Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gocha. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gocha. Pokaż wszystkie posty

05 maja

Sesja

Jadąc w góry na długi weekend zajechałem po drodze do ciotki. Wpadłem tylko na moment, ale za to z niesamowitym wyczuciem chwili, w sam środek wielkiego wydarzenia. Nie była to wbrew pozorom jakaś nudna impreza, czy inne party, a coś znacznie bardziej odjechanego. Otóż Gocha zarządziwszy sesję zdjęciową na potrzeby lansu na fb, ubrała swego synka na biało, córeczkę na czerwono, wręczyła im flagę, upozowała, w biegu pocałowała mnie w policzek, rodzicom warknięciem nakazała opuszczenie planu zdjęciowego i bardzo z siebie zadowolona zabrała się za uwiecznianie tego żywego obrazu, który jako żywo mógłby stać się plakatem propagandowym manifestacji pierwszomajowych z okresu słusznie minionego. Rodzice Gochy bezkrytycznie oczarowani jej pomysłem, ze szczerym zachwytem zagrzewali ją do owych działań, ciotka rozemocjonowana współuczestnictwem w tym epokowym i bezprecedensowym wydarzeniu "artystycznym" prawie łkała, za lewą pierś się łapiąc. Cała ta scena była tak absurdalnie idiotyczna, że niestety nie uszanowawszy podniosłości owej chwili, spontanicznie i bezceremonialnie ryknąłem dzikim, nieopanowanym śmiechem do łez. Gocha zupełnie to zignorowała, jak zawsze, kiedy ktoś (lub coś) nie podzielał jej wizji, zdania, czy pomysłu,  aczkolwiek mógłbym przysiąc, że lewa powieka zadrżała jej z oburzenia, jej rodzice zaś popatrzyli na mnie z ledwo skrywaną dezaprobatą, jak na jakiegoś debila, który nie dość, że nie wie, co to dobra zabawa, to jeszcze cierpi na deficyt patriotyzmu oraz brak wyczucia prawdziwej sztuki, czym rozśmieszyli mnie jeszcze bardziej. Mój niestosowny wybuch radości nie zmącił ich zachwytu, bo też nic (i nikt) nie jest w stanie zachwiać kultem jakim otaczają Gochę. Szczerze ucieszyłem się, że jednak do nich zajechałem, bo gdybym tego nie zrobił, ominęłoby mnie tak wiele radości. Przy okazji tej krótkiej, ale jakże owocnej wizyty, dokonałem jeszcze jednej obserwacji: dzieci Gochy, choć obiektami kultu nie są, chowane są na jej kształt i podobieństwo, co czyni je mocno nadekspresyjnymi, że tak to eufemistycznie ujmę. W praktyce oznacza to permanentny wrzask, ryk, pisk i gonitwę – czyli czysty obłęd od otwarcia powiek rankiem, do ich zamknięcia późnym wieczorem.

23 września

Przytulanie wyjątkowości

Gocha przysłała mi wczoraj wiadomość na facebooku o treści: Dziś jest dzień przytulania na facebook, wyślij je do wszystkich kontaktów i sprawdź ile otrzymasz z powrotem. Od 5 wzwyż, jesteś kimś wyjątkowym. Jestem przekonany, że otrzymali ją wszyscy jej znajomi z facebooka, więc nie poczułem się wyróżniony. I odesłałem. Bez wahania. Pewnie chodzi po tej naszej matce ziemi paru zwyrodnialców nie dostrzegających niepospolitości Gochy, ale ja do nich nie należę. Ja ją widzę, a nawet bywa, że i czuję w osobistym kontakcie, kiedy bezceremonialnie anektuje moją przestrzeń, jak stado dzikich Hunów. Podczas przesyłania przez moją głowę przemknęła myśl, czy wysyłając ten łańcuszek Gocha aby nie czuła choćby nikłego cienia niepewności co do dostrzegania jej wyjątkowości przez innych, bo że dla siebie samej jest wyjątkowo wyjątkowa to oczywiste, ale dla innych już takie być nie musi. Odegnałem jednak tę myśl, bo z własnego doświadczenia wiem, że jeśli komuś dane było poznać Gochę, czyli poprzebywać z nią dłużej niż godzinę, bo to jest czas maksymalny, kiedy jest w stanie się kontrolować, dane mu też było doświadczyć jej niepowtarzalności, a tego nigdy nie zapomni…

27 lutego

Kolczuga i inne militaria

Drzwi się otwarły i pojawiła się w nich roziskrzona, srebrzysta postać. Migotliwe świetlne iskry, jak maleńkie błyskawice, skakały po niej oślepiając moje oczy. Anioł – pomyślałem oniemiały, kiedy świetlista postać zbliżała się w moim kierunku. Chciałem wrzasnąć, ale głos uwiązł mi w krtani. I dobrze, bo to nie był anioł tylko koleżanka przyodziana w srebrną kolczugę. Tak, w kolczugę! Zabezpieczającą ją od szyi po kolana. Usiadła na swoim miejscu odprowadzona spojrzeniami pełnymi szczerego podziwu. Zastanowiło mnie, dlaczego przy siadaniu kolczuga ta nie zazgrzytała i nie zachrzęściła, jak można byłoby się spodziewać. I jak powinna była! Brak owego chrzęstozgrzytu zrodził moje podejrzenie, że nie jest ona wykonana z metalu, a z jakiegoś innego, tajemniczego materiału. Może to owa legendarna kolczuga Froda, wykonana z bezcennego mithrilu, miękka jak jedwab i mocna jak kevlar połączony z włóknami aramidowymi i szybą przeciwpancerną? Frodo odpłynął za morze, więc nie jest mu już potrzebna, a dla koleżanki jak znalazł. Nawet jeśli to nie mithril, a zwykła srebrna dzianina, to i tak nie można nie docenić jej psychologicznego oddziaływania na ewentualnego zamachowca. Skąd taki wniosek? Ano stąd, że koleżanka porusza się głównie komunikacją miejską, a po przeczytaniu posta diabła w buraczkach >>KLIK<< o czyhających w niej zagrożeniach, olśniło mnie: koleżanka po prostu się zabezpiecza przed ewentualną napaścią uzbrojonych strzyg ową miejską komunikacją się przemieszczających. Choć… Znając ją, nie sądzę, żeby jakakolwiek strzyga ośmieliła się na nią targnąć ręką, szponem, tudzież innymi militariami. Po prostu, jak mówi gawiedź u mnie w górach, ręka by jej „uskła” zanim by koleżanki dosięgła. Odgryzłaby ją jej z szybkością błyskawicy. Zerkając dyskretnie na to cudo, które na siebie włożyła, pomyślałem sobie, że gdyby ją zobaczył pan Jacyków, botoks w twarzy by mu się zwarzył, zalewając jego jestestwo taką dawką zwarzonej botuliny, że zwoje mózgowe rozwinęłyby się mu i zwinęły z powrotem w odwrotnym kierunku, zmieniając go przy okazji z waginosceptyka w waginoentuzjastę, tak, że padłszy na kolana błagałby ją skamląc, by go wystylizowała i poślubiła. Paradowaliby potem razem wystrojeni po czerwonych dywanach salonów…

Ciekawe, czy w spadku po Frodzie otrzymała też słynną pelerynę niewidkę? Jeśli któregoś dnia w robocie ujrzę samoklikającą klawiaturę, samoprzemieszczające się powietrzem kartki papieru, tudzież samobujający się fotel (koleżanka lubi się czasem na fotelu bujnąć), będę wiedział, że to nie żadne czary mary, a dzień prezentacji owej peleryny niewidki. Skomplementuję, że bardzo twarzowa. A co…

***

Gocha zadzwoniła wczoraj, żeby pogadać. Nie jest to w tym wypadku (wyjątkowo) eufemizm, bo rzeczywiście zadzwoniła, żeby pogadać a nie, jak ma w zwyczaju, pomonologować. Miała niezmiernie rzadki napad potrzeby realizacji integrującego dialogu, żeby poczuć się częścią jakiegoś środowiska i muszę przyznać, że całkiem przyjemnie się z nią pogadało. Nie to, że szał był i tyłek urwało, nie. Konwencja pępka wszechświata zarządzającego wszystkimi i wszystkim nie była jednak dominująca, co w jej przypadku było ogromnym poświęceniem, do jakiego – zdawało mi się – nie była zdolna i już to, w konfrontacji ze zwykłą jej egocentryczną megalomanią sprawiło, że gadało się przyjemnie. Człowiek zna kogoś całe życie i wydaje mu się, że zna tego kogoś dobrze, a tu proszę, surprise, bo okazuje się, że nawet Gocha czasem potrafi swój egotyzm utrzymać na wodzy. W tym kontekście, po tym jak ją bezlitośnie obsmarowałem onegdaj – a powszechnie wiadomym jest, że prędzej język bym sobie wyrwał niż obmówił bliźniego - obiecuję rozważyć, jak tylko opublikuję tego posta, czy aby nie wyrwać sobie tego mojego niewyparzonego jęzora z jamy gębowej… 

Update (30 sekund przed publikacją)

Po głębokim namyśle postanowiłem jednak tego nie robić, bowiem z doświadczenia wiem, że egotyzm i megalomania stanowią nienaruszalne jądro osobowości Gochy, więc następny jej telefon, najprawdopodobniej doskonale wpasowujący się w zwyczajną konwencję, z obsobaczenia jej mnie rozgrzeszy…  

11 grudnia

Gocha

Gocha zainspirowana moim krótkim pobytem w Brukseli zadzwoniła kilka dni temu, żeby podzielić się ze mną dramatyczną opowieścią o swoim własnym tam pobycie przed kilku laty. Chociaż zupełnie nie interesowały jej moje stamtąd wrażenia, bo zbyt zajęta była referowaniem swoich własnych, ku mojemu zaskoczeniu Gocha, która uwielbia być w opozycji, tym razem zgodziła się ze mną, że jeśli o Brukselę chodzi, to szału nie ma. Co gorsza, w pełni podzieliła mój umiarkowany entuzjazm do latania. Zaniepokoiłem się, dlaczego taka zgodna – nawąchała się czegoś, ujarała, albo w głowę uderzyła? Taka spolegliwość to u niej ewenement. Sprawa szybko się wyjaśniła. Okazało się, że jej rezerwa do Brukseli oraz do lotnictwa cywilnego mają swoje źródło w przebytej traumie. Gocha bowiem wracała z Brukseli samolotem, a że zima była i mróz, przed odlotem jej (!) samolot polano jakąś dziwną brązową substancją, czym poczuła się obrażona, zbezczeszczona i zbrukana, bo przyjęła to jako złośliwość wymierzoną w jej osobę. Chyba pomyślała biedaczka, że samolot polali zawartością szamba, żeby w ten sposób ją uczcić. Oburzenie z jakim to opowiadała mogło sugerować ten trop, co przy jej bezgranicznie rozbuchanej megalomanii nie byłoby niczym niezwykłym. Gocha wyjazgotała swoją dramatyczną opowieść, napawając się swoim własnym głosem. Trudno to znieść na dłuższą metę, a zaznaczyć muszę, że jej monologi nigdy do krótkich nie należą. Zniecierpliwiony jej przedłużającą się perorą wszedłem jej w słowo, ale bezskutecznie, bowiem Gocha zwyczajne próby przerwania jej narracji zwyczajnie ignoruje, traktując jak nieistotne zakłócenia. Jedynym efektem takiej próby jest wzmocnienie przez nią przekazu za pomocą przeniesienia go na wyższy poziom jazgotu. Nie ma innego sposobu na przebicie się, jak tylko powiedzieć głośniej od niej, bo tylko wtedy Gocha, nieprzywykła do przerywania jej wypowiedzi (wszechświat wszak czeka z drżeniem na jej błogosławione słowa), zapowietrza się oburzona taką profanacją i wtedy dopiero można coś powiedzieć.

Zdziwiło mnie trochę to, że Gocha z brukselskimi refleksjami obudziła się dwa miesiące po fakcie. Szybko okazało się, że to był tylko pretekst, mający zwrócić moją uwagę na bezprecedensowe wydarzenie artystyczne w postaci wernisażu fotograficznego, który odbył się był w mikołajki na profilu fejsbukowym Gochy. Gocha, w myśl zasady, że fotografia bez niej jest fotografią straconą i zbędną, przebrawszy siebie i swoje dzieci mikołajkowo zarządziła sesję zdjęciową, wykonaną, jak mniemam, przez któregoś z zachwyconych rodziców, którą można by zatytułować: „Caryca i jej cheruby”. Zepsuła sobą wszystkie zdjęcia, bo dzieci akurat ma ładne. Gdyby jeszcze były to tylko zdjęcia, ale nie – każde zostało opatrzone komentarzem w stylu Gochy. A styl Gochy jest jak brazylijski wosk: człek dwa takie komentarze przeczyta i okolice bikini ma gładkie jak jedwab. Czterdziecha zbliża się ku niej wielkimi krokami, ale mentalność niezmiennie pozostaje na poziomie dwunastolatki. Nie wiem, czy współczuć, czy zazdrościć. Gocha ma unikalną właściwość, z tego co wiem, oddziałującą tak nie tylko na mnie: jest jedną z nielicznych osób, budzących czasem przedziwne pragnienie przełożenia jej sobie przez kolano i strzaskania jej tyłka tak, że albo oddzieliłby się od reszty i odpadł, albo okładający zemdlałby ze zmęczenia. Zależy, co nastąpiłoby pierwsze. Wzruszam się nad sobą, że taki łagodny i tolerancyjny jestem, skoro to wyzwalane przez nią pragnienie pozostaje jedynie w sferze nierealizowanych marzeń. Jednak, by nie kusić losu, Gochy starannie unikam. Ktoś mógłby pomyśleć, że życie Gochy ma same blaski, a sama Gocha skłonna byłaby raczej powiedzieć, że głównie cienie. Na przykład przedszkole uwzięło się na nią, żeby ją wykończyć, nasyłając na nią, za pośrednictwem jej własnego cheruba, wirusy o wyjątkowej zjadliwości, z którymi Gocha musi się zmagać. Na dodatek czasem własnymi dziećmi zająć się musi, wzruszając się nad swoim ciężkim matczynym losem. To sprawia, że utyrana jest ponad miarę. Na szczęście Święta zbliżają się wielkimi krokami. Wkrótce Gocha zarządzi przygotowania, zagoni do nich rodziców i wreszcie będzie mogła zrelaksować się wydając dyspozycje, krytykując, utyskując i zrzędząc tak, jak lubi najbardziej. Albowiem nic tak Gochy nie raduje, jak rola poganiacza niewolników. Gdyby jeszcze tylko ręka tak się od dzierżenia bicza nie męczyła… 

03 czerwca

Najświeższe wieści z frontu macierzyńskiego

Gocha via fejsbuk obficie raczy świat swoimi wynurzeniami utyranej matki-bohaterki, hojnie ilustrując je zastraszającą ilością zdjęć. Cieszy się dziecięciem, rozumiem to, ale ta radość, w moim odczuciu, przybiera kuriozalne rozmiary. No bo jak określić wpisy typu: „Mam na imię Zosia. Urodziłam się w Dzień Matki...”, „Jestem strasznym głodomorem i tylko jadłabym i jadła, a potem spałabym i spała...”, „Mam już tydzień i…” i tym podobne pierdoły, pod którymi zamieszcza po 20 zdjęć? Ma czas brylować na fejsbuku, bo rodzice przecież wszystko za nią robią. Oni dopiero są zmęczeni – ledwo nogi za sobą ciągają!

27 maja

Sztuka megalomanii

Zadzwoniła dzisiaj przed południem moja Ciotka z wiadomością, że oto wczoraj późnym wieczorem Gocha porodziła drugie dziecię, tym razem, dla odmiany, płci żeńskiej. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby… No właśnie. Pierwsze dziecię (chłopczyka) Gocha zaplanowałaurodzić (za pomocą cesarskiego cięcia) w dzień matki, z drugim musiała więc wycyrklować równie efektownie. A nie było to łatwe, oj nie, bo wybór miała aż za duży: dzień matki wczoraj, swoje urodziny dzisiaj i dzień dziecka w poniedziałek. Wyobrażam sobie jak straszny dylemat miała, jak miotała się po domu w szale decyzyjnym, trzymając się za głowę i załamując ręce. Dzielnie i z oddaniem towarzyszyli jej w tym na pewno rodzice. Przeważyła, jak zawsze, jej megalomania i Gocha kazała się rozwiązać ponownie w dzień matki. Najwidoczniej uznała, że urodziny dziecka kolidowałyby z jej własnymi urodzinami. No bo czyż jest na świecie większa uroczystość? Gocha uważa… Nie to złe określenie, bo Gocha nie uważa – Gocha wie! A więc Gocha wie, że nie. Drugie dziecię Gochy przyszło zatem na świat w dzień matki, tak jak pierwsze. I wszystko fajnie. I w konwencji. Albowiem obie ciąże Gochy zostały rozwiązane ca 3 tygodnie przed wyznaczonymi terminami, żeby uczynić zadość jej fanaberiom, bo wskazań medycznych do przyspieszenia o te 3 tygodnie nie było żadnych ani za pierwszym, ani za tym drugim, wczorajszym razem - tak twierdzi sama Gocha. A skoro Gocha tak twierdzi, to Gocha wie. Cisną mi się pod palce jedyne adekwatne słowa: Ja pier...lę! Sorry. To nie ze wzburzenia, nie. Udzieliło mi się chyba, częściowo, wzruszenie Ciotki, bowiem spłakała mi się do telefonu. Nie tylko z powodu narodzenia wnuczki, ale przede wszystkim z powodu rozczulenia się nad niebywałą wprost mądrością Gochy, która wymyśliła była dla narodzenia swojego dziecięcia po raz drugi datę tak czcigodną! Ciotka uderzyła mniej więcej w taki deseń: „O ho ho, a ha ha, jaki to prezent Gocha na dzień matki znowu dostała! Córcię urodziła. Ło jeju, ło jeju!”. Nie powinno mnie to dziwić i nie dziwi. Znam dobrze te ich klimaty. I Gochę znam. Żyje dziewoja w swoim matriksie. Została tam umieszczona przez rodziców i dzielnie tam trwa, bo czując się absolutną i wszechpotężną carycą, wcale nie chce tego matriksa opuszczać. Jedynie w pracy, uwielbiające ją koleżeństwo, czyni starania (z bezinteresownej podłości!), żeby Gocha łapała kontakt z rzeczywistością. Gocha nie zrzędzi – Gocha wyraża swoje uczucia. Gocha nie poucza – Gocha łagodnie sugeruje. Gocha się nie awanturuje – Gocha jedynie subtelnie przedstawia swoje stanowisko. Gocha nie robi scen  – Gocha zarządza światem. A to, że wszyscy poza Gochą i jej rodzicami postrzegają te wszystkie aktywności zarządcze Gochy jako – sorry za kolokwializm, ale idealnie tu pasuje – wkurwiające, to wynika z niezrozumienia faktu, że Gocha uginając się pod brzemieniem odpowiedzialności za losy ludzkości tak musi, bo inaczej się udusi. Ja sam zauważam ogromny wpływ, jaki Gocha wywiera na otoczenie, z którym się łaskawie styka. Również na mnie. Nawet pisząc o niej, dostrzegam, że słownictwo mi się brutalizuje. I tak mają wszyscy, którzy dostępują zaszczytu obcowania z Gochą. Wcale mnie nie dziwi, że wszyscy starannie ten zaszczyt sobie reglamentują. Ja też. Widzę również, że starsze dziecię Gochy – fajny, radosny dwuletni chłopczyk - jest kształtowane na obraz i podobieństwo Gochy. Dziadkowie pracowicie i z wielkim oddaniem produkują klona swojej córeczki. Dzieciak jest cały czas bombardowany ich nadekspresyjnością - permanentnym gruchaniem babci i wierszykomówstwem dziadka. Nie pozwalają dzieciakowi nawet na chwilę samodzielności i… spokoju. Jest tak przebodźcowany, że gania po domu jakby miał śmigło w tyłku i nie mówi, a jazgocze, bo musi się przebić przez gruchanie babci i wierszyki dziadka. Wydawało mi się, że wierszykomówstwo jest domeną dzieci, okazuje się jednak, że rzeczywistość potrafi przebić nawet najśmielsze wyobrażenia. Gocha, o dziwo, w tym wszystkim zachowuje rozsądek, bo muszę oddać jej sprawiedliwość, że - choć siebie kocha niezmiennie najbardziej i większość swoich macierzyńskich obowiązków dla własnej wygody ceduje na rodziców - jest bez wątpienia kochającą matką…

Z ostatniej chwili:

Podziwiam krzepkość Gochy! Naprawdę! Dwie godziny po cesarce Gocha miała siłę napisać na FB o tym, jakaż to radość spotkała ją w dzień matki ponownie. Tak sobie myślę, z autentycznym podziwem, że siła megalomanii jest jednak ogromna!

No i breaking news:

Gocha chyba wyczaiła, że o niej piszę, bo… zadzwoniła do mnie przed momentem i uszczęśliwiła mnie swoim monologiem. Szczyci się swoją prawdomównością, więc uraczyła mnie dramatyczną i szczerą opowieścią o tym, jak to mało brakowało, a jej plan porodowy by się nie powiódł, bo lekarz chciał przesunąć jej cesarkę na dzisiejszy poranek! Gocha była oburzona, bo przecież nie przywykła do takiego bezceremonialnego obchodzenia się z jej planami! Zwłaszcza, jeśli za te plany zapłaciła wcale niemałe pieniądze, wybierając na rody prywatną klinikę. Jak znam Gochę, to udarła na rodziców twarz i wysłała ich z zadaniem uświadomienia tego lekarzowi. Argument ekonomiczny (płacę więc wymagam!) okazał się skuteczny i plan Gochy został ocalony. Monolog zakończyła stwierdzeniem, że jest szczęśliwa, że wszystko (sic!) przebiegło pomyślnie i mała jest zdrowa, a ona sama czuje się dobrze. Opowiedziała mi to wszystko bez choćby cienia poczucia absurdalności tej sytuacji. Cóż, autorefleksja nigdy nie była jej mocną stroną. Po rozmowie z Gochą narzuciła mi się refleksja, że w ten oto sposób Gocha wzniosła się na szczyty megalomanii, czyniąc z niej rodzaj Sztuki! I to przez duże S. A co!

19 grudnia

Gocha odc. 4

Ubawiłem się i uśmiałem perliście z powakacyjnych aktywności Gochy na facebooku. Gocha żyje na fb - może przebywać tam permanentnie, uszczęśliwiając znajomych, wśród nich mnie, publikowanymi tam głupotami. Gocha pod koniec sierpnia udała się na wczasy z mężem i dzieckiem. Musiała wynająć lokum i zapłacić. Spędziła tydzień w Pieninach. Nie wiem jakim cudem i w głowie mi się to nie mieści, nie zabrała z sobą na ten wyjazd służby, czyli rodziców. Dla nich ta rozłąka z pewnością była niezwykle traumatyczna. Dla niej też musiała być, bo przecież Gocha nie przywykła do żadnej pracy, a nie mając tam służby, musiała się zajmować dzieckiem, o zgrozo! Więc Gocha wróciła z wczasów i zaraz jak tylko przekroczyła próg domu, obwieściła światu via fb, że jest mega zadowolona! Była w takim pięknym miejscu, a w górach (w domyśle u mojej Mamy) była już setki razy (raptem cztery) i nie ma tam nic ciekawego. O ile mi wiadomo, Pieniny to też góry, ale widocznie Gocha przywiozła stamtąd jakieś świeższe i bardziej aktualne dane, i jest lepiej ode mnie w tym temacie zorientowana… Zachichotałem – Gosze naprawdę rozchodziło się o tę banicję. Muszę się przyznać, że Gocha budzi we mnie jakąś przedziwną przekorę i pokusę dokuczenia jej. Nie jestem wyjątkiem, bo wiem, że Gocha budzi tę pokusę u wielu osób, szczególnie u uwielbiających ją koleżanek i kolegów w pracy… A propos facebooka - jest jedna rzecz, która mnie niezmiennie zadziwia. Celebrytka Gocha bardzo lubi zamieszczać na fb zdjęcia przydomowych rozkwitających drzew i krzewów. Zadziwia mnie to, że owe drzewa i krzewy zawsze zakwitają Gochą! Co to za niezwykłe drzewa rodzące kwiat tak nadobny, chciałoby się rzec… Ale nie, nic w tym niezwykłego - to tylko Gocha upozowana na zdjęciach, na tle rozkwitających drzew. Gocha wyznaje zasadę, że zdjęcie bez niej jest zdjęciem straconym. Wyrobiła w sobie odruch bezwarunkowy - widok aparatu fotograficznego sprawia, że błyskawicznie przybiera wdzięczną pozę i ozdabia twarz uśmiechem. Przyznała mi się kiedyś, że te pozy i uśmiechy ćwiczyła przed lustrem!!! Pamiętam, że spojrzałem na nią wtedy i pomyślałem: "Czy ciebie należy się bać?".
Breaking news
Przed chwilą zadzwoniła Gocha. Chyba wyczuła, że o niej piszę. Pogadała dziesięć minut, oczywiście o sobie i trochę o swoim dziecku. Na koniec obwieściła mi, że… zaciążyła! Spodziewa się drugiego dziecięcia gdzieś z początkiem czerwca przyszłego roku. To ci dopiero news. Pogratulowałem zaciążenia, powiedziałem, że cieszę się ogromnie, że zdecydowali się na drugie dziecko, bo co dwoje to nie jedno i będzie fajnie. Szczerze. To dobrze, że będzie drugie dziecko – może ten wnukowy obłęd straci na mocy, jak będzie musiał się rozdzielić na dwoje wnucząt. 

18 grudnia

Gocha odc. 3

Ciotka ostatecznie przyjechała w wakacje na kilka dni do mojej Mamy. Stało się tak tylko dlatego, że Ciotka pogniewała się na Gochę. Gocha swoim zwyczajem, scedowała na Ciotkę wieczorną kąpiel wnuczęcia. Kiedy Ciotka odwróciła się po ręcznik, wnuczę w wannie wstało, poślizgnęło się i klapnęło tyłkiem w wodę. Nic się nie stało, ale wnuczę narobiło wrzasku, bo się wystraszyło. Gocha usłyszawszy szloch dziecięcia, wjechała do łazienki jak furia rycząc na Ciotkę, że skrzywdziła jej dziecko. Gocha nie jest przyzwyczajona do panowania nad sobą (nigdy nie próbowała, bo chyba uważa, że to mogłoby być szkodliwe dla jej zdrowotności), więc zrobiła Ciotce scenę jak trzylatka w amoku! Obryczała ją nie przebierając w słowach. Ciotka się wkurzyła i obwieściła, że wyjeżdża do mojej Mamy w góry na kilka dni, bo musi odpocząć. Jak powiedziała, tak zrobiła. Po przyjeździe Ciotka wyciągnęła z bagażu 3 opasłe tomy albumów ze zdjęciami. Dzielnie pozachwycaliśmy się, żeby zrobić jej przyjemność i szybko ten nieunikniony punkt programu został załatwiony. Pomimo chwilowego zagniewania na Gochę, Ciotka dzielnie uraczyła nas trzygodzinną opowieścią martyrologiczną o genialności Gochy i wnuczęcia. To oczywiste, że cieszy się wnuczęciem, że kocha itd., ale nie ma w tym umiaru. Jak dobrze, że moja Mama przytomnie zapobiegła zwaleniu się całej rodziny Ciotki do nas. Ciotka + mąż + Gocha + mąż Gochy + wnuczę = armagedon. Po ich wyjeździe musielibyśmy się chyba leczyć psychiatrycznie, bo to wariactwo jest nie do przejścia. Jak wspomniałem, ze spokojem znieśliśmy oglądanie opasłych albumów ze zdjęciami, które przyjechały w liczbie 3, a każde zdjęcie było opatrzone przez Ciotkę wyczerpującym komentarzem. Wytrzymaliśmy te pierwsze 3 godziny po jej przyjeździe, w czasie których musiała się wyżyć macierzyńsko. Potem można było już z nią normalnie porozmawiać. A w normalnych tematach (normalny temat to każdy temat niedotyczący Gośki i jej dziecka) rozmowa z nią jest bardzo ciekawa. I chociaż każdy temat, nie wiedzieć czemu, zawsze ma jakąś analogię związaną bezpośrednio z Gośką, to jednak można łatwo naprostować Ciotkę z powrotem na właściwy tor. Nie trzeba nic mówić. Wystarczy zignorować analogię, a Ciotka sama wraca do właściwego tematu. Analogia zawsze jest zapodana z entuzjazmem, więc brak reakcji, czyli niepodzielanie tego entuzjazmu, najwidoczniej jest dla Ciotki wstrząsający. Czasem to bywało nawet zabawne.

Gocha, jak łatwo było przewidzieć, obraziła się na moją Mamę za znieważenie i zbezczeszczenie jej majestatu. Rzecz straszna, w odczuciu Gochy równa świętokradztwu! Gocha się obraziła i obłożyła moją Mamę interdyktem – zabroniła oddawać kult swojej osobie!
Ciotka po kilku dniach spędzonych u mojej Mamy, poczuła bardzo duże ciśnienie na powrót do domu, bo zostawiła malutką Gochę (tsy latka) z jeszcze mniejszym wnuczęciem (roczek) – znaczy dziecko z dzieckiem, więc czuła już ogromne parcie, żeby znowu Gochę wyzwolić z obowiązków macierzyńskich, którymi nota bene Gocha wcale się nie przemęczała cedując je na dziadka. Ciotka stara się usprawiedliwiać Gochę. Może inaczej – nie usprawiedliwiać, a wybielać. Kilkakrotnie w swoich opowieściach o Gosze, nieco plątała się w zeznaniach. Fakty wykluczały się wzajemnie. Ciotka twierdziła, że gotuje z Gochą na zmianę dla rodziny, że Gocha sama zajmuje się dzieckiem, gotuje dla swojego dziecka, że je karmi, kąpie itd. Po czym sama wygadała się, że to ona gotuje codziennie, również dla wnuczęcia, że ona wnuczę karmi, kąpie, pierze, sprząta itd. Wygadała się, jak zła na Gochę była. Jak złość Jej minęła, Gocha ponownie stała się utyraną matką – bohaterką. Do pewnego stopnia rozumiem to i usprawiedliwiam, bo Gocha to jej dziecko. Ale tylko do pewnego stopnia, ponieważ w całości to przekracza moją zdolność do pojmowania. W tej relacji rodzice – Gocha – wnuczę jest coś dusznego, jakaś niezdrowo nadmierna więź, zaborcza nadopiekuńczość,  separowanie od otaczającej rzeczywistości. Wszystko to wynikające z rodzicielskiej miłości, ale przynoszące szkody zarówno Gośce, jak i wnuczęciu, które wychowywane jest tak, jak kiedyś wychowywana była Gocha. Odseparowywane od innych dzieci i bojące się innych dzieci histerycznie. Kolejny dowód na to, że nieprawdą jest, że ludzie uczą się na własnych błędach –  jedynie własne błędy utrwalają. Tym sprawdzonym sposobem wychowywany jest doskonały klon Gochy. Zastanawiam się, jak świat coś takiego wytrzyma. Co tam świat. Jak wytrzymają ze sobą Gocha i jej własne dziecko – wszak dwa słońca nie mogą świecić na jednym firmamencie. Kto kogo zmorze – Gocha swoje dziecko, czy dziecko Gochę? Oto jest pytanie. Czas pokaże. W sumie smutne to, bo Gocha z natury wcale nie jest zła – wszczepiono w nią skrajny egotyzm, który padłszy na podatny grunt rozrósł się do monstrualnych rozmiarów, pochłaniając wszystko, również to, co było w niej dobre. Nie dziwi więc to, że tak wyszkolona Gocha ćwiczy... hm... przysiady. cdn

17 grudnia

Gocha odc. 2

Przypomniała mi się historia z Gochą z ostatnich wakacji. Któregoś wieczora zadzwoniła Ciotka. Odebrałem, chwilę porozmawialiśmy, a w zasadzie wysłuchałem monologu o genialności Gochy i jej dziecka, które nota bene dziadkowie wychowują na doskonałą kalkę Gochy. Od początku rozmowy wiedziałem jednak, że Ciotka się zbiera, żeby coś powiedzieć. Poprosiła, żeby dać Jej moją Mamę, bo z Nią też chciałaby porozmawiać. No i porozmawiały. Dawno już nie widziałem tak wkurzonej Mamy. Wiosną zaprosiła Ciotkę w góry do siebie na kilka dni na wakacjach. Chciała, żeby Ciotka odpoczęła od domowych obowiązków, które są już ponad jej siły. Gocha jednak wymyśliła, że ona też chce przyjechać, oczywiście z mężem i dzieckiem, zmusiła więc Ciotkę, żeby spróbowała przekonać moją Mamę do anulowania banicji. Gocha wykoncypowała, że zwali się z mężem i dzieckiem na darmową chatę, moja Mama będzie dla wszystkich gotowała, a Ciotka będzie zajmowała się dzieckiem, zaś Gocha z mężem będą sobie hulać po okolicy beztrosko. Moją Mamę na ten Gochy pomysł po prostu trafiło. Odmówiła bardzo stanowczo i wyhamowała Ciotkę słowami: „Nie ma mowy! Ja wiem jaka Gośka jest! Nie zamierzam jej obsługiwać, bo nie jestem jej służącą i nie zamierzam też denerwować się patrząc, jak Ty koło nich skaczesz! Mowy nie ma! Bardzo chcę, żebyś przyjechała, ale sama. Tych kilka dni bez Ciebie Gośka sobie poradzi. Zresztą służbie też należy się urlop raz w roku!”. Ciotka zaniemówiła, a jak już odzyskała głos, potulnie się zgodziła.

Rodzice w sposób bezkrytyczny oddają się uwielbianiu Gochy. To monoteizm i kult jednostki w doskonałej postaci. Jak w sekcie – Gocha obiekt kultu i guru, a rodzice wierni wyznawcy. Oczekują również, że cały świat będzie im w tym adorowaniu Gochy towarzyszył. Niespełnienie tego oczekiwania owocuje z ich strony niechęcią. Nie lubią ludzi, którzy nie lubią Gochy. Z wyjątkiem mojej Mamy i mnie. Jakoś przyjęli do wiadomości i nawet pogodzili się z faktem, że nie jesteśmy fanami Gośki. Po owym telefonie czekaliśmy na dalsze wydarzenia i owszem, reperkusje były. Gocha zawiedziona, że jej plan nie wypalił (i wkurzona na maksa, bo nie przywykła, żeby jej plany nie wypalały), zamieściła post na facebooku, w którym napisała, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w potrzebie i że się bardzo zawiodła i rozczarowała, i tym podobne wynurzenia. Znaczy Gocha zareagowała we właściwy sobie sposób. Wyobrażam sobie, jaką awanturę zrobiła Ciotce, że nie zdołała przekonać mojej Mamy. Wrzaskom i rykowi końca pewnie nie było. Amok trzylatki! Znając ją, zakładaliśmy, że zrobi wszystko, żeby Ciotka w góry nie przyjechała.

Zastanawiam się, jak rodzice mogli ją tak wychować? Jak mogli zrobić jej taką krzywdę? Przecież ona w ogóle nie jest przystosowana do życia w społeczeństwie. Jedyną osobą, z którą się dogaduje jest jej mąż, który w ogóle nie wchodzi w jej emocje i w ten sposób czyni ją bezradną. Gośce wystarczy 5 minut, żeby każdego człowieka, który się z nią zetknie, do siebie zrazić i niemal każdy, kto pobędzie z nią w jednym pomieszczeniu dłużej niż 5 minut, zapada na chroniczną niechęć do niej. Ja też za nią nie przepadam i wcale nie robię sobie z tego powodu wyrzutów. Wierzę jednak, że Gośka czasem, w chwilowym zaćmieniu samouwielbienia, może nie czuć się dobrze z tym nielubieniem jej. Miewa czasem zrywy wrażliwości i empatii, jednak zajęta wyłącznie sobą i wyłącznie na sobie skoncentrowana, całą swoją wrażliwość i empatię kieruje na siebie samą. Jakby była jedynym człowiekiem na ziemi. Nie robi nic, żeby swój image poprawić, żeby coś zmienić, być miłą dla ludzi. Inaczej – może zorientowałaby się wreszcie, że to nie w otoczeniu problem, tylko w niej samej. Może zdobyłaby się na taką autorefleksję i zrobiłaby coś, żeby to poprawić. Rodzice jednak bardzo starają się, żeby nic podobnego się nie stało, bezkrytycznie wciąż jej wmawiając, że to otaczający ją ludzie są wobec niej niesprawiedliwi nie doceniając jej doskonałości. Dopóki będzie miała taki bezkrytyczny, klaszczący jej i dzielnie kibicujący wdzięczny chórek, nic się nie zmieni. cdn

12 grudnia

Gocha odc. 1

Wczoraj wieczorem zadzwoniła moja Ciotka. Bardzo Ją lubię. Ma klasę i piękny ogląd świata. Jest świetna, rozsądna, życzliwa i empatyczna. I tylko wobec własnego dziecka bezkrytyczna i bez umiaru. Niestety nie przekazała wychowaniem swojej klasy córce Gośce i wychowała niewyobrażalną egocentryczkę. Rodzice bardzo pracowicie wykształcili w Gośce przekonanie, ba, absolutną pewność, że jest pępkiem świata. Terroryzuje otoczenie, nie licząc się z nikim i niczym – wyłącznie jej potrzeby, oczekiwania, chciejstwo i plany się liczą. Przez całe swoje życie Gocha nie powiedziała niczego godnego uwagi, niemniej rodzice spijają z jej ust te wszystkie głupoty, które z jej ust spadają, z takim zachwytem, jakby sam Pan Bóg im się objawiał i głosił dobrą nowinę. Gocha nie mówi – Gocha jazgocze, zawsze na wysokim c. A że może jazgotać bez końca, oczywiście wyłącznie o sobie, ten jazgot jest nie do zniesienia już po 3 minutach przebywania z nią w tym samym pomieszczeniu. Gocha zdecydowanie nie odziedziczyła po Ciotce ani urody, ani inteligencji, ani klasy. Jej „klasa” to cieniutka politura, pod którą jest nieopanowanie i awanturnictwo. Do dzisiaj Gocha nie ma żadnych koleżanek ani przyjaciółek, bo z nikim zgodzić się nie jest w stanie, ponieważ jest przekonana, że to cały świat ma się do niej dostosowywać, a nie ona do świata. Bliżej jej już do czterdziestki niż trzydziestki, od 4 lat ma męża (jak on z nią wytrzymuje?!), a od półtorej roku dziecko. Dla rodziców jednak Gocha to wciąż trzyletnia dziewczynka. Dziecko, które ma dziecko. W związku z tym, jak przez całe życie, chronią Gochę przed wszystkim, również przed jej własnym dzieckiem. Gocha własnym dzieckiem zajmuje się tylko w nocy i to tylko dlatego, że dziecko całą noc przesypia, natomiast w dzień od obowiązków macierzyńskich jest zwolniona, bo dziadkowie z ochotą ją w tym zastępują. Gocha w domu nie robi nic, absolutnie nic. Ciotka gotuje, sprząta, opiekuje się dzieckiem Gochy, a Gocha spędza czas na facebooku roztaczając tam martyrologiczny nimb wycieńczonej macierzyńskimi obowiązkami matki. Poza fb nadzoruje służbę (rodziców), robiąc im cykliczne awantury, bo awantura to ulubiony żywioł Gochy. Każdy, najbardziej nawet banalny powód jest dobry do wszczęcia awantury. Rodzice Gośki są schorowani, jednak Gocha nie ma żadnych względów i żadnej dla nich litości – orze nimi jak parą wołów. Sami ją tego nauczyli. Nie mam dzieci, ale mogę zrozumieć, że miłość rodzicielska jest przeogromna, jednak w tym wypadku to jakaś patologiczna więź. Oni nie pozwolili Gośce dorosnąć. Dom Ciotki to nie dom – to sanktuarium poświęcone Gośce. Już od wejścia gości atakują zdjęcia Gochy, które towarzyszą gościowi przez klatkę schodową do salonu, w którym na ścianach nie ma nawet 1 cm2 wolnego, bo wszędzie wisi Gocha – we wszelkich możliwych pozach i z wszelkimi możliwymi grymasami na twarzy. Czyniłem pewien wysiłek, żeby Gochę polubić i mieć z nią dobre, nawet serdeczne stosunki. Podjąłem ten wysiłek wyłącznie ze względu na Ciotkę, którą bardzo lubię. Poddałem się jednak, bo stwierdziłem, że za stary jestem, żeby pozwolić się komuś terroryzować, żeby ktoś mi organizował czas, wyznaczał zadania i… robił sceny. Powiedziałem Gośce dość. Ciotka kilka razy przywiozła Gochę do nas w góry, Gocha jednak, przyzwyczajona, że to ona wszędzie rządzi i ustala warunki, nie potrafiła uszanować praw gościnności, robiąc sceny mojej Mamie! Bo przecież Gocha czuje nieprzepartą konieczność wyrażania swojego zdania na każdy temat, będąc przekonaną, że świat na jej błogosławione słowa, opinie, rozkazy etc, etc czeka z zapartym tchem. No bo przecież to Gocha, w jej własnym mniemaniu, wyznacza światu standardy. Generalnie doszliśmy do wniosku, że Gocha ma pewność, że jak otwiera usta i zamierza wypuścić z nich słowo, wszechświat zamiera w bezruchu czekając w napięciu, jakimż to bezcennym objawieniem tym razem go Gocha uraczy. Moja Mama przeciwstawiła się Gośce i powiedziała dość, więc Ciotka, nie mając innego wyjścia, wyekspediowała Gochę do domu. Gocha została obłożona banicją z zakazem pokazywania się w górach w domu mojej Mamy. cdn

20 lipca

Trochę

Gocha zadzwoniła wczoraj wieczorem do mnie i nieco zbolałym głosem podziękowała za ciuszki dla dziecka, które wysłałem przez Ciotkę. Nie będę dociekał, czy ten telefon to jej własna inicjatywa, czy sugestia Ciotki. Wysłuchałem piętnastominutowego monologu na temat dziecka, wtrącając od czasu do czasu monosylaby – nie było szans wbicia się w monolog Gochy z jakimś zdaniem, ponieważ Gochę interesuje wyłącznie to, co ona ma do powiedzenia. Byłem miły, zawsze dla Gochy jestem miły, choć nie jestem jej fanem. Czasem nawet mi jej żal. Cóż, skoro Gocha uważa, że nie musi się zmieniać.
***
Spotkałem się dzisiaj z kolegą ze studiów, który zagościł w mojej górskiej miejscowości. Bardzo rzadko widujemy się i kontaktujemy z sobą. Na studiach kumplowaliśmy się dość blisko, po studiach jakoś to się tak rozluźniać zaczęło i krok po kroczku zupełnie się rozluźniło.  W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że jednostronnie podtrzymuję to kumpelstwo… Ostatnio widzieliśmy się kilka lat temu. Dzisiaj przed południem umówiliśmy się na kawę na mieście. Było jak w czasie studiów – pogadaliśmy i uśmialiśmy się. Było fajnie, ale jak mawia moja przyjaciółka, która w poniedziałek ma przyjechać: „Nie ma już melodii”. Drogi się rozeszły – mam swoje życie i swoje sprawy, on swoje. 
Jak to dziwnie czasem życie się układa, że ludzie, z którymi przyjaźń miała być na zawsze, zapominają i odchodzą swoją drogą, a ludzie, z którymi kontakt nie zapowiadał dłuższej relacji zostają, stając się najbliższymi przyjaciółmi. Życie pisze swoje scenariusze nie pytając nas o zdanie...
Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger