Mam w pracy kolegę, który czuje nieodpartą potrzebę zabawiania otoczenia żartami, okraszonymi wybuchami jego mocno nadekspresyjnego śmiechu. A że jest z gatunku tych, którzy z własnych żartów śmieją się najgłośniej, a jego żarty to najczęściej straszne suchary, które nikogo poza nim nie bawią, to jego poczucie misji bywa czasem nieco uciążliwe. Uraczył mnie dziś z samego rana jednym ze swoich sucharów, z którego nieznośnie wręcz hałaśliwie się uśmiał. Toczył się we mnie jeszcze proces wybudzania się, więc tolerancję miałem niską i najmniejszej ochoty na pajacowanie.
- Spójrz na mnie – powiedziałem spokojnie. – Patrz na moją twarz.
Spojrzał, a całe jego ciało naprężyło się w oczekiwaniu na mój zabawny wkład w tę jego wesołkowatość. Był jak sportowiec w blokach startowych, gotowy wystrzelić śmiechem jeszcze głośniejszym, bardziej żywiołowym, na granicy histerii i usmarkania się.
- Czy ja wyglądam na ubawionego? – zapytałem znudzonym tonem.
Szczęka mu literalnie opadła, a śmiech, który chciał się z niego wyrwać, uwiązł mu w gardle. Wybałuszył oczy i trwał tak przez dłuższą chwilę nie poruszając się, nie oddychając, nawet powiekami nie mrugając. Minę miał taką, jakby miał się zaraz rozpłakać – rozbawiło mnie to trochę i niechcący się uśmiechnąłem, co zostało przez kolegę odczytane jako sygnał do wybuchu żywiołowej wesołości. Nie zachęcałem, nie podsycałem, więc szybko skończył. Ku mojej uldze. Czasem jestem strasznym bitch.
***
Posadzkę będą zmieniać na moim piętrze, bo okazało się, że firma, która ją kładła półtora roku temu, pochachmęciła coś z gatunkiem kamienia. Biała na początku posadzka zrobiła się w ciągu roku szaro-bura i wygląda jak brudna, choć szwadron sprzątaczek pod komendą Heli szoruje ją codziennie. Nadszef wspomniał coś o wykonanej ekspertyzie, która wykazała, że zamiast kamienia najwyższej klasy, jak było w umowie, firma położyła najgorszy gatunek, bardzo porowaty. Kamil stwierdził, że na eksperta powołana została zmierzła Hela i to ona wykonała ową ekspertyzę. Uklękła, polizała podłogę, pociumkała w ustach próbkę jak somelier wino, wypluła przez lewe ramię, co by jakiego uroku z tego nie było i głosem nie znającym sprzeciwu, autorytarnie (sic) orzekła: „Najgorszy gatunek, bardzo porowaty! Tfu! Z Chin!”. Od orzeczeń Heli odwołania nie ma, więc będzie wymiana. Kamil jest wielkim fanem zmierzłej Heli, odkąd przepędziła go z męskiej toalety. Podłogę umyć chciała, a czekać nie przywykła…
***
Ten tydzień w robocie to regularna rzeźnia. Byle tylko przetrwać do soboty.