Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gdzieś w Polsce. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gdzieś w Polsce. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 września 2014

Album z wakacji

Z góry przepraszam, ale w najbliższym czasie będzie u mnie dużo papieru! Ostatnio prawie zasypały mnie kartki, które postaram się stopniowo pokazywać, dzisiaj natomiast zapraszam na wspomnienie z wakacji i podróż do czasów dzieciństwa w jednym :)

Jako dziecko jeździłam z bratem, babcią i rodzicami do Gdańska, do wujka, który mieszkał na Przymorzu. Od jakiegoś czasu bardzo chciałam wrócić we wszystkie te miejsca, które razem odwiedzaliśmy. Na początku sierpnia wszystko ułożyło się tak, że nie wypadało nie skorzystać - miałam czas, nocleg na miejscu i wspaniale zapowiadający się pod względem pogody weekend, a do tego akurat okazało się, że premier postanowił otworzyć bramki na autostradzie, żeby ułatwić obywatelom podróż nad morze. Zrządzenie losu, trzeba to było wykorzystać! W końcu nie co dzień wielka polityka wplątuje się w nasze weekendowe plany :)

Wiedziałam, że z tej wyprawy powstanie album, jeszcze zanim dobrze ją zaplanowałam. Wiedziałam, że będzie to podróż sentymentalna, dlatego nawet wolałam pojechać sama. I już kiedy miałam wywoływać zdjęcia, okazało się, że sponsorem wyzwania na Art Piaskownicy został Instadruk!

Ci z Was, którzy w miarę intensywnie korzystają z mediów społecznościowych w urządzeniach mobilnych, być może korzystają z aplikacji Instagram. Ja nie bardzo korzystam, a konto fejsbukowe posiadam tylko dla bloga. Ale jakiś czas temu postanowiłam, że muszę zacząć robić więcej zdjęć, bo chociaż specjalnie mi to nie wychodzi, to jednak trzeba ćwiczyć! Poza tym w naszej codzienności można napotkać tyle ciekawych widoków i sytuacji... Rozwiązaniem okazał się właśnie Instagram, który posiada kilka ciekawych filtrów i funkcji, umożliwiających szybką obróbkę zdjęcia. Nawet ja, choć w fotografowaniu nie czuję się mocna, uznałam nawet, że - łał! - moje zdjęcia naprawdę wyglądają lepiej! Zainstalowałam go w telefonie, ale postanowiłam używać go tylko jako aparatu i za pomocą Instagramu obrobić foty z mojej podróży.

W Instadruku wybrałam pakiet 24 zdjęć w formacie 10 x 10 cm (w tej samej cenie jest też pakiet 48 zdjęć 6,5 x 6,5 cm, nad którym się wahałam). Poprzez ich stronę można połączyć się ze swoim kontem na Instagramie, wybrać te, które chcemy wywołać... i właściwie gotowe! Fotki były u mnie w ciągu kilku dni, zapakowane w dopasowany kartonik, wydrukowane na fajnym, matowym, sztywnym papierze. Jakość wydruku okazała się świetna, ale radzę na wszelki wypadek rozjaśnić zdjęcia - wychodzą nieco ciemniejsze niż na ekranie telefonu czy komputera.

I oto jest - wakacyjno-sentymantalny albumik. Dziewczyny z Piaskownicowej ekipy zrobiły swoje, a Instadruk zafundował wspaniałą nagrodę w postaci bonu na wydruk i albumu dla kogoś z Was. Naprawdę warto stworzyć swój, nawet niewielki album i dołączyć do zabawy! A jeśli ktoś już teraz potrzebuje fotek, niech zajrzy na Instadrukowego fejsa - ostatnie godziny promocji i zniżka aż 30% na Dzień Chłopaka!



Po szczegóły wyzwania zapraszam na bloga Art Piaskownicy:

http://art-piaskownica.blogspot.com/2014/09/specjalne-wyzwanie-z-instadrukiem.html


Pracę zgłaszam także na wyzwanie w Stempell&Kartoon - jest wakacyjny klimat, motyw mapy i strzałki, a te właśnie elementy stanowią temat zabawy. Po szczegóły odsyłam tutaj:

http://stempellikartoon.blogspot.com/2014/09/wyzwanie-25-wakacje-mapa-i-strzaka.html


 Udanego poniedziałku!

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Scrap minimalistyczny

jak na mnie :) Jako początkująca nie mogę powstrzymać się, żeby tu nie dodać guziczka, tu sznureczka, tu jakiejś pierdółki, a w rogu jeszcze czegoś innego. Tym razem postanowiłam się ograniczyć. Jest tu więc jedynie neutralne tło (papier ILS), gesso, pióro wycięte z gazety, szachownica z pocztówki i własnoręcznie wycinany alfabet. Żeby nie było tak całkiem łyso, dodałam dwa paski w kratkę (też ILS). A potem odłożyłam pracę na bok i obiecałam sobie, że nie ulegnę pokusie dodania czegokolwiek :)

Wspomnę też o samym wydarzeniu, które scrap upamiętnia - od kilku lat kujawsko-pomorskie promuje tradycję świętomarcińsko-niepodległościowych spotkań rodzinnych przy potrawach z gęsiny. Tak jak Amerykanie spotykają się przy indyku, Polacy mają powrócić do gęsi :) 11 listopada byliśmy więc w Przysieku koło Torunia, gdzie zorganizowano jarmark, ale i bardzo ciekawe wykłady na tematy kulinarne, związane z gęsiną. Próbowaliśmy różnych, mniej lub bardziej udanych potraw i dowiedzieliśmy się wielu interesujących rzeczy. Bardzo fajnie spędziliśmy czas :) I znowu daliśmy się ponieść nostalgii za wiejskim życiem :)


Udanego tygodnia Wam życzę!

P.S. Dziękuję Autorce bloga "bajka twórczo" za wyróżnienie mojego bloga. Naprawdę bardzo mi miło, ale swoim zwyczajem nie spełnię warunków zabawy, a jedynie pięknie podziękuję! Kłaniam się nisko :)

wtorek, 25 września 2012

Just scrap and don't give up!

Mój trzeci scrap (od teraz przestaję liczyć!), który w zamyśle miał stać się okładką czegoś w rodzaju albumu ze wspomnieniowymi LOsami. Co z nim zrobiłam dalej, pokażę Wam jutro.

Bardzo chciałam jakoś wykorzystać to zdjęcie (pochodzi ze stopnia zjeżdżalni z niegdyś przepięknego, modernistycznego basenu w Ciechocinku, który dzisiaj jest już zdewastowany i nieczynny, ale da się wejść przez dziurę w płocie), a napis wydał mi się idealny w odniesieniu do moich scrapowych początków. Bo cały czas jest to dla mnie temat zupełnie nowy i nie czuję się zbyt pewnie. Na okładkę w sam raz!



Papier ILS, reszta to ścinki, ulotki, makulatura. Ponieważ jakoś łyso wydawało mi się po lewej, postanowiłam wykorzystać transfer acetonowy ze zwykłej kserówki.

Zapraszam więc jutro, w środowych mykach pokażę Wam jak skonstruowałam mój album z czegoś, co pewnie wiele w Was ma w domowych zbiorach :)

sobota, 15 września 2012

Wakacje 2012 - część pierwsza :)

Bez części się chyba nie obędzie - za dużo tego. Jak już pisałam, celem była Chorwacja, ale w drodze do i z odwiedziliśmy też kilka innych miejsc.

Ponieważ z Torunia jest jeszcze kawał drogi do granicy, pierwszy nocleg zaliczyliśmy w... A nie powiem gdzie! Podpowiem natomiast, że widok z hotelowego okna był na tych oto dżentelmenów:


Ktoś kojarzy? :)

Potem kolejny dzień w trasie, celem były okolice Jezior Plitwickich. Po drodze zachmurzone niebo, mnóstwo pustostanów, na domach ślady po kulach, "pomniki" stworzone z czołgów - pozostałości wojny domowej sprzed dwudziestu lat. Przypominam sobie, że przed wyjazdem gdzieś w internecie przeczytałam, że blisko wschodniej granicy Chorwacji do dzisiaj w ziemi znajdują się miny i niewypały. Pierwszy raz odwiedzam ten kraj i przy wjeździe wywarł on na mnie dość przygnębiające wrażenie. Natomiast pochmurna pogoda wcale mi nie przeszkadza, w końcu nie przyjechałam się opalać, tylko zwiedzać :)

Te nieciekawe wrażenia rekompensuje następnego dnia wyprawa do Plitvic - punkt obowiązkowy chyba każdej wycieczki do Chorwacji. Niebo znowu zachmurzone, więc (podobno) woda w tamtejszych jeziorach nie ukazuje całej swojej turkusowości. Ale to co widzę, w zupełności mi wystarcza! W internecie znajdziecie wiele pięknych zdjęć tego miejsca - teraz wierzę, że nie są tak zupełnie przekolorowane :) Woda w połączeniu z otaczającą zielenią rzeczywiście ma nieziemski kolor.



Zastanawiamy się (jak to archeolodzy) co myśleli ludzie, którzy po raz pierwszy odkryli to miejsce... Zapewne od razu osiedlili się gdzieś w okolicy :) Widoki to raz, ale i czysta, niesamowicie przejrzysta woda sprawia, że po prostu chce się wskoczyć i zażyć kąpieli! Rybkom to dobrze, mogą to robić bezkarnie...



Miałam pisać dalej, ale już i tak strasznie się rozgadałam!
C.d.n.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Kujawiaczki dwa (no, może jeden farbowany)

Trzy tygodnie temu odwiedziliśmy park etnograficzny w Kłóbce (26 km za Włocławkiem, jadąc od północy). Nie powiem, żeby mój Ukochany był fanem tego typu placówek, ale muszę przyznać, że nie narzeka, a po wycieczkach ma nawet dobre wspomnienia. Zaczynam się nawet zastanawiać, czy przypadkiem tego nie polubił... Ci z Was, którzy zaglądają tu od dłuższego czasu wiedzą, że na blogu relacjonowałam już wyprawę do takiego parku w Maurzycach koło Łowicza oraz wspomniałam o Rumszyszkach na Litwie. Tym razem padło na Kłóbkę, bo jadąc na południe zawsze przejeżdżamy koło znaków zjazdowych, ale nigdy nie było okazji, żeby rzeczywiście zjechać z trasy. Trzeba było wybrać się specjalnie.

Park nie jest zbyt duży, ale urzekło nas to, że w zagrodzie żyją prawdziwe zwierzęta, a niektórych sprzętów (choć nie eksponatów) można dotknąć - były stępy i żarna, sita do siania mąki i (podobno) szczudła. Można usiąść w szkolnej ławie, klęknąć na grochu i założyć ośle uszy. A najlepsza pamiątka, jaką można sobie z Kłóbki przywieźć to zdjęcie nas samych jako Kujawiaków - niedaleko wejścia znajduje się wymalowana tablica, gdzie wystarczy włożyć głowę :)

I to właśnie zdjęcie umieściłam na moim scrapie - starałam się, żeby było oszczędnie, bez dużej ilości dodatków (nie do końca się to udało, jeszcze nie potrafię być powściągliwa w środkach wyrazu :), użyłam też farbek, choć efekt na razie taki sobie. Mam nadzieję, że nie wygląda to jak krwawa plama :) Dosłownie troszeczkę papierów z SODY i ILS, serwetka od Aśko i białe tło. Wymiary 20x20 cm - postanowiłam utrwalać wspomnienia w takim formacie, dla łatwiejszego przechowywania.


Krytyczne uwagi od scrapujących Koleżanek mile widziane :)
Udanego tygodnia!

P.S. Przypominam także o trwającym głosowaniu - zapraszam wszystkich, którzy chcą pomóc w podjęciu ciężkiej decyzji :)

sobota, 16 czerwca 2012

Uwielbiam rzęsisty deszcz i burzę latem!

No, prawie latem :) Nawet jeśli jestem wtedy poza domem, woda chlupie w butach, wszystko przemoczone... Jeśli do tego świeci słońce, widać tęczę i ulice pustoszeją - mogę wracać ze sklepu, kiedy inni próbują przeczekać :) Tak było dzisiaj. Dla zilustrowania - zupełnie przypadkiem! - tęczowe kolczyki...



... idealnie pasujące do tego, co za oknem:


Ściskam Was mocno - i kciuki za biało-czerwonych :)

P.S. Dziękuję za ciepłe przyjęcie mojego pierwszego scrapa - powoli może zacznę robić użytek z gromadzonych papierków, a nie tylko gapię się na te cudowności :)

czwartek, 5 kwietnia 2012

Kurczakowa girlanda i coś... osobliwego

Na zamówienie mojej Rodzicielki powstała kurczakowo-jajeczna 'girlanda' - potrzebne było coś długiego i zorientowanego pionowo, żeby wpasować się w upatrzone miejsce. Oczywiście nie obyło się bez poprawek w stylu "a można to skrócić?" :) Tutaj girlanda pozuje na tle mojej zasłonki - zdjęcie jest beznadziejne, ale ja naprawdę umiem robić tylko zbliżenia w trybie makro. Inne mi nie wychodzą - nad czym bardzo ubolewam!


Takie zdjęcia wychodzą mi lepiej - kurczaki i pisanki w stanie poplątania:


I na koniec coś, od zamieszczenia czego po prostu nie potrafię się powstrzymać. Zanim wyśmiejecie to kuriozum, doceńcie zamysł właściciela, jego fantazję, pasję zbierania, ba! odwagę, umiejętność wyeksponowania i zaaranżowania tej wystawy! Taki oto obrazek napotkaliśmy z Lubym podczas naszej ostatniej wycieczki krajoznawczej. Widok przyjaźni goryla i pudla rozłożył nas na łopatki:



No i jak? Robi wrażenie, co?

wtorek, 16 sierpnia 2011

Pomocny filc

Ponieważ dłuższy weekend nieco opóźnił moje plany (w końcu poczta miała wczoraj wolne), dziś od rana pakowałam przesyłki dla Zuzi i Laurki, a przed chwilą wróciłam z poczty. W codziennym życiu rzadko czuję się zadowolona z tego, co zrobiłam w ciągu dnia, ale dziś mogę powiedzieć, że dzień zaliczam na plus. Starałam się, aby przesyłki na obie zbiórki były w miarę podobne pod względem zawartości:


Oby te i inne przedmioty zarobiły dla dziewczynek jak najwięcej!

I jeszcze coś. Wczoraj wieczorem trafiłam w tiwi na film dokumentalny (?), nie wiedziałam co to, bo włączyłam się w połowie. Sprawdziłam, poszukałam, okazało się, że można obejrzeć na youtube. Serdecznie polecam - film "Wszystko może się zdarzyć" w reżyserii Marcela Łozińskiego z 1995 roku. Krótki, ale dający do myślenia. Sześciolatek pyta w parku starsze osoby o ich życie, samotność, śmierć. Rzadko mi się zdarza, że łzy pociekną w trakcie oglądania, ale tutaj same się kręciły w oku... Dało mi trochę do myślenia - jak żyć, żeby w wieku 80 lat siedząc na ławce w parku wystawiać twarz do słońca i się uśmiechać?

Film w trzech częściach - 1, 2, 3. Jest jeszcze "A gdyby tak się stało", w którym Tomek jako nastolatek wraca do parku. Tego filmu nie widziałam, jest tutaj, ale u mnie nie działa dźwięk.

Wyszło dość melancholijnie. Ale to taka dobra melancholia. Motywująca :)

P.S. z 20 sierpnia:
Udało mi się obejrzeć także ten drugi film. Niestety, jestem zawiedziona, jest to powtórzenie pierwszego filmu, które zbyt wiele nie dodaje. Jeśli ktoś obejrzał "Wszystko może się zdarzyć", to wystarczy, jeśli zapozna się z trzema ostatnimi minutami "A gdyby tak się stało"...

piątek, 15 lipca 2011

Gdzie byłam, jak mnie nie było :)

W pracy miałam jeden wolny weekend - zarezerwowany, by pojechać na ślub i wesele mojej najbliższej kuzynki. Nie mam rodziny w górach (tzn. teraz już tak jakby mam), ale pan młody góralem jest i ślub był na modłę góralską. Te z Was, które pamiętają moje ochy i achy nad wycieczką do Łowicza, na pewno podejrzewają, że mam słabość także do kultury ludowej innych rejonów. Jednak! Oprócz chusty w kwiatowy, quasi-folklorystyczny wzór (który to akcent tak naprawdę nie był zamierzony, miał charakter praktyczny w obliczu deszczowej pogody), zrezygnowałam z jakichkolwiek wycieczek folkowych. Wydziergałam sobie natomiast sutaszowe kolczyki, pasujące kolorystycznie do mojego weselnego stroju, a potem dorobiłam też prosty wisiorek.



Owalne kamienie w kolczykach pochodzą od Modraka, o czym pisałam tutaj.

Zdjęcia jak zwykle maskują mankamenty. Jeśli chodzi o sutasz, zdecydowanie muszę zacząć od prostszych form, żeby wykonanie dorównywało umiejętnościom. Ale spoko, zaraz na pewno odezwą się głosy, że przesadzam :)

Poza tym należą się Wam duże podziękowania. Wczoraj liczba Obserwatorów wynosiła równe 99. Dzisiaj przekroczyła setkę, i bardzo mi miło, jeśli mniej lub bardziej regularnie zagląda tu tyle osób! Ponieważ candy już trwa, postanowiłam spośród obserwujących wylosować osobę, która będzie miała dodatkową szansę w rozdawajce. Padło na Magdę, prowadzącą blog magdowo, a ponieważ bierze już ona udział w candy, do maszyny losującej dorzucę drugą karteczkę z jej imieniem :)

Dziękuję Wam raz jeszcze i ściskam mocno!

poniedziałek, 11 lipca 2011

Archeologiczne reminiscencje

Niezbyt przyjemne okoliczności sprawiły, że przyspieszyłam swój powrót do domu, ale plusy tej sytuacji dla mojego bloga są ogromne. Otóż wracam! I trzymajcie mnie za słowo, że będę zamieszczała nowe posty raz na kilka dni, a nie tygodni. Candy oczywiście nie ulega skróceniu, słowo się rzekło, kobyłka u płota :)

Zanim nadrobię zaległości filcowe i nie tylko, mała zajawka tego, co robi archeolog w pracy - może niektórych to zdziwi, ale archeolog w pracy bardzo często rysuje :) Nie są to może bardzo skomplikowane rysunki, czasem zdarzy się jednak coś trudniejszego. W tym roku zdarzyło mi się to raz - oto szkielet spod porzeczek:


Na terenie wykopalisk były do niedawna domy i ogródki, zlikwidowane, by mogła powstać obwodnica. Jeśli znane są z danego obszaru ślady dawnej działalności ludzi (np. cmentarzysko, osada), wkraczają najpierw archeolodzy, sprawdzając, cóż tam w ziemi siedzi. W przeciwnym razie wszystko przepadnie na zawsze. W jednym z takich ogródków ktoś miał krzaczki porzeczek, a jeden z nich rósł na czaszce narysowanego tu biedaczyny. Pomyślcie, że jakaś pani czy pan robili z tych porzeczek dżem, ale nie wiedzieli, co jest pod spodem. A może wiedzieli...? Kto wie, może szkielet nie jest wcale taki stary i należy do nielubianego sąsiada, współmałżonka czy kogoś innego... 

Macie pomysł na jakiś inny fascynujący scenariusz? :)

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Moje SPA

Moja praca jest jak SPA
Solarium - osiem-dziewięć godzin na słońcu (ja nie cieszę się z letniej pogody)
Peelingi - piasek na stopach (plus mojej pracy - można chodzić boso. W pracy mam ze sobą trzy pary butów - sandały, trampki i kalosze)
Aromaterapia - to najbardziej problematyczny element mojej pracy - zapachy panów-pracowników fizycznych, którzy niekoniecznie codziennie się myją albo zmieniają robocze ubrania... Niekoniecznie też są trzeźwi. Upał tylko potęguje odczucia węchowe :)

Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję za wizyty i udział w candy!

piątek, 3 czerwca 2011

Pożegnanie

Bez bicia przyznaję, że przez ostatni tydzień nie zrobiłam nic filcowego czy nawet sutaszowego. Nie, nie jest to jeszcze powód do likwidowania bloga - tytuł może być mylący :) Przez ostatni tydzień przygotowywałam się do dość długiego wyjazdu. Niestety, nie jadę odpoczywać, ale pracować na drugi koniec Polski. Co prawda zabiorę ze sobą filc, ale wiem, że ciężko będzie znaleźć czas na majstrowanie przez najbliższe 3 miesiące. Jeszcze gorzej będzie tam z internetem, chociaż mam nadzieję, że nie zamilknę na cały ten czas :)

Obiecuję jednak, że nie zostawię Was z niczym! Od dłuższego czasu chciałam urządzić drugie candy i może teraz byłby na to dobry moment? Co prawda długi czas oczekiwania, ale za każdy miesiąc nieobecności - dodatkowe losowanie :) Zaglądajcie więc w ciągu najbliższych 24 godzin, na pewno pojawi się notka.

Swoją drogą - mały konkurs z nagrodą w postaci dodatkowej szansy w losowaniu candy - czym się zajmuję? Podpowiadam: czynne uprawianie tego zawodu wiąże się z długimi wyjazdami, pracą na świeżym powietrzu, ale też po godzinach, przy biurku. Mieszka się najczęściej ze współpracownikami, trochę jak w akademiku :) Do pracy zabieramy obowiązkowo: prowiant, ołówek, gumkę, linijkę i papier A3. No, to kim jestem?

EDIT: Zagadka rozwiązana przez Kamino, szybko poszło :) Pozdrawiam!


niedziela, 10 kwietnia 2011

Na miękko

Ta pora roku sprzyja chyba folkowym tematom. Dzisiaj odwiedziłam kiermasz wielkanocny w Muzeum Etnograficznym - i chociaż miałam ze sobą aparat, to nie zrobiłam żadnego zdjęcia. Odwiedzających - pomimo tego, że wstęp był płatny - było tyle, że tłoczyli się przy stoiskach i zasłonili wszystko, co warto było sfotografować. Na zdjęciach widać byłoby więc jedynie tłum. I nie dziwię się, bo takiego nagromadzenia rękodzieła ludowego w życiu nie widziałam. Wszystko było przepiękne - od pisanek z Lipska nad Biebrzą po kaszubskie hafty! Bardzo miło spędziłam niedzielne popołudnie.

A tak trochę na przekór wielkanocnym klimatom, ale nadal w temacie jajka - przedstawiam magnes, który równie dobrze może służyć jako poduszeczka na igły - i to z funkcją zbierania rozsypanych szpilek ;)



EDIT: Początkowo na Rękoczyny #14 w Art-Piaskownicy chciałam zgłosić ocieplacze do jajek, ale właściwie, czemu nie sadzone?


Pozdrawiam!

niedziela, 3 kwietnia 2011

Juuupiiii! :)

Hurra! W końcu, nareszcie! Po miesiącach planowania (co przyznaję ze wstydem) udało mi się odwiedzić Łowicz! Sprowokowała mnie do tego oczywiście łowicka sztuka ludowa.

Wszystko zaczęło się w prima aprilis. Rzuciłam wtedy: "Kochanie, wiesz, w sobotę zapowiadają taką piękną pogodę, może byśmy okna umyli?" Udało mi się zachować poważną minę i "prima aprilis!" powiedziałam dopiero wieczorem, ujawniając przy tym moje plany :)

Wczoraj rano wyruszyliśmy z Torunia do Łowicza, oczywiście z zapowiadanej pięknej pogody wyszedł deszcz i chmury, ale co tam! Oprócz pogody nie wypaliło też kilka innych rzeczy. Ostrzyliśmy zęby na mający się odbywać w weekend jarmark antyków i rękodzieła, jednak kiedy dotarliśmy tam o 11 było pięć straganów na krzyż i żadnych pocztówek, na które cieszył się P. Informacja turystyczna w jakiejś odrapanej bramie, zamknięta na cztery spusty i chyba w ogóle już opuszczona. Łowicki Ośrodek Kultury oraz Centrum Kultury, Turystyki i Promocji Ziemi Łowickiej (gdzie według informacji ze stron www można kupić pamiątki) też nieczynne. Tragedia. A ja już od miesięcy wiedziałam, co chcę tam kupić!

Na szczęście uratowała nas Cepelia, znajdująca się przy Starym Rynku. Postronni twierdzą, że kiedy tam weszłam, to skakałam ze szczęścia. Fakt, że nie wiedziałam za co złapać. Ostatecznie zdecydowałam się na dużą wycinankę:


Wszystkie były piękne, każda czymś się różniła. Podoba mi się to, że widać, jak odstaje od papieru, do którego jest przymocowana w kilku miejscach, że widać ślady nożyczek, że kolorowe elementy nie są idealnie symetryczne... Na odwrocie naszkicowane długopisem linie do wycinania czarnego tła, które w toku pracy pani wycinankarki i tak uległy zmianom. Przy bliższym oglądaniu widać nawet odcisk palca w kleju :) Wycinanki były przepiękne, bardzo trudno było mi się zdecydować na jedną. Zastanawiam się ile czasu potrzeba na zrobienie takiej wycinanki od początku do końca. Wydaje mi się, że to ogrom pracy i w tym kontekście cena (40 zł za wycinankę ok. 30 x 30 cm) jest chyba bardzo niewygórowana (szczególnie, że do wycinankarki nie trafia przecież cała ta kwota). Teraz będę szukała ramki, co chyba nie będzie tak proste, jak wcześniej mi się wydawało :)

Oprócz tego w Łowiczu kupiłam też papierowe serwetki z motywami łowickimi, których chyba nie otworzę i będę się na nie tylko gapiła, a jeśli położę je kiedyś przy talerzach, to chyba odruchowo rzucę się na tego, kto będzie chciał się nią wytrzeć ;) Odwiedziłam też kilka sklepów "wszystko za 5 zł" i kupiłam ciekawy papier do pakowania (wiem, beznadziejne pamiątki kupuję), styropianowe jajko (na próbę, do filcu) i dwa dziurkacze do papieru (moje pierwsze "przydasie" tego typu).


A na koniec pojechaliśmy do skansenu w Maurzycach. Od 1 kwietnia zaczyna się "sezon" i można nie tylko przechadzać się wokół obiektów, ale też zaglądać do środka. Co prawda zza kratek, ale zawsze. Piękne, kolorowe wnętrza, dużo wycinanek i pasiaków :) Kilka chat pomalowanych na intensywny, chabrowy kolor. Przez ponad godzinę spotkaliśmy tylko 4 osoby, także czuliśmy się jak w opuszczonej wsi rodem z "Chłopów". Zrobiliśmy mnóstwo zdjęć, ale pokazuję tylko kilka, bo nie chcę Was zanudzać, a jedynie zachęcić do odwiedzin tego pięknego miejsca :)








Ależ się rozpisałam :)

Miłego wieczoru!

P.S. Cały czas zapraszam na candy, tylko pamiętajcie o spełnieniu warunków - wpisujcie w komentarzach ulubiony kolor (jeśli wygracie, broszka może być oczywiście w zupełnie innej kolorystyce).