Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Obyczajowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Obyczajowa. Pokaż wszystkie posty

piątek, lutego 10

Pies najlepszym przyjacielem człowieka?


Tytuł: Był sobie pies

Tytuł oryginału: A Dog's Purpose: A Novel for Humans
Autor: W. Bruce Cameron
Wydawnictwo: Kobiece
Data wydania: luty 2017
Liczba stron: 392


"...(przeznaczenie) Zaprowadziło wprost do chłopca, a kochanie go i mieszkanie z nim było sensem całego mojego życia. Od tej chwili gdy się budziliśmy, aż do momentu zaśnięcia, byliśmy nierozłączni"


Pies zawsze domaga się towarzystwa człowieka. To zwierzę zawsze skore do zabawy i niezależnie od naszego nastroju, zawsze będzie chciało z nami przebywać. Gdy będziemy przygnębieni, pies to wyczuje i będzie starał się nas pocieszyć, na swój własny, psi sposób. Nigdy nas nie opuści. Czy macie jeszcze jakieś wątpliwości, że to właśnie ten czworonóg jest najlepszym przyjacielem człowieka?

Bailey urodził się jako bezpański kundel, ale po krótkim życiu u boku rodzeństwa, odradza się jako golden retriever. Trafia pod opiekę ośmioletniego Ethana, dla którego piesek jest całym światem. Lecz to nie koniec zmian w życiu Bailey’go. Dlaczego po śmierci zawsze czeka go drugie życie? Czy jest w tym ukryta jakaś misja? Jaki cel może przyświecać zwykłemu, niepozornemu psu?

Od zawsze byłam miłośniczką zwierząt, nie ważne, czy to pies, kot, czy koń, uwielbiam spędzać czas w ich towarzystwie. Był sobie pies to kwintesencja wszystkich ciepłych i pozytywnych emocji, jakie daje nam kontakt ze zwierzęciem. To historia, która emanuje dobrą energią i pozostawia czytelnika z uśmiechem na twarzy, a czasem… nawet łzami w oczach.

Nie ma złych zwierząt, są tylko źli ludzie. Wydaje mi się, że bardzo często zapomina się o tym, że zwierzę nie jest od urodzenia złe, może być jedynie wychowane na agresywne. Był sobie pies to właśnie pokazuje – że zwierzęta obdarzają człowieka wielkimi pokładami dobroci, jedynie ludzie czasem tego nie zauważają. Obok tylu uczuć i emocji, jakie Bailey okazuje na co dzień opiekunom, nie sposób przejść obojętnie. Był sobie pies jest też dlatego powieścią niezwykle wartościową, akcentuję rolę zwierząt w życiu człowieka i pokazuje, że przyjaźń z psem nie jest jedynie abstrakcyjnym pojęciem.

"Nie ma możliwości porażki, jeżeli sukces zależy wyłącznie od większego wysiłku"

Historię poznajemy z punktu widzenia psa, zapewne to dlatego, ta książka wyróżnia się na tle innych o podobnej tematyce. Myślenie Bailey’a może się czasami wydawać powierzchowne, infantylne, ale przecież jest to jedynie zwierzak, który nie rozumie wielu aspektów otaczającego go świata. Czasem nie wie, czego się od niego wymaga, nie wie, dlaczego się go gani, czy chwali. I tutaj znowu książka zwraca naszą uwagę na pewien istotny element – brak ludzkiej cierpliwości i empatii w stosunku do zwierzęcia. Mimo, że książka nie ukazuje pewnych problemów wprost, to można się domyślić jakie kwestie autor chciał poruszyć, jedynie pod pozorem błahych sytuacji.

Nie da się również zaprzeczyć, że Był sobie pies budzi wiele emocji, łzy wzruszenia także mogą zakręcić się w kąciku oczu. Z drugiej strony, ta historia nie ma na celu nas zasmucić, zdołować, czy wytykać nam jakieś błędy. Choć delikatnie zwraca naszą uwagę ku pewnym problemom, to jednocześnie jest książką niezwykle ciepłą i pozytywną. Podczas jej czytania niejednokrotnie się uśmiechałam, niejednokrotnie też ukradkiem mrugałam oczyma, aby przegonić łzy i jestem pewna, że każda osoba wrażliwa na losy zwierząt, zareaguje tak samo.

Na koniec krótka dygresja z mojej strony. Jestem wielką kociarą, a jednak od dłuższego czasu, marzę o także o psim przyjacielu. I chociaż opieka nad zwierzęciem jest trudna i wymagająca, to żaden nasz wysiłek, żadne uczucie z naszej strony, nie pozostanie nieodwzajemnione. Przeczytanie tej książki tak pozytywnie mnie nastroiło, a jednocześnie trochę popchnęło w kierunku podjęcia wreszcie jakiejś decyzji i cóż, zapowiada się na to, że mój kot niedługo będzie miał współlokatora ;) Wydaje mi się, że to najlepsza rekomendacja, jakiej mogę udzielić. Pies zdecydowanie jest najlepszym przyjacielem człowieka!


Za książkę bardzo dziękuję Wydawnictwu Kobiece


Znalezione obrazy dla zapytania wydawnictwo kobiece


sobota, lipca 9

"Mofongo" - Cecilia Samartin


 

Tytuł: Mofongo
Autor: Cecilia Samartin
Wydawnictwo: Bukowy Las
Data wydania: kwiecień 2013
Liczba stron: 384

"Jeżeli położysz się na ziemi, ludzie będą po tobie chodzić. Kiedy upadniesz, musisz szybko wstać i trzymać głowę wysoko. [...] Nikt tego za ciebie nie zrobi. Sam się musisz tego nauczyć"


Dziesięcioletni Sebastian ma nieuleczalną wadę serca, która sprawia, że nie może biegać i męczy się szybciej od rówieśników. Jego życie to ciągłe wizyty u lekarzy i oczekiwanie na kolejną operację, na którą obecnie jest za słaby. Jego babcia natomiast, po ostatnim wypadku przechodzi całkowitą metamorfozę. Farbuje włosy na rudo, zapala świeczki w całym domu i podejmuje się niegdyś porzuconej pasji – gotowania. Sebastian odnajduje azyl w domu babci Loli, która wprowadza go w tajniki portorykańskiej kuchni, ubarwiając wspólnie spędzany czas opowieściami o dziejach rodziny. Chłopiec z dnia na dzień staje się coraz silniejszy. Czy istnieje jeszcze nadzieja na  poprawę jego zdrowia?
O książce „Mofongo” słyszałam bardzo niewiele, niemniej zaciekawił mnie bardzo jej opis. Zastanawiałam się, czy wśród tylu książek o chorobach, możemy natrafić jeszcze na coś „innego”. Fakt, że główny bohater jest dziesięciolatkiem sprawił, że właśnie ta powieść wydawała mi się dość nietypowa.

"... ludzie, którzy tańczyli ze śmiercią, widzą to, czego inni nie zauważają, i dlatego są odważni"

Sebastian to chłopiec bardzo inteligentny, mimo swojego wieku i choroby. Jego rodzice starają się umniejszyć ogrom jego cierpień poprzez nieuświadamianie go w stadium choroby. Mimo to, chłopak jest bardzo spostrzegawczy i potrafi dojść do wniosków, którymi zawstydziłby niejednego dorosłego. Sądzę, że to właśnie główny bohater jest największą zaletą tej książki i nie dajmy się zwieść pozorom, że to dopiero nic nierozumiejące dziecko. Jego wiek, jeszcze bardziej podkreśla jak poważnie odbiera otaczający go świat.
Kolejną równie istotną postacią jest babcia Lola, która również przełamuje wszelkie stereotypy dotyczące starszych osób. W niektórych sytuacjach wydawałoby się, że postradała rozum, ale tak naprawdę, to jej osoba pokazuje czytelnikowi jakie wartości należy doceniać w życiu. Wzbudziła mój podziw swoją wszechstronnością oraz trafnymi spostrzeżeniami. Co więcej, podobało mi się, że była osobą charyzmatyczną, która nie boi wyrażać się swojego zdania i nie przystaje na wszystko, co każą jej robić dzieci, a ich uwagi o zdrowiu i rozsądku puszczała mimo uszu.
W książce możemy też poznać Sebastiana jako zwykłego ucznia, jego życie szkolne i relacje z rówieśnikami. Przybliża to istotny problem, jakim jest częsty brak zrozumienia, ignorancja oraz nieczułość na problemy drugiego człowieka, nawet wśród dzieci. Wszystko ma jednak głębszy wydźwięk, a autorka stara się również przekazać, jak wielki wpływ na zachowanie dziecka mają jego rodzice, co udało jej się perfekcyjnie.

"Jeżeli położysz się na ziemi, ludzie będą po tobie chodzić. Kiedy upadniesz, musisz szybko wstać i trzymać głowę wysoko. [...] Nikt tego za ciebie nie zrobi. Sam się musisz tego nauczyć"

Jak wspomina już sam opis książki, wspólnie spędzany czas z wnukiem, Lola ubarwia opowieściami o przeszłości. Jest to w dużej mierze podróż przez różne kultury i z ciekawością czytałam o obyczajach portorykańskich krewnych Sebastiana.
Nie obejdzie się jednak bez jednego „ale”. Wspomniałam już o wielu zaletach tej książki, ale spodziewałam się, że historia bardziej zadziała na moje emocje. Rzeczywiście w wielu momentach jest bardzo refleksyjna, aczkolwiek nie wzruszyła mnie ona jakoś szczególnie. Dopiero zakończenie, którego na marginesie w ogóle się nie spodziewałam, zdołało rozbudzić moje emocje. Początkowo trudno jest się wczuć w powieść i dopiero po jakimś czasie zaczynamy dostrzegać jej sens. Historia momentami wydaje się zbyt rozciągnięta i może to było powodem, dla którego nie osiągnęła tego oczekiwanego efektu.
Podsumowując, „Mofongo” jest z pewnością książką wartą przeczytania. Podejrzewam, że najbardziej spodoba się miłośnikom literatury obyczajowej lub psychologicznej, ale ja, mimo że nie zaczytuję się w podobnych książkach, w tej również znalazłam coś dla siebie. To, czy historia Was poruszy, czy też nie, zależy od każdej osoby osobna i jej charakteru. Tak więc, pomijając ten drobny szczegół, na którym się zawiodłam, powieść ma wiele zalet i żałuję, że nie jest bardziej znana.

Ocena: 7,5/10 

Książka bierze udział w wyzwaniu "Kiedyś przeczytam".


poniedziałek, grudnia 28

"Drugi oddech" - Philippe Pozzo di Borgo

"Kalectwo i choroba to ciąg załamań i poniżeń. Wówczas nadzieja jest tchnieniem życia; żeby je dobrze wykorzystać, trzeba wziąć drugi oddech. Maratończycy wiedzą, czym on jest. To coś w rodzaju stanu łaski. Oddech uspokaja się, pogłębia, ból znika. Dusimy się, chcąc żyć zbyt szybko, okazać się najlepszymi, wygrać wyścig. Ci, którzy po kilkudziesięciu kilometrach oddychają lepiej, potrafią wyobrazić sobie metę. Celem jest boska uczta, odnaleziona miłość"

 Philippe Pozzo di Borgo – człowiek sukcesu, arystokrata, mężczyzna zdrowy i w pełni sił, szczęśliwie żyjący z żoną. Do czasu…
W pewnym momencie jego życie zaczyna się rozpadać. Ukochana żona Beatrice choruje na raka i traci kolejne dzieci, a on sam ma wypadek na paralotni. Ta chwila nieuwagi sprawia, że jest sparaliżowany już do końca życia.
Czy wyobrażacie sobie, jak to by było w dosłownie jednej chwili stracić wszystko? Jak to by było nie móc w pełni korzystać z życia, jednocześnie mając świadomość jak wiele się straciło? Być całkowicie zdanym na łaskę innych? Patrzeć jak bliska Wam osoba cierpi, a nie móc jej pomóc?
Tego wszystkiego w bardzo krótkim czasie doświadcza francuski arystokrata Philippe Pozzo di Borgo. Człowiek, który zawsze miał wszystko i wierzył, że jego życie potoczy się jak w bajce, długo i szczęśliwie…  Lecz co jeśli coś temu przeszkodzi? Jak poradzi sobie w nowej rzeczywistości?
Kojarzycie może film „Nietykalni”, który powstał na kanwie tej historii? Obejrzałam go już jakiś czas temu i szczerze powiedziawszy nie sądziłam, że jest oparty na książce. Gdy pewnego razu zobaczyłam w księgarni okładkę książki z kadrem z filmu, kupiłam ją bez wahania, jako że film wywołał na mnie duże wrażenie i miałam nadzieję, że książka będzie jeszcze lepsza. Niestety, ale najwyraźniej ją przeceniłam.
Historia rozpoczyna się retrospekcją, gdzie Philippe zgłębia swoje dzieciństwo, młodość oraz dorosłe życie, odkrywając przez czytelnikiem wszystkie wspomnienia od czasu wypadku. Opisuje szczęśliwe chwile, które spełnił z żoną Beatrice, a także dociera do momentu wykrycia u niej raka. Dopiero tutaj, akcja zaczyna nabierać tempa i przestajemy się skupiać na samym Philippie, a na pierwszy plan wychodzi Beatrice. Jest to osoba warta podziwu, która mimo wielkiego cierpienia i bólu, stara się zachować pozytywne postrzeganie świata. Mimo świadomości, że w każdej chwili może umrzeć, stara się w swoich ostatnich chwilach w pełni korzystać z życia. Zaimponowała mi znacznie bardziej niż główny bohater, jako że nigdy nie użalała się nad swym losem i nigdy nie stawiała swoich problemów w centrum uwagi, a do swej choroby starała się podchodzić z dystansem. Z pewnością jej osobowość urozmaiciła tę historię.
Po dość długim wprowadzeniu, życie Philippe’a zostaje przerwane wypadkiem na paralotni. Zostaje przykuty do wózka inwalidzkiego, a tracheotomia sprawia, że w pierwszych miesiącach nie może również mówić. Decyduje się na zatrudnienie u siebie osoby, która mogłaby mu pomagać w codziennym życiu. Po odrzuceniu wielu kandydatów, jego wybór pada na Algierczyka Abdela, człowieka żyjącego na marginesie społeczeństwa.  Oczekiwałam, że jego postać zostanie trochę bliżej przybliżona czytelnikowi, niestety został przedstawiony dość powierzchownie, dopiero pod koniec książki mogliśmy poznać jego osobę, dzięki kilku zabawnym sytuacjom, które stworzył. Abdel jest całkowicie odmienny od Philippe’a, cechuje go porywczość i beztroskość, ale w trudnych momentach potrafi stać się odpowiedzialnym opiekunem. Philippe natomiast wydaje się zmęczony życiem i poważny, ale nawet on potrafi przywołać uśmiech na twarz w towarzystwie Abdela. Relacja między nimi jest ciekawa, ale krótka. Dopiero, gdy książka zbliżała się ku końcowi, mogliśmy zobaczyć przyjaźń, która między tą dwójką się zawiązała.
Beatrice i Abdel, mimo, że byli postaciami drugoplanowymi, są znacznie bardziej charakterystyczni niż główny bohater Philippe. Przez całą powieść wydawał mi się być płaski i bez wyrazu, a po wypadku miałam wrażenie, że całkowicie się poddał. Jedynie przy Beatrice jego osoba nabierała nieco koloru, ale takich momentów było niewiele. Spodziewałam się książki, która naprawdę ściśnie mnie za serce, ale do takich emocji było mi niestety daleko. Historia sama w sobie rzeczywiście jest wzruszająca, ale została przedstawiona w sposób, który nijak oddziaływał na czytelnika i jego uczucia, a jedyne emocje wywoływała postać Beatrice. Mnóstwo wspomnień, które przywoływał Philippe było całkowicie niepotrzebne, skupił się na oddaniu przeszłości, ale powierzchownie potraktował teraźniejszość. Możliwe, że patrzę na tę książkę przez pryzmat obejrzanego filmu, ale sądzę, że w nim wszystko zostało przedstawione dokładnie ze szczególnym zwróceniem uwagi na relację Philippe’a i Abdela. Z pewnością wniósł by trochę koloru i poczucia humoru do tej historii, ale to można było doświadczyć jedynie na jej ostatnich stronach. Dlatego do książki już raczej nie wrócę i nie mogę jej szczególnie polecić, ale może Ktoś chciałby obejrzeć film? ;)

Ocena: 5/10



czwartek, kwietnia 30

"Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął" - jeśli się śmiać, to dużo i głośno!

"W końcu w życiu jest tak, że nie zawsze właściwe jest to, co właściwe, tylko to, co jest właściwe według tego, kto decyduje"

 Książka Jonasa Jonassona pt. "Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął" była dla mnie tak niezwykłym przeżyciem, że po prostu musiałam ją zrecenzować. Wpadła w moje ręce niedługo po wejściu filmu do kin, a moją uwagę przykuł bardzo nietypowy tytuł, który sam w sobie wydawał się komiczny. Moja koleżanka najwyraźniej miała to samo zdanie, bo to właśnie od niej pożyczyłam tą książkę. 
Pierwsze wrażenie jest bardzo ważne. W tym wypadku zdecydowanie pozytywne. Okładka z głównym bohaterem Allanem w różowej piżamie jest niezwykle oryginalna i nietypowa, przyciąga wzrok i wyróżnia się spośród innych. Opis także bardzo zachęcający. Książka opowiada o członku domu spokojnej starości, Allanie Karlssonie, który w swoje setne urodziny postanawia wyruszyć w ostatnią, życiową podróż.Pomimo swojego wielu jest niezwykle energiczny i nie boi się nowych wyzwań. Jego działania są niewyobrażalne i bardzo śmieszne. Dialogi pomiędzy bohaterami rozbawiają do łez! 
Książka posiada motyw historyczny i dzieje się na tle czasów wojennych, dzięki czemu oprócz swego uroku i lekkości porusza także trudne tematy. Jest bogata w informacje historyczne, ale nie zawiera ich zbyt dużo, co sprawia, że główny wątek jest cały czas wyraźnie widoczny i łatwo go śledzić.
Niestety muszę przyznać mały minus za zbyt długie opisy, a szczególnie w momentach, gdy Allan opowiadał o swoim życiu. Odniosłam wrażenie, że jest ich za dużo i są bardzo rozciągnięte, przez co książka czasami nużyła, a akcja zanikała. Na szczęście jest to jedyna rzecz jaką mogę zarzucić powieści.
Jeśli ktoś szuka czegoś nowego, oryginalnego i niepowtarzalnego, "Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął" jest dla niego idealny! Pomysł na fabułę bardzo mi się spodobał. Akcja nie jest tandetna i naciągana, wręcz przeciwnie toczy się szybko, a zarazem jest śmieszna we wielu momentach! 
Bardzo się cieszę, że miałam szansę towarzyszyć Allanowi Karlssonowi w jego przygodzie. Było to wspaniałe doświadczenie, a książkę na pewno będę pozytywnie wspominać przez długi czas. Już teraz  słowa "Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął przywołują uśmiech na moją twarz.

 ocena: 8/10

~Shadow