Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aylesbury. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aylesbury. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 marca 2013

Ropuszki



I marzec.
Jest całkiem wiosennie.
Wschodzą krokusy.

Ale nie tu.
Tu jeszcze nie ma ogrodów, ani kwiatków, jest tylko trawa i mnóstwo pyłu.

Tuż za naszym murkiem piętrzy się rusztowanie. O szóstej rano w poniedziałki budzi mnie podjeżdżająca betoniara. Praca wre. Ruch jak na marszałkowskiej. Ulicę pokrywa rdzawe, gliniaste błoto.

Pomimo, że toad in the hole (ropucha w dziurze) robiłam wiele razy i trochę to powiązanie nazwy i wyglądu dostrzegałam, to dopiero teraz widzę, że takie ropuchy - singielki upieczone w formie do muffinek prawdziwie wyglądają tak jak się nazywają. Ropuchy wychylające łebki z dziur w zastygłym błotku ...




Przepis podawałam kiedyś na Galangalu (siup). Kiełbaski do tych ropuszek kupowałam u miejscowego butchera (nie pasuje mi słowo rzeźnik do wyspiarskich butcherów, którzy chyba przechodzą jakiś specjalny kurs PR - Wyspiarze wiedzą o czym mówię) - były to kiełbaski z dodatkiem chilli, nie jest to ogólnie dostępny produkt, ale można go zastąpić jakimikolwiek innymi kiełbaskami. 
Te były tylko lekko pikantne, niezbyt tłuste, więc do każdej dziury w formie dodałam ciut gęsiego smalcu. Niektóre ropuszki dostały plasterki pieczarek.

sobota, 23 lutego 2013

Sobota


Pada dzisiaj śnieg. Raczej prószy. Drobne płateczki wolno wirując opadają w dół. W górę, szybciej, zataczając większe koła, lecą serca.








P.S. Nie wiem co to za serca i dlaczego latały dzisiaj stadem nad Aylesbury.

wtorek, 22 stycznia 2013

Zasypani







Zima w kraju w którym opony zimowe i pługi śnieżne są pojęciami abstrakcyjnymi. 

Czy jesteście sobie w stanie to wyobrazić, czy nie? 
Trzy mile z pracy do domu przejechane w cztery godziny.
Samochód porzucony na drodze zamienionej w przymusowy parking.
Brnięcie w śniegu, pod wiatr, pod górę do domu.
Zimne ostre igły wbijające się w twarz.
Droga, której nie widać.
Dziecko, które wpadło w zaspę z której nie potrafi się wydostać.
Czy ta droga się kiedykolwiek skończy?
Ręce zbyt zamarznięte by wyciągnąć klucz do domu z torebki.
Jak dobrze, że to piątek.

Na dwa dni Aylesbury zamienia się w gigantyczny plac zabaw, wielu sąsiadów widzę po raz pierwszy w życiu. Ambicją jest bałwan, najwyższy na ulicy. My budujemy budynki obronne z myślą o bitwie na śnieżki. Pada. Cały czas pada śnieg.

Zabawa się kończy w niedzielę wieczorem kiedy trzeba odkopać samochody i myśleć o tym jak się dostać do pracy.
 Szkoła jest niepotrzebnie otwarta w poniedziałek. Nie ma dzieci i jest po kilkanaście stopni w klasach. Pada śnieg. Wypuszczają nas szybciej do domu. Drogi są zaskakująco przejezdne - nawet w Aylesbury - tu za sprawą Bobów budowniczych pracujących na naszym osiedlu. 

Trudno uwierzyć, że po drugiej stronie miasta nie spadł ani jeden płatek śniegu ... koleżanka z pracy myślała, że moje zaśnieżone zdjęcia na FB zostały zrobione w Polsce!

Stwierdzenie  'ty musisz być do tego przyzwyczajona' zaczyna mnie drażnić.
 
Wieczorem śnieg przenosi się w inne rejony. 
Zostajemy z zaspami usypanymi przez spycharkę i odgłosem wody wypływającej z rynny, powoli, ciurkiem, lecz stale.


niedziela, 11 listopada 2012

Trochę koloru na Święto Niepodległości




Wszystkiego najlepszego! Solidaryzuję się dzisiaj z tymi, którzy świętują rodzinnie i niepompatycznie. Nie udało mi się kupić gęsi, ani białego maku, żeby się dołączyć w sposobie świętowania do wielu z was, w dodatku jestem chora i postanowiłam w końcu prokurować się w łóżku. Nie zaserwuję więc tutaj nic bardzo świątecznego, ale mogę wam z okazji Święta Niepodległości podarować trochę koloru. 




Nie musi być biało czerwono - będę świętowała lecząc się gorącym porto z pomarańczą i goździkami i plotąc kolorowe bransoletki. 




Zdjęcie zrobione w tygodniu przez moją Żabkę z okna jej pokoju, tak pięknie zachodzi jesienne słońce nad Aylesbury.




 Bestia zjedzona dwa tygodnie temu po tajsku.




 Ładny szyld ciekawego sklepiku na Lisburn Road w Belfaście. Mijam go podczas sobotnich spacerów w czasie gdy dzieci uczą się muzyki.



    
Bez wieńców i bukietów wręczanym ważnym; za to z kwiatkiem wirtualnie wręczonym wam. Kwiatek jeszcze wrześniowy, upolowany u schyłku lata jednak w moim ulubionym jesiennym kolorze.

Lubię jesień. Może powinniśmy świętować w jej kolorach?



wtorek, 2 października 2012

Mam cię!








Mamo mamo, podwójna tęcza, szybko zrób zdjęcie. Ja tam widziałam tylko jedną, na zdjęciu też jedna była, ale jak wycięłam domy sąsiadów i poklikałam guziczki w Picassie to się druga lekko ujawniła. Ot, jak makijaż potrafi wydobyć wewnętrzne piękno.
Obcięłam też żeby czasem nie ujawniać gdzie koniec tej tęczy sięgał. Tak, mam nadzieję, że wiem tylko ja i garnek złota mój. Nic tylko założyć parabank. 
No i w końcu sobie policzę te kolory, nigdy mi się nie zgadzają.   

czwartek, 23 sierpnia 2012

Dramat ekspresjonistyczny












Pisałam, że siedzę i gapię się w chmury. Przyznajcie, że jest na co. Zdjęcie nie jest zrobione jednak z pozycji kanapy, trzeba się czasem z niej podnieść żeby nie okrajać sobie widoku na taką scenę.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Pierwszy post




To, że zacznę pisać nowego bloga było dla mnie oczywiste od momentu kiedy się przeprowadziłam do nowego domu. Jest w miejscach coś na co jestem wyczulona i co mnie zmienia. Każde z miejsc w którymi mieszkałam miało na mnie wpływ. Kiedy byłam młodsza bardzo nie lubiłam się przeprowadzać, bo każdą przeprowadzkę odczuwałam jako stratę, oczywiście nie w sensie materialnym (tu raczej na odwrót) lecz społecznym lub nawet duchowym. Pewnie Wy też odczuwacie, że zostawiacie gdzieś kawałek siebie wyjeżdżając skądś. Dla mnie wszystko się zmieniło w momencie wyjazdu z Polski. Może poczucie straty było zbyt duże aby sobie z nim poradzić i postanowiłam tego nie przezywać a może po prostu nie przywiązuję się do tych irlandzkich miejsc aż tak bardzo by je opłakiwać. Jedno jest pewne: te moje irlandzkie miejsca miały duży wpływ na moją kreatywność.
Pierwszy dom w którym mieszkaliśmy w Belfaście już nie istnieje. Była to niewielka szeregówka, bardzo ascetycznie urządzona, z widokiem na wszechobecną czerwoną cegłę. To może ta monotonia za oknem sprawiła, że koloru i formy zaczęłam szukać wewnątrz siebie. Kupiłam farby, malowałam, potem stalówki, kaligrafowałam. Przeszkadzała mi ciasnota, przeprowadziliśmy się do większego domu z pięknym ogrodem. W tamtym domu pisałam Galangala, gotowałam, pociłam się przywracając ogród do zamierzonego wyglądu. Nie dotknęłam stalówek i farb, nie potrafiłam, ale zaczęłam robić biżuterię.
Teraz spędzam wolny czas siedząc na kanapie vis a vis bezfirankowego wielkiego okna z widokiem na wzgórza hrabstwa Antrim, słuchając muzyki i zastanawiając się co ten widok ze mną zrobi. Może zacznę pisać wiersze? Chyba nie, pisać wiersze potrafiłam tylko w Polsce.
Może nie będę robiła nic nowego tylko gapiła się w wiecznie zmieniające się irlandzkie niebo? Na Galangalu dla chmur nie ma miejsca - stąd nowy blog, blog na którym ma być miejsce na wszystko i na cokolwiek, blog związany nie z hobby lecz z moim nowym miejscem na ziemi: Aylesbury.
Zapraszam do lektury przyszłych wpisów. Następny będzie kulinarny: o bakłażanie.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...