Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maryśka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maryśka. Pokaż wszystkie posty

11 grudnia

Zezwłok

Mam w pracy kolegę, który uwielbia strzelać fochy. Ma taki wewnętrzny przymus, żeby swoje niezadowolenie, zmęczenie i zniecierpliwienie demonstrować fochem. Jak siedmioletni chłopczyk. Obrażony ton, rozdzieranie szat, wymachiwanie rękoma, strojenie min. Te fochy, choć nieszkodliwe, sprawiają, że kolega nie zyskuje sobie u koleżeństwa sympatii, że tak to eufemistycznie ujmę. Ja się z tych jego fochów śmieję i jeśli zdarza się (bardzo rzadko), że foch jest wymierzony we mnie, ostentacyjnie biję koledze brawo chichocząc, co zbija go z tropu skutecznie. Dziś przeszedł samego siebie. Coś tam zespołowo działaliśmy w kilka osób. Maryśce to działanie nie za bardzo szło, co wywołało atak fochowatości u pomienionego kolegi. To był foch bez fonii. Oparł mianowicie głowę o ścianę, wybałuszył oczy, otworzył usta i wywalił jęzor na zewnątrz jamy. Wyglądał jak zwłoki. Naprawdę. Maryśka, która na niego spojrzała, autentycznie się przeraziła. Poderwała się gwałtownie na równe nogi i blada jak ściana nie mogła się zdecydować co zrobić - krzyczeć, czy zemdleć, czy też zrobić coś jeszcze innego. Podążyłem oczyma za jej wzrokiem i ujrzałem, że przeraził ją prosektoryjny wygląd kolegi. Myślała, że zszedł był gwałtowną śmiercią i widzi truchło. Uprzedzając jej krzyk, bo zdecydowała pójść w tę stronę, powiedziałem:
- Spokojnie, to tylko foch.
Maryśka zdusiła wzbierający w niej krzyk i usiadła, a kolega przywrócił swoją fizjonomię do stanu użytkowego zaciekawiony, co też Maryśkę tak wzburzyło, że poderwała się była na nogi tak gwałtownie. Powiedziałem mu, że wystraszył ją swoim fochem á la zwłoki, na co on zwrócił się do Maryśki arogancko (dalszy ciąg focha) słowami, które nawet przy najlepszej wierze trudno byłoby uznać za miłe:
- Było nie patrzeć. Ty zawsze musisz patrzeć tam, gdzie nie powinnaś.
Maryśka oniemiała. Ale tylko na chwilę, gdyż po przetworzeniu komunikatu jej twarz zmieniła kolor z bladości na purpurę, bo szlag ją trafił nagły i gwałtowny, wyzwalając z jej ust komunikat zwrotny o niesamowitym ładunku. Maryśka kilkoma zaskakująco sprawnie dobranymi słowy, obiła rozdęte ego kolegi tak, że przeraźliwie skamląc schowało się pod krzesło. A ja popłakałem się ze śmiechu. 

04 grudnia

System operacyjny

Jakiś czas temu Maryśka wracając ze mną z pracy zapodała mi jedną ze swoich opowieści z cyklu mrożących krew w żyłach. O studiach. Dowiedziałem się mianowicie, że Maryśka studiowała psychologię w Łodzi i pedagogikę w Warszawie. Opowieść tak mnie zaintrygowała, że zrobiłem coś, czego nigdy nie robię – zadałem Maryśce pytania podtrzymujące, żeby rozwinęła temat:
- Robiłaś te dwa kierunki jednocześnie?
-Tak – odpowiedziała Maryśka dumna i blada.
- Ale zaocznie? -  dopytałem
- Nie, stacjonarnie – odpowiedziała
- No, ale jak Maryśka? W dwóch miastach? – dopytałem jeszcze bardziej zaintrygowany
- No tak. Przecież są od siebie o rzut beretem.
- Ale jak Maryśka? Jeździłaś codziennie pomiędzy tymi dwoma miastami i uczelniami?
- No a jak? Jeździłam. Ale luz był, bo na obu kierunkach miałam indywidualny tok studiów. Zrobiłam oba kierunki w trzy lata.
- Licencjat? – zapytałem coraz bardziej ubawiony
- Magisterskie - odpowiedziała Maryśka i nawet rzęsa jej nie drgnęła od tych kłamstw.
- Aha – powiedziałem tylko, no bo cóż mogłem innego powiedzieć, wiedząc, że Maryśka edukację skończyła na studium zawodowym i nie studiowała ani psychologii ani pedagogiki. Maryśka jest patologiczną konfabulatorką i od dawna gubi się w swoich kłamstwach. Do wczoraj byłem przekonany, że Maryśka funkcjonuje w swoim własnym matrixie, niedostępnym dla nikogo innego. Zmieniłem jednak zdanie i doszedłem do wniosku, że Maryśka działa na swoim własnym systemie operacyjnym. Systemie nie do zhakowania! Gates pewnie kupiłby ten system od niej za grube miliardy, gdyby nie jeden szczegół, który go dyskwalifikuje. Mianowicie system podaje nieprawdziwe dane! Maryśka niestety się nie dorobi. Tak sobie pomyślałem, jak już Maryśkę wysadziłem, że ten jej międzyuszny tunel powietrzny to musi być jakaś aleja tornad i straszne rzeczy tam dziać się muszą. No bo żeby bredzić aż tak…

03 grudnia

Katalog

Maryśka zastrzeliła mnie niedawno pytaniem. Nie powinno mnie to już dziwić ani robić na mnie wrażenia, bo Maryśka specjalizuje się w szokowaniu pytaniami i jej inwencja w tym względzie jest niewyczerpana. Dopadła mnie w pracy i poddenerwowanym głosem zapytała:
- Dostałeś katalog Ikei?
- Jaki katalog? Gdzie? – zapytałem zdziwiony.
- No Ikei.
- W pracy?
- E tam, w pracy – żachnęła się Maryśka – W domu. Do skrzynek wrzucali.
- A... Tak, dostałem.
- Możesz mi powiedzieć, dlaczego w takim razie ja nie dostałam? – zapytała z pretensją.
- Mnie o to pytasz Maryśka? – jeszcze bardziej się zdziwiłem.
- No, a kogo?
Spojrzałem na nią uważnie i pomyślałem sobie: „Czyś ty się czegoś nażarła albo nawąchała kobieto?”. Lekki szlag mnie trafił, ale zachowałem spokój.
- Maryśka, czy tu jest poczta? – zapytałem.
Maryśka rozejrzała się i pokiwała głową, że nie.
- A czy ja wyglądam na listonosza?
Maryśka omiotła mnie spojrzeniem i znowu pokiwała głową, że nie.
- A może mam na koszulce logo Ikei? – dopytałem.
Maryśka spojrzała na moją koszulkę i znowu pokiwała głową, że nie.
- No to dlaczego Maryśka, pytasz o to właśnie mnie?
Maryśka po tym pytaniu zawiesiła się i nie potrafiła odpowiedzieć.
- Dam ci katalog, który dostałem – powiedziałem. Przytomnie natychmiast dodałem, że przyniosę jej w poniedziałek do pracy, bo jeszcze by się wybrała do mnie do domu po ten katalog i miałbym ją na głowie co najmniej 2 godziny, bo Maryśka jak zasiądzie i rozpuści jęzor, to traci wyczucie czasu. W ogóle traci jakiekolwiek wyczucie. Koleżanka, która była świadkiem tej wymiany zdań między Maryśką a mną, usiadła sobie i zaczęła się śmiać jak szalona. Maryśka tymczasem odwiesiła się i ucieszyła:
- Dzięki. Tylko nie zapomnij. A z czego ta Magda śmieje się jak hiena?
- Nie wiem. Będziesz coś kupowała w Ikei?
- Nie. Lubię sobie pooglądać – odpowiedziała i poszła.
Koleżanka, która była świadkiem tej rozmowy popłakała się ze śmiechu. Choć wydaje się to nieprawdopodobne, naprawdę jest taka Maryśka.

02 grudnia

Nieogar życiowy

Mam koleżankę w pracy, Maryśkę. Totalny nieogar życiowy. Nie wiem, jak się uchowała w tym świecie, bo nie skleja rzeczywistości. Pytania, jakie czasem zadaje potrafią zwalić z nóg, a opowieści dziwnej treści przyprawić o zawrót głowy, nie dlatego, że takie szałowe, tylko dlatego, że nieprawdopodobnie głupie. Maryśka to patologiczna konfabulatorka, od dawna już nie kontrolująca tego, co jej się z buzi wysypuje. Złapałem ją na tym niezliczoną ilość razy i ciągle łapię. Maryśka nieogar życiowy, za którą nie dałoby się złamanego grosza. Wszyscy litują się nad nią, że nieogar, że nieprzystosowana, że pomóc trzeba, żeby nie przepadła w świecie… A Maryśka, ta nieogarnięta życiowa pierdoła, doskonale potrafi o siebie zadbać. Ma wbudowany zestaw surwiwalowy, w wersji, która, ujmując rzecz eufemistycznie, budzi moje zdumienie. Wykorzystuje mianowicie ludzi bez żadnych sentymentów. Sam wielokrotnie jej pomagałem i pewnie pomogę znowu, jeśli zaszłaby taka konieczność, ale nie wierzę Maryśce, bo z „nieogarnięcia” życiowego zrobiła sposób na życie. Jak wampir. Maryśka sto pociech. Przypomniało mi się, jak któregoś wieczora wracając z pracy podwoziłem ją do domu, bo mam po drodze. Jechaliśmy trasą szybkiego ruchu. Maryśka nagle wypaliła, że lubi jeździć powyżej 100 km/h, bo tylko wtedy dogania swoje myśli! Odpadłem, bo biorąc pod uwagę jej nieskażoną żadną myślą fizjonomię, szczerze wątpię, żeby było co gonić. Niedaleko domu zatrzymała mnie policja do rutynowej kontroli. Zanim policjant podszedł, spojrzałem w lusterko wsteczne i… zobaczyłem Maryśkę sino - zieloną ze strachu. Chyba myślała, że policjanci na nią się zaczaili, żeby ją porwać i uwieźć w nieznane, bo siedziała i nie oddychała w ogóle. Już się nawet zacząłem martwić, że mi się tam na tym tylnym siedzeniu udusi, ale zaczęła ponownie oddychać, jak policjant kazał jechać. Z tego niedotlenienia chyba, jak dojechaliśmy, chciała wysiadać wprost na ulicę, zamiast na chodnik, i już nawet drzwi otworzyła i zaczęła się gramolić wprost pod jadący samochód. Rozdarłem się "Gdzie!!!" - Maryśka zamarła przestraszona, co uratowało jej życie prawdopodobnie. Mało brakowało, a straciłbym lewe tylne drzwi. Powiedziałem jej wkurzony:
- Maryśka, to mój samochód, ja prowadzę i ja tu rządzę! To ja daję hasło do opuszczania auta! Zapamiętaj, że drzwi możesz otwierać i wysiadać dopiero, jak powiem, że można wysiadać! I zlituj się Maryśka! Skoro siedzisz po prawej stronie, to po jakiego grzmota otwierasz lewe drzwi i tamtędy chcesz się gramolić wprost na ulicę?!
Maryśka posłusznie kiwała głową, że zrozumiała. Zapamiętała i dopóki nie powiem "wysiadka" nie tyka drzwi. Podejrzewam, że mógłbym wysiąść z auta, zamknąć je i zostawić siedzącą w środku Maryśkę, która grzecznie czekałaby na hasło "wysiadka". Siedziałaby tak wiele godzin, dopóki nagląca potrzeba natury fizjologicznej nie zmusiłaby jej do zadzwonienia do mnie z pytaniem, czy może już wysiąść z auta.
Czasem dochodzi do komicznych sytuacji z Maryśką w roli głównej. Maryśka bardzo lubi wygłaszać sądy o innych i robi to tonem wyroczni. Nasza koleżanka jakiś czas temu wyszła za mąż za człowieka bardzo dobrego, mądrego i z klasą, ale nienachalnie dekoracyjnego, że tak to ujmę. Facet naprawdę klasa, kultura, intelekt, doktorat, itp. Maryśka zaś kiedyś „urzędowała” z żonatym facetem, znaczy pełniła zaszczytną rolę kochanki żonatego faceta. Owego "narzeczonego" Maryśki doprawdy trudno byłoby nazwać powabnym, ze względu na chlupotliwość fałd ciała* i problem alkoholowy. Któregoś wieczoru, podwoziłem Maryśkę po pracy. Marycha, tradycyjnie ni z gruchy ni z pietruchy, zagaiła tonem wyroczni:
- Ale ten mąż Eli jest paskudny. Ja nie wiem jak ona z nim może… - tu znacząco urwała. A mnie trafił nagły szlag i wstrzeliłem się w tę znaczącą pauzę:
- Maryśka, a ty co?! Ty z kim mogłaś?! Z tym oblechem?! Przy nim mąż Eli to Adonis!
Zamilkła i nic już więcej w tym temacie nie mówiła.
_______________________________________
* znaczna nadwaga

28 listopada

Dubeltowa anatema

Jakiś czas temu na moich oczach rozpoczęła się, błyskawicznie przebiegła i zakończyła się historia miłosna. Zenon poczuł miętę do Maryśki – swoim wzdychaniem robił przeciągi na korytarzach, wpatrywał się w Maryśkę maślanym wzrokiem i kilka miesięcy się zbierał, żeby przypuścić na Maryśkę szarżę ułańską. Powiernicą jego sercowych rozterek została koleżanka o swojsko brzmiącym słowiańskim imieniu Marika. Maryśka z Zenonem mogliby stworzyć stadło doskonałe, ponieważ ich systemy operacyjne wykazywały kompatybilność. Marika też nie powiem, świetnie pasowała i razem stanowili tercet niebywale barwny. Maryśka patologiczna konfabulatorka, Zenon bajkopisarz i Marika kupidynka – posłanka miłości. Po kilkumiesięcznym robieniu przeciągów wzdychaniem i wpatrywaniu się w Maryśkę maślanym wzrokiem, zmotywowany przez Marikę Zenon uczynił wysiłek i pościemniał Maryśce niestworzone historie o sławie i szczęściu. Maryśka wysłuchała, odpaliła wbudowany zestaw surwiwalowy, napięła się, nadęła, przemieliła w sobie i… wyskoczył wynik negatywny dla Zenona. Zenon miał jedną wadę, która go dyskwalifikowała – nie był mianowicie prezesem, ani dyrektorem, ani nawet kierownikiem nie był. Rzecz z perspektywy Maryśki niewybaczalna. Maryśka, jako osoba empatyczna, delikatnie poinformowała Zenona, że nie jest zainteresowana, uzasadniając to… Trudno uwierzyć, że to zrobiła, ale myślę, że zrobiła to naprawdę: powiedziała mianowicie Zenonowi, że nie może się z nim związać, ponieważ Zenon zdradzałby ją z… Mariką! Zenon uzasadnienie przyjął ze zrozumieniem i odszedł z opuszczoną głową…. Prosto do Mariki po wsparcie. Otworzył przed Mariką serce i poskarżył się jej, że Maryśka go odrzuciła i powiedział dlaczego. Marika wysłuchała, wsparła i pojechała do domu. Otwierając drzwi do domu doznała nagłego olśnienia i doszło do jej świadomości uzasadnienie odrzucenia Zenona przez Maryśkę – ręka Marice zadrżała, klucze złowrogo zadźwięczały. Nagły szlag Marikę trafił. Była jak furia, nawet jej własne koty, które kocha, pochowały się gdzieś po kątach i bały się wychylić nosy, ze strachu, że mogłyby podejść wściekłej Marice pod rękę. Mąż również starał się raczej nie rzucać jej w oczy. Szlag Marikę trafił, trzymał do białego rana i nie puszczał. Przywiozła ten szlag do pracy, dopadła Maryśkę i rzuciła się na nią z zamiarem przegryzienia jej aorty szyjnej. Maryśka w desperackim akcie ratowania życia wyparła się wszystkiego i zwaliła na wybujałą fantazję Zenona. Też ją szlag trafił, że Zenon wylaptał wszystko Marice. Zwarły szyki i jak dwie Walkirie pogalopowały na niczego nie spodziewającego się Zenona. Przypadkiem byłem tego świadkiem. Wjechały jak dwie furie i zahamowały frontalnie przed siedzącym Zenonem. Marika złowrogo, acz w miarę dyskretnie, powiedziała: ”Zenon, czy możemy cię prosić na słowo?”. Zenonowi krew się ścięła w żyłach, tyłek przykleił do krzesła i wstać nie był w stanie. Marika ponowiła prośbę, tym razem jednak już nie tak dyskretnie: „Zenon pozwól na słowo!”. Zenon dalej nie reagował. Maryśka nie bawiąc się w konwenanse ryknęła: „Zenon marsz z nami na korytarz!”. Tu ściszyła teatralnie głos i syknęła: ”No chyba, że wolisz, żebyśmy to załatwiły tutaj, przy świadkach?”. Nie, Zenon zdecydowanie tego nie chciał! Odkleił tyłek od krzesła i posłusznie pomaszerował za swoimi oprawczyniami. Nie wiem, co tam na korytarzu się stało, ale cokolwiek tam zaszło, te dwie Walkirie rozprawiły się z nim szybko. Zenon wrócił i zasiadł na swoim krześle, ale już jako kastrat. Aż żal było na niego patrzeć. Sojusz Mariki z Maryśką trwał tylko do tej ich husarskiej szarży na Zenona, bo Marika miała bardzo poważne podejrzenia, że Zenon tylko powtórzył produkt niebywale wyrafinowanej umysłowości Maryśki, ale nie mając dowodów, nie mogła Maryśce przegryźć aorty, tak jak w pierwszej chwili planowała. Natomiast Maryśka nie była pewna, czy Marika jednak tego nie będzie chciała zrobić, więc nie czuła się bezpiecznie. Maryśka pełna oburzenia zrelacjonowała mi całą sprawę w drodze z pracy. A Zenon? Został obłożony dubeltową anatemą. Marika teatralnie uniosła rękę i powiedziała mu, że z nim skończyła i nie chce mieć z nim więcej nic do czynienia. Maryśka powtórzyła gest i to, co przed chwilą powiedziała Marika i tym oto sposobem rzucona została na niewinnego, acz niemądrego Zenona podwójna anatema… Marika przez kilka dni dąsała się na Maryśkę, ale szybko się pogodziły, jak na pokrewne dusze przystało. Myślę, że Zenon powtórzył tylko po Maryśce. To moje domniemanie graniczy niemal z pewnością. To bajkopisarz i konfabulator, tak, ale w porównaniu z Maryśką to niewinna, prawdomówna dziecina...

30 października

Dyżurny szofer

Rozśmiałem się przed chwilą perliście po przeczytaniu smsa od Maryśki. Przeprasza mnie w nim mianowicie za to, że rozporządziła dziś moim samochodem. Zrobiła tak w istocie. Zdziwiłem się trochę widząc, że do mojego auta prawymi drzwiami załadowała się Maryśka, a lewymi Marika. Maryśka z promiennym uśmiechem poinformowała mnie, że Marika się z nami zabiera i mam ją wysadzić po drodze. Ok, pomyślałem, nie będę się czepiał pierdół, czyli tego, że nikt mnie o zdanie nie zapytał, ani zwyczajnie nie poprosił. Chętnie podwożę, ale nie lubię być traktowany jak dyżurny szofer. Maryśka przed chwilą wykoncypowała, że chyba jednak wypadało przynajmniej zapytać. Lepiej późno niż wcale. Odpisałem jej, że jest ok, bo autentycznie rozbawiła mnie pisząc, że „zaproszenie Mariki do Twojego auta Adaś było przyjacielskim odruchem”.

17 października

Dyplomacja

Maryśce coś się popieprzyło i uznała, że jesteśmy przyjaciółmi. Całe szczęście, że nie bierze mnie pod uwagę jako ewentualnego partnera życiowego, bo to by dopiero była jazda. Maryśka, na szczęście dla mnie, mierzy wysoko. Jej ambicje mógłby zaspokoić jedynie prezes firmy lub dyrektor, ewentualnie właściciel prywatnej firmy, ale dochodowej. Maryśka bez ustanku trzepie jęzorem nie kontrolując tego, co jej się z buzi sypie, ale fizjonomię ma ładną, choć nieskalaną żadną myślą. Adoptowała mnie na przyjaciela i wprosiła się na kawę - niedawno wyszła. Musiałem wysłuchać dwugodzinnego monologu o nieszczęściach, które ją opadły i nękają. Dziewięćdziesiąt procent tych nieszczęść to jej urojenia, osiem procent sama powoduje, a dwa procent to rzeczywiste kłopoty od niej niezależne. Wysłuchałem tych zwierzeń. Ta moja nadmierna empatia przysparza mi jednak czasem niezbyt pożądanych wrażeń. Poradziłem jej na tyle, na ile mogłem. Jeśli będę mógł pomóc, pomogę. Ale drugi raz takiej dawki zwierzeń nie zmogę. Byłem dyplomatą. A dyplomata to ktoś, kto spławia w taki sposób, że spławiany cieszy się na tę podróż. Więc tak spławiłem Maryśkę z jej zwierzeniami, a ona ucieszyła się na tę podróż. Powiedziałem jej mianowicie, że chętnie jej pomogę w rzeczywistych problemach, o ile będę w stanie, ale nie znam się na tych wszystkich kobiecych egzystencjonalnych sprawach i z tymi powinna zwrócić się do kobiety. Ma przecież psiapsióły, te, z którymi tak pytluje symultanicznie. Któraś z nich na pewno jej wysłucha. Maryśkę olśniło i postanowiła tak zrobić. Lubię ludzi, jestem życzliwy, pomagam, jeśli jestem w stanie pomóc. Wiele razy pomogłem Maryśce, choć odwdzięczała się za to obmową. Ale jej egzystencjonalnych zwierzeń nie zmogę! Wysłuchiwanie, że kupiła poradnik psychologiczny, jak znaleźć bogatego faceta i ten poradnik nie działa, to ponad moje siły! Sorry. 

13 października

GROZA symultanicznie potrojona

Dzisiaj po raz kolejny dane mi było ujrzeć zjawisko niezwykłe, które choć cykliczne, niezmiennie budzi mój respekt. Zjawisko magiczne, nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Trzy kobiety pytlujące jęzorami symultanicznie. Zasypujące się mnóstwem informacji jednocześnie, z szybkością karabinów maszynowych i ogarniające to bez problemu. Ja po trzech słowach wypowiedzianych jednocześnie przez wszystkie trzy, zupełnie się tracę i odnaleźć się nie potrafię. Nie, nie żałuję, że tak się dzieje, bo niezmiernie rzadko mają do powiedzenia coś wartego uwagi. I to zarówno solo, jak i w tercecie. Obserwowałem dzisiaj jak trzepały jednocześnie łozorami, z zachwytem wypuszczając z ust serie słów, dla nich pełnych treści. Z zaangażowania włożonego w tę wymianę informacji oraz wyrazu ich twarzy domniemywałem, że plotkowały. Nie przesadzę ani trochę mówiąc, że wszystkie trzy są tak wysublimowane, że aż łatwo to przeoczyć. U każdej z nich zjawisko mielenia jęzorem jest wartością stałą, bo każda wypuszcza z siebie kaskady słów bez ustanku, od rana do nocy, przerywając to bombardowanie jedynie spaniem, choć nie zdziwiłbym się ani trochę, gdyby gadały też przez sen! Samonapędzające się perpetuum mobile! Każda z nich mogłaby gadaniem zabić! A jak się spotkają, siła rażenia ulega potrojeniu. Całe szczęście, że nie są świadome tego, że gdyby chciały, mogłyby jęzorami rozgruzować połowę miasta (same nie odnosząc najmniejszych obrażeń), bo jeszcze którejś z nich przyszłoby do głowy, żeby to wypróbować. A jak jedna rozpuszcza łozór, to pozostałe czują konieczność nie do przezwyciężenia, żeby się dołączyć. I nieszczęście dla połowy miasta gotowe. W tym symultanicznym entuzjastycznym przekazie one doskonale się łapią. Wiem, bo sprawdziłem. W drodze z pracy przepytałem jedną z tych Czarodziejek – Maryśkę. Czarodziejka Maryśka zreferowała mi szczegółowo, co która z nich mówiła. Zrobiła to z radością i nieskrywaną satysfakcją, że może się tymi rewelacjami ze mną podzielić. Uważam, że zjawisko owo dla mnie zupełnie niezrozumiałe i niedostępne, musi być zjawiskiem magicznym. To musi być magia, skoro Maryśka się w tym z łatwością łapie! A te rewelacje, które tak radośnie sobie przekazały w trzygłosie… Pierdoły takie, że aż żal słuchać. Kobiety pytlujące jęzorami symultanicznie – zjawisko budzące GROZĘ!

12 października

Szybka akcja

Już wiem, jak to jest mieć obcałowany zadziec. Dowiedziałem się wczoraj. Mój wciąż jeszcze zgrabny tyłek został obcałowany przez Marikę i Maryśkę. Obcałowały w ramach naprawy stosunków po awarii (post: Odświeżająca odmiana). Wybaczyłem. Maryśka i Marika są niezwykłe, ale lubię je – nikt w pracy nie potrafi mnie tak rozbawić jak one. W przeciwieństwie do Aśki, strasznego babola. Aśka to intrygantka, bardzo nielubiana, której na przykład Maryśka i Marika boją się straszliwie. Mnie też Aśka porządnie zaszła za skórę i nie lubię jej. Niezbyt dokładnie to ukrywam i chyba dlatego jestem jedyną osobą, oprócz szefostwa, przed którą Aśka czuje respekt. Prawdopodobnie z tego powodu czasem miewa zrywy kumpelstwa, wprawiając mnie tym w zdumienie  i niesmak. Wczoraj miała taki zryw i źle trafiła. Rozmawiałem z kolegą o jego prywatnej sprawie, podeszła i wcięła się w rozmowę swoim komentarzem. Głupim. Obudziła drzemiącą we mnie zimną sukę, która warknęła: „Rozmawiam!”. Ton musiał być naprawdę miażdżący, bo syknęła mi wściekła: „Nie musisz patrzeć na mnie z taką nienawiścią!” i odeszła. Pisałem w którymś poście, że lubię ludzi. Lubię, tak bez naiwności. Jednak jest kilka osób, do których czuję niechęć, m.in. właśnie Aśka straszny babol. Te osoby ciężko na tę moją niechęć zapracowały. Nie robię sobie z tego powodu wyrzutów…

06 października

Odświeżająca odmiana

Mam kolegę w pracy, który czasem przyprawia mnie o ból głowy swoją werbalną nadruchliwością, że tak to eufemistycznie ujmę. Wpada do pracy i… oszaleć można. Robi tyle hałasu, tyle zamieszania, że po kilku minutach czuję się, jakbym kręcił się na jakiejś cholernej karuzeli. Jest w nim nieprzezwyciężona konieczność zabawiania całego świata. To zabawianie wygląda tak, że wpada i na maksymalnym nakręcie zaczyna podniesionym głosem nadawać różne cudowności i śmiać się z nich. Sam. Bo nikt więcej się nie śmieje. Jego ciało chce powiedzieć wszystko od razu, a że ma tylko jedne usta, dusi się chyba od nadmiaru niewypowiedzianych, cisnących się pod niewyobrażalnym ciśnieniem, słów. A tych słów jest tyle i ciśnienie takie, że gdyby miał dziesięć głów, wszystkie naparzałyby jednocześnie i każda mówiłaby, a w zasadzie krzyczała, co innego. Naprawdę oszaleć można z jedną jego głową, a gdyby miał ich dziesięć, byłby zagrożeniem dla ludzkości. Szczęśliwie praca przerywa to jego naparzanie. Staram się być wyrozumiały i tolerancyjny, ale taka ilość wykrzykiwanych pierdół jest po prostu irytująca. Zwłaszcza rano. Zauważyłem pewną prawidłowość: im bardziej pogoda niżowa i ludzie śnięci,  tym kolega jest żwawszy, a słowotok większy i głośniejszy.

W ogóle dzisiejsze przedpołudnie pełne było wrażeń. Najpierw kolega poraził mnie werbalną nadruchliwością, a później poraziły mnie Maryśka z Mariką. Błysnęły i oślepiły. Marika zwierzała się, że w listopadzie zamierza wziąć kilka dni urlopu i pojechać gdzieś z mężem. Mówiła to ogólnie do grupki osób. W tej grupce niestety byłem też ja. Zapytałem uprzejmie Marikę, gdzie się wybiera i odpowiedziała mi, cytuję: „A co cię to obchodzi”. Osłupiałem, bo moje relacje z Mariką były zawsze dobre. Powiedziałem: „No nie obchodzi. Tak tylko z uprzejmości zapytałem. Nie rozumiem Marika, skąd ta niegrzeczna odpowiedź”. Na to odezwała się Maryśka: „Teraz ty, mówiąc to byłeś niegrzeczny dla Mariki”. Marika pokiwała twierdząco głową. Wymiękłem i stwierdziłem, że nie będę boksował się z chamstwem, bo trzeba rzecz nazwać po imieniu. Odszedłem bez słowa. Jakiś czas potem Marika zreflektowawszy się chyba, że przegięła, łaskawie przemówiła do mnie, że jak wróci, to pokaże mi zdjęcia, na co powiedziałem chłodno: „Dziękuję, ale myślę, że nie będzie takiej potrzeby”. Zrobiłem też małą demonstrację po pracy. Maryśka stała w towarzystwie Mariki, czekając, żeby się ze mną zabrać. Przechodząc obok nich, nie patrząc na nie, rzuciłem w powietrze „Do widzenia” i ignorując je zupełnie, wsiadłem do auta i pojechałem. Nie byłem w nastroju do wysłuchiwania pierdół wysypujących się z ust Maryśki. A znając jej wyczucie, pewnie zaczęłaby mnie nauczać zasad grzeczności, a tego bym nie zmógł. Mogę przejść do porządku dziennego z różnymi jej wymysłami i głupotami, ale Maryśki jako wzorca etycznego nie ogarniam i nie akceptuję. A Maryśka lubi przybierać pozę jedynej sprawiedliwej. Pozę, która budzi mój, najczęściej niewerbalizowany, głęboki sprzeciw! Maryśka wróciła dziś do domu tramwajem. Połączenie ma świetne, bo bezpośrednie. Nie ma więc potrzeby użalania się nad nią, że się tramwajem przejechała… Odmiana działa odświeżająco…
Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger