Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wypieki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wypieki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 kwietnia 2013

Hot cross buns


Hot cross buns - korzenne bułki z rodzynkami ozdobione krzyżem, tradycyjnie jedzone na Wyspach w Wielki Piątek.

Korzenne, pachnące cynamonem, wypełnione rodzynkami wypieki zawsze raczej kojarzyły mi się ze Świętami Bożego Narodzenia niż Wielkanocą. Wiosna i Wielkanoc to był zawsze dla mnie czas cytryn, czekolady i kolorowych deserów.
Hot cross buns jednak bardzo mi smakują i ich pojawienie się w sklepach stało się jednym z ulubionych elementów okresu przed Wielkanocą. Sprzedawane są w paczkach po sześć i są zwykle okropnie gniotowate. Toster jednak zamienia gnioty w pachnące, chrupiące bułaski, które uwielbiam z roztapiającą się warstwą solonego (koniecznie!) masła ...
Nigdy jednak ich nie piekłam, nawet nie odczuwałam ku temu ochoty. Może to ten potencjalny bożonarodzeniowy zapach z piekarnika mnie powstrzymywał.

Od prawie dwóch tygodni za oknem straszą wysokie, brudne zwały śniegu, trawnik, który widzę przez okno kuchenne pokrywa gruba warstwa zlodowaciałego już nie puchu. Przygotowując potrawy na Wielkanoc miałam wrażenie, że przygotowuję Wigilię. Stąd może naszła mnie ochota na pierwsze w życiu domowe hot cross buns. Zrobiłam je według przepisu Paula Hollywood'a.

Trochę jestem zła na siebie za to, że je upiekłam, trzeba było kupić i myśleć, że kupione są najlepsze na świecie, a tak to będę musiała piec, bo sklepowe domowym oczywiście mogą buty wiązać.
     







 

poniedziałek, 29 października 2012

Zapleć warkocze


Poprawiam sobie nastrój obfitością wolnego czasu. Halloweenowa przerwa semestralna - tydzień na robienie wielu rzeczy i nic nie robienie. Mogę sobie poleżeć i pobyczyć się, ale nie robię tego, jeszcze nie dzisiaj, może pod sam koniec gdy zacznę się frustrować, że byłam zbyt zajęta żeby odpocząć.
Dzisiaj z ogromną przyjemnością i zacięciem doprowadziłam kuchnię do stanu wysokiego połysku po to żeby ją potem kilka razy ufajdać z jeszcze większą pasją; udowodniłam sobie i swojemu dziecku przygotowującemu się do egzaminów wstępnych do następnej szkoły (już za dwa tygodnie, aaa!), że beznadziejna ze mnie nauczycielka matematyki; wyszperałam kilka bardzo starych i ciekawych polskich przepisów; podglądałam życie innych w internecie (zwykła ze mnie podglądaczka); przeżyłam prawie zawał serca gdy wielka ciężka komoda spadła na mojego synka (nic mu się nie stało, wszystkie trofea z marmurowymi podstawkami spadły tuż obok głowy a nie na); powygłupiałam się z tymi moimi małpiszonami; zrobiłam górę prania i parę zdjęć - fajdania kuchni, nie prania.


Mamo kup dynię. Będziecie jeść? Nie. Chyba że upieczesz chałkę.
Zamiast jednej chały upiekłam sześć długich cienkich warkoczy. Chciałam poeksperymentować sobie z różnymi posypkami.


Przepis podawałam kiedyś na Galangalu i odsyłam do niego jeśli macie ochotę zrobić sobie chałkę z dynią na świeżych drożdżach. Jeśli bardziej pasuje wam wersja szast-prast na drożdżach instant to polecam przepis poniżej.   


 
  


 Jedną niewielką dynię Butternut trzeba obrać (jeśli obieraczką to dwa razy), poddusić z minimalną ilością wody (dosłownie łyżka, tak aby nie była wodnista) lub upiec, potem zmiksować. Można czekać aż dynia ostygnie albo nie. Ja nie czekam - odmierzam 200 ml pure z dyni, rozpuszczam w niej 50 g masła i dodaję do tego 150 ml zimnego mleka, szczyptę soli  i łychę brązowego cukru i mieszam aż się wszystko rozpuści i połączy - temperatura dyni jest wtedy ok. Płyn należy połączyć z 500 g mąki (lub ciut więcej, w zależności od tego jak wilgotna była dynia) i czubatą łyżeczką drożdży instant, potem trzeba ciasto wyrobić mikserem lub w maszynie do chleba do momentu aż będzie odstawało od ścianek naczynia i odstawić na około godzinę do wyrośnięcia.



 


Wyrośnięta ciasto należy jeszcze raz krótko wyrobić ręcznie tak aby wybić z niego powietrze, podzielić na sześć równych części i zapleść sześć warkoczy. Jak? Każdą z sześciu części trzeba dodatkowo podzielić na pięć mniejszych części, z których wszystkie trzeba zrolować w długie, cienkie, równej długości sznurki. Zlep końce pięciu sznurków, dwa połóż z jednej strony, a trzy z przeciwnej. Zacznij od tej strony po której masz trzy sznurki. Zewnętrzny przełóż  na tą stronę gdzie masz dwa sznurki tak aby stał się najbardziej wewnętrznym z tej nowej trójki. Zewnętrzny z nowej trójki idzie na przeciwległą stronę i staje się najbardziej wewnętrznym sznurkiem nowej trójki. I tak dalej aż się skończą sznurki, resztki podłóż pod spód. Warkocze odstaw na pół godziny do ponownego wyrośnięcia.






Przed upieczeniem posmaruj warkocze roztrzepanym jajkiem i posyp czymś. Ja zrobiłam trzy rodzaje: z makiem, siemieniem lnianym i czarnym sezamem. Upiecz. Nie wiem ile piekłyby się w normalnym piekarniku, zgaduję, że około 20 min w 180 stopniach. Mój piekarnik jest jakiś szalony i pewnie wymaga wymiany - moje warkocze piekły się 10 min w 100 stopniach!

Najbardziej smakowała mi buła z siemieniem lnianym - takie podprażone na bułce jest wystrzałowe.

A oto dowód, że starałam się utrzymać błysk i nie zamienić kuchni w chlewik - na tym etapie się jednak udało. Niestety mam jakaś manię sypania mąki bardzo z góry bo mi się podoba jak łapie światło więc już po chwili było ykhm ... inaczej.





Dzięki moim dzieciom mogę mieć w tym roku wkład w Festiwal Dyni Bei :)

 


 Powinnam jeszcze dodać, że chałka z dyni to nie jest jakieś egzotyczne danie, oryginalny przepis na ciasto (na Galangalu) pochodzi z Kuchni Polskiej Stanisława Bergera (1957r), to żeby zamiast upiec z niego bułki zrobić chałki to moja własna inwencja, chociaż żadna eureka. Podoba mi się idea rudych warkoczy. A wam?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...