Codziennie ten sam scenariusz. Jestem kobietą która ma nawyki i rytuały... poranne. Wieczorem to wszystko jedno. No może nie wszystko jedno - nie potrafię pójść spać w makijażu i z nieumytymi zębami... no i jeszcze nie zasnę przy świetle, ale reszta naprawdę obojętna. Rano to co innego, dzięki rytuałowi daję radę się wybrać do pracy. Kawa, prysznic, ubieranie, śniadanie, makijaż, przygotowanie lunchu, zbieranie klamotów, płaszcz, buty, szukanie kluczy, torebka, skrzynka z zeszytami, szukanie kluczy, upychanie owoców i orzechów do torebki, pojemnik z sałatką w rękę, do samochodu, szukanie kluczy, skrzynka do bagażnika, torebka na podłogę, sałatka na siedzenie, jazda, skrzynka z bagażnika, torebka do skrzynki, szukanie sałatki, szukanie kluczy. Chyba jest jasne i oczywiste, że potrzebuję torebkę na lunch, nie?
Na torebce uczyłam się dwóch rzeczy: szycia wypustek i oblekania guzików. Jak się okazuje nie są to trudne rzeczy, ale łatwo zrobic przy nich błąd. Jednak, bez względu na efekt, pierwsze koty za płoty.
Tak wygląda w środku: