W miniony weekend włóczyłem się po Wrocławiu, gdzie rozpieszczany byłem jak jakiś celebryta. Dziękuję H&D. Podróżowałem autokarem firmy, której nazwa może sugerować, że jest przewoźnikiem narodowym. Ma świetną ofertę, bo za naprawdę bardzo małe pieniądze (zwłaszcza w porównaniu z absurdalnie drogimi biletami PKP) można przejechać kawałek Polski. Podróż z Katowic do Wrocławia i z powrotem kosztowała mnie całe 30 zł. Bilet zakupuje się przez Internet i pokazuje kierowcy przy wsiadaniu, a że liniami tymi podróżują często tłumy, proces boardingu (celowa analogia lotnicza) trwa dobrą chwilę. Bohaterskim czynem udało mi się dopchać do miejsca w autobusie, znacząc szlak mojej ku niemu wędrówki obalonym i leżącym pokotem ludem, który ośmielił się stanąć mi na drodze. Przed odjazdem kierowca, jak kapitan w samolocie, powitał podróżnych, powiedział jak długo potrwa podróż i przypomniał o zapięciu pasów bezpieczeństwa, w które wyposażone są wszystkie autokarowe siedzenia. Ready for take off - pomyślałem i wystartowaliśmy w drogę. Po wygodnym umoszczeniu się na fotelu (mało miejsca na nogi, ale dało się wytrzymać te nieco ponad 2 godziny) rozejrzałem się ciekawie po pokładzie. Przede mną zasiadła pani o włosach ufarbowanych na fioletowo, naczapierzonych w misterną konstrukcję, podpartą od tyłu kwiatem z szarego woalu, którego płatki wystając poza jej głowę poruszały się przy każdym jej ruchu, jak macki jakiegoś kosmicznego ukwiału wczepionego w jej potylicę. Jak się później okazało z jej rozmowy telefonicznej z przyjaciółką, której byłem mimowolnym świadkiem, anturaż ów przybrała nie na wesele, jak mogłoby się wydawać, a w odwiedziny do syna. No tak – pomyślałem – Wrocław ponoć zajmuje trzecie miejsce w rankingu najmodniejszych miast do życia, po Warszawie i Krakowie, więc to zobowiązuje. Trzeba wyglądać. Pomyślawszy to, poprawiłem świeżo (rano) wyżelowane (odrobinkę, by poskromić ich naturalną skłonność do rozchełstu) włosy i rzuciwszy okiem na swój własny anturaż, strzepnąłem pyłek z ulubionych granatowych chinosów, który bezczelnie uczepił się ich na wysokości prawego kolana oraz poprawiłem szarą bluzę maskującą nie do końca odzyskaną wiotkość talii. Zadowolony z wyników owej inspekcji rozparłem się w fotelu wygodnie.
Miejsce za mną zostało zajęte, ale nie oglądałem się, więc nie wiedziałem przez kogo. Obok tej osoby, po drugiej stronie przejścia (czyli po mojej nieco skośnej prawej) zasiadł całkiem przystojny pan, nieco starszy ode mnie, który poddał mnie wnikliwej, acz nienachalnej lustracji. Nie powiem, miło jest być w ten sposób zlustrowanym – to podnosi poczucie własnej atrakcyjności. Mój sąsiad po diagonalu i osoba siedząca za mną podróżowały razem. Mieli chyba coś wspólnego ze sztuką i teatrem, przynajmniej tak wywnioskowałem z ich rozmowy. Pojawiło się w niej sformułowanie sztuka reżyserska, wypowiedziane sarkastycznie. "Jak się obejrzy parę takich, to dwa lata potem na psychoterapię trzeba chodzić" powiedział mocno przepalony głos siedzący za mną, który wydawał się należeć do namiętnej palaczki 60+. Zerknąłem dyskretnie i pani z przepalonym głosem okazała się długowłosym panem 40+. Nie uszedł jego uwagi fakt zlustrowania mnie przez jego sąsiada i chyba partnera, skoro wydał mu komendę "Przesiadamy się!", którą tamten posłusznie wykonał. Dalszej mojej lustracji dokonał długowłosy pan tzw. złym okiem, co jeszcze bardziej połechtało moją próżność...
(Tu nastąpiło powalenie na podłogę w celu wytarzania się w szale dzikiego, nieopanowanego śmiechu do łez i posmarkania się.)
No.
Mogę pisać dalej.]
Na moich oczach, pan siedzący po drugiej stronie przejścia, tak filigranowy, że zajmujący sobą półtora siedzenia, pożarł dwie wielkie chałwy. Zrobił to z tak wyuzdaną, pornograficzną wręcz pasją, że nieomal słyszałem ich krzyk uszami duszy. Pomyślałem, że jeśli zje jeszcze parę takich, to do końca podróży rozrośnie się na ową wolną połowę siedzenia. Po dwóch wielkich chałwach przyszła kolej na dwa duże serki topione sautè, które zostały błyskawicznie wessane przez czarną czeluść w twarzy zamykaną wargami. Potem dwie bułki z kiełbasą, której zapach rozszedł się po całym autobusie, popite półlitrową colą, następnie chipsy paprykowe, pół kilo solonych orzeszków, banan i druga półlitrowa cola. Nie pamiętam co było dalej w menu, a musiało być i to dużo, skoro kąt mojego oka rejestrował permanentny ruch jego żuchwy, perfekcyjnie zsynchronizowany z ruchami prawej ręki, co uprawdopodobniało moje śmiałe domniemanie, że nie był to bezproduktywny tik. W połowie podróży pan podjął próbę podniesienia podłokietnika, co w jego wypadku było operacją trudną, zakończoną jednak (częściowym) powodzeniem, bowiem po podniesieniu zrezygnował i podłokietnik opuścił. Dyskretny rzut oka pozwolił wydedukować, że wpił mu się on w fałdę troskliwie wyhodowaną w pasie, dzieląc ją na pół i zakłócając w ten sposób swobodę jej naturalnej chlupotliwości. Aby zająć czymś czas pomiędzy ruchami szczęki i ręki, pan słuchał muzyki przez słuchawki. Jakoś potrafił połączyć to w harmonijną całość z kompulsywnym żerowaniem, chrupaniem i żuciem w kontrapunkcie, co uświadomiło mi, jak mało umiem, bo ja bym nie potrafił. Cieszyłem się, że nie siedzi bezpośrednio przede mną, bo oparcie jego fotela wygięło się nienaturalnie do tyłu, skrzypiąc rozpaczliwie przy każdym jego ruchu i opierając się niemal o rachitycznie wychudzoną pierś długowłosego pana siedzącego za nim. Aż mnie ciarka przeszła na myśl, że mógłby siedzieć obok mnie. Perspektywa rozprasowania na szybie i zgonu na skutek uduszenia wydała mi się niezbyt pociągająca, dlatego, w takim wypadku, pozostałoby mi jedynie siedzenie w przejściu…
-To tu jest ta toaleta? - zapytała bardzo sympatyczna pani przerywając moje rozmyślanie. - Jezu, jak tu wejść?! - dodała po otwarciu drzwi do autobusowego klaustrofobicznego przybytku westchnień. Czym uświadomiła mojemu sąsiadowi po prawej konieczność odwiedzin w owym miejscu. Próba została podjęta zaraz po jej wyjściu. I to z powodzeniem! Oniemiałem z podziwu nad zdolnością takiego zagospodarowania dobrostanu i ułożenia go, by mógł zostać wciśnięty do mikroskopijnej autobusowej toalety. Obawiałem się, że zostanie tam na zawsze, a przynajmniej do czasu rozmontowania połowy autobusu w celu oswobodzenia, jednak pan zdołał się nawet tam obrócić (!), bo wyszedł poprzedzany swoim przodem, czyli normalnie. Nie wiem, jak tego dokonał. Nie mam pojęcia. I nie chcę wiedzieć. „Są rzeczy, o jakich nie śniło się filologom” mawiała Młoda lekarka na rubieży. To była właśnie jedna z nich i niech taką pozostanie. Mistrz to. Mistrz ekwilibrystyki ciałem.
A Wrocław? Jak to Wrocław- śliczny. Zarówno za dnia jak i w nocy.