Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anolini. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anolini. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 stycznia 2013

Brakuje mi słów więc kleję różowe pierożki



Otwieram bloggera i widzę kilka zaczętych postów. Za każdym czai się duży ładunek emocjonalny, ale brakuje mi do nich słów. Bo jak przekazać to co czuję żeby ktoś wiedział co czuję? Łapię się wielokrotnie na używaniu skrótów myślowych, które mi się wydają trafne, ale są niezrozumiałe dla innych, bo kto ma pod powiekami to samo co ja? 
Nie mogę słowami ulepić tamtych obrazów.

Czekam więc aż coś dojrzeje.

W międzyczasie pojawia się niedzielne popołudnie bez planów. Ciemne chmury na chwilę odpływają, fotografuję więc biżuterię, którą czas najwyższy zacząć sprzedawać. Betonowa płytka pięknie wchłania światło. Myślę o upieczonych burakach, które stygną w piekarniku i przychodzi mi do głowy pomysł ... a może by tak?

Zagniatam ciasto na makaron z dodatkiem soku odciśniętego ze startych, już zimnych buraków. Rozkruszam fetę. Siekam szpinak. Miażdżę czosnek. Kilka kropli oliwy spływa ku środkowi odkształconej patelni. Czosnek zaczyna pachnieć. Dorzucam szpinak, wyłączam gaz. Liście ciemnieją i więdną, puszczają sok. Mieszam z fetą. Staram się tylko spróbować, chociaż ciężko na tylko poprzestać. Ach, jeszcze pieprz.

Ciasto jest lekko zbyt miękkie i maszynka na początku tańczy. Mąka, mąka, mąka. Lubię sypać mąkę z prawie pustej torebki, z góry, tak żeby łapała światło i jakby na chwilę spowalniała upływ czasu.

Żeby robić zdjęcia muszę co chwilę myć ręce.

Długie, szerokie taśmy różowego ciasta. Małe gniazdka fety i szpinaku. Karbowana okrągła foremka. Ciach, ciach, ciach. 

W gotującej się wodzie ciasto blednie. 

Odrobina masła, świeży szpinak, parmezan.

O jakie to dobre! Jakie dobre! Mmm! Ciasto delikatne i jakby lekko słodkie, wnętrze soczyste i słone, lekko pieprzne, lekko czosnkowe. Takie jak trzeba. Mmm.














środa, 31 października 2012

Anolini bisują: z dynią, szałwią i różowym pieprzem




Możecie mieć ostatnio wrażenie, że AD to kolejny blog kulinarny. Co by tu zrobić żeby te wrażenie zatrzeć? Na razie nic. Zawsze tak jest, że mając wolne od pracy przez pierwsze dni wyżywam się w kuchni. Robię posiłki i posiłki między posiłkami. Gdy mi coś wejdzie pod moją kulinarną skórę to już nie spocznę póki nie ugotuję, nie spróbuję. A tak się stało, że kilka rzeczy weszło. Weszło i to. Wszystko przez sis.






Jakiś czas temu napisała mi o czymś co jadła gdzieś tam i że była to jakby piklowana dynia z czerwonymi kuleczkami, które nie były jednak różowym pieprzem. To miało być wyzwanie dla mnie żebym coś takiego spróbowała zrobić. Ale mnie poszukiwanie niezidentyfikowanych kuleczek nie podekscytowało. Mi zapadł w mózg różowy pieprz w połączeniu z dynią. Nawet nie wiedziałam, że tam w którymś zakamarku siedzi bo się nie uaktywnił aż do momentu kiedy zrobiłam anolini z bułką i szałwią. Od tamtego momentu bardzo mnie uwierał.
Bo to jest tak. Anolini obudziły wspomnienia i skojarzenia, smakowały, chciało się więcej. Założyłam z góry, że następne będą też z szałwią, może więc też w klasycznym duecie z dynią ... dynia ... różowy pieprz! Szałwia i różowy pieprz! I dynia!


 



Jeśli nie jedliście różowego pieprzu to trzeba wam wiedzieć, że wcale nie jest to pieprz, to taka jagódka co wielkością przypomina ziarenko pieprzu, ale jest gładka, słodkawa i smakuje ciut jak jałowiec, ciut jak pieprz syczuański, chociaż nie ma nic z tej mocy.
Upiekłam dynię z oliwą, szałwią i różowym pieprzem, rozgniotłam cześć widelcem, doprawiłam solą i pieprzem, dodałam masło i tarty parmezan. Tak przygotowany farsz nakładałam na wykrojone krążki z ciasta (przygotowanego wg proporcji 1 jajko i 1 żółtko na 100 g mąki), na to kładłam kolejne krążki, dociskałam tak aby brzegi się zlepiły, po czym wycinałam falbankę tym pierożkom foremką z falbanką. Po ugotowaniu anolini wrzucałam na chwilę na patelnię z masłem i szałwią. Ot i cała filozofia.  A i jeszcze na koniec ciut pieprzu po wierzchu.




  

Pomiędzy zrobieniem zdjęcia surowej dyni a skończeniem dania przyszli panowie hydraulicy i pan od gazu. W końcu mogę patrzeć na swój kominek, który odzyskał, a raczej po raz pierwszy w swym istnieniu uzyskał symetryczność (kominek jest gazowy dlatego pan od gazu a nie zdun, hydraulicy nie do kominka). Zdjęcie anolini robiłam już przy resztce światła dziennego gdy wszyscy sobie poszli. 

Dzisiaj będę gotowała coś zupełnie mi obcego, coś wygrzebanego w dziewiętnastowiecznych przepisach. Dzisiaj mają przyjść zapinki do przyszłych bransoletek.
Dzisiaj muszę pozałatwiać kilka spraw.
Dzisiaj przeprowadzam z dzieckiem poważną rozmowę na temat przymiotników i zaimków osobowych.
Dzisiaj jest Halloween. Wierzcie mi to ma implikacje jeśli się mieszka w Irlandii.

A, zapomniałam napisać jak to wszystko smakowało. Przede wszystkim pachniało bardzo jak dynia się piekła - trochę tak kadzidłem. Dynia smakowała bardziej różowym pieprzem niż szałwią, ale masło szałwiowe to zrównoważyło. To jest danie o bardzo mocnych smakach. Pierożki są malutkie, ale smaki wielkie. Nie każdemu może odpowiadać połączenie dwóch tak intensywnych smaków, dlatego nie będę tu nawoływała, że każdy musi i to koniecznie spróbować. Mi smakowały, mojemu mężowi też. Gdybym miała coś zmienić w przepisie to może dodałabym kilka kropli cytryny.

No i kawa mi wystygła!
Miłego dnia:)
No i przecież jutro wy też macie wolne!

Momencik, bo jeszcze jeden ważny powód dla którego ten wpis nie mógł zaczekać do jutra:

 


wtorek, 23 października 2012

Anolini i sentymenty


Pisałam niedawno o książce Carluccio Italia - z tej książki pochodzi główny zarys dania. Stop. Z tej książki dowiedziałam się o anolini i miałam zamiar przygotować je dokładnie według przepisu, ale stało się ciut inaczej - co teraz nie ma większego znaczenia, ważniejsze dla mnie nie jest samo danie lecz to co mnie do jego zrobienia skłoniło.
Przepis był bez zdjęcia, przeczytałam go, bo cała książka jest niezwykle ciekawa i warta przeczytania od deski do deski jako książka kulturoznawcza, a nie koniecznie książka kucharska. Zapoznawałam się właśnie z regionem Emilia-Romagna (kraina parmezanu i szynki parmeńskiej) kiedy mój wzrok zatrzymał się na tytule Anolini in Brodo: to malutkie tortellini lub też ravioli gotowane i podawane w rosole. Zachwyciło mnie ich nadzienie, którego głównym składnikiem jest bułka tarta nasączona sosem z deglasowanego naczynia po pieczeniu mięsa wymieszana z parmezanem. Jakie to proste i jakie w tej prostocie genialne. Kto z Was nie wyjadał sosu z rondla po pieczonym kurczaku za pomocą kawałka chleba? To takie dobre. Żeby jednak z tego zrobić obiad?! Przepis co prawda polecał deglasowanie naczynia po pieczonej wieprzowinie lub wołowinie - ale to sama idea jest tu istotna: maksymalne wykorzystanie każdego skrawka jedzenia, bo to danie przecież powstaje z resztek po pieczeniu mięsa i kawałków suchego chleba. Trzeba być bardzo zaradną panią domu żeby coś takiego wymyślić. Danie niewątpliwie zrodzone albo z niedostatku albo z oszczędności. Jak wiele jest pysznych dań, które dzięki temu powstały?






Znałam taką zaradną gospodynię. Może sama nazwa anolini mi ją już przypomniała - bo w mojej głowie pierożki przechrzciłam od razu na anielki. Moja babcia, mama mojego taty, nie miała na imię Aniela, ale tak nazywała się jej mama, zmarła na tyfus góralska piękność. Jako dziecko myślałam, że moja nieżyjąca od trzydziestu lat babcia jest moim aniołem stróżem więc tak mi ta Aniela z Babcią się teraz kojarzy.
Babcię pamiętam tylko trochę, pamiętam ją w kuchni lepiącą pierogi, wałkującą wielkie placki żółciutkiego ciasta na makaron do niedzielnego rosołu, siedzącą przy piecu, wpatrującą się w obrotową lampkę rzucającą kolorowe refleksy na ścianę; dlatego opowieści o niej zawsze były dla mnie ogromnie cenne. Moja mama opowiadała kiedyś jak babcia potrafiła zrobić z jednej kaczki obiad dla całej rodziny (bagatela siedmioro dzieci): jednego dnia było mięso, a następnego gołąbki, których składnikiem "mięsnym" były niezjedzone skórki z owej kaczki. Podobno najpyszniejsze gołąbki jakie maja mama jadła.

Śladami babci i włoskich mamm chętnie idę. Piekę kurczaka, zostaje szkielet nie do końca objedzony i soki w rondlu. Na pozostałościach kurczaka gotuję rosół, rondel deglasuję. Mam rosół, mam cenne pieczeniowe soki - najważniejszy składnik mojego nadzienia. Włącza mi się fantazja i smażę listki szałwii na maśle. Maczam kawałek chleba w szałwiowym maśle i już mam pomysł na następne anolini nadziane takimi maślanymi, szałwiowymi kosteczkami chleba.
Anolini podaję tylko z kapką rosołu (ten się na pewno przyda), skropione szałwiowym masłem, posypane parmezanem.


Farsz wg książki: 5 łyżek sosu powstałego z deglasowania rondla po pieczeni, 200 g bułki tartej, 50 g parmezanu, 2 żółtka, sól, pieprz, gałka muszkatołowa.
Ja lepiłam z o wiele mniejszych proporcji bez dodatku jajka i z siekaną szałwią zamiast gałki.
Ciasto na makaron zrobiłam wg proporcji 1 jajko na 100g mąki, plus kapka oliwy.
Gotowałam w rosole.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...