Kilka dni temu odbyłem podróż służbową autobusem. Miejsca za mną zajęła dość hałaśliwa grupka, która zadbała o to, by podróż nie była zbyt monotonna. Na szczęście nie trwała długo, bo jedyne półtorej godziny. Zdarzenie to przypomniało mi kilkugodzinną jazdę autobusem w czasach studenckich, z czteroosobową grupą autochtonów za plecami. Tej podróży nie zapomnę, bo zaczęła się od wysokiego c, a potem to już było tylko gorzej: rozmowy podniesionymi głosami, przekrzykiwanie, głośne wybuchy śmiechu. Ponad trzy godziny permanentnego hałasu. Miazga. W połowie podróży puste miejsce obok mnie zajęła pani, która na moje narzekanie, że za moment oszaleję od tego hałasu, odpowiedziała spokojnie, że jej się to bardzo podoba, bo przypomina jej wycieczki pracownicze i nawet ma propozycję, żeby zaintonować jakieś piosenki i zaśpiewać. Grupka autochtonów chętnie podjęłaby działania wokalne i już, już mieli to zrobić, ale jedna z pań siedzących nieopodal nie zdzierżyła i powiedziała, że "szlag ją nagły trafi, jak śpiewać zaczną!". Na takie dictum obniżyli werbalne decybele o połowę, a śpiewów w ogóle zaniechali. Zarówna owa grupka, jak i pani siedząca obok mnie wcale nie ukrywali swojej dezaprobaty dla mojego braku zrozumienia dobrej zabawy, a na panią, która ośmieliła się im zwrócić uwagę patrzyli z nieskrywaną wrogością.