Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Groza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Groza. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 czerwca 2013

Stephen King "Joyland"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka.


Dawno nie sięgałam po książki Kinga, który przecież należy do moich ulubionych autorów. Miałam przerwę w czytaniu jego powieści, a jeśli już, to wracałam do moich ulubionych, czyli do „Wielkiego marszu”, „Christine” czy „Smętarza dla zwierząt”. Do mojej biblioteczki trafiła najnowsza książka mistrza horroru, zatytułowana „Joyland”. I od razu widać, że to całkiem inny King, niż ten, którego czytałam w czasach liceum.

„Joyland” w sumie ciężko mi zakwalifikować do literatury grozy. To raczej obyczajowy kryminał z lekkim zabarwieniem humorystycznym i wątkiem nadprzyrodzonym. Główny bohater i jednocześnie narrator to dwudziestoletni Devin Jones, który przedstawia czytelnikowi tę historię będąc już starszym mężczyzną. W roku 1973 Devin przeżył poważny zawód sercowy, a jednocześnie poznał smak namiętności i cudem uniknął śmierci. Chłopak zatrudnił się w parku rozrywki „Joyland”, najpierw na lato, a potem został na cały sezon. A właściwie po sezonie. Poznał wielu ciekawych ludzi i zaprzyjaźnił się z Erin i Tomem, którzy wkrótce stali się parą. Sam Devin wciąż rozpamiętywał swój związek z Wendy Keegan i chyba gdyby nie praca, popadłby w całkowity marazm. Na początku można by się spodziewać zwykłej opowieści o młodzieńczych zawodach, o poszukiwaniu rozwiązań, po prostu o życiu. Ale już wkrótce okazuje się, że King to jednak King. Devin dowiaduje się, że przed laty, w jednym z korytarzy Strasznego Dworu zostało popełnione okrutne morderstwo na młodej dziewczynie. Sprawcy nigdy nie ujęto, a ofiar było więcej. Wszyscy traktują tę opowieść jako swoistą urban legend. Jednakże niektórzy twierdzą, że przejeżdżając wagonikiem przez tunel Strasznego Dworu widzą zamordowaną Lindę, która wyciąga dłonie, jakby prosiła o pomoc. Devin podchodzi sceptycznie do tych opowieści, ale jednocześnie czuje zafascynowanie. Wkrótce poznaje też samotną matkę, Annę i jej niepełnosprawnego syna, Mike’a, którzy odegrają ogromną rolę w nadchodzących wydarzeniach.

King z łatwością buduje napięcie, chociaż może nie aż takie, aby chodziły od niego ciarki po skórze. Raczej jest to powolne odkrywanie poszczególnych elementów zagadki z przeszłości, z niemałą pomocą tego co dla nas niezrozumiałe, nieodkryte i jakby z innego świata. Na mnie większe wrażenie zrobiły wątki obyczajowe, nie pozbawione humoru, które wniosły w powieść świeżość i nieco sardoniczne pojmowanie ówczesnej rzeczywistości. Bohater ironicznie niekiedy komentuje zarówno swoje postępowanie, jak i jest uważnym obserwatorem otoczenia i ludzi. Może dzięki temu odkrywa, kto jest mordercą ze Strasznego Dworu? Jednocześnie ukazuje swoje słabości, pragnienia i pierwsze miłosne fascynacje. Powieść na pewno wciąga i sprawia, że czyta się ją dopóty, dopóki jak najszybciej nie odkryje się tajemnicy sprzed lat. Oceniam tego nowego Kinga dobrze, przypomina mi trochę klimat Zielonej Mili, gdzie też było połączenie wątków społecznych, obyczajowych i nadprzyrodzonych. Polecam.

I jedna z licznych „złotych myśli” Devina:
„Teraz wiem tyle, że kobiety rzadko sypiają z młodymi dżentelmenami. Wyszyjcie to na makatce i powieście sobie w kuchni”.[1]


[1] Str. 11, Joyland, Stephen King, Prószyński i S-ka, Warszawa 2013

sobota, 19 stycznia 2013

Michael Robotham "Groza"

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Świat Książki.

Czasami nie trzeba trzymać w ręku broni, aby kogoś zastraszyć. Nie potrzeba krwi, aby wzbudzić przerażenie. Nie potrzeba mieć żadnego makabrycznego argumentu, wystarczą tylko… słowa. I to słowa skierowane do odpowiedniej osoby. Która jest w stanie zrobić wszystko, aby tylko uratować swoich bliskich. Właśnie. Czasami nie trzeba mieć żadnego narzędzia zbrodni, bo wystarczy jedynie wykorzystać największą słabość człowieka. Jego miłość do drugiej osoby.

Profesor Joseph O’Loughlin zaczyna wykładać na uczelni, prowadząc zajęcia ze wstępu do psychologii behawioralnej. Wcześniej wielokrotnie pomagał Policji, teraz jednak zamierza nieco spokojniej spędzać swój zawodowy czas. Tego też wymaga od niego jego żona, Julianne. Może ze względu na spokój rodziny, córek Charlie i Emmy, a może dlatego, że Joe choruje na Parkinsona. I powinien o siebie dbać. Sam Joe wie, że choroba go zmieniła, ale kocha żonę, córeczki i zamierza żyć w spokoju. Nie jest mu to jednak dane.

Policja znowu prosi go o pomoc, tym razem Joseph zostaje wezwany na most Clifton Suspension, gdzie naga kobieta, trzymająca w dłoniach komórkę, zamierza skoczyć. Profesor usiłuje nawiązać kontakt z desperatką, jednak wysiłki okazują się być daremne. Kobieta jest skupiona na głosie, wydobywającym się z telefonu i po krótkich, ale dramatycznych chwilach, skacze. Czy to było samobójstwo? O’Loughlin wcale nie jest o tym przekonany. Wkrótce pojawia się kolejna ofiara, której śmierć jest o tyle okrutna, że zadana sobie przez samą ofiarę, w perfidny i bezwzględny sposób. I znowu punktem wspólnym z poprzednim zajściem okazuje się być telefon komórkowy. Z kim rozmawiały ofiary? Dlaczego popełniły te okrutne czyny? Wobec siebie? Czy ktoś je do tego zmusił?

Profesor będzie musiał spojrzeć w oczy prawdziwemu złu. W czystej postaci. Okaże się, że nie potrzeba mieć w ręku rewolweru, przystawionego do skroni ofiary, aby zmusić człowieka do różnych makabrycznych czynów. Wszystko jest w naszych umysłach, które tak łatwo jest… zmiażdżyć. Czy Joe uda się pokonać potwora, czy wpadnie w macki grozy i już nic w jego życiu nie będzie takie jak przedtem? Oczywiście warto się o tym przekonać, czytając powieść Michaela Robothama, pt.: „Groza”.

Naprawdę przerażająca historia, ciekawie ukazany umysł człowieka, dla którego niszczenie drugiego człowieka to prawdziwa przyjemność, ciekawa intryga, mrożące krew w żyłach sceny, prawdziwa gratka dla wielbicieli sensacji. Polecam.