Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szybki przelot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szybki przelot. Pokaż wszystkie posty

12 czerwca

Dekada

Dekada

Dziesięć lat temu ukazał się pierwszy post na tym blogu. Oczy przecieram myśląc banalnie o pędzącym czasie. Jestem o dekadę starszy. Czy inny? Trochę tak, choć w środku wciąż mam tyle samo lat. Bardzo rzadko tu zaglądam, ale dziś przypomniałem sobie o tym miejscu i postanowiłem napisać kilka jubileuszowych słów. Był czas, kiedy to miejsce było dla mnie ważne. Dzień zaczynałem od sprawdzenia, czy i co w komentarzach pod moimi postami napisali Czytelnicy i kończyłem często publikacją nowego posta... 

Dane mi było w blogosferze zetknąć się z wieloma ciekawymi ludźmi, o wielkiej wrażliwości i empatii. Jestem za to doświadczenie wdzięczny. Żałuję, że ich blogi zamilkły, choć rozumiem, że stało się tak, bo spełniły swoją rolę i ich Autorzy po prostu ruszyli dalej realizować się w inny sposób. Mam nadzieję, że wszyscy Oni miewają się dobrze.

Udało mi się tu zrobić coś dobrego. Dać wsparcie. Uszczęśliwić Szalonego Marcina konsolą wraz z Grupą Szalonych Mikołajów.

Udało mi się tu zrobić coś złego. Zranić dobrego człowieka.


I really don't know life at all....

04 maja

Wersal

- Duuuuuuże to. Glapiński nie ma tyle złota w NBP co tutaj na ścianach. - napisał mój przyjaciel zwiedzając Wersal.
- Tak. Złote a skromne...
- No tu chyba nie do końca jest złoto...
- Złoto. Do renowacji użyte było złoto w płatkach. Pańcio sprawdzał niedawno czy apartament królowych został już udostępniony do zwiedzania po renowacji i dowiedział się, że szczere złoto kładli w płatkach.
- Udostępnione są ale dawno nikt tam nie spał bo pełno kurzu.
- Trudno o dobrą służbę w tych czasach zepsucia. Za to w czasach Ludwika XV i Marii Leszczyńskiej nie było nawet szans, żeby kurz na łoże opadł, bowiem było ono eksploatowane nader intensywnie. Ludwik w łożu owym spłodził dziesięcioro dzieci, więc było regularnie trzepane hahahaha. Ale nie o tym. Jak już obejrzałeś, spakuj wszystko i przywieź - rozpakujemy w Katowicach, na pewno się u Ciebie na ogródku zmieści. Wyobrażam sobie te dzikie tłumy Azjatów kotłujących się u wejścia na posesję i Twoją apodyktyczną matkę usiłującą nad tym szturmem turystów zapanować...

[Kurtyna]

18 czerwca

7

Kilka dni temu minęło siedem lat od ukazania się pierwszego posta na tym blogu. Szok, że istnieje tak długo. Wiem, że rzadko już coś tu piszę, ale lubię to miejsce przez siebie stworzone. Lubię popatrzeć na siebie takiego, jakim byłem w publikowanych kilka lat temu tekstach. Wydaje mi się, że czas blogów przeminął na korzyść videoblogów, bo blogi, które lubiłem czytać jeden po drugim milkną i niewiele z nich jest wciąż uaktualnianych. Ja również nieczęsto tu bywam, ale pozostawiam sobie to miejsce, żeby móc tu wracać, jeśli poczuję taką ochotę...

27 kwietnia

Życie w czasach zarazy IV

Zainspirowany pozycją przyjętą przez przeciągającą się Lusławę napisałem wiersz:

Lusina
pupina
się wypina

Lusławie się podoba.


20 czerwca

Detoks

Detoks
(...)

Włączając telewizor, żeby zobaczyć, co się w świecie dzieje, nie przeczuwałem, że zostanę sponiewierany przez polskiego Elvisa dziełem następującym:


Stupor, którego doznałem sprawił, że straciłem władzę w rękach i zmuszony byłem do wysłuchania tego arcydzieła do końca. Dobrych kilkanaście minut upłynęło zanim zdołałem się otrząsnąć na tyle, by wyłączyć telewizor. Natychmiast też włączyłem Bacha w celu detoksykacji, by usunąć ze świadomości ewentualne toksyczne pozostałości po kontakcie. Podobno nasi przerąbali z Senegalem - może słyszeli?  

06 stycznia

Manowce (nie)praworządności

Wczoraj po raz pierwszy w życiu świadomie i z premedytacją złamałem przepisy drogowe* i 30 cm tylko brakło, a zostałbym za to dotkliwie ukarany. Chciałem sobie skrócić drogę zawracając na skrzyżowaniu, na którym nie wolno zawracać, bo jego ruchem steruje sygnalizacja kierunkowa - strzały pokazują kierunek jazdy i ewentualnego skrętu, a jak wiadomo, jeśli na takim skrzyżowaniu nie ma znaku dozwalającego zawracanie, zawracać nie można. Wczoraj przez chwilę miałem w tej kwestii zdanie odmienne. Próbując zawrócić, skupiłem się na przepuszczeniu samochodów nadjeżdżających z naprzeciwka i kompletnie zapomniałem o jeżdżących środkiem skrzyżowania tramwajach, widocznych w ostatniej chwili, bo tory biegną tam łukiem. No i byłbym się z jednym spotkał. Brakło 30 cm. Uratowała mnie przytomność motorniczego i mój nawyk sygnalizowania skrętów, dzięki któremu miał on czas, by zareagować i zahamować. Co za stres. I co za głupota. Moja. Nie dla mnie manowce niepraworządności…
________________________
* przekraczanie prędkości dozwolonej w granicach 10 km/h nie uważam za złamanie przepisów, a jedynie za ich drobną nadinterpretację. 

02 listopada

O 40 stopniach - epilog

Niedawno pisałem o zaplanowanej na przyszły rok cholecystektomii mamy. Zrobiono ją jej na cito (klasycznie) w zeszłym tygodniu, po zdiagnozowaniu w usg dorodnego, pracowicie wyhodowanego przez nią (z pomocą lekarzy) dorodnego okołopęcherzykowego ropnia. Choć przed operacją nie obyło się bez chwil grozy, bo istniał niewielki margines, że na pęcherzyku, prócz ropnia, mógł być też guz, szczęśliwie jednak wszystko kończy się dobrze. Mama jest już w domu, słaba, ale zadowolona, że jest już wyleczona. Teraz tylko musi wrócić do sił. Pielęgnujemy, zmieniamy opatrunki, gotujemy, sprzątamy, a ja na dodatek palę w piecu, czego entuzjastą jestem umiarkowanym…

18 czerwca

Mleko czekoladowe

7% dorosłych Amerykanów jest przekonanych, że mleko czekoladowe pochodzi od brązowych krów – taki jest wynik badania przeprowadzonego przez Innovation Center for U.S. Dairy, rządową komórkę zajmującą się nabiałem. Może by i to śmieszne było, gdyby nie było takie straszne. Dwie dekady systematycznego dewastowania edukacji dają nadzieję, że również nasz piękny kraj może zaroić się od takich intelektualistów...

12 czerwca

3 urodziny

3 urodziny
Miał być tylko na chwilę, a obchodzi dziś trzecie urodziny. I istnieje realne niebezpieczeństwo, że mogą się zdarzyć też następne, bo blogowanie wciąż sprawia mi przyjemność. W ciągu tego trzeciego roku popełniłem parę całkiem fajnych postów: Sen, Zasadzka, Weekend, cykl modystka oraz dyptyk (z czasem na pewno się rozbuduje, bo obiekt nader wdzięczny do opisywania) poświęcony Bibi, równie jak ona brawurowy - Kąpiółka i O zmarnowanym potencjale. Również moja recenzja płyty Rafała Blechacza Bach Blechacza mi się podoba. W temacie recenzji nie jestem tak całkiem dziewiczy, bo dawno temu, na początku studiów, kilka moich recenzji (muzycznych i filmowych) zostało wydrukowanych. Ich emocjonalna szczerość bardzo się redaktorom naczelnym podobała. Nie kontynuowałem tej przygody jednak, bo studia pochłonęły mnie bez reszty.

Na koniec wspomnę o tym, co w całym tym trzyletnim okresie mojego blogowania ucieszyło mnie najbardziej, czyli trwałym skonsolidowaniu Szalonego Marcina z konsolą przez Grupę Szalonych Mikołajów - ludzi świetlistych, dryfujących po bezkresnych odmętach Internetów pośród niezliczonego mrowia innych żeglarzy. Mam nadzieję, że w tym roku również uda nam się coś wykręcić w ramach Robótki.

Szalony Marcin tuż po otrzymaniu konsoli 
 Happy birthday mój blogu.

27 maja

O identyfikacji, lustracji i kompilacji

O identyfikacji, lustracji i kompilacji
Cały wczorajszy wieczór czułem się nieswój. Brakowało mi jakiegoś elementu towarzyszącego w kontrapunkcie. Nie potrafiłem go jednak zidentyfikować, a że jego brak mi nie doskwierał, przestałem zawracać sobie tym głowę. Dziś rano sprawa wyjaśniła się sama, a w zasadzie wyjaśnił mi ją sąsiad, kiedy stałem się mimowolnym audytorium jego telefonicznych zwierzeń, snutych na balkonie przy paleniu papierosów. Mianowicie któryś z sąsiadów wreszcie nie zdzierżył jego popołudniowo-wieczornych muzycznych transmisji, którymi nas uszczęśliwiał do późna i zwrócił mu uwagę, którą on zignorował. Kiedy przedwczorajszym wieczorem ponownie obdarował nas tradycyjnym łomotem, tuż po 22 któryś z sąsiadów nasłał na niego policję. Nie powiem, że mnie to nie uradowało, bo sam wielokrotnie miałem ochotę to uczynić, kiedy moje łóżko wraz z podłogą podskakiwało w rytm aplikowanych przez niego łomotów. Mam nadzieję, że zmiana okaże się trwała.

***

Nie wiem, czy to z powodu oszołomienia ciszą, czy może dziesięciogodzinnego, cudownego wyspania się, a może z obu powodów, podczas lustracji mojej własnej, osobistej twarzy, dokonanej w łazienkowym zwierciadle dziś rano podczas mycia zębów, zakiełkowała we mnie refleksja, która prawie nigdy mi się nie zdarza, że jeszcze całkiem fajnie sobie wyglądam na gębie, nawet lepiej niż dwadzieścia lat temu. Pokrzepiony tą niespodziewaną myślą oddaliłem od siebie pokusę wielogodzinnego kontemplowania własnej urody, w celu zrobienia zapasu dobrej refleksji na gorsze poranki...

***

Robiąc kompilację piosenek do słuchania w aucie odnalazłem kilka, o których dawno zapomniałem, a kiedyś bardzo lubiłem. Tak już mam, że piosenki spinają się w mojej głowie z wydarzeniami, ludźmi, miejscami, zapachami i słuchane nawet po wielu latach uruchamiają geometrię wspomnień, czasem niewyraźnych, zamglonych, zredukowanych przez czas jedynie do poczucia niejasnego ciepła, które trudno z czymkolwiek konkretnym powiązać, a czasem pełnych kolorów, twarzy i słów zastygłych w powietrzu. „Come along” Titiyo jest właśnie jedną z tych obfitujących w barwne wspomnienia… 


26 grudnia

George Michael

George Michael
Media poinformowały rano, że wczoraj odszedł George Michael. Wspaniały artysta, który popełnił jedną z moich ulubionych płyt „Listen without prejudice”. Piosenka „Freedom” i nakręcony do niej teledysk w 1991 roku były objawieniem. Wystąpiły w nim Cindy Crawford, Linda Evangelista, Christy Turlington, Naomi Campbell – ikoniczne top modelki i piękne kobiety. Do „Listen without prejudice” mam stosunek szczególny, bowiem towarzyszyła ona wielu ważnym momentom mojego życia. To moja muzyka terapeutyczna. Żałuję, że George Michael zaśpiewa mi już tylko z nagrań. Niech odpoczywa w pokoju.

21 września

Szybki przelot

Matrix mi się zaciął i dni tygodnia pomieszały. Mało brakowało, a w sobotę rano zamiast do pracy pojechałbym na delegację, bo byłem pewny, że to niedziela. Dzień wcześniej spakowałem nawet bagaż. Na szczęście tuż przed wyjściem rzuciłem przytomnym okiem na komórkę i odkryłem, że to sobota, więc skorygowałem azymut na firmę. Staję się roztargniony. Jakież to romantyczne. 

W ową sobotę musiałem po drodze do pracy wstąpić do mojej Alma Mater, gdzie wpadłem przypadkiem na mojego przyjaciela z pierwszych lat studiów. Przyjaźń ta, jak to czasem w życiu bywa, zmarła była śmiercią naturalną po ukończeniu studiów. Nie wiem nawet, czy można ją nazwać przyjaźnią, choć w owym czasie taką się być wydawała. To było miłe przypadkowe spotkanie, bo chwilę porozmawialiśmy serdecznie. Przypomniały mi się radosne i beztroskie czasy studenckie.

Wróciłem z delegacji nad ranem, wykończony. Zazdroszczę osobom, które potrafią spać w pociągu czy autobusie – ja niestety nie potrafię, więc męczę się w takim upierdliwym, przykrym trwaniu między czuwaniem a spaniem. 

Poranki i wieczory są już jesiennie rześkie i wilgotne, z drzew zaczynają powoli opadać liście. W powietrzu czuć nadchodzącą jesień. Jeszcze parę dni i studenci się zjadą, zacznie się rok akademicki. Szarooki i Brązowooki rozpoczną drugi rok swoich studiów. Studenci z czuprynami poprzetykanymi siwizną… 

26 lipca

Szybki przelot

Jestem zafascynowany retoryką Rosjan w sprawie dopingu, ale też w każdej innej ich dotyczącej. Twierdzenia, że białe jest czarne, a czarne białe, wygłaszane spokojnie, stanowczo i konsekwentnie, robią wrażenie. Owa retoryka, rodem z najlepszych lat bolszewizmu, miewa się tam znakomicie. Muszę przyznać, że wznieśli cynizm do poziomu sztuki.

***

Szarooki podpisał w Paryżu kontrakt na 5 lat, zostaje tam więc, jak można się było spodziewać. Aktualnie spędza część swojego urlopu w Bieszczadach: Polańczyk nad Soliną, Cisna, Wetlina, połoniny. Trochę żeglowania, trochę pluskania i dużo wędrowania po górach – tak jak lubi. Brązowooki również spędzi poza ojczyzną następne pięć lat, bowiem, jak się okazało, robi na obczyźnie specjalizację, którą zakończy doktoratem.

***

Luśka nauczyła się piszczeć swoim ulubionym barankiem. Zapiszczałem nim raz, Luśka ze zdziwienia uszy podniosła, a potem przez pół dnia kombinowała aż zlokalizowała element piszczący w baranku i nauczyła się go obsługiwać. Teraz nosi go po domu i popiskuje. Zdolna Luśka.

18 czerwca

O kibicowaniu

Pisałem już kiedyś tutaj, że piłka nożna zupełnie mnie nie kręci i nie kibicuję, a jednak… Jestem dumny z naszej drużyny. Jestem dumny, że zremisowali z Niemcami. Nie dać się mistrzom świata to jest coś! Brawo chłopaki! Nie oglądałem meczu, ale dzikie ryki przetaczające się przez osiedle sprawiły, że słuchowo w nim uczestniczyłem. Powietrze gęste było od wibrujących emocji, a przeszywające je latające kurwy, przypomniały mi moją ciotkę, która choć sportu nie uprawiała żadnego, była namiętną kibicką futbolu. Pamiętam z dzieciństwa mistrzostwa świata, z któregoś tam roku, kiedy z jej córką zasiadaliśmy wygodnie i oglądaliśmy ją oglądającą mecze, pękając ze śmiechu. Ciotka w kibicowskiej gorączce w ogóle nie zwracała na nas uwagi i choć prawie nigdy nie przeklinała, a już na pewno nie przy dzieciach, oglądając mecz nie kontrolowała wybuchów swoich sportowych emocji i kurwą zdarzało jej się rzucić.

12 czerwca

Urodziny

Urodziny
Rok temu, pisząc notkę na pierwsze urodziny mojego bloga, zastanawiałem się, czy będą drugie. Są. Dzisiaj mija drugi rok odkąd powstał. Przetrwał i miewa się nieźle, choć rzadziej od jakiegoś czasu publikuję. A może właśnie dlatego?

Poczytałem sobie notki napisane w tym drugim roku istnienia bloga i zaryzykuję stwierdzenie, że opublikowałem najlepsze jak dotąd – nie tylko moim zdaniem – posty: Dyptyk, Rozszczepienie i zagięcie, Deja vu i Etiudy. Te posty - i parę z pierwszego roku - przypominają mi, że potrafię nieźle pisać. Czasem. Jak złapię flow. A o to od jakiegoś czasu u mnie trudno.

Przywiązałem się do tego bloga i pisanie – choć rzadsze – wciąż sprawia mi przyjemność, jest więc bardzo prawdopodobne, że za rok obchodzić będę jego trzecie urodziny.

Wszystkiego dobrego mój blogu. 

Uwaga: poniższy filmik i pojawiające się w nim śliczne męskie pupiny oglądasz na własną odpowiedzialność.


04 czerwca

O nagłym zrobieniu się lata

O nagłym zrobieniu się lata
Nagle zrobiło się lato. Każdego ranka wybucha gwar ptaków, owady latają jak szalone, krzewy kwitną, kwiatki pachną, topole rozrzucają te swoje waciki, które latają w powietrzu i wdzierają się do mieszkań przez otwarte okna. Wszystko, co żyje korzysta ze słońca i ciepła. Ja też. Uwielbiam późnowiosenne, letnie i wczesnojesienne poranki pełne światła, gwaru i życia, tak różne od ciemnych i cichych, choć przyjemnie rześkich poranków późnojesienno-zimowych, które też bardzo lubię. Cieszę się słońcem, ciepłem, ptasimi trelami, bzyczeniem owadów i zapachami - niektóre z nich uruchamiają we mnie geometrię wspomnień, jak na przykład specyficzna, słodkawa woń białych kwiatów krzewu kwitnącego na przełomie maja i czerwca. Krzewy te rosły pod oknami akademika, w którym mieszkałem i ich aromat docierał do mojego pokoju przez otwarte okno, aktualnie zaś mijam taki krzak idąc do pracy. Ich zapach przypomina mi czasy studenckie, a zwłaszcza ekscytujący finisz pierwszego roku studiów. Byłem wtedy taki zakochany... Co prawda prędko okazało się, że absztyfikant nie zasługiwał na moje zainteresowanie i znajomość tę zakończyłem, ale sam stan owego zakochania wspominam bardzo miło. A jak się krzaczor ten nazywa nie wiem. Sfotografowałem go i może ktoś rozpozna? 
Odliczam dni do urlopu, bo jestem już bardzo zmęczony. Od dawna nie miałem wolnego całego weekendu. Dzisiaj też muszę pokazać się w pracy popołudniu. Na szczęście tylko na dwie godziny, ale to i tak rujnuje mi sobotę. Dobrze, że jutro będę mógł poleniuchować. Pisząc tego posta, złapałem się na tym, że dłuższą chwilę zajęło mi przypomnienie sobie pozytywnych synonimów słowa „zapach”, bo na myśl przychodziły mi same negatywne: odór, fetor, wyziew. To jeden z symptomów przemęczenia. Jak i obniżająca się tolerancja dla zbezczelnień koleżeństwa. Wkurza mnie zwłaszcza jeden kolega, który drzemie w pracy. Przychodzi, siada i drzemie pochylony z półotwartymi oczyma, wolno mrugając powiekami, wyłączony, niezainteresowany tym, co dzieje się wokół, od czasu do czasu pozorując jakieś ruchy, żeby zmylić otoczenie, że niby nie drzemie. Wkurza mnie to tym bardziej, że zanosi się na to, że będę musiał spuścić z łańcucha drzemiącą we mnie zimną sukę i zrobić mu klasyczną zjebkę, żeby przestał się opierdzielać, a wbrew pozorom, wcale nie lubię być bitch, choć czasem jestem zmuszony. 

15 maja

Szybki przelot

Wróciłem dziś z gór, gdzie spędziłem tydzień. Poniekąd przymusowo, bowiem dopadł mnie jakiś wirus i urządził sobie harce w mojej krtani. Moja lekarka pierwszokontaktówka posłała mnie na zwolnienie lekarskie i wysłała w góry, bo „tam szybciej pan wyzdrowieje”. Dobrze mi zrobił tydzień w górach, bo byłem wykończony. Dalej jestem. Przez minione trzy miesiące bardzo dużo pracowałem – brałem dodatkowe zlecenia, żeby dorobić, bowiem na dwulecie niepalenia zafundowałem sobie ciemnoszary welurowy fotel opakowany w samochód. Nowy dla mnie, ale tak w ogóle to trochę używany. Czas już był na tę zmianę. Cieszę się nowym autem. To cieszenie przerywa stan częściowego wewnętrznego odrętwienia. I syndromu przedurlopowego. Opakowałem się szczelnie w kokon, aż po sam czubek głowy. Izoluję się. Unikam ludzi, bo brak mi do niektórych cierpliwości – wkurza mnie ich hałaśliwość i bezmyślność. Jestem zmęczony pracą, miastem, jego ciągłym ruchem, szumem i pędem. Muszę wytrzymać jeszcze półtorej miesiąca do urlopu i dam radę, bo w górach trochę odpocząłem i prawie wyzdrowiałem. Luśka z oddaniem mi towarzyszyła, niemal nie spuszczając mnie z oka. Zbezczelniła się i robiła mi pobudki o 5.40. Dotychczas ograniczała się do delikatnego drapania w drzwi, ale z powodu niewielkiej efektywności wycwaniła się i do drapania dołożyła szczekanie. Metoda okazała się stuprocentowo skuteczna, więc zaczęła  stosować ją konsekwentnie. Szczekała dopóki nie wstawałem, żeby ją wpuścić. Po żywiołowym powitaniu mościła się na moim łóżku i ucinała sobie drzemkę do 7, pozwalając łaskawie i mnie jeszcze podrzemać. Gad nie pies normalnie. 

15 kwietnia

Masaż

Wpadłem wczoraj do mojej lekarki pierwszokontaktówki po receptę na Ortanol. Siedząc i czekając chwilę na swoją kolej pooglądałem sobie wielki, zajmujący połowę ściany plakat reklamujący masaż kamieniami, który można sobie zafundować u pani Asi, przychodnianej rehabilitantki. Z autopsji wiem, że pani Asia masuje kiepsko, za to do mistrzostwa opanowała trudną sztukę monologu, której oddaje się namiętnie i niestrudzenie, uszczęśliwiając pacjentów niekończącymi się opowieściami o wszystkim i o niczym. Głównie jednak o niczym. Pomyślałem sobie, że masaż kamieniami to akurat w sam raz dla pani Asi i moja wynaturzona wyobraźnia wyprojektowała mi od razu jeden z możliwych scenariuszy owego zabiegu:

Pani Asia niosąc na tacce kamienie, wyprowadza delikwenta przed przychodnię, gwiżdże na palcach dając w ten sposób sygnał do startu i kiedy delikwent ucieka zygzakiem, pani Asia ciska w niego owymi kamieniami. Korzyści z takiego masażu całe mnóstwo: bieg zygzakiem służy zdrowiu, celne razy kamieniami masują, a ileż odstresowującej radości z takiego ukamienowania dla pani Asi. I nie szkodzi, że zabieg ten pozostawia na ciele delikwenta siniaki i obrzęki, bo czegóż się nie robi dla zdrowotności.

Owa wizja spodobała mi się tak bardzo, że musiałem się nią podzielić z moją lekarką pierwszokontaktówką. Chyba dość plastycznie to zrobiłem, skoro popłakała się ze śmiechu...

19 marca

O zakończeniu sezonu narciarskiego

Dwie dziewoje wchodzące w wiek średni postanowiły z pompą zakończyć sezon narciarski, wybrały się więc do Ustronia pojeździć trochę, a że daleko nie miały, wsiadły w auto i po godzince były na miejscu. Zanim jednak wybrały się poszusować, wstąpiły do knajpy, w której wypiły po dużym grzańcu, a że głodne były, bo się obie odchudzały, w głowach im zaszumiało, na nogach lekko się zachwiały, jednak dzielnie zdecydowały skorzystać i poszły na wyciąg krzesełkowy. Zupełnie zignorowały dziwne spojrzenie człowieka, który je na krzesełko zainstalował i pojechały. Bez nart. W trakcie kilkuminutowej podróży pogrzańcowa kalamaja wzmocniła się tak, że obie próbując zsiąść zrobiły hopsa, które w zamierzeniu miało być zgrabnym zeskokiem. Niestety z powodu miękkich kolan z hopsa zrobiło się bam i runęły obie bezwładnie jak worki kartofli, rozbijając sobie swoje śliczne noski. Chwilę trwało zanim oszołomione, z pomocą obsługi wyciągu oderwały swoje nadobne, choć nieco spłaszczone, oblicza od ziemi. Były tak pijane, że GOPRowcy musieli je zwieźć z góry w tych swoich sankach ratunkowych. „Mówię ci, jaki wstyd! W życiu już do Ustronia nie pojadę!” opowiadała mi dziś jedna z nich. Jako jeden z nielicznych poznałem prawdziwą przyczynę jej nieco odmienionego wyglądu, bowiem oficjalna wersja brzmi: „Pies pociągnął i upadłam”. 

18 marca

Pamięć

Mój biedny kilkuletni laptop zaczął wykazywać objawy niewydolności. Aplikacje uruchamiały się bardzo długo, a strony w przeglądarce ładowały wiek cały. Zwierzyłem się kumpeli, której mąż – w przeciwieństwie do mnie - jest dobry w komputerowe klocki. Wypożyczyła mi go przez zdalny pulpit, by obejrzał mojego laptopa i przeprowadził diagnostykę, co też uczynił. Okazało się, że po przejściu z Windows 7 na 10 pamięć operacyjna przestała wyrabiać i dławiła się, bo za chudziutka była. Poradził, co zrobić, żeby temu problemowi zaradzić, nawet stronę pokazał ze sklepem, gdzie można nabyć lekarstwo ze zdjęciem onego. Wystarczyło tylko kliknąć i kupić. Kliknięcie odłożyłem na dzień następny, spisawszy sobie nazwę kostki pamięci, którą miałem kupić. Następnego dnia zakupu dokonałem i zmotywowany zapewnieniem męża kumpeli, że sobie poradzę, ambitnie postanowiłem samodzielnie część tę wymienić. Przybyła do mnie rankiem kolejnego dnia, rozpakowałem ją, obejrzałem ze wszystkich stron i przez moją głowę przeleciała myśl, że jak na kostkę do laptopa, to jest trochę duża. Nie to, żebym uważał się za znawcę, nie. Po prostu wydawało mi się, że części do laptopa są mniejsze od tych do kompa stacjonarnego. Nic to – pomyślałem i podjąłem czynności operacyjne. Laptopa rozkręciłem, zajrzałem do środka w jego bebechy i pomyślałem WTF, przecież nie ma tam podobnej części, którą mógłbym wymienić. Ta, którą miałem w ręku zdecydowanie nie pasowała do żadnego elementu bebechów laptopowych. Poprzyglądałem się organom wewnętrznym lapa i moją uwagę zwróciła naklejka "Memory" przyklejona na element wzbudzający od początku moje podejrzenia. Trzeba było jednak od razu kliknąć i dokonać zakupu, bo robiąc to następnego dnia kupiłem pamięć o niemal identycznej nazwie, ale przeznaczoną do komputerów stacjonarnych. Skląłem w myślach swoją głupotę, ale refleksja, która na mnie spłynęła przeszkodziła mi w tym, bowiem pragmatycznie pomyślałem, że skoro tę kość do stacjonarnego już mam, to czemu jej nie wykorzystać. Rozkręciłem kompa stacjonarnego i spróbowałem dokonać wymiany, jednak kość nie pasowała do slotu, więc się nie udało. Spakowałem ją i odesłałem do sklepu, w którym ją nabyłem. Czekam na zwrot pieniędzy, bo tania nie była. Zakupiłem też właściwą kość pamięci do mojego laptopa i własnymi ręcami (tak, tak, aż się sam nad sobą wzruszyłem) wymieniłem ją. Laptop odzyskał młodzieńczy wigor, jakby łyknął całe opakowanie Viagry i hula aż miło. Jak nowy.
Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger