Od mlodosci (kiedy to bylo?) ciagle cos szylam na maszynie. Maszyna byla mamy, ale pozwalala mi jej uzywac. Jakies pierwsze wprawki, skrocenie spodni, zwezenie - zadne achy i ochy :)
Zmienilo sie to, gdy pojawila sie na swiecie moja corka. Lata siedemdziesiate odznaczaly sie tym, ze w sklepach poza octem, nie bylo nic. Ubran tez nie, materialow tez nie.
Dziecina rosla, obszywana glownie przez babcie.
Ale po wyprowadzeniu sie na swoje, nie bylo juz tak latwo, mama daleko, a tu spodnie sie wydarly, bluzki maja za krotkie rekawy. Trzeba sie bylo wziac do szycia.
Kredyt, zwany malzenskim (bezodsetkowy!) umozliwil mi kupno nowego Lucznika.
I sie zaczelo szycie niezliczonej ilosci portek do przedszkola, spodniczek na lato, albo strojow krolewny na przedstawienie.
Minely lata, Lucznik caly czas byl na chodzie, umozliwial mi nawet dorabianie do pensji :)
Jak wpadlam po uszy w patchworki, szylam je na Luczniku.
Jak zaczelam od czasu do czasu bywac w Niemczech, to wyszukiwalam ogloszenia o sprzedazy maszyn do szycia i dorobilam sie trzech fajnych maszyn za pare euro!
Lucznika podarowalam znajomej, a u mnie szyly dwie Viktorie. Trzecia maszyna pojechala do kuzynki.
Dobrze nam sie wspolnie zylo do czasu wielkiej emigracji :)
Jedna Viktoria zaginela gdzies w czelusciach piwnicy i nie sposob bylo ja znalezc :(
Druga szyla, ale ja nabralam ochoty na cos bardziej luksusowego.
Przewertowalam Internet z prawa na lewo i z lewa na prawo i... zdecydowalam sie na Brothera (tu o nim pisalam).
Miesiace mijaly......
Na facebooku znalazlam dyskusje o owerlokach. Hmmmm... przydalby mi sie...
W Lidlu daja Singery tanio.... ale wszyscy opluwaja te z Lidla.... ale tanio.... i mozna zwrocic bez problemu....
W dniu Zero wstalam wczesniej i pojechalam do Lidla - byly cztery pudla z maszynami, zabralam jedno!
Jak to ja, zaczelam od studiowania instrukcji, porad w internecie, filmikow na Youtubie.
Jak uznalam, ze juz dojrzalam, to wywloklam wszystkie wstepnie nawleczone nici i zaczelam zabawe z nawlekaniem. W uzyciu byly rece, nogi, jezyk, ale.... nawleklam.... wlaczylam..... maszyna ruszyla.... pierwszy probny scieg.... wyszedl!!!!!!
Stara maszyna Viktoria tez sie przydawala, ale ktoregos dnia przyjechala corka i oddalam ja jej.
W podswiadomosci juz mialam pomysl, jak dla siebie zalatwic nowa, zapasowa maszyne :)
Otoz oswiadczylam Najglowniejszemu, ze albo mi odnajdzie w piwnicy zaginiona od przeprowadzki maszyne, albo zaplaci za nowa.
Co zrobil??? Zaplacil, poniewaz nie oplacalo mu sie za te pare euro (jak powiedzial) grzebac w czelusciach piwnicy!!!
W ten sposob stalam sie posiadaczka nowego Singera o imieniu Talent :)
Zapasowa maszyna jest czasem niezbedna, np. musze cos szybko przeszyc, a na pierwszej aktualnie szyje cos z jerseju, wiec zmiana nici, zmiana igly, zmiana ustawien.... no to przeciez latwiej szybko uruchomic druga, ktora czeka na drugim stole :)
I tak to jestem dumna posiadaczka trzech nowych, pieknych maszyn!