W dół prawie pustą i jeszcze senną drogą aż do ruchliwego skrzyżowania. Po płaskim, szerokim asfalcie między fabryczkami i salonami samochodowymi do świateł, które zmieniają się o wiele za szybko. W korku do następnych, a potem przez miasteczko, które od Belfastu oddziela tylko most biegnący nad autostradą. Z tyłu zostają brudne mury i chaos. Wjeżdżając na most wjeżdżam w przestrzeń: poniżej sznury czerwonych świateł oddalają się w wolnym tempie w dół, w stronę Belfastu; nad nimi ciche wody zatoki, nad nią niebo. Widziałam już tyle wschodów słońca w drodze do pracy, ale oczu nasycić się nie da i zawsze będą głodne piękna. Każdy ma inny kolor, w zależności od pory roku i od pogody. Najpiękniejsze są zimne poranki, szaro-fioletowe morze pokryte sunącą nisko mgłą, otulone zwisającą nisko nad horyzontem chmurą, której górę rozświetla pomarańczowy blask budzącego się dnia. Morze od chmur odróżnia tylko to, że pomarańczowe światło odbija się gdzieniegdzie w wodzie złotymi nitkami, chmura miękko wchłania światło.
Kiedy zjeżdżam z mostu i jadę w dół do pracy to spojenie morza i nieba co chwilę wyłania się zza domów. Wchodząc do budynku szkoły odwracam się żeby jeszcze raz stanąć twarzą w twarz ze wschodzącym słońcem i z Belfast Lough. Mój pokój znajduje się po innej stronie pająkowatego budynku szkoły, okienko w moim pokoju znajduje się znacznie powyżej linii oczu.
Zrobiłam sutaszową broszkę w kolorach wschodu słońca.
Dziękuję sis za lekcje.