Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bibi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bibi. Pokaż wszystkie posty

17 maja

Bibi

Bibi uparcie do niedawna twierdząca, że tylko obłość jest kobieca i seksowna, a szczupłość nieatrakcyjna, niekobieca i aseksualna, Bibi pożerająca codziennie słoiczek Nutelli wielkości bryczki i kanapeczki z plasterkiem sera, który dla osoby o przeciętnej oskomie starczyłby na tydzień, Bibi tak starannie dbająca by kobiecości jej nie ubywało ugięła się była niedawno pod presją lansowanego w mediach kanonu kobiecej atrakcyjności i założywszy sobie plan zmienienia się w powabniejszą wersję Anji Rubik, natychmiast wdrożyła go w czyn, z całą charakterystyczną dla siebie przesadą, bo Bibi już tak ma, że gardzi półśrodkami - jak kocha, to na zabój, jak się śmieje, to jak obłąkana, jak je, to za trzech, jak nie je, to prawie w ogóle. Idąc tym utartym przez siebie szlakiem zamieniła wysokokaloryczną karmę na combo czarnej kawy i papierosów, i schudła bardzo szybko, niemal jak stała, tak, że nadmiar skórki oraz biust pozbawione puchowego podparcia gwałtownie runąwszy plasnęły o podłogę. Bibi pozbierała je, poutykała w bieliznę i zachwycona efektem wdrożyła drugi etap przemiany w atrakcyjniejsze wcielenie Anji Rubik, a mianowicie pozbycie się wszelkich dowodów na to, że jeszcze do niedawna kobiecość jej była rozbuchaną. W praktyce oznaczało to wywalenie wszystkiego z szaf, zapakowanie w wory, wywalenie na śmietnik i zakup nowej, dopasowanej garderoby. Tak sobie pomyślałem ujrzawszy Bibi w nowej odsłonie – a atrakcyjność jak przedtem, tak i teraz się nie pojawiła, bowiem pozostała urody zdecydowanie radiowej - że to nie pierwszy jej flirt z anoreksją i że będzie pewnie jak zwykle bywało, bo to jej sprawne przemieszczanie się pomiędzy dwoma skrajnymi biegunami wagi obserwowałem już wielokrotnie. Po gwałtownej, głodówkowej utracie trzydziestu kilogramów, kilkumiesięcznym desperackim utrzymaniu wagi, powrócą zdrowe żywieniowe nawyki, a za nimi efekt jojo i Bibi odzyska z naddatkiem to, co utraciła i znowu będzie mogła nosić swojego mopsa jak broszkę na piersi. Matka Bibi, kobieta przytomna i znająca córkę, ewakuowała ze śmietnika porzucone przez nią wory z ciuchami i zabezpieczyła je, co świadczy o tym, że ona również ewentualności ponownego przedzierzgnięcia się Bibi w barokowe putto nie wyklucza. Ta myśl dała mi trochę mściwej satysfakcji, bo kiedy skłamałem Bibi, że żyleta i nawet kciuk do góry podniosłem, żeby być bardziej wiarygodnym, ona dziękując omiotła mnie spojrzeniem taksująco-insynuującym…

24 kwietnia

O zmarnowanym potencjale

Bibi miała kiedyś wielbiciela, bardzo nią zainteresowanego. Co prawda nie potrafiłby rozpoznać jej na zdjęciu (gdyby zaszła taka konieczność), bo nigdy wzrokiem nie sięgnął jej twarzy (o urodzie wybitnie radiowej), niemniej ślinił się był na jej widok nieprzytomnie, a w zasadzie na widok poprzedzających ją dwóch grzechów ciężkich, na których oczami się zawieszał i tarzał się w nich, i pławił, i wyczyniał dzikie, wyuzdane harce. Tak był urodą Bibi zachwycony, że gotowy był się z nią ożenić i to natychmiast, by z zapamiętaniem emablować jej klatkę piersiową oraz, niejako przy okazji, płodzić potomstwo. Choć Bibi obdarzona przez naturę wyjątkowo solidną obłą konstrukcją gotowa była płodzić i rodzić nawet trzy razy w roku, byle tylko matką zostać, doszła jednak do wniosku, że absztyfikant ów, choć nieźle wyglądał, to jednak do niej nie pasował. Intelektualnie. No bo jąkał się, kiedy rozmarzonym wzrokiem po jej biuście się błąkał. Dała mu więc kosza. Niestety sama również na koszu została, bowiem żaden inny zalotnik (jak dotąd) się nie objawił i dobiegła czterdziestki nie zdoławszy zrealizować swojego planu macierzyńskiego. Narzekanie na macierzyńskie niespełnienie stało się ulubionym tematem jej monologów, snutych smętnie przy unoszącym się melancholijnie dymie papierosowym i hektolitrach Coca Coli, bowiem Bibi jest kompulsywną nikotynistką (60 papierosów dziennie!) i namiętną pijaczką Coli (minimum 3 litry dziennie i to nie jakiejś badziewnej light dla cieniasów, ale tej porządnej, złożonej pół na pół z karmelu i kofeiny!), co ma przełożenie na wyniki Bibi: nadwagę i wysokie nadciśnienie tętnicze. Czy Bibi histeryzuje z tego powodu? Czy Bibi płacze? Nie. Bo Bibi zadowalają wyłącznie wysokie wyniki. Bez względu na to, czego dotyczą. Wpadłszy w zwierzeniowy cug Bibi uszczęśliwiała każdego, kto tylko się trafił martyrologiczną opowieścią o tym, jaka nieszczęśliwa, bo macierzyńsko niezrealizowana. Temat eksploatowała tak namiętnie, że znajomi unikać jej zaczęli, no bo ileż można słuchać ciągle tego samego. 

[Do przebogatej palety zalet Bibi należy również nadużywanie okazanej jej empatii, której dosiada jak rumaka i ujeżdża, póki nie padnie.]

Rozczulając się posępnie nad marnotrawstwem własnego potencjału macierzyńskiego Bibi powierzyła ową boleść matce jednej ze swoich uczennic. Nie dlatego, że tak jej ufała, bo jej prawie nie znała, ale dlatego, że pani była dobrze wychowana i grzecznie słuchała nie uciekając, a takie audytorium zawsze skłaniało Bibi do zwierzeń. Kobieta wysłuchała i pokiwała głową ze zrozumieniem i błyskiem w oku, którego Bibi nie zauważyła. A wtedy właśnie w głowie owej pani plan się był zrodził na zrobienie Bibi dobrze. Przy następnym spotkaniu, po kilku dniach, pani owa ponownie uszczęśliwiona przez Bibi monologiem progeniturowym, poczekała aż ta wzruszywszy się nad sobą zamilknie i wbiwszy się zgrabnie w powstałą pauzę, zaproponowała Bibi… aplikowanie o bycie rodziną zastępczą dla kilkuletniej dziewczynki. I nie był to gołosłowny bąk puszczony empatycznie ku pokrzepieniu Bibi, a konkretna propozycja, bowiem – jak się okazało - pani zawodowo zajmowała się rodzinami zastępczymi oraz adopcjami, o czym Bibi pojęcia nie miała. Powiedzieć, że Bibi się zdumiała to za mało. Bibi wyskoczyła z własnej skórki i stanęła obok niej. 

[Skórka Bibi wyprężona na krzesełku i jej jaźń lewitująca obok… Warto się wysilić nieco i wyobrazić sobie to rozejście się materii i ducha, bo widok to zaiste bezcenny, który było mi dane kiedyś, jeszcze za studenckich czasów, u niej wywołać i obserwować. Odtwarzam go sobie w pamięci zawsze, gdy potrzebuję szybkiego i pewnego rozweselacza.]

Kiedy jaźń Bibi otrząsnąwszy się z pierwszego szoku wróciła do skórki, Bibi zaliczyła fazę drugą zaskoczenia, której entuzjastką jest również umiarkowaną – chwilową afazję. Elokwentna, wygadana, rzec by można, że pyskata nawet, nie potrafiła oderwać języka od podniebienia. Próbowała, szarpała się, ale za cholerę język nie chciał się odkleić. W czasie, kiedy tak się z nim mocowała, wyobraźnia wyprojektowała jej obrazy owego zastępczego rodzicielstwa: odpowiedzialność za dziecko, zajmowanie się nim, dbanie o nie, poświęcanie się dlań, a nade wszystko – co własna ektoplazma wykrzyknęła jej dyszkantem! - rezygnacja z hedonistycznego oddawania się wyłącznie swoim własnym przyjemnościom. Bibi nie przywykła do poświęcania się. Ani tym bardziej do rezygnowania z życia wyłącznie dla własnej radości. Ni chuchu! – ryknęło jej jestestwo basem. I owemu rykowi Bibi się poddała. Zaraz, jak tylko odzyskała władzę w języku grzecznie się wymiksowała i od tamtej pory starannie unikała spotkania z panią. Miast zaciążenia owocującego powiciem zafundowała sobie małego, wybałuszonego mopsa, ułożonego, a więc niekłopotliwego i prostego w obsłudze, którego wystarczy wypuścić na dwór trzy razy dziennie i który sam się sobą potrafi zająć oraz o siebie zadbać, byle mu wodę i trochę karmy w michach zostawić. Wstrząs, który przeżyła sprawił, że przewartościowała i doceniła swoje życie. Otoczenie tę zmianę zarejestrowało, choć jej nie odczuło, bowiem zmieniła jedynie temat i ton monologów ze smętnego narzekania na bezdzietność, w entuzjastyczne, niekończące się opowieści o psie. Bibi martyrologiczna to ciężka sprawa, ale Bibi entuzjastyczna to masakra. Mierzona w decybelach.  

25 września

Kąpiółka

Tytułem niezbędnego wstępu:

Bożena Brygida, zwana dalej (przez wszystkich znajomych) Bibi, od pierwszych liter imion, to postać niezwykła. Bardzo inteligentna manipulatorka i emocjonalna szantażystka, dumna z siebie cyniczka, uzdolniona literacko, deklarująca się jako niewierząca-ale-praktykująca polonistka w szkole katolickiej, obsypana nagrodami, bardzo przez młodzież lubiana i autentycznie młodzieży oddana. Wyzwolona feministka, bojowniczka o prawa kobiet, uważająca siebie za owych praw jedyną beneficjentkę, z powodzeniem wznosząca megalomanię do poziomu sztuki. Toksyczna wampirka wysysająca z otaczających ją osób energię i dlatego posiadająca jej nadmiar, zabójczyni zegarków elektronicznych i zaklinaczka drobnego AGD oraz RTV, które w jej obecności samo się włącza (radia i suszarki do włosów, podłączone do gniazdka, ale wyłączone) i wyłącza (komputery, laptopy, tablety i smartfony – cudze, bo jej własne są uodpornione). Wielka entuzjastka każdego przejawu oryginalności i inności, a więc najlepsza psiapsiółka (zwłaszcza w swoim własnym mniemaniu) gejów i lesbijek. Towarzyska i wesoła, małostkowa, zawistna, nielojalna, wyrachowana, mściwa i podstępna. Jednym słowem kobieta-legenda, o której będę opowiadał cudzym wnukom, bo swoich mieć nie będę. Widuję ją rzadko, często za to o niej słyszę, jest bowiem przyjaciółką mojego przyjaciela, tworząc z nim przyciągający się przeciwieństwami, barwny tandem. Przyjaźń ta wieloletnia, pełna wzlotów i upadków, pasożytnicza, niezmiennie jest dla mnie źródłem uciechy, bowiem jako powiernik jednej ze stron, jestem tej burzliwej relacji audytorium.

Jakąś dekadę temu dom rodzinny mojego (i Bibi) przyjaciela został podzielony na dwie części: on objął w posiadanie parter, jego rodzice zaś urządzili swoją rezydencję na poddaszu, robiąc przy tej okazji gruntowny remont. Bibi odwiedzała przyjaciela w ciągu owej dekady wielokrotnie, nigdy jednak nie miała okazji by obejrzeć tamto mieszkanie. Nie dlatego, że nie chciała, bo ochotę miała wielką, tak się jednak jakoś zawsze składało, że kiedy z odwiedzinami wpadała, byli również (u siebie) jego rodzice, a Bibi, jak przystało na kobietę z klasą, nigdy nie dokonuje oględzin cudzego mieszkania niezaproszona przez właścicieli. Co innego pod ich nieobecność. Złożyło się bowiem tego lata, że rodzice przyjaciela wyjechali na zasłużony urlop nad morze i w tym właśnie czasie Bibi zjawiła się z wizytacją. Sam wielokrotnie u niego bywałem, uważnie synchronizując terminy z nieobecnością Bibi (bo choć ją uwielbiam, to jednak reglamentować ją sobie muszę) i wiele razy zdarzyło się, że jego rodzice byli poza domem, nie przyszło mi jednak do głowy, żeby pod ich nieobecność łazić po ich domu, jak Bibi. Wróciwszy z przyjacielem ze wspólnego wyjazdu służbowego i zorientowawszy się, że nie ma właścicieli pałacu na poddaszu, który już od dawna chciała zobaczyć, Bibi ad hoc uknuła plan, by swoją turystyczną ciekawość zaspokoić. W takim improwizowaniu planów ku zaspokojeniu własnych chuci Bibi jest znakomita. Zawsze była. Im bardziej był niecny, tym uknucie go szybsze, a determinacja we wdrożeniu większa. Nie inaczej było i tym razem. Uwaliwszy się teatralnie na kanapie stwierdziła, że musi poleżeć po podróży, bo jeśli nie poleży, to padnie na sromoty, więc jeśli przyjaciel chce, może pójść do (jedynej na parterze) łazienki, by zażyć odświeżającej kąpiółki. Chciał, bo prowadził kilka godzin, na dodatek wysłuchując przy okazji monologu Bibi. A w monologowaniu Bibi jest niezmordowana i znakomita, bo literacko uzdolniona, a i inteligencji też jej nie brakuje. Nic tylko zapisać i wydać, a literacki Nobel gwarantowany. O ile kapituła nie zorientowałaby się w jednym, malutkim, tyciusieńkim defekcie: owych monologów bohaterem lirycznym, dramatycznym, onanistycznym i onirycznym jest zawsze i niezmiennie sama Bibi. Usłyszawszy plusk wody wskazujący na to, że przyjaciel zainstalował się już w kąpieli, rozpoczęła wdrażanie spontanicznie obmyślanej intrygi, rzucając nagle głośno w stronę łazienkowych drzwi, że musi do łazienki i to już, a skoro jego rodziców nie ma i łazienka u nich jest wolna, to ona skorzysta, bo musi. Zabrzmiało to nagląco, więc odkrzyknął „leć!”, nie chcąc, by mu Bibi zapaskudziła salony gwałtowną i nie cierpiącą zwłoki potrzebą natury, jak chciała by domniemywał, fizjologicznej. Bibi porwała się na nogi, w mgnieniu oka wyskoczyła z ciuchów i spowiwszy się w oślepiająco żółty peniuar (w zasadzie to rodzaj krótkiego kimona, ja jednak nazwałem to ochędóstwo peniuarem i zwał je tak będę, bo semantycznie koreluje mi z jej rozbuchaną kobiecością), jak wicher pognała do łazienki piętro wyżej, po drodze zwiedziwszy tam też kuchnię, salon i sypialnię. Dokonawszy lustracji postronnych pomieszczeń z szybkością błyskawicy, dotarła do docelowego – łazienki, w której, jak się okazało, zainstalowana była wielka, narożna wanna z hydromasażem, którą sobie rodzice przyjaciela przy okazji remontu zafundowali, żeby łazienka bogato wyglądała. Jako że jej własna, jak i ta piętro niżej, hydromasażu były pozbawione, Bibi zapragnęła doświadczyć owego dekadenckiego luksusu, a że niechętnie odmawia sobie czegokolwiek, napełniła wannę wodą, zrzuciła swój zupełnie niezwracający uwagi peniuar i rozparła się w kąpieli wygodnie. Aby zintensyfikować relaksację uruchomiła hydromasaż włączając aparaturę, która – czego świadoma nie była - od nowości użyta była jeden jedyny raz przez pana, który ją montował. Wtedy zadziałała, teraz również, choć nie do końca tak, jak Bibi oczekiwała, bo miast relaksacyjnych bąbelków, tudzież innych wodnych atrakcji mających wypieścić obłe jej ciało, z dysz wydobył się złowróżbny bulgot, a po chwili wystrzeliła maź o barwie, konsystencji i zapachu guano, przyozdabiając punktowo łazienkę oraz całą Bibi, bowiem przez około 10 lat trwania w stanie nieużywalności zgromadziło się w tych dyszach mnóstwo materiału w postaci kurzu i zbędnych resztek właścicieli, które z siebie spłukali zażywając w owej wannie pryszniców, nie używając wszakże maszynerii do produkowania bąbelków, z oszczędności czasu, wody oraz prądu. Materiał ten w postaci sypkiej zdawał się bezwonny, zmieniwszy jednak stan skupienia na płynny, nabrał mocy rażenia. Przyozdobiona i uperfumowana nim Bibi rączo wyskoczyła z wanny, przy okazji uzupełniając nową aranżację wnętrza łazienki ornamentem w postaci własnego, autorskiego womitu. Nie dość, że siebie musiała przywrócić do stanu używalności publicznej, to jeszcze musiała zatrzeć ślady swojego rozpasania w cudzej łazience. Zaczęła od siebie. Na szczęście. Bo kiedy przyjaciel zaniepokojony jej przedłużającą się nieobecnością przybył sprawdzić, czy aby kloaka jej nie wessała (przy jej gabarytach to ona mogłaby kloakę!), a złapawszy ją na gorącym, umytą już jednak i zapeniuarowaną (oszczędzony został mu widok Bibi sauté, z którego mógłby się nigdy nie otrząsnąć!), zdołał wydusić z siebie jedynie „sprzątaj, sprzątaj”, zanim padł na kanapę tarzać się ze śmiechu. Bibi sprzątanie zajęło zaledwie jakieś dwie godzinki i jedną butelkę Domestosa. I malować nie było trzeba, bo pragmatyczna i oszczędna właścicielka kazała wykafelkować łazienkę aż po sufit, za co Bibi błogosławiła ją w myślach. Ślady zostały zatarte skutecznie, jeśli nie liczyć ledwo wyczuwalnego, podejrzanej proweniencji odorku, który przez jakiś czas w łazience na poddaszu się unosił, ku zmartwieniu posiadającej wyczulony zmysł węchu właścicielki, a o który posądzona została jakaś nieszczelność infrastruktury sanitarnej. Szczęśliwie jednak po kilku dniach smrodek ten zniknął równie tajemniczo, jak się pojawił i właścicielka nie dowiedziała się dotąd, że pochodził z dysz jej własnej,  zdeflorowanej przez Bibi wanny… 
Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger