Stephena Kinga przedstawiać nie muszę, tkwiąc może
czasami w nieco naiwnym przekonaniu, że nawet największy ignorant czytelniczy
chociaż raz słyszał to nazwisko. Trzymam się wersji optymistycznej, dlatego
akurat tego amerykańskiego pisarza przedstawiać nie będę. Moje pierwsze
spotkanie z Królem było gdzieś w okolicach czasów licealnych, pamiętam, że
przeczytałam „Wielki marsz” i wiedziałam, że muszę zdobyć pozostałe powieści
tego pisarza. Sam marsz jest moją ulubioną książką Kinga i bardzo żałuję, że
akurat ta powieść nie została zekranizowana, a przynajmniej nic mi na ten temat
nie wiadomo. Potem w mojej biblioteczce pojawiły się kolejne książki autora ze
stanu Maine. Do moich ulubionych należą: „Christine”, „Sklepik z marzeniami”, „Mroczna
połowa”, „Smętarz dla zwierząt”, „Carrie”, no i „Lśnienie”. Kiedy usłyszałam,
że wkrótce na nasz rynek wydawniczy zawita druga część tego ostatniego tytułu,
bardzo byłam ciekawa jak po tylu latach, po takiej przerwie, pisarz przedstawił
dalsze losy Torannce’ów. I gdy tylko „Doktor sen” pojawił się w księgarniach,
trafił też na moją osobistą biblioteczną półkę. Nie od razu zabrałam się za
lekturę, nie pozwoliły mi na to obowiązki, ale teraz jestem już po.
Daniel Torrance, chłopiec ze „Lśnienia”, jest
dorosłym mężczyzną. Przeżycia z hotelu Panorama odcisnęły na nim olbrzymie
piętno, a umiejętność „jaśnienia” sprawiła, że widzi to, co zwykły człowiek nie
ma szansy zobaczyć, z korzyścią dla siebie oczywiście. Bo czasami lepiej nie
widzieć i nie wiedzieć. Gdy Daniel był chłopcem, posiadł zdolność otwierania
tajemnych szuflad w swoim umyśle i chowania w nich „ducholudków”, złych duchów,
które nie mogą pogodzić się z tym, że nie żyją. Kiedyś, w przyszłości, bardzo
mu się to przyda. Teraz wędruje po Stanach, jest alkoholikiem i szuka ukojenia.
Znajdzie je już wkrótce, a także pozna, najpierw na odległość, a potem w
rzeczywistości, pewną niezwykłą dziewczynkę, posiadającą jeszcze większe
umiejętności niż on sam. Okaże się, że Abra stanowi wielki kąsek (i to
dosłownie) dla Prawdziwych, którzy od setek lat poruszają się po świecie i
żywią „parą”, którą wysysają z jaśniejących dzieci. Zaczyna się walka o życie,
o uratowanie setek, a nawet tysięcy dzieci, a także walka Daniela z własnymi
słabościami i demonami przeszłości.
„Doktor sen” to dość obszerna powieść i czasami
nieco nierówna. Niektóre elementy fabuły czytało się w tempie błyskawicznym,
innym razem akcja nieco zwalniała i czuło się lekkie znużenie. Może dlatego, że
jestem już starszym czytelnikiem i pamiętam swoje młodzieńcze zafascynowanie
Kingiem, albo dlatego, że ta powieść taka właśnie jest. Trochę za mało strachu,
za dużo nadnaturalnych historyjek. Powtarzam, albo sama już nie jestem taka
strachliwa, albo w tej książce po prostu za bardzo nie ma się czego bać. Nie
odebrało mi to jednak przyjemności czytania i w sumie mogę powiedzieć, że
cokolwiek by jeszcze King nie napisał, i tak to przeczytam. Taka już ze mnie
tradycjonalistka.