Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mafia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mafia. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 lutego 2023

Magdalena Szponar "Odcienie czerwieni"

Książki Magdaleny Szponar mają to do siebie, że poruszają zawsze realne problemy i są do bólu prawdziwe. Jej seria o strażakach była pełna realizmu dotyczącego tego naprawdę trudnego zawodu.


Ale jak napisać realną i do tego nieprzerysowaną historię o egzekutorze, zabójcy, szefie mafii? W najnowszej książce „Odcienie czerwieni” idealnie się jej to udało.


Bohaterką książki jest psycholożka policyjna i profilerka, Izabela Sarnecka. Kobieta od lat ma obsesję na punkcie Bystrego, szefa mafii powiązanej z Norwegią, nieuchwytnego zabójcy, który porusza się jak duch. Duch. Taki właśnie pseudonim nadała mu Sarnecka.

Pewnego razu kobieta poznaje w barze niesamowicie przystojnego mężczyznę, z którym spędza upojną noc. To uruchamia lawinę zdarzeń, które wciągną profilerkę w sam środek mafijnych rozgrywek, a także pokażą czym jest szalone pożądanie, pasja i w końcu miłość.


Nie będę już nic więcej zdradzać, książka Magdaleny Szponar to ostra jazda bez trzymanki. Pełna zwrotów akcji, sugestywnych opisów (nie dla wrażliwców), gdzie krew leje się gęsto, a zło jest pokazane w całym jego sugestywnym obrazie. 


Na wielki plus zasługuje research, jaki przeprowadziła autorka do tej historii, na przykład dotyczący rodzajów broni, czy noży, jakimi posługuje się Bystry, a także jego tajemniczy brat. Swoją drogą, świetna postać Roberta niesamowicie nakręciła mnie na chęć przeczytania drugiej części, która ma być poświęcona właśnie temu pogmatwanemu bohaterowi. Mam nadzieję, że nie przyjdzie nam długo czekać na kontynuację.

Polecam gorąco, bo właśnie tak gorąca jest ta książka!




poniedziałek, 8 lutego 2021

Paulina Jurga "Matrioszka"

Kiedy słyszę mafia, zapala mi się lampka. Kiedy słyszę: mafia rosyjska, to już prawdziwy alert! Po ostatnich rozczarowaniach miałkimi romansami mafijnymi, które z ową mafią miały niewiele wspólnego, zrezygnowałam z czytania tego rodzaju książek. Jednakże namówiona przez Wydawnictwo Otwarte, a także po korespondencji z autorką, Pauliną Jurgą, której niegdyś polecałam literaturę dotyczącą worów w zakonie, postanowiłam sięgnąć po jej debiutancką książkę, zatytułowaną „Matrioszka”.

I proszę państwa, never say never! Otóż ta młoda polska autorka potrafiła napisać pasjonującą, sensacyjną, z potężnym researchem historię mafijną, gdzie oczywiście nie brakuje gorącego uczucia i miłości, która musi walczyć z przeciwnościami losu.


Tytułowa Matrioszka, to Marta Małecka, która okazuje się być zaginioną córką szefa rosyjskiej bratwy i naprawdę nazywa się Matriona Grigoriewna Kosłow. Zostaje uprowadzona z warszawskiego domu i ląduje w Sankt Petersburgu. W samym środku piekła. Jedyną osobą, która zdaje się ją rozumieć, jest niejaki Nikołaj, jej ochroniarz. Ale on jest wysoko postawionym członkiem bratwy, zabójcą, egzekutorem. W każdej mierze oddanym jej ojcu. W nowym domu, pełnym luksusów, ale i ograniczeń, Marta-Matrioszka poznaje swoje liczne rodzeństwo, wśród którego zyska sojusznika, brata Maksyma, a także śmiertelnego wroga- Izjasława, który ma wobec dziewczyny bardzo podejrzane i chore zamiary.

Matrioszka rzucona w mafijne rozgrywki, staje się narzędziem w  rękach bezwzględnego ojca, ale jednocześnie wciąż się nie poddaje i próbuje odzyskać wolność.

To pierwszy tom trylogii, który sprawił, że po zakończeniu lektury chciałam natychmiast sięgnąć po kontynuację, która będzie miała tytuł „Marionetka”.


Dlaczego ta książka tak bardzo mnie ujęła? Przede wszystkim sposób pisania autorki, historia jest napisana sprawnie, bez zbędnych zapychaczy, bohaterowie są świetnie skonstruowani, postać kobieca nie jest idiotką, a akcja przemyślana. Na olbrzymią pochwałę i szacunek zasługuje research.  Świat, do którego zaprasza nas autorka, jest dokładnie opisany, z porządną merytoryką, jest mnóstwo ciekawostek związanych z worami w zakonie, są przypisy, wyjaśnienia. Ciekawie także zostały opisane tradycje prawosławne, obchodzone święta i zasady panujące w bratwie. Osobnym tematem, który jest moim konikiem, są tatuaże noszone przez członków bratwy i co oznaczają. Nic w tej książce nie jest przypadkiem, co doskonale dowodzi, jak wielką pracę zrobiła Paulina Jurga przygotowując się do pisania tej serii.

Jeśli macie ochotę na dobrze napisaną książkę sensacyjną z wątkiem miłosnym, ze świetnie nakreślonym światem rosyjskiej mafii, to nie traćcie czasu na pseudomafijne podróbki, tylko sięgnijcie po „Matrioszkę”! To prawdziwa petarda w tym gatunku!



Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Otwartego.


Matrioszkę można zamówić tutaj: KLIKNIJ

środa, 4 grudnia 2019

Cora Reilly "Złączeni obowiązkiem"

„Złączeni obowiązkiem” to drugi tom serii Born in Blood Mafia Cronicles, autorstwa Cory Reilly. Po udanej części pierwszej, teraz przyszła pora na poznanie losów Dantego i Valentiny.

Ta ostatnia zostaje wdową, po tym, jak jej męża zamordowała rosyjska Brać. Dante Cavallaro wciąż rozpacza po śmierci ukochanej żony, którą pokonała ciężka choroba. Dante traktuje małżeństwo z Valentiną jako biznes, gdyż pozostając w funkcji capo nie może pozostać bez żony i bez dziedzica. A młoda wdowa… no cóż, nie ma za bardzo wyjścia. Poza tym jej małżeństwo z Antoniem było farsą, mężczyzna był gejem, co oczywiście ukrywał, bo w mafii homoseksualizm równa się śmierć. Valentina w końcu chciałaby zaznać miłości i fizycznej i tej prosto z serca. Lecz Dante nie zamierza jej dać, póki co, ani jednego, ani drugiego. Wkurzona młoda kobieta ma zamiar wziąć sprawy w swoje ręce, do czego nie jest przyzwyczajony żądny władzy i posłuszeństwa Dante. Jednocześnie nad młodymi małżonkami gromadzą się kolejne chmury, a ich problemy małżeńskie to dopiero czubek góry lodowej.

Historia Dante i Valentiny obfituje w liczne zawirowania, zaskakuje i denerwuje. Jest oczywiście dużo seksu i namiętności. Są też wątki sensacyjne i mafijne, nie brakuje mafijnego świata, zasad, tradycji i układów w tej organizacji przestępczej. Biorąc pod uwagę, że teraz co rusz ukazują się „romanse mafijne", seria Cory Reilly naprawdę spełnia te warunki. Jest i gorący romans, jest i mafia, którą pisarka nie wyssała sobie z palca. Polecam, jeśli już czytać romanse mafijne, to tylko te, gdzie widać, iż przedstawiony świat fabularny ma coś wspólnego z rzeczywistością.



Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Niezwykłego.


czwartek, 18 lipca 2019

Cora Reilly "Złączeni honorem"

„Złączeni honorem” Cory Reilly to historia w klimacie, który bardzo lubię. Jest mafia, rodzinne zobowiązania, twardzi gracze, oraz oczywiście on i ona. Aria Scuderi jest jeszcze małą dziewczynką, kiedy poznaje swojego przyszłego męża. Zostanie nim przerażający Luca „Imadło” Vitielli, syn szefa nowojorskiej Cosa Nostry. Kiedy Aria kończy osiemnaście lat, odbywa się ślub, a zaraz potem… noc poślubna. Która nie kończy się tak, jak na pewno życzyłby sobie tego Luca.

Aria wchodzi do rodziny o głębokich mafijnych marzeniach i wie, że będzie musiała żyć w świecie pozbawionym prawdziwego uczucia, pozbawionym zasad i wierności. Nie może decydować o sobie, od wszystkiego ma męża, który… Który nie czuje do niej nic. Lecz czy na pewno? Dziewczyna nie chce tak żyć, nie chce być żoną tylko na pokaz, nie zamierza tolerować kochanek i licznych przygód swojego męża. Nie obchodzi ją to, że Luca jest bezkompromisowym i pozbawionym litości bossem. Nade wszystko jest jej mężem i powinien ją… kochać i szanować. Właśnie tak!

„Złączeni honorem” to historia niczym z sensacyjnego filmu, połączenie Romea i Julii, oraz Chłopców z ferajny. Historia małżeństwa zaaranżowanego przez mafijną rodzinę, pełno w niej namiętności, niebezpieczeństw i złych chłopców. Jeśli lubicie takie właśnie klimaty, zapewniam, że przeczytacie tę książkę w iście ekspresowym tempie. Niby prosty zabieg, ale skuteczny. Sama dałam się nabrać. Nie jest to jakieś wybitne dzieło, ale przecież takim być nie miało. Za to można się przy nim dobrze bawić. 

Świetna rozrywka z bad boyami w tle, bo czasami trzeba się przecież przenieść do innego wymyślonego świata, gdzie miłość pokona nawet krwiożerczego mafioza.


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Niezwykłego.


piątek, 21 czerwca 2019

W zapomnieniu-nowe wydanie już niebawem!

17. lipca ukaże się nowe wydanie powieści "W zapomnieniu", czyli historia Magdy Lasockiej, młodej pani psycholog i Michała "Majkiego" Langera, chłopaka, który zagubił się w życiu.

Krótki fragment poniżej:

Dziewczyna podeszła do ławki, położyła na niej torbę, odwróciła się i popatrzyła na swojego chłopaka.
– Byłeś w sobotę w Santanie? 
– Byłem. Pojechaliśmy tam po spotkaniu. – Michał wiedział, że nie ma sensu kłamać.
– Pomijam kwestię, że powinieneś mi o tym powiedzieć. Wiedziałam, że miałeś spotkanie, masz prawo spotykać się z kolegami, gdzie chcesz. Tylko Michał, nie lubię, jak ktoś robi ze mnie idiotkę! – krzyknęła.
– Nie robię z ciebie idiotki, Magda! Czy to takie ważne, gdzie się spotkałem z kumplami? Co to w ogóle ma do rzeczy?! – Uniósł ręce zirytowany.
– Twoja metoda prowadzenia rozmów jest doprawdy godna pozazdroszczenia. Nieważne. – Magda machnęła ręką. – Dla mnie istotniejszą kwestią jest to, z kim się tam bawiłeś.
– Wszyscy tam byli, to otwarty klub. – Wzruszył ramionami, chociaż serce zaczęło mu niepokojąco szybko bić.
– Wiolka też – powiedziała cicho.
– No, tak.
– Michał, spójrz na mnie. Jeśli cokolwiek z tego, co mówiłeś kiedyś do mnie, było prawdą, rozmawiaj ze mną normalnie! Wiolka powiedziała mi, że całowałeś ją tak dobrze jak kiedyś. To prawda? – spytała drewnianym głosem.
Langer wciągnął ostro powietrze i zacisnął zęby.
– Michał! Czy ciebie… czy ty… spałeś z nią? – Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, które lekko zawilgotniały, a on poczuł, jakby spadał z jakiejś olbrzymiej wysokości, po to jedynie, aby uderzyć z wielką siłą w twardą ziemię.
– Magda, kiedyś spędziliśmy ze sobą noc, to było prawie rok temu. Od tamtej pory nic mnie z nią nie łączy. To stara sprawa, nie warto o niej wspominać. – Złapał ją za ręce.
– Rozumiem, ale myślę, że warto wspominać o tym, co powiedziała później. Całowałeś się z nią w sobotę, Michał?
– Jezu, Magda! – Złapał się za głowę i popatrzył w niebo. – Widziałaś mnie wczoraj, byłem nawalony jak sztucer!
– Michał! Rozmawiaj ze mną! Zasługuję na to, a nie na dziecinne unikanie tematu i durne tłumaczenie się. Po prostu odpowiedz na pytanie! – krzyknęła mu w twarz.
– To nie było całowanie. Poprosiła mnie, żebym ją pocałował na pożegnanie. Zrobiłem to, ale bez żadnych emocji. Magda, nic wielkiego… – tłumaczył.
– Bez emocji… – powtórzyła jak automat. – Bez emocji… – Spojrzała na niego, wzięła swoją torbę i zaczęła iść przed siebie szybkim krokiem.
Pobiegł za nią. Złapał ją za ramię i odwrócił do siebie.
– Chciałaś rozmawiać, więc nie odwracaj się i nie odchodź, Magda! – powiedział ostro.
– A o czym chcesz jeszcze rozmawiać? Po raz kolejny pokazałeś, jak daleko znajduję się na twojej liście priorytetów! Najpierw są koledzy, Santana, twoje interesy, byłe partnerki, które proszą o pocałunki, a ty chętnie je rozdajesz, potem może Marcin, aha, jeszcze twój samochód i może na końcu gdzieś znajdzie się miejsce dla mnie!!! – krzyczała. Już nie mogła opanować łez, które równymi strumieniami zaczęły płynąć po zaczerwienionych z emocji policzkach.
– To nieprawda, tylko tyle mogę powiedzieć – odpowiedział spokojnie.


piątek, 1 lutego 2013

Jak Lukas stracił dziewictwo...


Zaczął się ostatni tydzień mojego starego życia. Przeczuwałem, że gromadzą się nade mną chmury; nie mogłem się pozbyć tego wrażenia. Ale spokojnie szedłem do przodu. Witałem każdy kolejny dzień. Przecież nie mogłem się zatrzymać ani cofnąć. Bo i po co? Przyjmowałem los, pokonując każdy jego zakręt, choćby był najbardziej zawiły i zaskakujący. Bo na tym chyba polegało życie? Taką drogę obrałem i nie miałem zamiaru zmieniać trasy. Ale czułem, podświadomie, każdym możliwym zmysłem, że coś się szykuje. Że los coś dla mnie przygotował. I w sumie, gdy stało się to, co się stało… nie byłem zbytnio zdziwiony. Przyjąłem to zrządzenie losu jak dobrego przyjaciela, na którego czekałem i który czekał na mnie. Tak było najlepiej. Przyjąć to jak mężczyzna, bez mazgajstwa i robienia tragedii. I tak też zrobiłem. Wiedziałem też coś więcej: że na pewno nie można mnie nazwać zdrajcą i potrafię uszanować ludzi, z którymi współpracowałem. Ale na pewno jestem kurewsko mściwy i nigdy nie zapomnę o wyrządzonej mi krzywdzie. A raczej świństwie. Bo inaczej nie można było tego nazwać.
Tamtego dnia wszystko toczyło się swoim torem. Rano pojechałem na siłownię, potem zaliczyłem bieżnię. Zajrzałem na wydział do Justyny. Chciałem wyciągnąć ją na kawę, ale miała ćwiczenia, więc wróciłem do domu. Coś zjadłem i posprzątałem, bo lubiłem porządek. Gdy późnym popołudniem miałem jechać do klubu, zadzwonił do mnie Wasyl.
– Lukas, jesteś na mieście?
– Jadę dopiero. Dzieje się coś? – spytałem, zakładając kurtkę i rozglądając się za kluczykami do samochodu.
– Cholera, ten debil Buźka miał dzisiaj zawieźć towar do Legnicy, do mojego człowieka, ale tak wczoraj zachlał, że nikt nie jest w stanie go dobudzić.
– A jaki towar?
– Przyjedź, to pogadamy. Jestem u siebie. Lukas, na ciebie zawsze można liczyć!
– Dobra, zaraz będę – odparłem i po chwili byłem na zewnątrz.
Gdy wszedłem do klubu, Wasyl rozmawiał z kimś przez telefon i wyglądał na wkurwionego. Usiadłem przy barze i czekałem, aż skończy rozmowę. Odłożył telefon i popatrzył na mnie.
– Lukas, pojedziesz do tej cholernej Legnicy? Mam do ciebie zaufanie. I w sumie wiem, że załatwisz to lepiej niż pieprzony Buźka.
– Pojadę – kiwnąłem głową.
Średnio mi się uśmiechało przewożenie jakiegokolwiek podejrzanego towaru, ale wcześniej robiłem już takie rzeczy, więc wiedziałem, że i tym razem sobie poradzę. A poza tym nie mogłem przecież go tak zostawić. To był także mój biznes. I jak się za coś brałem, to starałem się robić to dobrze i dawać z siebie wszystko. Pracownik miesiąca. Albo i roku.
Okazało się, że muszę przewieźć jedynie paczkę marihuany do człowieka Wasyla w Legnicy. Nie było żadnego ryzyka, zresztą do tej pory byłem czysty i nienotowany. Dlatego też nic nie wzbudziło mojego niepokoju.
Zabrałem towar, wsadziłem go do sportowej torby, z którą jeździłem na siłownię, i ruszyłem w trasę. Pogoda była piękna; pod koniec maja panował upał. Jechałem autostradą. Nastawiłem muzykę Hansa Zimmera, założyłem okulary i przez chwilę czułem się szczęśliwy i wolny od trosk. I nie myślałem o swoim życiu, o swoich wyborach i o narkotykach, które spoczywały w bagażniku mojego samochodu. Po prostu jechałem przed siebie i przez chwilę chciałem przycisnąć pedał gazu i pomknąć przed siebie, nikomu nie mówiąc, gdzie jestem i co robię. Zniknąć z zasięgu wzroku i nie być zależnym od kogokolwiek. To byłoby naprawdę coś! Coś, o co warto byłoby walczyć i zaryzykować. Ale tymczasem… Musiałem zrobić to, co do mnie należało, a pragnienie wolności odłożyć na później.
Na dużo, dużo później…
Zjechałem z autostrady i już miałem skręcać w prawo, gdy zobaczyłem stojący na poboczu policyjny radiowóz. Nie zaniepokoiło mnie to zbytnio, gdyż miliony razy byłem zatrzymywany, przeważnie za przekroczenie prędkości. Policjant nakazał mi zjechać na pobocze. Zatrzymałem się i wysiadłem z samochodu, patrząc na podchodzącego do mnie gliniarza. Ten kazał mi pokazać dokumenty. W tym samym czasie podszedł drugi i zaczął okrążać moje auto dookoła.
– Niezły wóz. Lubi się przycisnąć, co? – zapytał, zaglądając do środka przez boczną szybę.
Wzruszyłem ramionami, czując, że coś jest nie tak.
– Jechałem zgodnie z przepisami – odparłem.
– Jasne. A trójkąt pan ma?
– Mam.
– Proszę otworzyć bagażnik – rozkazał ten, który sprawdzał dokumenty.
Spokojnie podszedłem do tyłu samochodu i otworzyłem. Czułem, jak mocno bije mi serce, ale nie dawałem po sobie poznać, że choć odrobinę się zdenerwowałem. A zdenerwowałem się jak cholera.
– Tutaj jest – wskazałem na złożony z boku trójkąt.
– Proszę włączyć światła i kierunkowskazy – kazał drugi gliniarz, stając przy otwartym bagażniku. Chciałem go zamknąć, ale gliniarz skutecznie mi to uniemożliwił. I wtedy już wiedziałem, że nie zatrzymali mnie przypadkiem, by przeprowadzić zwykłą kontrolę drogową. Oni… po prostu na mnie czekali.
Wsiadłem do samochodu i zrobiłem to, co kazał gliniarz. Przez podniesioną klapę bagażnika nie widziałem, co robi ten drugi. Usłyszałem tylko, że tamten policjant mówi coś do tego, który stał koło mnie. Po chwili gliniarz spojrzał uważnie w moją stronę i otworzył drzwi od samochodu.
– Proszę wysiąść!
– Coś jest nie tak? – spytałem, wiedząc doskonale, co, do cholery, jest nie tak. Nie tak było to, że złapało mnie dwóch gliniarzy, którzy wiedzieli, że w bagażniku mam paczkę pierdolonej marychy! A wiedzieć to mogli tylko z jednego źródła, bo nie byli pieprzonymi jasnowidzami!
– Wysiadaj! – i tak skończyły się uprzejmości.
Wyszedłem powoli, myśląc, że bez trudu poradziłbym sobie z tymi dwoma facetami. Obydwaj byli ode mnie o głowę niżsi i nie z takimi miałem przyjemność uprawiać sport kontaktowy. Ale co by mi to dało? Im chyba to samo przyszło do głowy, bo widziałem, jak jeden z nich wyciągnął kajdanki, a drugi sięgnął po broń. Dobra. Nie miałem zamiaru robić nic głupiego. Stanąłem z opuszczonymi rękoma i nagle zostałem rzucony na maskę, wykręcono mi ręce, a na nadgarstkach poczułem ucisk kajdanek.
Tak…
Lukas właśnie stracił dziewictwo.
Ale ten, który mnie w ten sposób załatwił, zapłaci za to. I to z nawiązką!

(Zakręty losu-Historia Lukasa)

 



wtorek, 15 maja 2012

Dla wielbicielek trylogii "Zakręty losu"

Dostałam ostatnio kilka próśb o wrzucenie fragmentów z kolejnych części trylogii "Zakręty losu". Już jesienią będzie można kupić całość, właśnie rozpoczął się proces wydawniczy tej serii.

Ale pomna Waszych maili wrzucam krótkie fragmenty z II tomu, zatytułowanego "Zakręty losu-Braterstwo krwi" i z tomu III, czyli "Zakręty losu-Historia Lukasa". Tekst surowy, przed korektą.

BRATERSTWO KRWI

Gdy Krzysiek witał się z nową aplikantką, Łukasz Borowski siedział na skórzanej sofie w swoim nowym mieszkaniu i uczył się, jak zakładać szkła kontaktowe, zmieniające mu kolor oczu z brązowych na niebieski. Ratajczak musiał wyjść, bo ktoś próbował się do niego dodzwonić i teraz wrócił, wpatrując się w siedzącego na sofie potężnego faceta, z potarganymi jasnymi włosami i niebieskimi jak niebo oczami. Łukasz popatrzył na wchodzącego mężczyznę, wstał i powiedział po polsku z wyraźnym niemieckim akcentem:
- I co powiesz,Ratajczak? Reprezentuję doskonały okaz rasy nordyckiej?
- Jesteś chory, Lukas. Ale wyglądasz na niezłego, szwabskiego sukinsyna. - Ratajczak był pod wrażeniem umiejętności swoich ludzi, którzy nie tylko poprzez zmianę samego wyglądu, ale i odpowiedni dobór garderoby i różnych gadżetów sprawili, że Marcus Borycki wyglądał tak, jak powinien wyglądać właściciel nocnego klubu, o niezbyt chlubnej przeszłości. I to ostatnie dotyczyło zarówno właściciela, jak i samego klubu. Do tego dochodziły umiejętności Łukasza, który genialnie potrafił wczuć się w rolę i zmieniać tożsamość jak wąż skórę. Dlatego Ratajczak przekonał swoich szefów, żeby zaangażować starszego Borowskiego do tej akcji. Zwłaszcza po tym, kiedy dowiedział się ze swoich źródeł, że Siergiej postawił mecenasa Borowskiego w sytuacji bez wyjścia. Na początku szefostwo nie chciało słyszeć o pozyskaniu Łukasza, uznając, że nie będzie można mu zaufać. Ale Ratajczak ręczył za niego głową, wiedząc, że skoro wtedy postanowił z nimi współpracować,  tym bardziej zrobi to teraz, kiedy się dowie, w jakie gówno wchodzi jego młodszy brat. Jasne! Bazował tutaj na uczuciach, na oddaniu, na tym, co łączy obu braci. To było kurestwo, ale dla niego, Ratajczaka, liczył się efekt końcowy a nie środki, jakie do niego poprowadzą. A efektem miało być aresztowanie Igora Siergiejewicza. Osobą, która mogła do tego doprowadzić był tylko i wyłącznie Łukasz Borowski, który w strukturach mafijnych funkcjonował od siedemnastego roku życia.
- Jestem szwabskim sukinsynem i zrobię w tym mieście niezły rozpierdol. - Łukasz nadal mówił z niemieckim akcentem i Mirek w końcu się roześmiał.
- Uważaj, bo cię polubię... - usiadł na sofie i kiwnął głową do Łukasza, żeby także zajął miejsce. - Siadaj, muszę ci coś powiedzieć.
- Co jest?
- Dzwonił do mnie twój brat.
Łukasz spojrzał na niego niebieskimi oczami i zacisnął szczęki.
- Jutro się z nim spotkasz.
- Jak to?
- Przywiozę go tutaj.
- On... on ma o tym wszystkim wiedzieć? - Łukasz spytał cichym głosem.
- On szuka pomocy. Znasz swojego brata. Jest z gruntu uczciwy. Chce chronić siebie i żonę, ale wie, że to nie jest rozwiązanie. Dlatego zadzwonił do mnie. Poza tym niejednokrotnie próbował się dowiadywać czegokolwiek na twój temat. Szukał cię. Dzwonił do nas.
- Naprawdę?
W oczach potężnego jasnowłosego mężczyzny pojawiła się iskierka radości, która zaraz zgasła.
- Tak - Mirek Ratajczak kiwnął głową. - Dlatego włączymy go do tego. Jemu będzie łatwiej, wiedząc, że jest ktoś, kto tym wszystkim steruje. Będzie mógł działać dla nich, chroniąc rodzinę, a my będziemy i tak robić swoje. A poza tym...
- Poza tym? - Łukasz zacisnął pięści i wpatrywał się niewidzącym wzrokiem w ścianę.
- Spotkacie się. To chyba dobra wiadomość?
- Tak... Tak... - Łukasz zamrugał oczami, odrywając się od dręczących go myśli. - To najlepsza wiadomość jaką mogłem usłyszeć w ciągu ostatnich lat - spojrzał na Ratajczaka wzrokiem przepełnionym radością i jeszcze czymś, co do tej pory było głęboko schowane w jego sercu i teraz na chwilę uwolniło się i pokazało, że Łukasz Borowski naprawdę ma duszę.





HISTORIA LUKASA


Wróciłem z ćwiczeń naszej szkolnej grupy rockowej. Byłem w drugiej klasie liceum, miałem siedemnaście lat i kochałem muzykę. Grałem na saksofonie w naszym lokalnym zespole, który założyliśmy z kumplami z klasy. Dyrektor szkoły, doceniając zaangażowanie i chęci, udostępnił nam stary szkolny magazynek, który zaanektowaliśmy na klub. I teraz, po ośmiu miesiącach działalności mieliśmy za sobą kilka szkolnych występów, między innymi na studniówce najstarszych klas, a od kilku tygodni przygotowywaliśmy się do udziału w konkursie zespołów rockowych, który mógłby dać nam szansę i perspektywy na dalszy rozwój w tym kierunku. Oczywiście, staraliśmy się nie zaniedbywać nauki, żeby rodzice się nas nie czepiali, ale teraz ten konkurs był dla nas najważniejszy. 
Po cichu wszedłem do domu, bo było już dość późno, miałem nadzieję, że uda mi się przemknąć niepostrzeżenie, tak aby nie spotkać się z ojcem, z którym ostatnio miałem na pieńku. Hm. Ostatnio? Chyba od zawsze, raczej. Ale ta nadzieja umarła, zanim na dobre zdołała zakwitnąć w mojej głowie, bo gdy tylko złapałem za poręcz, chcąc pobiec na górę, do swojego pokoju, mój ojciec wyszedł ze swojego gabinetu. Patrząc na mnie jak zawsze, czyli z krytyką.
-       Nie za późno? - Spytał, z marsową miną.
-       Sorry. Próba się przeciągnęła – burknąłem.
-       Nie zapomnij, że w weekend wyjeżdżasz ze mną na spotkanie z członkami rady adwokackiej.
-       W ten weekend?
-       Tak w ten.
-       To miało być za tydzień – patrzyłem na ojca zszokowanym wzrokiem.
-       Pomyliłem terminy. Wyjeżdżamy w piątek wieczorem – ton ojca był zimny jak lód.
-       Nie ma mowy – wzruszyłem ramionami, mocniej zaciskając palce na rączce futerału, w którym spoczywał mój saksofon.
-       Słucham?
-       Mówiłem ci chyba z milion razy, że jadę do Zielonej Góry na przesłuchanie. Robią nabór do konkursu „Młoda Rockmania”. Przeszliśmy pierwszy etap, jeśli teraz przejdziemy, pojawi się szansa na nagranie płyty.
Ojciec wzniósł oczy do nieba, jakby szukał tam natchnienia do wygłoszenia kolejnej tyrady. Ale powiedział tylko:
-       Będziesz musiał wybierać.
Spojrzałem na niego z uśmiechem.
-       Już wybrałem.
-       To znaczy? - Zmrużył brwi i podszedł do mnie. Pomimo że był wysoki i tak musiał unieść głowę, żeby spojrzeć mi w oczy. Nie sądzę żeby teraz odnalazł w nich odrobinę ciepłych uczuć. Muzyka była dla mnie wszystkim i wiedziałem, jaki on ma do tego stosunek. Bolało mnie to bardzo, ale ukrywałem to przed nim, bo musiałem przecież być stonowanym przyszłym prawnikiem z maską zamiast twarzy.
-       To znaczy, że w sobotę rano pakujemy się do pociągu i wyjeżdżamy. Na przesłuchanie – odpowiedziałem pewnie, chociaż moje serce szalało ze zdenerwowania.
-       Śmieszny jesteś – parsknął i wydawał się być naprawdę nieźle rozbawiony.
Ja za to byłem wkurzony. I to bardzo.
-       Może jestem śmieszny. Ale pogódź się z tym, że na weekend ze swoimi prawnikami pojedziesz beze mnie.
-       To się jeszcze okaże.
-       Załóż się – warknąłem, wchodząc na schody.
-       Łukasz. - No tak, znałem ten ton. Doskonale. Zaczynało się. Ale tym razem nie miałem zamiaru tego słuchać.
-       Oszczędź sobie. Nie jesteś w sądzie. Wcale nie muszę tam z tobą jechać, wydepczesz dla mnie ścieżkę kiedy indziej – powiedziałem przez zęby i pobiegłem do siebie, trzaskając drzwiami tak, że pewnie obudziłem mojego młodszego brata Krzyśka, który miał pokój naprzeciwko mnie.
Kurwa!
Kląłem w myśli, bo generalnie nie przeklinałem i wiedziałem, że mama tego nie toleruje. Czy kiedykolwiek mój ojciec spojrzy na mnie inaczej, niż jak na obiekt utrzymania rodzinnej tradycji i poważania dla nazwiska Borowski w tym jego śmiesznym świecie? Chyba znałem odpowiedź na to pytanie. A przecież zawsze robiłem wszystko, aby był ze mnie zadowolony. Nigdy nie miał ze mną najmniejszych problemów. Nigdy. Uczyłem się dobrze, nie paliłem, nie ćpałem, szanowałem matkę, kochałem brata. A ojciec... też go szanowałem, ale... Czy go kochałem?
Boże...
Oczywiście, że tak. Ale...
Czy on kochał mnie?




PREMIERA: jesień 2012 :)