Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry. Pokaż wszystkie posty

30 maja

Życie w czasach zarazy VI

Z zemsty za próbę rozdwojenia, a nawet roztrojenia jej jaźni poprzez nazwanie jej kangurkiem, kociątkiem i lemurkiem, Lusława seryjnie zamordowała pluszowego koguta przez uduszenie z potrząsaniem.

04 kwietnia

Życie w czasach zarazy II

Rozleniwiam się i gnuśnieję. Hołm ofis otwieram najwcześniej o 8.30 siedząc na łóżku w spodniach dresowych, wyciągniętym podkoszulku, nieogolony, z włosami wyprasowanymi przez poduszkę w awangardowy czub – czyli w stanie totalnego rozchełstu, na jaki pozwalam sobie jedynie w dni wolne od pracy. Mam tu w górach bardzo słaby internet, więc łączę się z wierchuszką w wideokonferencjach jedynie głosowo, mógłbym więc pracować nawet na golasa, gdyby przyszła mi taka fantazja do głowy. Nie znaczy to wcale, że zamieniam się powoli w zarośniętą i obrastającą mchem wędrującą kopę siana – mam po prostu luz. I śmiać mi się chce na myśl, że moje wideokonferencyjne koleżeństwo musi się uczesać, w przeważającej części umalować i przybrać przynajmniej górną część swojego jestestwa, żeby nie narazić się na obmowę. Miło jest znaleźć jakąś dobrą stronę słabego internetu.

Jak już wspomniałem rozleniwiam się i gnuśnieję. Stan rozleniwienia jest mi dobrze znany, bo napady miewam regularnie, jednak gnuśnienia doświadczam po raz pierwszy w moim długim życiu. Na razie wrażenia mam ambiwalentne, bo możliwe, że nie posiadam odpowiedniej konstrukcji, by cieszyć się tym stanem. Jakiś taki męczący mi się zdaje…

02 stycznia

O odpadnięciu

O odpadnięciu
Ręce mi odpadły w wyniku dwuipółgodzinnego odkopywania auta i podjazdu spod śniegu. Nie, nie napadało dużo, ale tak zawiewało, że porządnie zasypało auto i podjazd. Odwalając łopatologicznie śnieżną hałdę myślałem sobie, że jest w tym jakaś złośliwość, żeby właśnie na tych strategicznych dziesięciu metrach podjazdu tyle śniegu się zebrało, choć niemal wszędzie indziej zaledwie dziesięcioma centymetrami ziemię pokryło. Złośliwość wymierzona we mnie, żeby mnie rąk pozbawić. Nie od razu jednak te ręce mi odpadły i nic ich odpadnięcia nawet nie zwiastowało. Odkopałem się z zasp, objechałem do centrum mojego grajdoła na zakupy i z powrotem, spędziłem miłe popołudnie i wieczór, by w końcu pójść do łóżka spać, normalnie jak człowiek,  mając ręce, obudziłem się już jednak bez nich, bo wzięły i odpadły mi we śnie. Zastanawiasz się zapewne drogi Czytelniku, jak to możliwe, że nie mając rąk publikuję tego posta. Ano normalnie. Tak jak jednej nocy ręce odpadły, tak następnej odrosły. Cuda. Ech…

28 czerwca

Porno

Porno
Czerwone kropki na czarnym tle zainspirowały mnie do sięgnięcia po aparat. Wyszło mi zdjęcie pornograficzne. Niechcący.

18 czerwca

Łąka

Łąka









09 października

Wylinka

Wylinka
Odkryłem wczoraj głęboko skrywaną, wstydliwą tajemnicę Buki (tej z Muminków): na jesień linieje i zrzuca powłokę. Znalazłem ją ukrytą w lesie. W pierwszej chwili myślałem, że to jej zasuszone truchło i już nigdy więcej zimy nie będzie, ale po bliższych oględzinach okazało się, że to tylko wylinka. Jesień zaczęła się więc nieodwołalnie...


19 lipca

Lista urlopowa

  1. Mam urlop. Odpoczywam, trochę wędruję - o ile pogoda pozwala, a pozwala rzadko – oddając się dekadenckiemu, rozkosznemu nicnierobieniu i relaksacji, od tygodnia wzbogaconej również wysoce odprężającym codziennym polegiwaniem na fotelu dentystycznym, bo…
  2. … nie sądziłem, że to możliwe, ale moja zdrowiutka, absolutnie niezbędna, nie tylko ze względów wizerunkowych, prawa górna trójka, wzięła się i obumarła. Ku mojemu zaskoczeniu i zmartwieniu kopnęła w kalendarz definitywnie i na amen. I żeby jeszcze przy tym schodzeniu zakłuła, zabolała, albo choćby zaswędziała, ale nic – odstawiła kitę po cichutku i bezobjawowo. Dopiero jak sobie była zeszła, moja głowa poinformowała mnie o tym fakcie bólem rozsadzającym połowę czaszki i efektowną opuchlizną, dzięki której wyglądałem, jakby mi ktoś obił połowę mego nadobnego pysia. Natychmiast wdrożyłem akcję ratunkową z pomocą miejscowego dentysty i tak sobie codziennie u niego poleguję na fotelu, udostępniając mu kanały zębowe do płukankowych zabaw. Może to ratujące zęba ostrzykiwanie, jakimś tajemnym skutkiem ubocznym wygładzi przy okazji moje zmarszczki? Kiedy podzieliłem się z panem doktorem tą nadzieją powiedział, że na pewno. Tyle, że tylko na podniebieniu. Cóż... Dobre i to.  
  3. Szarooki obronił w ubiegłym tygodniu pracę doktorską. Widziałem fotorelację z tej imprezy. Wygląda zajebiaszczo. Dogonił mnie w ilości siwych włosów na głowie i wagowo również. Staliśmy się do siebie bardzo podobni. Odgoniłem przykrą myśl, że on się rozwija, a ja stoję w miejscu i szczerze ucieszyłem się jego sukcesem.

04 maja

Aplikacja

Po zaaplikowaniu tabletki na odrobaczenie Luśka uciekła z domu, obrażona tym bezceremonialnym pogwałceniem jej nietykalności osobistej i spędziła pół dnia na gigancie. Na balkonie. Wróciła przed chwilą, ciągle jeszcze odrobinę nadąsana, patrząc na mnie podejrzliwie i z wyrzutem...  

01 maja

Herbatka

Pani Zosia hołduje zasadzie, że każda okazja, a nawet jej brak, jest doskonałym pretekstem do napicia się herbaty. Można by ją nawet posądzić o nieświadomy anglofilizm, gdyby nie fakt, że herbatę podaje na sposób zdecydowanie polski, w szklankach ze spodeczkami. Podczas wczorajszej naszej u niej wizyty, pani Zosia podała ukręcone przez siebie ciasto i herbatę. Moja szklanka na rancie miała niezbyt dokładnie zmytą szminkę. Odwróciłem ją dyskretnie. Jednak zauważyła. W trzy sekundy rozstrzygnęła wewnętrzny dylemat, czy doznać zawału i wylewu jednocześnie, czy też porwać się i wymienić szklankę na czystą. Ów proces odmalował się na jej twarzy feerią kilkunastu odcieni czerwieni, począwszy od purpury, przez cynober, na amarancie kończąc. Druga opcja przeważyła, więc zerwała się jak nastolatka, capnęła w locie moją szklankę i pogalopowała z nią do kuchni z szybkością, o jaką już od dawna bym jej nie podejrzewał. Przeszliśmy z tym wypadkiem do porządku dziennego bez słowa, bo też i nie było powodów do ekscytacji czy wzruszeń, jednak krwisty rumieniec, który jeszcze długo kwitł na policzkach pani Zosi świadczył o wzburzeniu owym uszczerbkiem na reputacji gospodyni, jaki poniosła. W swoich własnych oczach. Jakby jeszcze miała nie dość powodów do wzburzeń. Incydent ten jedynie na chwilę wytrącił panią Zosię z równowagi, zakłócając jej emocjonalną opowieść o dolegliwościach ją trapiących. Tak naprawdę pani Zosia, jak na swoją osiemdziesiątkę, trzyma się świetnie i jest w bardzo dobrej formie, bo nic jej nie dolega, prócz tego, co sobie sama wymyśli i wkręci. Aktualnie zdecydowała, że trząść się będzie jak ta osika. Wewnętrznie. Bowiem zewnętrzna powłoka za tą wewnętrzną potrzebą osikowania jednak nie podąża, co nie przeszkadza pani Zosi w snuciu grobowym głosem smętnej opowieści o owych trapiących ją permanentnie telepkach, ilustrowanej przekonywującym i szalenie efektownym demo, w postaci trzepania rękoma…

07 lutego

Prasówka

Michał pojedzie na turnus rehabilitacyjny. Dwie wspaniałe, świetliste Osoby sprawiły, że udało się uzbierać niezbędną kwotę: >>Monika<< i >>Małgosia<<. Chwała im za to!   

***

Spędziłem ostatni weekend w górach zasypanych śniegiem. Było pięknie, śnieżnie, mroźno i radośnie. Luśka była przeszczęśliwa – powitała mnie bardzo efektownie piskami, skomleniem, szczekaniem i cyrkowymi niemal akrobacjami. Mam ogromną zaletę, szalenie dla niej wartościową - to ja dzierżę kierownicę i transportuję ją w góry, jestem więc kluczowym elementem wolności powiewającej w jej uszach. Luśka to prawdziwa piękność. I do tego - wbrew stereotypowi, że urodzie z intelektem nie po drodze - bardzo inteligentna. Jestem przekonany, że w poprzednim wcieleniu była człowiekiem. I to co najmniej z doktoratem. I modelką też mogłaby być. Wykasowałaby z kretesem te wszystkie zasuszone, grzechoczące kośćmi modelki, bo jest po prostu od nich ładniejsza.

***

Nie wszystko się zmienia. U mnie na przykład jedno pozostało niezmienione: moja okołoangielska ambicja. Zaliczyłem tuż przed wyjazdem kolokwium z angielskiego obejmujące materiał z całego semestru na 87%. Najlepiej z całej grupy. Teoretycznie powinienem być zachwycony, ale nie, nie byłem. Moje zadowolenie skutecznie zmąciła moja nadambicja, atakując mnie myślą: dlaczego TYLKO 87%, a nie 100?! Odświeżam angielski w jednej z katowickich uczelni. Pomimo kilkunastoletniej przerwy, ten język wciąż mnie kręci.

***

Aśka-straszny-babol zasnęła dziś w pracy na siedząco. Jej tyłek rozżelował się na krześle, twarz opadła wraz z powiekami, a za tym podążyła też żuchwa. Widząc ją wyprostowaną, z oklapłą bezwładnie dolną wargą, pomyślałem sobie: umarła! No bo przecież niemożliwe, żeby ktoś, kto najgłośniej sprzeciwia się każdej, najmniejszej nawet oznace lenistwa, kto widząc osobę przysypiającą dostaje niemal apopleksji z oburzenia; po prostu niemożliwe, żeby ktoś taki zasnął i to w dodatku tak ostentacyjnie! Kiedy już miałem rzucić się ku niej, by obaliwszy na podłogę zdefibrylować, mlasnęła przez sen i ta oznaka tlącego się w niej życia uspokoiła mnie. Randka Aśki-strasznego-babola z Morfeuszem nie uszła uwagi reszty koleżeństwa - ich mordercze spojrzenia zogniskowały się na jej obwisłej wardze odcinając prawdopodobnie dopływ powietrza, bo obudziła się, łypnęła złym okiem wokół i poprawiwszy się na krześle, jak kura na grzędzie, odstawiła pantomimę mającą przekonać nas, że nie ucięła sobie drzemki, ale zamyśliła twórczo nad pracą.

04 stycznia

Pogawędka

- Nie cierpię Sylwestra! Nie znoszę tego szumu, pierdół puszczanych w telewizji! No i te fajerberki (sic)! Po co to tak cudować?! Zawsze boję się, że któryś zostanie nieumyślnie wycelowany w mój dom i spłonę. Dlatego nie spałam, tylko czuwałam, śledząc przez okno, gdzie lecą…
- Przez otwarte? – odważyłem się przerwać jej pełną pasji narrację.
- No a jakie? – zapytała lekko zaskoczona.
- No tak, oczywiście. To wyjaśniłoby też pani Zosiu, dlaczego pani taka zakatarzona… - dodałem nieco zaczepnie.
- Nie rozmawiam o starociach! – żachnęła się i chcąc odwrócić uwagę od swoich osobliwych sylwestrowych zwyczajów i ich kataralnych konsekwencji, poderwała się i poszła do kuchni ukroić hojny kawałek sernika, zupełnie ignorując moją prośbę o to, żeby porcja była malutka…

03 listopada

Grisza

Wczoraj przez Luśkę przeleciał orkan Grisza, siejąc olfaktoryczne zniszczenie podstępnymi, bezszelestnymi i jadowitymi wiatrami…

02 listopada

O 40 stopniach - epilog

Niedawno pisałem o zaplanowanej na przyszły rok cholecystektomii mamy. Zrobiono ją jej na cito (klasycznie) w zeszłym tygodniu, po zdiagnozowaniu w usg dorodnego, pracowicie wyhodowanego przez nią (z pomocą lekarzy) dorodnego okołopęcherzykowego ropnia. Choć przed operacją nie obyło się bez chwil grozy, bo istniał niewielki margines, że na pęcherzyku, prócz ropnia, mógł być też guz, szczęśliwie jednak wszystko kończy się dobrze. Mama jest już w domu, słaba, ale zadowolona, że jest już wyleczona. Teraz tylko musi wrócić do sił. Pielęgnujemy, zmieniamy opatrunki, gotujemy, sprzątamy, a ja na dodatek palę w piecu, czego entuzjastą jestem umiarkowanym…

15 października

Pogoń

Zidentyfikowany obiekt latający obrał sobie za cel Luśkę i ją przegonił. Zdarzenie to miało swój prolog dwa dni wcześniej, kiedy pożarła kawałek sznurówki. Przybrawszy parę dni później łukowatą pozycję wycisnęła z siebie coś egzotycznego, co dyndając na sznurówce, której większa część wciąż w niej tkwiła, odczepić się od niej nie chciało i goniło biedaczkę, która przed tym bezowocnie uciec próbowała, bowiem im szybciej gnała, tym szybciej była ścigana. Biegałaby tak pewnie do wieczora, gdyby nie przypadek, który się nad nią zlitował, stawiając na drodze jej ucieczki krzaczek, który pokonała jednym susem, a za nią ów tajemniczy artefakt lecący odrobinę niżej, dzięki czemu zaczepił się o gałązkę i odczepił od Luśki. Ach, co to była za radość…

10 października

O 40 stopniach, paleniu i jesieni w górach

W góry przyjechałem wprost w czterdzieści stopni. Szkliste oczy, nienaturalne rumieńce i związane z czterdziestoma stopniami atrakcje w postaci bredzenia i wydawania z siebie dziwnych odgłosów, które sprawiły, że trochę przystresiłem, bo nie wiedziałem, co się dzieje. Przyznała się, że ma tak od tygodnia, ale ukrywała to przede mną. Nie była też u lekarza, bo za słaba była, żeby pojechać do przychodni. „Mogłaś przecież zamówić wizytę domową” – drążyłem ku jej niezadowoleniu. „Mogłam, ale nie zamówiłam, bo nie miałam siły posprzątać, a wstyd mi było tego bałaganu”. No tak – pomyślałem – bałagan ważniejszy od własnego zdrowia. Przychodnię załatwiliśmy więc w pierwszej kolejności. Diagnoza: kamica żółciowa i prawdopodobne zapalenie pęcherzyka żółciowego. W środę po odebraniu zleconych przez lekarza badań diagnostycznych, okaże się, jakie będzie dalsze postępowanie. 

Pomiędzy rzutami gorączki odbyłem przyśpieszony kurs palenia w węglowym piecu centralnego ogrzewania. Był czas w moim życiu, kiedy paleniu oddawałem się hobbystycznie i namiętnie, jednak to było dla mnie zupełną nowością. Doświadczywszy owej nowości mogę powiedzieć, że palenie w piecu nie jest tak ekscytujące, jak palenie papierosów, acz przyznać muszę, że znacznie dla mnie zdrowsze. Ta świeża umiejętność pięknie będzie się prezentować w moim CV.

Tymczasem w górach rozgościła się jesień. Jest chłodno i mokro. Pierwszy poranny przymrozek sprawił, że drzewa pośpiesznie zmieniają swoje kolory. Lasy zaczerwieniły się już bukami i zażółciły brzozami, ciesząc oczy feerią barw. Jest pięknie. Lubię chłodne jesienne poranki i wieczory pachnące mokrą ziemią, opadłymi liśćmi oraz pierwszymi przymrozkami. I choć za jesienną pluchą nie przepadam, bo zdecydowanie wolę słońce, to przypomina mi ona, jak przyjemnie jest wracać do ciepłego domu…

27 sierpnia

Przeżuwaczka

Zainteresowawszy się ruchem moich szczęk żujących owocową gumę do żucia, przytruchtała, wspięła się na mnie, uważnie obwąchała i delikatnym pacnięciem łapki w brodę poinformowała, że ona też by coś tak ładnie pachnącego zjadła. Moją odmową nie bardzo się przejęła, bo gdy tylko ruszyłem się z kanapy, zostawiwszy świeżo napoczęte opakowanie gum na stoliku obok, zaledwie dwoma szybkimi hopsami znalazła się na nim, wyciągnęła z opakowania 3 listki, zeskoczyła i oddała się konsumpcji. Wracając zarejestrowałem dziamganie i mlaskanie jej szczęk oraz zadowolenie malujące się na jej pyszczku. „Co ty tam żujesz Luśka?!” zapytałem raczej retorycznie, bo po jej szelmowskiej minie od razu zorientowałem się, że gwizdnęła gumę do żucia. „Oddawaj!” pochyliłem się chcąc jej ją zabrać, ale zanim zdążyłem otworzyć jej mordulę, wzmogła mlaskanie i gumę, a w zasadzie 3 zlepione w kulkę, głośno przełknęła. Dodam, dla porządku, że pożarła je nierozpakowane, więc różowa kulka miała akcenty srebrne. Luśka zdaje się jest gumoodporna, bo owa nietypowa karma jej nie zaszkodziła.

05 sierpnia

Luźna refleksja

- Pozwól Lusiu, że pańcio podzieli się z tobą taką luźną refleksją – powiedziałem trzymając w bezpiecznej odległości język Luśki, która przyszedłszy skłonić mnie do zabrania jej w góry, usiłowała zastosować argument miażdżący w postaci polizania po twarzy. - Wolałbym, żeby twój język nie spotkał się z moją twarzą, bo wiem, które rejony twego jestestwa pracowicie przed chwilą wylizywał. Rejestruję twoją gotowość i jakby co, to moja odpowiedź brzmi dzisiaj najprawdopodobniej tak, ale na to magiczne, wyzwalające wybuch twojego entuzjazmu słowo na p musisz cierpliwie poczekać do popołudnia. Bądź dobrej myśli. Tymczasem, żeby urozmaicić sobie oczekiwanie, idź na balkon, sprawdź, co tam słychać i jak już sprawdzisz, przyjdź opowiedzieć.

Poszła. Sprawdziła. Wróciła szczekając z donosem, że sąsiad przechodził w pobliżu.

03 sierpnia

Anihilacja

Chcąc rankiem zachłysnąć się ponownie widokiem rokokowej rabatki sporządzonej onegdaj przez sąsiadkę, wyszedłem na balkon, ale doznałem bolesnego rozczarowania, bo zniknęła bez śladu. Nie z winy jakiejś trąby powietrznej, czy huraganu, bowiem to inny żywioł zmiótł tę radującą oczy instalację z powierzchni ziemi. Żywioł ów ma na imię Baśka i jest córką sąsiadki. Zwiedziawszy się wczorajszego wieczora od gawiedzi o artystycznym wyczynie matki, pognała do niej szybciej od wichru. Dobiegłszy złapała się prawą dłonią za swoją dorodną, lewą pierś, głucho stęknęła, nie tylko pod jej ciężarem, zachwiała się, ale ustała i choć słowa entuzjastycznych zachwytów wzbierały w niej jak powódź, nie wyraziła ich, bowiem kątem oka zarejestrowała delikatne poruszenia firanek w sąsiedzkich oknach i mnie jawnie zbierającego dyndające na balkonie ręczniki. Siłą woli, zaciskając zęby, wprawiła w ruch swoje nogi i weszła do domu, gdzie – jak mniemam - nie omieszkała podzielić się z matką swoimi wrażeniami. Noc zapadła i mrok okrył ziemię, a wtedy w sąsiedztwie coś się dyskretnie poruszyło, zaszumiało i zaszeleściło. Rankiem okazało się, że rabatka zniknęła w równie cudowny sposób, jak się pojawiła. Mrok ukrył sprawcę tej anihilacji, ale gdyby mnie kto pytał, bez wahania, mrużąc z pretensją oczy, wskazałbym paluchem na Baśkę…

02 sierpnia

Rabatka

Mojej sąsiadce, tutaj w górach, w ciągu jednego wieczora grządka pod oknem obrodziła feerią kolorowego kwiecia. Cud, mógłby ktoś powiedzieć, ale byłby w błędzie, sąsiadka bowiem wybrawszy się odwiedzić swoich dawno zmarłych rodziców na cmentarzu, mijając kontener na śmieci ustawiony przy wejściu, została porażona widokiem porozrzucanych wokół niego resztek wieńców. Porażenia owego doznawała regularnie, bo też i ów nieporządek pojawia się tam cyklicznie, a ona nie potrafiąc przejść obok niego obojętnie sprząta te resztki. Pochylając się wczoraj po strzępy wieńca obudziła z letargu ukrytą gdzieś w głębi estetkę i ujrzawszy oczyma duszy pstrokatą rabatkę pod swoim oknem, dech z zachwytu nad jej urodą straciła i zapragnęła wprowadzić owo objawienie w czyn, zebrała więc porozrzucane plastikowe kwiatki i materializując ową wizję, powtykała je w pustą grządkę pod swoim oknem. Wieść gminna przekazuje sobie z ust do ust nowinę o tej poruszającej, iście bizantyjskiej instalacji i tłumy gawiedzi pielgrzymują, by ją ujrzeć. A zaiste jest co podziwiać!

14 lipca

O rozprasowaniu na gładko

Eduardo, lokalny megacelebryta, mistrz plugawienia mowy ojczystej i namiętny miłośnik napojów wyskokowych zmienił swój image. Niestety nie zapuścił długiej grzywy, jak to obecnie u gimbazy w modzie, choć może to i dobrze, bo musiałby ją sobie wpierw wyhodować na plecach, żeby zaczesać, ani nie zaczął ubierać się w stylu młodzieżowym, chociaż Eduardo w rurkach to byłby olśniewający widok. Zmiana, która zaszła jest subtelna, acz wstrząsająco zauważalna. W pewnych okolicznościach. Eduardo pod wpływem promili staje się towarzyski, mowny, wylewny, jowialny i kolokwialny, czego beneficjentami stają się szczęśliwcy przechodzący obok jego domu umieszczonego przy głównej ulicy mojej górskiej miejscowości, na których robi łapanki, by się zwierzyć, bowiem słowa cisną go chcąc się wydostać na świat, koniecznie w obecności audytorium. Któregoś dnia jeden z owych zaszczyconych przez niego szczęśliwców stał się mimowolnym świadkiem tego, jak image mu się zmienił i poniósł tę wieść w świat. Eduardo mianowicie przemówił do owego człowieka kwieciście, kończąc swoją wypowiedź (jak zresztą każdą) słowem z długim, wibrującym rrrr w środku, będącym synonimem nazwy profesji jakoby najstarszej na świecie, do którego artykulacji bardzo starannie się przyłożył, bo jest jego ulubionym i wypowiedział je z przesadną, aktorską wręcz dykcją, czym wprawił w wibracje swoje ruchome uzębienie, które wypsnęło mu się z jamy i złośliwie sturlało na jezdnię, gdzie natychmiast zostało rozprasowane na gładko przez przejeżdżający samochód. Zaskoczony gwałtownym rozwojem wypadków Eduardo cmoknął tylko (już wtedy) bezzębnymi usty, ale szybko się otrząsnął i jak przystało na rasowego pragmatyka błyskawicznie przeszedł z tą stratą do porządku dziennego. Zdecydował też, że zmian do nowego image’u wprowadzać nie będzie, bo i po co poprawiać doskonałość. A przyznać obiektywnie trzeba, że uśmiech Eduardo zyskał znacznie na malowniczości i wyrazie, bowiem widać w nim bezdenną czeluść, z której wypełzają najrozmaitsze przekleństwa, jak robactwo z kloaki…

Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger