Mam w pracy kolegę, który uwielbia strzelać fochy. Ma taki wewnętrzny przymus, żeby swoje niezadowolenie, zmęczenie i zniecierpliwienie demonstrować fochem. Jak siedmioletni chłopczyk. Obrażony ton, rozdzieranie szat, wymachiwanie rękoma, strojenie min. Te fochy, choć nieszkodliwe, sprawiają, że kolega nie zyskuje sobie u koleżeństwa sympatii, że tak to eufemistycznie ujmę. Ja się z tych jego fochów śmieję i jeśli zdarza się (bardzo rzadko), że foch jest wymierzony we mnie, ostentacyjnie biję koledze brawo chichocząc, co zbija go z tropu skutecznie. Dziś przeszedł samego siebie. Coś tam zespołowo działaliśmy w kilka osób. Maryśce to działanie nie za bardzo szło, co wywołało atak fochowatości u pomienionego kolegi. To był foch bez fonii. Oparł mianowicie głowę o ścianę, wybałuszył oczy, otworzył usta i wywalił jęzor na zewnątrz jamy. Wyglądał jak zwłoki. Naprawdę. Maryśka, która na niego spojrzała, autentycznie się przeraziła. Poderwała się gwałtownie na równe nogi i blada jak ściana nie mogła się zdecydować co zrobić - krzyczeć, czy zemdleć, czy też zrobić coś jeszcze innego. Podążyłem oczyma za jej wzrokiem i ujrzałem, że przeraził ją prosektoryjny wygląd kolegi. Myślała, że zszedł był gwałtowną śmiercią i widzi truchło. Uprzedzając jej krzyk, bo zdecydowała pójść w tę stronę, powiedziałem:
- Spokojnie, to tylko foch.
Maryśka zdusiła wzbierający w niej krzyk i usiadła, a kolega przywrócił swoją fizjonomię do stanu użytkowego zaciekawiony, co też Maryśkę tak wzburzyło, że poderwała się była na nogi tak gwałtownie. Powiedziałem mu, że wystraszył ją swoim fochem á la zwłoki, na co on zwrócił się do Maryśki arogancko (dalszy ciąg focha) słowami, które nawet przy najlepszej wierze trudno byłoby uznać za miłe:
- Było nie patrzeć. Ty zawsze musisz patrzeć tam, gdzie nie powinnaś.
Maryśka oniemiała. Ale tylko na chwilę, gdyż po przetworzeniu komunikatu jej twarz zmieniła kolor z bladości na purpurę, bo szlag ją trafił nagły i gwałtowny, wyzwalając z jej ust komunikat zwrotny o niesamowitym ładunku. Maryśka kilkoma zaskakująco sprawnie dobranymi słowy, obiła rozdęte ego kolegi tak, że przeraźliwie skamląc schowało się pod krzesło. A ja popłakałem się ze śmiechu.