Tytuł:
Miłość rano, miłość wieczorem
Wydawnictwo: WAB
Liczba stron: 254
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Data wydania: 2014
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Data wydania: 2014
ISBN: 978-83-280-0966-0
Na
grudniowe spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki przeczytałam powieść Marii
Nurowskiej Miłość rano, miłość wieczorem.
Tytuł, okładka i blurb średnio mnie zaciekawiły. Początek skołował, a potem…
potem przepadłam i przeczytałam powieść jednym tchem.
Żeby
pokrótce przedstawić akcję, muszę ją ułożyć chronologicznie. W czasie powstania
warszawskiego po trzech dniach znajomości Jerzy Ziarnicki poślubia Zofię. Po
wojnie siedział w więzieniu, a gdy w końcu wyszedł i z ukochaną wyjechał na
Mazury, to wkrótce musiał uciekać na Kaszuby. Tam wpadł przypadkiem, został
poważnie postrzelony. Zofia jechała do niego z wiadomością, że będą mieli
dziecko, a tymczasem dowiedziała się o postrzeleniu. Była pewna, że zmarł.
Udało jej się uciec za granicę.
Jerzy
i Zofia przypadkiem spotykają się po latach. Jest rok 1976, a w Teatrze Wielkim
wystawiana jest Tosca w wykonaniu
artystów berlińskich. Jerzy na scenie rozpoznaje żonę. Nawiązują kontakt ze
sławną śpiewaczką operową... Evą Meier, bo tak się teraz Zofia nazywa. Jerzy
dowiaduje się, że ma córkę Anię. Jednak córeczka ma dużo z tatusia. Chowana
praktycznie bez matki wdała się w dziwne towarzystwo. Utrzymywała kontakty z
terrorystyczną Frakcją Czerwonej Armii. Wpadła i trafiła do więzienia w
Stammhein, w zachodnich Niemczech. Jerzy postanawia pomóc córce. Chce ją odbić
wraz z powstańczymi kolegami i przy pomocy zasad konspiracji jak za wojny (ten
wątek wydał się lekko nieprawdopodobny). Chce za wszelką cenę odbudować
rodzinę, niejako stworzyć ją na nowo. Ale czasy komuny, powstańcza przeszłość, berliński
mur, przestępstwo córki, żona nie-żona… to wszystko komplikuje sytuację. Nawet
fakt, że Ania nie zna polskiego.