Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dojrzane. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dojrzane. Pokaż wszystkie posty

09 czerwca

Ambicja

Zataczając się zmierzali bohatersko w sobie tylko wiadomym kierunku i celu. Pan wyglądał na dość typowego przedstawiciela miejskiej elity, zwanej popularnie żulerią, pani jednak swoimi blond utlenionymi włosami, naczapierzonymi w fantazyjny czub, srebrnymi szpilkami, na których chyba tylko siłą doświadczenia utrzymywała chwiejną równowagę, srebrną spódniczką mini i takąż kusą bluzeczką zupełnie nie pasowała do stereotypowego wizerunku żulii, za to do mocno podstarzałej prostytutki idealnie. Przez głowę przemknęła mi myśl, że musiała być kiedyś piękną kobietą - wciąż była bardzo zgrabna, a jej zniszczona twarz nosiła jeszcze ślady niebanalnej urody. Uszminkowane na czerwono usta, doklejone rzęsy oraz chmura ciągnącego się za nią tandetnego, duszącego perfumu świadczyły o tym, że – kimkolwiek była – jakaś ambicja wciąż się w niej tliła…

07 lutego

Prasówka

Michał pojedzie na turnus rehabilitacyjny. Dwie wspaniałe, świetliste Osoby sprawiły, że udało się uzbierać niezbędną kwotę: >>Monika<< i >>Małgosia<<. Chwała im za to!   

***

Spędziłem ostatni weekend w górach zasypanych śniegiem. Było pięknie, śnieżnie, mroźno i radośnie. Luśka była przeszczęśliwa – powitała mnie bardzo efektownie piskami, skomleniem, szczekaniem i cyrkowymi niemal akrobacjami. Mam ogromną zaletę, szalenie dla niej wartościową - to ja dzierżę kierownicę i transportuję ją w góry, jestem więc kluczowym elementem wolności powiewającej w jej uszach. Luśka to prawdziwa piękność. I do tego - wbrew stereotypowi, że urodzie z intelektem nie po drodze - bardzo inteligentna. Jestem przekonany, że w poprzednim wcieleniu była człowiekiem. I to co najmniej z doktoratem. I modelką też mogłaby być. Wykasowałaby z kretesem te wszystkie zasuszone, grzechoczące kośćmi modelki, bo jest po prostu od nich ładniejsza.

***

Nie wszystko się zmienia. U mnie na przykład jedno pozostało niezmienione: moja okołoangielska ambicja. Zaliczyłem tuż przed wyjazdem kolokwium z angielskiego obejmujące materiał z całego semestru na 87%. Najlepiej z całej grupy. Teoretycznie powinienem być zachwycony, ale nie, nie byłem. Moje zadowolenie skutecznie zmąciła moja nadambicja, atakując mnie myślą: dlaczego TYLKO 87%, a nie 100?! Odświeżam angielski w jednej z katowickich uczelni. Pomimo kilkunastoletniej przerwy, ten język wciąż mnie kręci.

***

Aśka-straszny-babol zasnęła dziś w pracy na siedząco. Jej tyłek rozżelował się na krześle, twarz opadła wraz z powiekami, a za tym podążyła też żuchwa. Widząc ją wyprostowaną, z oklapłą bezwładnie dolną wargą, pomyślałem sobie: umarła! No bo przecież niemożliwe, żeby ktoś, kto najgłośniej sprzeciwia się każdej, najmniejszej nawet oznace lenistwa, kto widząc osobę przysypiającą dostaje niemal apopleksji z oburzenia; po prostu niemożliwe, żeby ktoś taki zasnął i to w dodatku tak ostentacyjnie! Kiedy już miałem rzucić się ku niej, by obaliwszy na podłogę zdefibrylować, mlasnęła przez sen i ta oznaka tlącego się w niej życia uspokoiła mnie. Randka Aśki-strasznego-babola z Morfeuszem nie uszła uwagi reszty koleżeństwa - ich mordercze spojrzenia zogniskowały się na jej obwisłej wardze odcinając prawdopodobnie dopływ powietrza, bo obudziła się, łypnęła złym okiem wokół i poprawiwszy się na krześle, jak kura na grzędzie, odstawiła pantomimę mającą przekonać nas, że nie ucięła sobie drzemki, ale zamyśliła twórczo nad pracą.

02 grudnia

BHP

Szkolenie BHP. Spęd. Ścisk. Tłok.
- Czekaj, bo muszę się rozkroczyć, żeby przejść - powiedziała przepychając się, jak zawsze w ostatniej chwili, do ostatniego niezajętego miejsca znajdującego się przypadkiem obok mnie. Oparłszy się jedną ręką na moim ramieniu, drugą na oparciu krzesła, do którego zmierzała, spróbowała zrobić wielki krok ponad jego oparciem, utknęła jednak, bo jej noga okazała się za krótka i rozkrok niewystarczający. - Ale ciasno. Wyobrażasz sobie ewakuację w razie pożaru?
- O tak – odpowiedziałem z szelmowskim uśmiechem. - Ja zwieję szybko, ale ty zanim się zkroczysz, spłoniesz pewnie doszczętnie.
Zrezygnowawszy z przekraczania, chichocząc obeszła krzesło i zająwszy swoje miejsce rozparła się wygodnie.

04 listopada

Refleksja egzystencjalna

Czy gdyby Vanessa Wyrwoł wyszła za mąż za Kevina Wypukoł dodałaby nazwisko męża do swojego?  Zważywszy na odważne imię, można domniemywać, że charakteru dość by miała, aby z godnością i dumą nosić podwójne nazwisko, tak detalicznie opisujące wszystko to, co małżonek by jej uczynił…

03 sierpnia

Anihilacja

Chcąc rankiem zachłysnąć się ponownie widokiem rokokowej rabatki sporządzonej onegdaj przez sąsiadkę, wyszedłem na balkon, ale doznałem bolesnego rozczarowania, bo zniknęła bez śladu. Nie z winy jakiejś trąby powietrznej, czy huraganu, bowiem to inny żywioł zmiótł tę radującą oczy instalację z powierzchni ziemi. Żywioł ów ma na imię Baśka i jest córką sąsiadki. Zwiedziawszy się wczorajszego wieczora od gawiedzi o artystycznym wyczynie matki, pognała do niej szybciej od wichru. Dobiegłszy złapała się prawą dłonią za swoją dorodną, lewą pierś, głucho stęknęła, nie tylko pod jej ciężarem, zachwiała się, ale ustała i choć słowa entuzjastycznych zachwytów wzbierały w niej jak powódź, nie wyraziła ich, bowiem kątem oka zarejestrowała delikatne poruszenia firanek w sąsiedzkich oknach i mnie jawnie zbierającego dyndające na balkonie ręczniki. Siłą woli, zaciskając zęby, wprawiła w ruch swoje nogi i weszła do domu, gdzie – jak mniemam - nie omieszkała podzielić się z matką swoimi wrażeniami. Noc zapadła i mrok okrył ziemię, a wtedy w sąsiedztwie coś się dyskretnie poruszyło, zaszumiało i zaszeleściło. Rankiem okazało się, że rabatka zniknęła w równie cudowny sposób, jak się pojawiła. Mrok ukrył sprawcę tej anihilacji, ale gdyby mnie kto pytał, bez wahania, mrużąc z pretensją oczy, wskazałbym paluchem na Baśkę…

02 sierpnia

Rabatka

Mojej sąsiadce, tutaj w górach, w ciągu jednego wieczora grządka pod oknem obrodziła feerią kolorowego kwiecia. Cud, mógłby ktoś powiedzieć, ale byłby w błędzie, sąsiadka bowiem wybrawszy się odwiedzić swoich dawno zmarłych rodziców na cmentarzu, mijając kontener na śmieci ustawiony przy wejściu, została porażona widokiem porozrzucanych wokół niego resztek wieńców. Porażenia owego doznawała regularnie, bo też i ów nieporządek pojawia się tam cyklicznie, a ona nie potrafiąc przejść obok niego obojętnie sprząta te resztki. Pochylając się wczoraj po strzępy wieńca obudziła z letargu ukrytą gdzieś w głębi estetkę i ujrzawszy oczyma duszy pstrokatą rabatkę pod swoim oknem, dech z zachwytu nad jej urodą straciła i zapragnęła wprowadzić owo objawienie w czyn, zebrała więc porozrzucane plastikowe kwiatki i materializując ową wizję, powtykała je w pustą grządkę pod swoim oknem. Wieść gminna przekazuje sobie z ust do ust nowinę o tej poruszającej, iście bizantyjskiej instalacji i tłumy gawiedzi pielgrzymują, by ją ujrzeć. A zaiste jest co podziwiać!

06 czerwca

Moc mediacji

- Jaja ci od tego syfu odpadną! - tym krótkim, a jakże treściwym zdaniem, jedna z kilku narzeczonych mojego sąsiada zrecenzowała porządek i czystość panujące na jego balkonie. Wzruszył tylko ramionami, wciągnął ją do mieszkania, gdzie dalej pogadali sobie w body language. W efekcie owych negocjacji, które słyszało chyba całe osiedle, balkon właśnie się sprząta. Pani w oszołomieniu ponegocjacyjnym go pucuje. To się nazywa siła argumentacji! 

28 maja

Zasadzka

Wychodząc z domu nie podejrzewałem, że rzeczywistość zasadziła się na mnie w żywopłocie naprzeciw wejścia do bloku. Przeszedłbym mimo nie zauważywszy, gdyby nie dźwięk pluskania, który objawieniu się rzeczywistości towarzyszył i sprawił, że niestety podniosłem oczy i zostałem porażony wizerunkiem wielkiej, wypiętej wprost na mnie dupy. Ja wiem, że użyłem słowa "dupa". Wiem, że to wulgarne, są jednak w życiu człowieka chwile, kiedy tylko dosadne, wulgarne słowo może adekwatnie opisać rzeczywistość. Zwłaszcza, kiedy nokautuje, zawstydza i zmusza do ucieczki do auta, a wszystko to w jednej sekundzie. Czmychając kątem oka zarejestrowałem, jak rzeczywistość wciąga na dupę legginsy, wyłazi z chaszczy i godnie krocząc odchodzi. Tego nie da się odzobaczyć! Ten obraz zostanie ze mną już na zawsze i za każdym razem, kiedy zobaczę czołówkę filmu MGM z ryczącym lwem, rzeczywistość z wypiętą frontalnie na mnie dupą stanie mi przed oczyma jak żywa. Niestety. I lepiej nie drążyć dlaczego akurat czołówka MGM… Ech… 

19 marca

O szyderczym chichocie

Kompletnie zignorowawszy rachunek prawdopodobieństwa los zaśmiał się szyderczo, po czym perfidnie wycelował dokładnie w tę samą parę, którą już onegdaj sponiewierał wystawiając w kościele na publiczną ekspozycję. Wiedział dobrze, że prawdą jest to, co twierdzi psychologia, że nie uczymy się na swoich błędach, a jedynie je utrwalamy i wykorzystał tę wiedzę z całą bezwzględnością. Czwarta ławka licząc od przodu. Nie wiem, co w sobie ma, że doskonale obły pan i równie idealnie krągła pani ciągną do niej jak ćmy do płomienia, choć zdecydowanie unikać jej powinni, zwłaszcza, że wabi ich ona obydwoje symultanicznie, jak jakaś rosiczka. Obła pani przeszedłszy nawę zatrzymała się przy owej pechowej czwartej ławce, wymownie dawszy siedzącemu już na jej brzegu obłemu panu do zrozumienia, że chce w tę ławkę wejść. Pan nie chciał się rozstać z owym, najwidoczniej ulubionym przez siebie skrajnym miejscem, jednak niepomny doświadczeń sprzed kilku miesięcy nie wyszedł z niej, żeby pani przejść mogła swobodnie, ale uniósł się jedynie, zmuszając ją do przeciskania się, czym niechcący wykreował zdarzenie dla siebie i pani krępujące, acz dla postronnego widza spektakularnie malownicze. Jakieś wspomnienie przebytej traumy musiało się kołatać w pamięci pani, skoro do procedury przeciskania się podeszła odmiennie i zaszła pana tyłem. Swoim. I to dosłownie. Z całą pewnością odniosłaby sukces, gdyby nie jeden drobiazg, który jej w tym przeszkodził – obłość. A w zasadzie dwie, które się na siebie nałożyły. Przeciskawszy się albowiem, pani niechcący ześlizgnęła się wprost w próżnię dokładnie pomiędzy krągłością pana a jego udami i utknęła w niej strategiczną częścią swojej cielesnej powłoki. Widok był porażająco naturalistyczny. I z całą pewnością odświeżył obydwojgu pamięć o ekscesie sprzed kilku miesięcy, bowiem bezzwłocznie podjęli czynności zaradcze. Pani złapawszy oparcie ławki poprzedzającej ciągnęła ile tylko sił miała, pan zaś pomagał jej w tym usiłując oburącz przesunąć jej biodra w bok, aż obydwoje poczerwienieli na twarzach z wysiłku. Ławka skrzypiąc rozpaczliwie wytrzymała szczęśliwie tę ekstremalną ewolucję, a wspólny wysiłek zaowocował sukcesem, okraszonym dwoma ciężkimi klapnięciami zadanymi siedzisku z nieco większą energią niż to zwykle bywa. Powstrzymawszy z wielkim trudem atak pełnego współczucia śmiechu pomyślałem, że o ileż łatwiej poszłoby im, gdyby pan miast uparcie trwać w półprzysiadzie tworzącym ową więżącą panią próżnię, po prostu usiadł...

26 października

Weekend

Weekend
W miniony weekend włóczyłem się po Wrocławiu, gdzie rozpieszczany byłem jak jakiś celebryta. Dziękuję H&D. Podróżowałem autokarem firmy, której nazwa może sugerować, że jest przewoźnikiem narodowym. Ma świetną ofertę, bo za naprawdę bardzo małe pieniądze (zwłaszcza w porównaniu z absurdalnie drogimi biletami PKP) można przejechać kawałek Polski. Podróż z Katowic do Wrocławia i z powrotem kosztowała mnie całe 30 zł. Bilet zakupuje się przez Internet i pokazuje kierowcy przy wsiadaniu, a że liniami tymi podróżują często tłumy, proces boardingu (celowa analogia lotnicza) trwa dobrą chwilę. Bohaterskim czynem udało mi się dopchać do miejsca w autobusie, znacząc szlak mojej ku niemu wędrówki obalonym i leżącym pokotem ludem, który ośmielił się stanąć mi na drodze. Przed odjazdem kierowca, jak kapitan w samolocie, powitał podróżnych, powiedział jak długo potrwa podróż i przypomniał o zapięciu pasów bezpieczeństwa, w które wyposażone są wszystkie autokarowe siedzenia. Ready for take off - pomyślałem i wystartowaliśmy w drogę. Po wygodnym umoszczeniu się na fotelu (mało miejsca na nogi, ale dało się wytrzymać te nieco ponad 2 godziny) rozejrzałem się ciekawie po pokładzie. Przede mną zasiadła pani o włosach ufarbowanych na fioletowo, naczapierzonych w misterną konstrukcję, podpartą od tyłu kwiatem z szarego woalu, którego płatki wystając poza jej głowę poruszały się przy każdym jej ruchu, jak macki jakiegoś kosmicznego ukwiału wczepionego w jej potylicę. Jak się później okazało z jej rozmowy telefonicznej z przyjaciółką, której byłem mimowolnym świadkiem, anturaż ów przybrała nie na wesele, jak mogłoby się wydawać, a w odwiedziny do syna. No tak – pomyślałem – Wrocław ponoć zajmuje trzecie miejsce w rankingu najmodniejszych miast do życia, po Warszawie i Krakowie, więc to zobowiązuje. Trzeba wyglądać. Pomyślawszy to, poprawiłem świeżo (rano) wyżelowane (odrobinkę, by poskromić ich naturalną skłonność do rozchełstu) włosy i rzuciwszy okiem na swój własny anturaż, strzepnąłem pyłek z ulubionych granatowych chinosów, który bezczelnie uczepił się ich na wysokości prawego kolana oraz poprawiłem szarą bluzę maskującą nie do końca odzyskaną wiotkość talii. Zadowolony z wyników owej inspekcji rozparłem się w fotelu wygodnie. 
Miejsce za mną zostało zajęte, ale nie oglądałem się, więc nie wiedziałem przez kogo. Obok tej osoby, po drugiej stronie przejścia (czyli po mojej nieco skośnej prawej) zasiadł całkiem przystojny pan, nieco starszy ode mnie, który poddał mnie wnikliwej, acz nienachalnej lustracji. Nie powiem, miło jest być w ten sposób zlustrowanym – to podnosi poczucie własnej atrakcyjności. Mój sąsiad po diagonalu i osoba siedząca za mną podróżowały razem. Mieli chyba coś wspólnego ze sztuką i teatrem, przynajmniej tak wywnioskowałem z ich rozmowy. Pojawiło się w niej sformułowanie sztuka reżyserska, wypowiedziane sarkastycznie. "Jak się obejrzy parę takich, to dwa lata potem na psychoterapię trzeba chodzić" powiedział mocno przepalony głos siedzący za mną, który wydawał się należeć do namiętnej palaczki 60+. Zerknąłem dyskretnie i pani z przepalonym głosem okazała się długowłosym panem 40+. Nie uszedł jego uwagi fakt zlustrowania mnie przez jego sąsiada i chyba partnera, skoro wydał mu komendę "Przesiadamy się!", którą tamten posłusznie wykonał. Dalszej mojej lustracji dokonał długowłosy pan tzw. złym okiem, co jeszcze bardziej połechtało moją próżność...

[Sławomir Nowak przyjął obywatelstwo Ukrainy. Krzyknął mi onet prosto w gałki oczne.  

(Tu nastąpiło powalenie na podłogę w celu wytarzania się w szale dzikiego, nieopanowanego śmiechu do łez i posmarkania się.)

No. 

Mogę pisać dalej.] 

Na moich oczach, pan siedzący po drugiej stronie przejścia, tak filigranowy, że zajmujący sobą półtora siedzenia, pożarł dwie wielkie chałwy. Zrobił to z tak wyuzdaną, pornograficzną wręcz pasją, że nieomal słyszałem ich krzyk uszami duszy. Pomyślałem, że jeśli zje jeszcze parę takich, to do końca podróży rozrośnie się na ową wolną połowę siedzenia. Po dwóch wielkich chałwach przyszła kolej na dwa duże serki topione sautè, które zostały błyskawicznie wessane przez czarną czeluść w twarzy zamykaną wargami. Potem dwie bułki z kiełbasą, której zapach rozszedł się po całym autobusie, popite półlitrową colą, następnie chipsy paprykowe, pół kilo solonych orzeszków, banan i druga półlitrowa cola. Nie pamiętam co było dalej w menu, a musiało być i to dużo, skoro kąt mojego oka rejestrował permanentny ruch jego żuchwy, perfekcyjnie zsynchronizowany z ruchami prawej ręki, co uprawdopodobniało moje śmiałe domniemanie, że nie był to bezproduktywny tik. W połowie podróży pan podjął próbę podniesienia podłokietnika, co w jego wypadku było operacją trudną, zakończoną jednak (częściowym) powodzeniem, bowiem po podniesieniu zrezygnował i podłokietnik opuścił. Dyskretny rzut oka pozwolił wydedukować, że wpił mu się on w fałdę troskliwie wyhodowaną w pasie, dzieląc ją na pół i zakłócając w ten sposób swobodę jej naturalnej chlupotliwości. Aby zająć czymś czas pomiędzy ruchami szczęki i ręki, pan słuchał muzyki przez słuchawki. Jakoś potrafił połączyć to w harmonijną całość z kompulsywnym żerowaniem, chrupaniem i żuciem w kontrapunkcie, co uświadomiło mi, jak mało umiem, bo ja bym nie potrafił. Cieszyłem się, że nie siedzi bezpośrednio przede mną, bo oparcie jego fotela wygięło się nienaturalnie do tyłu, skrzypiąc rozpaczliwie przy każdym jego ruchu i opierając się niemal o rachitycznie wychudzoną pierś długowłosego pana siedzącego za nim. Aż mnie ciarka przeszła na myśl, że mógłby siedzieć obok mnie. Perspektywa rozprasowania na szybie i zgonu na skutek uduszenia wydała mi się niezbyt pociągająca, dlatego, w takim wypadku, pozostałoby mi jedynie siedzenie w przejściu…

-To tu jest ta toaleta? - zapytała bardzo sympatyczna pani przerywając moje rozmyślanie. - Jezu, jak tu wejść?! - dodała po otwarciu drzwi do autobusowego klaustrofobicznego przybytku westchnień. Czym uświadomiła mojemu sąsiadowi po prawej konieczność odwiedzin w owym miejscu. Próba została podjęta zaraz po jej wyjściu. I to z powodzeniem! Oniemiałem z podziwu nad zdolnością takiego zagospodarowania dobrostanu i ułożenia go, by mógł zostać wciśnięty do mikroskopijnej autobusowej toalety. Obawiałem się, że zostanie tam na zawsze, a przynajmniej do czasu rozmontowania połowy autobusu w celu oswobodzenia, jednak pan zdołał się nawet tam obrócić (!), bo wyszedł poprzedzany swoim przodem, czyli normalnie. Nie wiem, jak tego dokonał. Nie mam pojęcia. I nie chcę wiedzieć. „Są rzeczy, o jakich nie śniło się filologom” mawiała Młoda lekarka na rubieży. To była właśnie jedna z nich i niech taką pozostanie. Mistrz to. Mistrz ekwilibrystyki ciałem. 

A Wrocław? Jak to Wrocław- śliczny. Zarówno za dnia jak i w nocy.








11 września

Gorszący eksces

Przemaszerował dostojnie środkiem kościoła ku pierwszym ławkom, wyprzedzany o dwa kroki przez troskliwie wyhodowane, wielkie, krągłe jak gigantyczna piłka brzuszysko. W ławce po prawej, którą pan ów wybrał sobie na cel, zasiadała już białogłowa w leciech dojrzała i równie jak on wysmukła. Uniosła się, by przepuścić pana, nie opuszczając jednak ławki. Pan, jak na dżentelmena przystało, usiłował minąć ją przodem i wtedy właśnie ich brzuszyska utknęły na sobie, zwarłszy się jak w wrestlingu. Pani oblała się pąsem, poczuwszy na sobie spojrzenia niezliczonych par ócz żądnej sensacji gawiedzi. Pąs nabrał jeszcze żywszego koloru, kiedy uświadomiła sobie, że u postronnego widza to ich zwarcie może inspirować szalenie niestosowne w okolicznościach świątynnych skojarzenie z bliskością, z jakiej biorą się dzieci. Również sprawca owego mimowolnego happeningu zawstydził się nieco czując, jak spojrzenia zebranych ogniskują się również na nim, a że nie przywykł do takiej ekspozycji, wdrożył czym prędzej czynności zaradcze, mające zakończyć ten krępujący spektakl. Szarpnął się w bok raz, drugi i trzeci - bezowocnie jednak. Dopiero, kiedy pani zsynchronizowała swój ruch z jego ruchem – on szarpnął się w prawo, a ona w lewo - brzuszyska prześlizgnęły się po sobie z ostrym zgrzytem, przypominającym odgłos tarcia styropianem o szybę, od którego wszystkim obecnym szkliwo na zębach ścierpło. Cały kościół z uwagą śledził te zabiegi i kiedy zaowocowały, dało się słyszeć wyraźne westchnienie ulgi, które dobyło się z niezliczonej ilości piersi, bowiem istniało niebezpieczeństwo, że zostaną w tak gorszącej bliskości aż do przyjazdu dźwigu, który trzeba byłoby ściągnąć, by ich od siebie uwolnić…
Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger