Pokazywanie postów oznaczonych etykietą modystka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą modystka. Pokaż wszystkie posty

04 lipca

Konfrontacja

Zainspirowany modowymi wyczynami koleżanki nabyłem onegdaj kurteczkę przeciwdeszczową w kolorze agresywnej, wulgarnej pomarańczy, przykuwającej uwagę wszystkich okolicznych istot żywych oraz materii nieożywionej, gdyż taka jest krzykliwa, a że ma do tego właściwości odblaskowe, to nawet z kosmosu ją chyba widać. Nieopatrznie doprowadziłbym do poważnego kryzysu, kiedy przyszedłem w niej do pracy kilka dni temu, bowiem intensywnie różowa, zwiewna kreacja, którą koleżanka się spowiła, w konfrontacji z wściekłą pomarańczowością mojej kurteczki wydała się bledziutka. Przez jedną pełną napięcia chwilę miałem wrażenie, że koleżanka wzburzona ograbieniem jej z uwagi widowni zedrze ją ze mnie wraz z pozostałą garderobą jednym szybkim ruchem ręki uzbrojonej w szpony, pozostawiając mnie nagim na pastwę świata, ale uprzedziłem ją i sam kurteczkę zdjąłem…

09 czerwca

Ekspozycja

Seledynowe kalosze, spodnie i sweterek były rażące, ale nie niebezpieczne, bowiem prawdziwym zagrożeniem była kurteczka, której seledyn zamachnął się na mnie i próbował wypalić mi rogówkę. Durny ja, niepomny zagrożenia długo kontemplowałem ów zestaw, w który koleżanka (no bo któż by inny) się wystroiła, a wpatrywałem się weń, zwłaszcza w ową kurteczkę, bo jeszcze nigdy nie widziałem takiego odcienia seledynu – nazwałbym go laserowym. No i ów laserowy seledyn poraził me błękitne, nieprzywykłe do takiej ekspozycji oczęta i wyłoił moją biedną rogówkę. Zdążyłem jedynie pomyśleć nadaremno „Boże! Boże!” i mrugnąłem, co uratowało mój wzrok, a może nawet życie, bo jestem przekonany, że gdyby nie ten bezwarunkowy odruch, laserowość owego seledynu przeszyłaby mój mózg aż do potylicy, jak strzała. Nie patrzyłem więcej, choć patrzeć było na co. Koleżanki za to patrzyły, oj patrzyły. I podśmiechiwały się pod nosami dyskretnie, kontemplując zachłannie i nie odnosząc przy tym żadnych obrażeń, co skłoniło mnie do refleksji, że są genetycznie uodpornione na takie ekspozycje. Kobiety znaczy.

07 kwietnia

001

Koleżanka przyszła dziś do roboty przebrana… No właśnie… To jej przebieranie się skłania mnie do snucia podejrzeń, że po godzinach może dorabiać sobie jako tajny superagent 001, z licencją na przebieranie (się). Kamufluje się przebierając a to za zielonego klauna, a to za różową dzidzię-piernik, a to za średniowiecznego rycerza wreszcie i daje odpór złu, jak James Bond nie przymierzając. Dziś na przykład przyszła do roboty przebrana za skórzany, czarny wór, z którego wystawały jasne elementy w postaci dłoni oraz głowy, przyozdobionej skórzanym, czarnym kaszkietem. Wyszedłszy z owego skórzanego wora koleżanka zaprezentowała światu skrajnie ascetyczną kreację, kontemplacyjno-ekspiacyjną rzec by można, łudząco przypominającą mnisi, karmelitański, brązowy habit. Znając jej słabość do niebanalnych dodatków, nie zdziwiłbym się, gdyby skrywała pod nim różową (kuloodporną) włosiennicę, srebrny pas (dawno utraconej) cnoty, złote (hiszpańskie) buty, a w fałdach paralizator (w siedmiu odcieniach fuksji) i (arogancko różowe, a jakże) akcesoria do ubiczowania – czyli absolutnie niezbędny zestaw każdego superagenta…

14 marca

O powrocie do normy

Koleżanka powróciła z urlopu wypoczęta, wyluzowana i jakaś taka stonowana, bowiem kilim, którym się była spowiła dla uświetnienia swego powrotu uczyniony był zaledwie z kilku barw: wiśni, rubinu, szkarłatu, karmazynu i pąsu. Czyli bardzo skromnie. Przy bliższym oglądzie kilim okazał się być imitacją indiańskiego ponczo. Całości dopełniały wpięta we włosy, migocząca sztucznymi rubinami dorodna kokarda, wyglądająca jak gigantyczny, połyskujący motyl uczepiony jej potylicy, wypiłowane i umalowane na czerwono szpony, wypomadowane na rubinowo usta oraz plastikowa torebka w kolorze czerwieni rajdowej, o fakturze nieudolnie udającej gadzią skórę. Wzruszyłem się widząc, że wszystko wróciło do normy. Świat odzyskał kolory i blask...

09 marca

O wypłowieniu świata

Zaczęło się tak niewinnie od spojrzenia ot tak przed siebie. Mój wzrok niepowstrzymany śmignął za okno ponad dachami aż po horyzont. Rozbuchana swoboda owego wzrokowego śmignięcia sprawiła, że poczułem się jakiś taki nieswój. Coś się zmieniło. Dramatycznie. Czegoś było mi brak. Jakiegoś punktu odniesienia. Oparcia. Bez którego przewróciłem się i runąwszy w głąb mojego jestestwa zwiedziłem niektóre jego zakamarki. Introspekcja była ciekawa, ale dość krótka, bo próbując zogniskować na czymś wzrok skonstatowałem, że świat zszarzał i wypłowiał, jakbym nagle zapadł na daltonizm. A jeszcze wczoraj cieszył oczy wysoce skondensowanymi barwami nader inspirującej kreacji koleżanki, która przebrała się była za klauna. Nie sądzę, żeby to była świadoma stylizacja – po prostu tak jej samo niechcący wyszło, dzięki szalenie efektownej tunice w kolorze arogancko soczystej zieleni, przyozdobionej od frontu trzema krwistoczerwonymi pomponami. Uśmiechnąłem się przypominając to sobie i w tym momencie mnie olśniło. Zrozumiałem skąd to moje wrażenie zapadnięcia na nagły daltonizm i poczucie braku. Nie było JEJ! Nie było tej mojej ulubionej, przemocą swoich wysoce skoncentrowanych kolorystycznie kreacji oraz migotliwością dodatków osaczającej i więżącej mój wzrok (nie sposób od nich oczu oderwać!), koleżanki. Aktualnie przebywa na urlopie. Nie wiem, naprawdę nie wiem, jak ja się w robocie odnajdę!

27 lutego

Kolczuga i inne militaria

Drzwi się otwarły i pojawiła się w nich roziskrzona, srebrzysta postać. Migotliwe świetlne iskry, jak maleńkie błyskawice, skakały po niej oślepiając moje oczy. Anioł – pomyślałem oniemiały, kiedy świetlista postać zbliżała się w moim kierunku. Chciałem wrzasnąć, ale głos uwiązł mi w krtani. I dobrze, bo to nie był anioł tylko koleżanka przyodziana w srebrną kolczugę. Tak, w kolczugę! Zabezpieczającą ją od szyi po kolana. Usiadła na swoim miejscu odprowadzona spojrzeniami pełnymi szczerego podziwu. Zastanowiło mnie, dlaczego przy siadaniu kolczuga ta nie zazgrzytała i nie zachrzęściła, jak można byłoby się spodziewać. I jak powinna była! Brak owego chrzęstozgrzytu zrodził moje podejrzenie, że nie jest ona wykonana z metalu, a z jakiegoś innego, tajemniczego materiału. Może to owa legendarna kolczuga Froda, wykonana z bezcennego mithrilu, miękka jak jedwab i mocna jak kevlar połączony z włóknami aramidowymi i szybą przeciwpancerną? Frodo odpłynął za morze, więc nie jest mu już potrzebna, a dla koleżanki jak znalazł. Nawet jeśli to nie mithril, a zwykła srebrna dzianina, to i tak nie można nie docenić jej psychologicznego oddziaływania na ewentualnego zamachowca. Skąd taki wniosek? Ano stąd, że koleżanka porusza się głównie komunikacją miejską, a po przeczytaniu posta diabła w buraczkach >>KLIK<< o czyhających w niej zagrożeniach, olśniło mnie: koleżanka po prostu się zabezpiecza przed ewentualną napaścią uzbrojonych strzyg ową miejską komunikacją się przemieszczających. Choć… Znając ją, nie sądzę, żeby jakakolwiek strzyga ośmieliła się na nią targnąć ręką, szponem, tudzież innymi militariami. Po prostu, jak mówi gawiedź u mnie w górach, ręka by jej „uskła” zanim by koleżanki dosięgła. Odgryzłaby ją jej z szybkością błyskawicy. Zerkając dyskretnie na to cudo, które na siebie włożyła, pomyślałem sobie, że gdyby ją zobaczył pan Jacyków, botoks w twarzy by mu się zwarzył, zalewając jego jestestwo taką dawką zwarzonej botuliny, że zwoje mózgowe rozwinęłyby się mu i zwinęły z powrotem w odwrotnym kierunku, zmieniając go przy okazji z waginosceptyka w waginoentuzjastę, tak, że padłszy na kolana błagałby ją skamląc, by go wystylizowała i poślubiła. Paradowaliby potem razem wystrojeni po czerwonych dywanach salonów…

Ciekawe, czy w spadku po Frodzie otrzymała też słynną pelerynę niewidkę? Jeśli któregoś dnia w robocie ujrzę samoklikającą klawiaturę, samoprzemieszczające się powietrzem kartki papieru, tudzież samobujający się fotel (koleżanka lubi się czasem na fotelu bujnąć), będę wiedział, że to nie żadne czary mary, a dzień prezentacji owej peleryny niewidki. Skomplementuję, że bardzo twarzowa. A co…

***

Gocha zadzwoniła wczoraj, żeby pogadać. Nie jest to w tym wypadku (wyjątkowo) eufemizm, bo rzeczywiście zadzwoniła, żeby pogadać a nie, jak ma w zwyczaju, pomonologować. Miała niezmiernie rzadki napad potrzeby realizacji integrującego dialogu, żeby poczuć się częścią jakiegoś środowiska i muszę przyznać, że całkiem przyjemnie się z nią pogadało. Nie to, że szał był i tyłek urwało, nie. Konwencja pępka wszechświata zarządzającego wszystkimi i wszystkim nie była jednak dominująca, co w jej przypadku było ogromnym poświęceniem, do jakiego – zdawało mi się – nie była zdolna i już to, w konfrontacji ze zwykłą jej egocentryczną megalomanią sprawiło, że gadało się przyjemnie. Człowiek zna kogoś całe życie i wydaje mu się, że zna tego kogoś dobrze, a tu proszę, surprise, bo okazuje się, że nawet Gocha czasem potrafi swój egotyzm utrzymać na wodzy. W tym kontekście, po tym jak ją bezlitośnie obsmarowałem onegdaj – a powszechnie wiadomym jest, że prędzej język bym sobie wyrwał niż obmówił bliźniego - obiecuję rozważyć, jak tylko opublikuję tego posta, czy aby nie wyrwać sobie tego mojego niewyparzonego jęzora z jamy gębowej… 

Update (30 sekund przed publikacją)

Po głębokim namyśle postanowiłem jednak tego nie robić, bowiem z doświadczenia wiem, że egotyzm i megalomania stanowią nienaruszalne jądro osobowości Gochy, więc następny jej telefon, najprawdopodobniej doskonale wpasowujący się w zwyczajną konwencję, z obsobaczenia jej mnie rozgrzeszy…  

18 lutego

Stylizacja

Idąc do pracy znalazła przy drodze sponiewierane zwłoki lisa, sine od odniesionych obrażeń. Ujęta ich niezwykłym fioletowym kolorem pomyślała, że szkoda byłoby, gdyby takie dobro się zmarnowało, podniosła je więc i okręciła wokół szyi. Zupełnie przypadkiem pasował idealnie do reszty jej garderoby, równie jak lisie truchło sinej. Pracowała cały dzień z tym lisim denatem u szyi, którego łapki smętnie majdały przy każdym jej co żwawszym ruchu. To był porażający widok. Koleżanka dba, żebyśmy się za szybko nie uodpornili na jej jakże efektowne stylizacje...

12 stycznia

Truchło

Weszła niosąc przewieszone na ramieniu, uwieszone na dwóch uchach, dosadnie pomarańczowe, włochate, rozdęte, bezwładne truchło gigantycznej gąsienicy, której kudłate wypustki w takt jej kroków falowały, hipnotycznie ogniskując na sobie spojrzenia wszystkich obecnych. Wrażenie było piorunujące. Zauważyła to i zadowolona uśmiechnęła się nieznacznie. Doszedłszy do swojego miejsca usiadła, a gąsienicowy zezwłok z czułością złożyła na krześle obok. Przyjrzałem się truchłu z bezpiecznej odległości, bo przecież mogło spać jedynie i obudzone rzucić w moją stronę, żeby ukąsić, albo i opluć nawet. Moja ostrożna kontemplacja przerwana została przez koleżankę, która rozpiąwszy gąsienicy włochaty kubraczek, wyciągnęła z jej wnętrza swój telefon komórkowy, uświadomiwszy mi tym gestem, że to coś, co wziąłem za zwłoki zmutowanej gąsienicy, w istocie było… torebką. Koleżanka w myśl zasady, że to dodatki odróżniają nas od zwierząt, dba, żeby jej były niezapomniane.

12 grudnia

Boa

Przyszła ubrana skromnie jak mniszka. W dwóch tylko odcieniach pastelowego różu. Rzecz to u niej niebywała, dlatego zaniepokoiłem się, czy aby nie stało się coś złego. Zanim zdążyłem zapytać, schyliła się do torebki, z której coś wyciągnęła, rozwinęła i założyła. Był to rodzaj boa w czterdziestu tysiącach odcieni różu, fuksji i fioletu. Nie przypuszczałem, że może być ich aż taka obfitość. Nie było to jednak jakieś banalne boa z piór. To szokujące cudo uczynione było z elementów przypominających ręcznie wydziergane małe serwetki, nanizane na nitkę. Oniemiałem. Zauważyła to, uśmiechnęła się zadowolona i gładząc owo niebywałe szalowo-serwetkowe boa czule, powiedziała: „Piękne, nie?”. Stupor nie pozwolił mi odpowiedzieć. A nawet gdybym był w stanie, to przecież i tak nie powiedziałbym jej, że w życiu nie widziałem niczego równie szkaradnego. I tak by nie zrozumiała.

14 listopada

Ekstrawagancja

Moja koleżanka, mająca słabość do niebanalnych kostiumów, przybyła dziś do pracy spowita w czarno-srebrny płaszcz, który skrzącą migotliwością swych srebrzystości zogniskował spojrzenia wszystkich obecnych, a który - jak się po chwili okazało - był jedynie skromnym zwiastunem tego, co skrywało się pod nim, bowiem gdy go zdjęła, wyłoniła się spod niego zwiewna tunika koloru zielonego, łudząco przypominająca koszulę nocną. Można by pomyśleć, że koleżanka zapomniała się rano przebrać i przybyła do pracy tak, jak wstała z łóżka, jednak rude legginsy i zwiewne koronkowe elementy zdobiące jej ochędóstwo tu i ówdzie (z naciskiem na ówdzie) jednoznacznie wskazywały, że to nie był wypasiony model pidżamy, a strój jak najbardziej wizytowy. Przyznać muszę, że rzadko można ujrzeć kolor aż tak zielony, zwłaszcza w zestawieniu z tak bardzo rudym, jednak koleżanka mając (chyba) wrodzoną i (na pewno) chroniczną skłonność do ani trochę nie rzucających się w oczy kolorów w odcieniach neonowych, właśnie w takich zestawieniach gustuje. Jej dzisiejszy anturaż, który nazwać ekstrawaganckim to zdecydowanie za mało, tak mnie ujął, że zanim zdążyłem ugryźć się w język, wypowiedział on zdanie: „Jaki masz zwiewny strój. Taki… oniryczny”. Zamurowało ją, szczęka jej literalnie opadła, a uruchomiona próbą procesu dedukcyjnego burza synaps odmalowała się na jej obliczu bogatą paletą barw, obnażających jej myśli, gdyż nie znając znaczenia słowa oniryczny, wahała się, czy nie jest ono synonimem słowa onanistyczny, zaczynając się bowiem od oni- i kończąc na -czny brzmieniowo prawie pasowało. Choć to środkowe -ry- i brak jednej sylaby psuły jej nieco tę analogię, podążyła jednak tą właśnie ścieżką i na wszelki wypadek zdecydowała oburmuszyć się z głębi swej urażonej cnoty. Zauważywszy uczynione ku temu przygotowania w postaci adekwatnego uplastycznienia twarzy, w chwili, w której brała oddech by je wyartykułować, wyjaśniłem jej, co owo słowo znaczy. Zawiesiła się na krótką chwilę, po czym nieco oszołomiona spróbowała zachichotać, ale i tak nie zdołała zamaskować zawstydzenia z analogii, jaka przyszła jej na myśl. Powstrzymałem śmiech bohaterskim wysiłkiem i pognałem jak wicher do sąsiedniego pomieszczenia, by tam, po zatrzaśnięciu za sobą drzwi, uwolnić go. Do łez.
Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger