Jak to jest mieć świat u stóp? Czuć na sobie spojrzenia
pełne zachwytu, ukrytych pragnień, pożądania? A także zawiści, zazdrości,
niechęci? Mieć wszystko i nic? Żyć chwilą, aby za moment lecieć ku otchłani
rozpaczy, rozpamiętując bolesną i okrutną przeszłość. Mocne uderzenia,
zamykanie w szafie, molestowanie. Czy zatem… warto? Mieć świat u stóp? Choćby
przez moment?
Być może takie wątpliwości miała 36-letnia Marylin Monroe,
kiedy faszerując się środkami nasennymi leżała nago w swoim łóżku. Do kogo
chciała zadzwonić? Z kim chciała porozmawiać? Z nim? Najpotężniejszym mężczyzną
Stanów Zjednoczonych? A może z jego bratem? To pytania, na które od
pięćdziesięciu lat pasjonaci życia i śmierci największej seks bomby
wszechczasów próbują sobie odpowiedzieć. Czy kiedyś poznamy prawdę? Wątpię.
Jedyne co pozostaje, to zgłębiać tajniki życia tej niesamowitej kobiety i
czytać jej biografie. Albo zbeletryzowane biografie.
Taka właśnie forma przedstawienia jej losów wpadła w moje
ręce. W wydawnictwie Świat Książki ukazała się książka Alfonso Signoriniego,
zatytułowana „Marylin. Żyć i umrzeć z miłości”. Autor w sprawny i wciągający
sposób ukazał w dużym skrócie losy Normy Jean Baker. Począwszy od krótkiego
rysu sytuacyjnego jej rodziny (chociaż nazywać to rodziną to duża przesada),
jeszcze gdy jej matka Gladys była z nią w ciąży. Potem okrutne i pozbawione
miłości dzieciństwo. Następnie pobyt w sierocińcu i w rodzinie zastępczej.
Molestowanie, napastowanie i szybkie małżeństwo w wieku 16 lat. Następnie
żmudne pięcie się w górę, wzloty i upadki. Nie będę opowiadać o kolejnych
zawirowaniach w życiu aktorki, myślę, że pasjonaci tej postaci dobrze je znają,
a dla tych Czytelników, którzy po raz pierwszy sięgną po zapis jej losów,
będzie to niezwykle poruszająca lektura.
Od zawsze pasjonowała mnie historia MM, przeczytałam wiele
biografii tej postaci, oglądnęłam mnóstwo filmów dokumentalnych, szukałam
informacji w internecie. Różne opinie krążą o Marylin, ale ja mam swój pogląd
na tę ikonę XX wieku. MM to symbol seksu, sukcesu, nie do końca oszlifowany
diament, zarówno pod względem aktorskim, jak i zwykłym ludzkim. To postać
tragiczna, kobieta wykorzystywana przez wszystkich, a w końcu pozostawiona sama
sobie, we własnym świecie pełnym demonów z przeszłości. Sposób, w jaki
Signorini przedstawił jej losy, sprawia że niejednokrotnie łza się w oku kręci
podczas lektury tej zbeletryzowanej biografii.
Polecam sięgnięcie po tę książkę, to kolejne spojrzenie na
losy największej gwiazdy ubiegłego wieku. Rozpoznawanej wszędzie i przez
wszystkich. Swoistej marki, która stała się niemal znakiem towarowym. A
przecież… była kobietą, która pragnęła jedynie miłości. Tylko tyle i aż tyle…
„Wiedziałam, że należę
do publiczności, do świata. Nie dlatego, że byłam szczególnie utalentowana czy
piękna, ale dlatego, że nigdy nie należałam do nikogo innego”.
Marylin Monroe