W góry przyjechałem wprost w czterdzieści stopni. Szkliste oczy, nienaturalne rumieńce i związane z czterdziestoma stopniami atrakcje w postaci bredzenia i wydawania z siebie dziwnych odgłosów, które sprawiły, że trochę przystresiłem, bo nie wiedziałem, co się dzieje. Przyznała się, że ma tak od tygodnia, ale ukrywała to przede mną. Nie była też u lekarza, bo za słaba była, żeby pojechać do przychodni. „Mogłaś przecież zamówić wizytę domową” – drążyłem ku jej niezadowoleniu. „Mogłam, ale nie zamówiłam, bo nie miałam siły posprzątać, a wstyd mi było tego bałaganu”. No tak – pomyślałem – bałagan ważniejszy od własnego zdrowia. Przychodnię załatwiliśmy więc w pierwszej kolejności. Diagnoza: kamica żółciowa i prawdopodobne zapalenie pęcherzyka żółciowego. W środę po odebraniu zleconych przez lekarza badań diagnostycznych, okaże się, jakie będzie dalsze postępowanie.
Pomiędzy rzutami gorączki odbyłem przyśpieszony kurs palenia w węglowym piecu centralnego ogrzewania. Był czas w moim życiu, kiedy paleniu oddawałem się hobbystycznie i namiętnie, jednak to było dla mnie zupełną nowością. Doświadczywszy owej nowości mogę powiedzieć, że palenie w piecu nie jest tak ekscytujące, jak palenie papierosów, acz przyznać muszę, że znacznie dla mnie zdrowsze. Ta świeża umiejętność pięknie będzie się prezentować w moim CV.
Tymczasem w górach rozgościła się jesień. Jest chłodno i mokro. Pierwszy poranny przymrozek sprawił, że drzewa pośpiesznie zmieniają swoje kolory. Lasy zaczerwieniły się już bukami i zażółciły brzozami, ciesząc oczy feerią barw. Jest pięknie. Lubię chłodne jesienne poranki i wieczory pachnące mokrą ziemią, opadłymi liśćmi oraz pierwszymi przymrozkami. I choć za jesienną pluchą nie przepadam, bo zdecydowanie wolę słońce, to przypomina mi ona, jak przyjemnie jest wracać do ciepłego domu…