z pogrążonego w odmętach pamięci dzieciństwa.
  Mała Adri to dziewczynka niezwykła. Mimo, iż jest pozbawiona ciepła rodzicielskiej miłości, bo matkę i ojca całkowicie pochłania kryzys w ich związku; mimo, iż jej starsze rodzeństwo zdaje się ją ignorować, zajęte swoimi poważniejszymi sprawami, ona szczęśliwa jest w swoim własnym świecie. Świecie w którym niepodzielnie królują niania Maria i kucharka Isabel, w świecie, gdzie snują się zapachy, gdzie miarowo stuka nóż, gdzie bucha para z garnków. Kuchnia to azyl małej chroniący ją od przestrzeni Olbrzymów, której zasad, jako karzełek nie rozumie i która jest dla niej szorstka i nieprzyjazna. Jednak najlepiej Adri czuje się w oazie własnej wyobraźni - to ona jest osobistym i bezludnym rajem bohaterki. Dziewczynka nocami żegluje po morzach dywanu na papierowej łódeczce, tropi zbiegłego z obrazu jednorożca, wspina się na niebosiężne szczyty Miasta Szaf i pławi w przepaściach ułożonych z zatęchłych, niepasujących płaszczy. Ma też swoich wyimaginowanych przyjaciół: latarnika i Trzech Króli.
Na całość recenzji zapraszam do mnie: Kartek szelest.

czwartek, 10 listopada 2011

"Zaopiekuj się moją mamą"

wyd. Kwiaty Orientu

Pierwsza w moim czytelniczym życiu książka koreańskiej pisarki. Proza inna, zarówno kulturowo jak i stylistycznie. Książka o tym, kim jest dla nas matka i kim my jesteśmy dla niej. Zapraszam do lektury ma MOIM BLOGU

piątek, 2 września 2011

„Skrzywdzona” – Cathy Glass

           Żyjemy ze świadomością, że nasze dzieci, rodzeństwo, kuzynostwo są bezpieczni, kochani, że nic im nie zagraża. Od dziecka otaczani troską i miłością. Wychowywani tak aby umieli okazać uczucia oraz rozumieli pojęcie dobra i zła oraz tego co wolno, a czego nie. Jesteśmy pewni, że tak jest wszędzie. A co jeśli nie? A co jeśli gdzieś obok nas jest mała, niewinna istota, która potrzebuje pomocy, bo Ci którzy powinni ją kochać tak naprawdę ją krzywdzą? Owszem słyszy się znęcaniu psychicznym i fizycznym na dziecku i już samo to wzbudza w nas protest i przerażenie. Ale tu nie kończy się granica okrucieństwa, tak naprawdę chyba nigdy nie ma końca…

Na całość recenzji zapraszam do mnie: Zapatrzona w książki

„Najsmutniejsze dziecko” – Cathy Glass

          Z jej oczu wypływał smutek i ból, którego nie sposób opisać. Barki miała pochylone jakby na niej spoczywał cały ciężar świata. Takich uczuć nie powinno odczuwać dziesięcioletnie dziecko, ono powinno być beztroskie, powinno chłonąć wszystko garściami. Powinno być kochane… Smutna mała dziewczynka, która jedyne czego potrzebowała to pokazanie jak może wyglądać dzieciństwo… prawdziwe dzieciństwo.

Na całość recenzji zapraszam do mnie: Zapatrzona w książki

środa, 24 sierpnia 2011

„Pokochaj mnie mamo’ – Cassie Harte

Niekochana, niechciana, uważana za pomyłkę życia. Jej miało nie być. Od małego mama uświadamia jej, że jej nie kocha, że zniszczyła jej życie. Jest tylko kulą u nogi. Na dodatek jest głupia i wszystko robi źle, źle, źle… Nie kocham cię, nie kocham cię, nie kocham cię… Tylko te słowa ciągle słyszy…

Na całość recenzji zapraszam do mnie: Zapatrzona w książki

sobota, 23 lipca 2011

"Zaopiekuj się moją mamą" - Shin Kyung-Sook

Jak wiele emocji można zawrzeć na 170 stronach powieści? Jak wiele trafnych i głębokich refleksji o życiu można za pośrednictwem takiej niepozornej książeczki przekazać czytelnikowi? Koreańska autorka udowadnia nam, że bardzo dużo. Przy okazji czytania tej pozycji uświadomiłam sobie, jak ważne jest sięganie po literaturę krajów o tyle dla nas egzotycznych, co peryferyjnych. Warto, bo szkoda byłoby przegapić podobne talenty i nie przeżyć podobnych historii. I, mimo, że autorce trudno odmówić profesjonalizmu i literackiej wprawy, to od jej utworu wieje świeżością nieprzegadanej tematyki,  innowacyjnej konstrukcji i... tej szczególnej, nurtującej atmosfery.
    "Zaopiekuj się moją mamą" to historia pewnej koreańskiej rodziny, której codzienna rutyna została zachwiana w chwili zniknięcia mamy. Zniknięcia tajemniczego i absurdalnego zarazem (po prostu nie wsiadła do metra wraz z tatą, kiedy oboje przyjechali świętować wspólne urodziny do swoich dzieci do Seulu). Dorosłe dzieci szukają mamy, rozwieszają ogłoszenia, zaczepiają przechodniów,  odbierają setki telefonów od ludzi twierdzących, że widzieli mamę, jadą we wskazane miejsca i... nic. Jednocześnie poszukiwania starszej pani są dla nich pretekstem do zatrzymania się, zajrzenia w głąb siebie i postawienia sobie wielu prostych, ale jednocześnie bardzo okrutnych pytań - dlaczego dostrzegli mamę dopiero, gdy zginęła? dlaczego nie mieli dla niej czasu? dlaczego byli niemili? mieli tysiące innych spraw ważniejszych, niż odwiedzenie jej? I, przede wszystkim, czy tak właściwie znają swoją mamę?
   Na całość recenzji serdecznie zapraszam do mnie: Kartek szelest.

wtorek, 12 lipca 2011

"Dom sióstr" Charlotte Link

Dawno, dawno temu, w pięknym domu wśród bezkresnych torfowisk Yorkshire żyły dwie siostry-uparta, wyniosła Frances o ostrych rysach i lodowatych, błękitnych oczach, oraz młodsza od niej potulna, złotowłosa piękność, Victoria. W sąsiedniej rezydencji mieszkał zaś przystojny potomek najbogatszego rodu w okolicy, gotów pojąć swą wybrankę za żonę, by żyć z nią długo i szczęśliwie.
Brzmi znajomo, nieprawdaż? „Dom sióstr” Charlotte Link nie jest jednak baśnią o udręczonym przez okrutną starszą siostrę szlachetnym Kopciuszku, choć relację między dziewczętami istotnie trudno nazwać poprawną, a miłość do tego samego mężczyzny poróżni je na zawsze, prowadząc d tragicznego finału. Szybko okazuje się jednak, że rumianolice ślicznotki czasem wyrastają na zrzędliwe nudziary, „królewicz” wcale nie znosi wojennych trudów bez szwanku, a pełen rodzinnego ciepła dom może stać się więzieniem.
Czytelnik poznaje bowiem Westhill House wiele lat po śmierci Frances Gray, gdy przeżywająca kryzys małżeński para niemieckich adwokatów postanawia zaszyć się na zacisznym odludziu, by ratować swój związek. Plany spędzenia Bożego Narodzenia w sielskiej atmosferze pełzną na niczym, gdy niespodziewana śnieżyca odcina ich od świata, pozbawia prądu i ogrzewania. Szperając we wszelkich zakamarkach w poszukiwaniu czegoś, co ułatwiłoby im przetrwanie, Barbara przypadkowo natyka się na zapiski byłej pani domu, które już wkrótce przenoszą ją do Anglii z początków dwudziestego wieku, gdzie klasa robotnicza coraz silniej buntuje się przeciw społecznym podziałom, sufrażystki zaciekle walczą o prawo głosu, pierwsza wojna światowa już czai się na horyzoncie, a młodziutka Frances opuszcza ukochany dom i wyrusza do Londynu, by ku utrapieniu rodziców świadomie poszukiwać swej życiowej drogi.
Panna Gray, bo to ona jest główną bohaterką powieści, okazuje się pełną temperamentu dziewczyną niezważającą na konwenanse. Czerpiąc z życia garściami i nie uginając się przed czekającymi ją wyzwaniami, doznaje rozczarowań, ale i sama sprawia zawód rodzinie, łamie serca, ale i cierpi z powodu niespełnionej miłości. Uczy się podejmować decyzje i ponosić ich konsekwencje, przeżywa pierwsze bolesne straty. Na oczach czytelnika dojrzewa, staje się człowiekiem z krwi i kości, który czasem postępuje szlachetnie, a czasem karygodnie, ale zawsze w zgodzie ze sobą. Jako w pełni samodzielna i odpowiedzialna za siebie kobieta znacznie wyprzedza swą epokę, nierzadko płacąc za to niezrozumieniem czy wręcz potępieniem.
Victoria stanowi zupełne przeciwieństwo siostry. Uległa, pozbawiona własnego zdania, doskonale wpasowuje się w rolę uroczej panienki z dobrego domu czy oddanej żony. Z przyjemnością czyni to, czego się od niej oczekuje, więc nie przysparza rodzinie zgryzot, lecz, otoczona bezgraniczną miłością, nigdy tak naprawdę nie dojrzewa, a przed życiowymi zakrętami kryje się w opiekuńczych ramionach ojca.
Diametralnie odmienne osobowości, niezrozumienie, zazdrość o względy rodziców i ukochanego doprowadzają do nieskrywanej nienawiści między siostrami. Westhill Farm staje się areną walki, której konsekwencje mają wpływać na ludzkie losy jeszcze długo po śmierci Frances i Victorii.
Choć zagłębianie się w ten misternie skonstruowany świat ma niezaprzeczalny urok, moja wrodzona nieufność kazała mi węszyć literacki podstęp. Podczas lektury odniosłam bowiem wrażenie, iż powieść wprost naszpikowana jest warsztatowymi trickami rodem z kursów creative writing, sprytnie wykorzystanymi przez doświadczoną pisarkę (niespełna pięćdziesięcioletnia autorka ma na koncie 23 książki!), by przykuć uwagę czytelnika. Zgodnie z zasadą „dla każdego coś miłego”, zarysowane momentami zbyt oględnie tło historyczne gęsto przetykane jest więc wzmiankami o: traumach wojennych, wpływie emancypacji kobiet na kondycję współczesnych związków, a młodzieńczych kompleksów na późniejsze życie, przemocy w rodzinie, zaburzeniach odżywiania, alkoholizmie, uśpionej seksualności dojrzałych kobiet, samobójstwach z miłości, społecznym postrzeganiu staropanieństwa… Psychologiczne zacięcie pani Link i jej zamiłowanie do dramatycznych zwrotów akcji chwilami niebezpiecznie upodabniają opowiadaną historię do scenariusza „Mody na sukces”, a indywidualizacja języka postaci wyraźnie kuleje („To jakaś ukartowana gra”[1]-krzyczy w chwili wzburzenia kobieta z nizin społecznych). Trzeba jednak przyznać, że wątki połączone są zgrabnym literackim ściegiem, a autorce udała się nie lada sztuka-stworzyła galerię barwnych, pełnokrwistych postaci, ani jednoznacznie dobrych, ani złych. Unikając banalnego happy endu, a ocenę ich postępków pozostawiając czytelnikowi, ukazała, jak na swój sposób próbują utrzymać równowagę, gdy bezpieczny świat usuwa im się spod nóg, jak odkrywają w sobie coś, „o czym nikt nie wie, co być może objawia się tylko w tej jednej chwili, gdy odpadają (…) zewnętrzne warstwy. W chwili wielkiego smutku. Zwątpienia. Tęsknoty. Albo w chwili miłości”[2].
Pomijając niewątpliwe zalety tej książki jako pasjonującego wakacyjnego czytadła, być może właśnie dlatego warto ją przeczytać-by sprawdzić, do której z sióstr nam bliżej. Wejdźcie więc do ich domu i rozgoście się!



[1] Charlotte Link, Dom sióstr, wyd. Sonia Draga, Katowice 2011, str. 485
[2] Tamże, str. 559

poniedziałek, 11 lipca 2011

Jodi Picoult, Bez mojej zgody

 Tak jak sobie obiecałam ponownie sięgnęłam po książkę Jodi Picoult. Tym razem jest to powieść Bez mojej zgody. Wiele o niej słyszałam, także to, że została zekranizowana. Poza tym miałam zamiar przeczytać ją w ramach wyzwania czytelniczego. I oczywiście była akurat dostępna w bibliotece.

I tak ponownie rozpoczęłam przygodę z panią Picoult. Trochę się obawiałam pewnego deja vu związanego ze sposobem narracji. Autorka oddaje głos swoim bohaterom dzięki czemu poznajemy tę samą historię z różnych punktów widzenia co wpływa na subiektywizm opowieści. Tak samo było w poprzedniej powieści Jodi Picoult. Ponieważ znam tylko te dwie książki nie wiem czy podobny zabieg stosuje autorka we wszystkich swoich powieściach. Jeżeli tak by było z mojego punktu widzenia byłby to pewien mankament. To co wydaje się być odkrywcze za pierwszym razem, za kolejnym traci swoją świeżość i oryginalność. 

Przejdźmy jednak do samej powieści. Bez mojej zgody porusza bardzo ważki problem choroby w rodzinie i to choroby śmiertelnej. Spokojne życie Sary i Briana Fitzgeraldów, rodziców czteroletniego Jessego i dwuletniej Kate, burzy informacja o śmiertelnej chorobie córeczki. Zrozpaczeni rodzice za wszelką cenę pragną ratować małą Kate. Nie wahają się nawet przed podjęciem decyzji o urodzeniu kolejnego dziecka, które będzie genetycznie jak najbardziej zbliżone do chorej dziewczynki i będzie dla niej idealnym dawcą narządów i tkanek. I tak na świat przychodzi Andromeda nazywana w rodzinie po prostu Anną. 
Na dalszą część recenzji zapraszam tutaj.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Penmarrick

Penmarrick, Susan Howatch



"Penmarrick" to potężna saga rodzinna z rodową posiadłością i wzgórzami Kornwalii w tle. Książka do której trochę trudno mi się ustosunkować, z jednej strony nieźle napisana, z niebanalnymi postaciami i ciekawym pomysłem na fabułę, z drugiej nużąca i momentami stanowczo przydługa.

Tytułowy Penmarrick to dwór nad brzegiem morza, który pradziad rodziny wygrał w kości. Wspaniały budynek będzie wzbudzać wśród kolejnych pokoleń kornwalijskiej rodziny zazdrość, namiętność oraz pożądanie, zapewni każdemu z męskich potomków odpowiedni status społeczny i ugruntuje nienawiść między nimi - czyli jak w dobrej sadze rodzinnej. Losy samej familii zaczynamy śledzić od Marka, który dziedziczy rodowe gniazdo i osiedla się w nim z wybranką serca Janną, ma to miejsce w połowie XIX wieku. Będzie nam dane poznać dzieje ich synów, które obejmą w czasie jeszcze koniec drugiej wojny światowej. Czyli ramy czasowe powieści sięgają ery wiktoriańskiej i kończą się w 1945 r. - całkiem niezły rozstrzał.

C.D. SMIETANKA LITERACKA