Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z Krakowem w tle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z Krakowem w tle. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 lutego 2019

Kraków w dwóch odsłonach

Lucyna Olejniczak jest stuprocentową krakowianką - tu się urodziła, tu mieszka, tu pracowała, a teraz, będąc już na emeryturze, pisze swoje książki, których akcja jest osadzona oczywiście w jej rodzinnym mieście.

"Hanka" to pierwszy tom cyklu "Kobiety z ulicy Grodzkiej", który opowiada o losach mieszkanek jednej ze staromiejskich kamienic od końca XIX wieku do czasów powojennych. 
Tytułowa Hanka to młodziutka służąca zatrudniona w domu aptekarza Franciszka Bernata. Zachodzi w ciążę ze swoim pracodawcą i wykrwawia się rodząc śliczną, zdrową córeczkę. W tym samym czasie Klementyna, żona Bernata, rodzi również córkę, która niestety umiera. Odbierająca obydwa porody akuszerka zamienia noworodki - uważa, że należy ratować dziecko Hanki, a aptekarzowej, która kilkakrotnie już poroniła, bądź urodziła martwe dzieci dać wreszcie zaznać szczęśliwego macierzyństwa.
Przed śmiercią Hanka rzuca na Bernata i jego potomków straszną klątwę. Nie zdaje sobie sprawy, że w ten sposób krzywdzi również swoją córeczkę Wiktorię...

Mała Wiktoria dorasta nie znając własnego pochodzenia, walcząc o akceptację ojca, który ma jej za złe, że nie jest upragnionym synem, opiekując się młodszymi braćmi a kiedy wydaje się, że w jej życiu wreszcie coś się zmieni na lepsze stara klątwa ponownie daje o sobie znać.

Powieść Lucyny Olejniczak przenosi nas do czasów, kiedy kobiety najczęściej zamknięte są w czterech ścianach własnego domu a ich najważniejszym zadaniem jest rodzenie i wychowanie dzieci oraz dbanie o wygodę pana i władcy, czyli własnego męża. Zdolna i inteligentna Wiktoria chce się uczyć, marzy o studiach farmaceutycznych ale jej ojciec nie chce o tym słyszeć. Na szczęście dla dziewczyny jej młodsi bracia nie spełniają nadziei Bernata i ostatecznie godzi się na dalszą edukację córki i jej pracę w rodzinnej aptece.

"Hanka" to powieść którą całkiem nieźle się czyta, akcja toczy się wartko, nie ma jakiegoś przesadnego psychologizowania a bohaterowie wzbudzają w czytelniku pewne emocje. Co ważne nie ma tu cudownych zbiegów okoliczności a postacie nie są czarno-białe. Niestety nie udało się autorce ustrzec pewnych niekonsekwencji (chociażby jak to się stało, że skrupulatny, a wręcz skąpy Bernat nie zauważa, że Wiktorii zdarza się dać jakiemuś biedakowi leki za darmo), ale uczciwie muszę przyznać, że już mam na półce kolejne tomy serii, bo bardzo jestem ciekawa jak potoczą się dalsze losy kobiet z ulicy Grodzkiej.

**********************************************

Sara Weronika Sokalska, bohaterka książki "Spalić wiedźmę", której autorką jest Magdalena Kubasiewicz powraca!

Od wydarzeń, które opisane zostały w pierwszym tomie przygód Saniki minął rok. Polanią w dalszym ciągu włada król Julian Łukomski, Sanika nadal jest Pierwszą Czarownicą, Loża Magów (a szczególnie jej przewodniczący) w dalszym ciągu rzucają jej kłody pod nogi, Smok Wawelski udziela dobrych rad - czyli wszystko po staremu.
Niestety spokój nie trwa długo. W mieście i na zamku zaczynają pojawiać się duchy, ma Uniwersytecie Jagiellońskim zostaje zamordowany jeden z profesorów Wydziału Magicznego a w bestialskim rytuale ginie jeden ze studentów tegoż wydziału. Sytuacja zaczyna wymykać się spod kontroli, Sara coraz częściej traci nad sobą panowanie i przy okazji nad własną magią również.
Wygląda na to, że ktoś celowo ją osacza, ktoś kto wie o niej i jej przeszłości stanowczo zbyt wiele...

"Wiedźma Jego Królewskiej Mości" to kontynuacja, więc siłą rzeczy czytając porównywałam ją do części pierwszej. Jak wyszło to porównanie? Cóż... Moim zdaniem "Spalić wiedźmę", czyli tom pierwszy serii jest lepszy. Aczkolwiek obiektywnie rzecz biorąc do tomu drugiego nie ma się właściwie o co przyczepić - akcja jest przemyślana, bohaterowie również, Sara nie straciła nic ze swojej zadziorności a Julek, przepraszam - król Julian dalej troszkę się boi swojej czarownicy. Rozwiązanie intrygi jest pomysłowe i nie całkiem oczywiste, parę spraw nadal nie jest wyjaśnionych (chociażby pochodzenie i historia życia Saniki - coś tam się możemy dowiedzieć, ale to bardziej domysły niż pewność) a zakończenie otwarte tak jak to tylko możliwe, co daje nadzieję, że Sara jeszcze kiedyś powróci.

Co więc jest nie tak?
Myślę, że części drugiej brakuje trochę krakowskiego klimatu. Oczywiście akcja toczy się w Krakowie, ale raczej gdzieś w osiedlowych dekoracjach, czyli tak naprawdę mogło by to być każde inne miasto... Ale to może tylko takie moje wrażenie - osoby zakochanej w Krakowie już od kilkudziesięciu lat.
Jakby nie było powieść naprawdę warto przeczytać.

poniedziałek, 5 listopada 2018

Szatan, duchy i morderstwo, czyli profesorowa Szczupaczyńska na tropie

Profesorowa Zofia Szczupaczyńska powraca w wielkim stylu :)

10 września 1898 roku w Genewie została zamordowana cesarzowa Sisi i wydarzenie to okryło żałobą całą austro-węgierską monarchię, w tym również mieszkańców grodu Kraka. Mniej więcej w tym samym czasie zdarzyło się jednak pod Wawelem coś co przyćmiło tamto wydarzenie. Otóż do Krakowa przybył sam Szatan, czyli owiany nimbem skandalu Stanisław Przybyszewski. Śmietanka towarzyska miasta ekscytuje się ekscentrycznym zachowaniem Przybysza, damy powtarzają sobie mniej lub bardziej prawdziwe plotki na jego temat a sam zainteresowany robi wszystko aby nie schodzić z ust socjety.

28 grudnia profesorowa Szczupaczyńska wraz z kilkoma innymi osobami bierze udział w seansie spirytystycznym na którym obecny jest również Przybyszewski. Przy okazji seansu planowana jest jeszcze jedna atrakcja - tej nocy będzie miało miejsce zaćmienie księżyca. Spotkanie odbywa się w ekstrawaganckim Domu Egipskim w mieszkaniu doktorostwa Beringerów. Przy okrągłym stoliku zasiadło dwanaście osób - niestety dla jednej z nich, gospodarza wieczoru doktora Beringera, wieczór zakończył się tragicznie.

Pani Zofia nie ma wątpliwości - musi wziąć sprawy we własne ręce, bowiem bez jej pomocy krakowski wymiar sprawiedliwości nie da sobie rady. Tym bardziej, że najbliższe kilka dni, ze względu na świętowanie Nowego Roku nie będą najlepszym czasem na oficjalne śledztwo. Jej znajomy sędzia śledczy Klossowitz godzi się na propozycję Szczupaczyńskiej i daje jej kilka dni na rozwiązanie zagadki. A zagadka prawie jak w powieści Agathy Christie - wszyscy mieli motyw, nikt nie ma stuprocentowego alibi...

Z tomu na tom profesorowa Szczupaczyńska rozwija swoje umiejętności i, jak dla mnie, staje się coraz sympatyczniejsza. Ma coraz mniejsze opory przed poznawaniem mrocznej strony swojego miasta - nie, nie aprobuje tego co się tam dzieje, ma wszak swoje twarde mieszczańskie zasady (co bardzo dobitnie wytyka jej Przybyszewski) ale rozumie, że świat nie jest czarno-biały i, że czy tego chce czy nie, powoli kończy się pewna epoka a głosiciele nowych idei rosną w siłę.

Maryla Szymiczkowa (czyli tak naprawdę Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński) przyzwyczaiła swoich czytelników do niezwykłej dbałości o szczegóły obyczajowe oraz o warstwę historyczną w swoich powieściach. Nawet wypowiedzi poszczególnych postaci mają swoje źródło w dokumentach z epoki - artykułach z czasopism, recenzjach teatralnych, wspomnieniach oraz naukowych opracowaniach. Stanowi to dodatkowy bonus, z którego z pewnością ucieszą się zagorzali wielbiciele historii Krakowa.

Ale nawet jeśli nie jesteście zdeklarowanymi Krakusami (czy to przez miejsce urodzenia, zamieszkania lub chociaż sympatię) to namawiam do sięgnięcia po tę książkę. Dobra zabawa gwarantowana.

wtorek, 27 lutego 2018

Przeczytane w czasie ferii - cz. I

Większość ferii zimowych spędziłam na zimowisku w Wiśle - fajnie było, pogoda super, atrakcji wyżej kokardy, dzieciaki w miarę ogarnięte, nawet czas na czytanie się znalazł i tylko z internetem było krucho. Tak więc ciągu najbliższych kilku dni pojawi się relacja z tych feryjnych lektur.

Na początek literatura tzw. kobieca. Co prawda niewiele książek tego typu czytam, ale tym razem skusiłam się aż na trzy.

Z pisarstwem Agnieszki Krawczyk zetknęłam się kilka lat temu - spotkanie było jednorazowe, ale dosyć miłe, więc po "Magiczny wieczór" sięgnęłam nastawiając się na dobrą zabawę. 
Książka stanowi kolejny (bodajże czwarty) tom serii "Czary codzienności". Nie czytałam poprzednich tomów, ale właściwie bez problemu weszłam w akcję.
Zmysłów to niewielkie miasteczko gdzieś w górach. Mieszkają tu trzy siostry - Agata, Daniela i mała Tosia. Jest początek grudnia, trwają przygotowania do ślubu Danieli, który ma się odbyć tuż przed sylwestrem. Przez kawiarnię prowadzoną przez siostry przewijają się znajomi i przyjaciele, pojawiają się również osoby wrogo nastawione, ale atmosfera panująca w lokalu i magia zbliżających się świąt sprawiają, że nawet najtwardsze serca topnieją...
"Magiczny wieczór" to typowa literatura świąteczna. Czytana w lutym może już nie mieć tego uroku, aczkolwiek tym razem warunki pogodowe za oknem były mocno sprzyjające - śnieg, mróz, rozgwieżdżone niebo i wszechobecna cisza. Dało radę i nawet mi się podobało.

**************************************************

Gabriela Gargaś świeci triumfy na różnych znajomych blogach, wiele koleżanek zachwyca się tą pisarką, więc i ja postanowiłam spróbować. Trafiła mi się też książka ze świętami w tle, a mianowicie "Wieczór taki jak ten".

Michalina mieszka w małym górskim miasteczku Złotkowie. Jej mama zmarła, ojciec buja gdzieś po świecie a ona jako osiemnastolatka musiała wziąć odpowiedzialność za maleńkiego braciszka. Na szczęście przy jej boku stoi babcia, właścicielka kawiarni "Cynamonowy Raj". 
Od tamtej pory minęło dziewięć lat, Miśka szukając dodatkowych funduszy postanawia wynająć kilka pokojów turystom. Jednym z gości jest Artur - zgorzkniały mężczyzna po czterdziestce, rozwodnik, pracoholik i zdecydowany wróg świąt i magicznej atmosfery z nimi związanej. Zwabiony anonsem o spokojnym pensjonacie na prowincji trafia w sam środek wioski Świętego Mikołaja... Wszechobecne Mikołaje, elfy, choinki, kolędy, światełka i dekoracje doprowadzają go do szału...

I powiem szczerze, że mnie również. Właściwie lubię święta i ich atmosferę, ale co za dużo to nie zdrowo. Miało być pewnie klimatycznie i bajkowo ale dla mnie nie było. Bo niestety Złotkowo z tą bożonarodzeniową celebrą od pierwszych dni grudnia bardzo przypomina centrum handlowe (tam też święta trwają kilka tygodni). Miało być fajnie, ale nie wyszło.
Bohaterowie też są nijacy - niby mają jakieś życie wewnętrzne, ale zupełnie nie przekonują do siebie. Myślałam, że Artur wprowadzi trochę zamieszania - pierwszego dnia pobytu w Złotkowie zachowywał się wręcz gburowato, niestety już drugiego zmienił się nie do poznania i okazał się słodkim "ciachem" a jego anty świąteczne nastawienie zniknęło jak sen jaki złoty. Mózg mu wyprali w nocy czy co?
Poza tym poszarpana fabuła i istny potop życiowych mądrości (miejscami miałam wrażenie, że czytam polską wersję Paulo Coelho) zdecydowanie mi przeszkadzały.

Nie wiem, może miałam pecha i trafiłam na słabszą książkę pani Gargaś, może też nie jestem wymarzona czytelniczką tego typu powieści. Jakby nie było tej akurat nie polecam.

***********************************************

Beata Majewska to prawdziwe nazwisko niejakiej Augusty Docher pisarki która kojarzyła mi się z literaturą fantastyczną, skierowaną do młodzieży. Trochę wiec mnie zdziwiło, że w jej dorobku znalazła się książka "Konkurs na żonę" - obyczajówka, trochę romans, w każdym razie tzw. "babskie czytadło". 

Hugo Hajdukiewicz jest prawnikiem, zawodowo powodzi mu się świetnie, prywatnie może trochę gorzej, ale właściwie nie ma na co narzekać. Niestety pojawia się problem - musi przed trzydziestką postarać się o żonę i dziecko, taki bowiem warunek postawił w testamencie jego wuj. W innym wypadku milionowa fortuna dostanie się komuś innemu a Hugo co prawda nie trafi pod most, ale jednak z wielu rzeczy będzie musiał zrezygnować.
Razem z przyjacielem wpadają na iście szatański pomysł - organizują konkurs literacki dla studentów (właściwie interesują ich wyłącznie studentki) a spośród uczestniczek wyłonią przyszłą panią Hajdukiewicz.
W konkursie bierze udział Łucja Maśnik, studentka pierwszego roku, zdobywa drugą nagrodę oraz wygrywa nieoficjalny casting na żonę pięknego Hugona. Bo oczywiście on jest przystojny i nieco tajemniczy a ona śliczna i młodziutka...
Co się dalej dzieje to już pewnie wszyscy się domyślają (zresztą wydawca reklamuje książkę jako hollywoodzką komedię romantyczną) ale nie można odmówić tej pozycji pewnej pomysłowości i próby nowego spojrzenia na oklepany schemat.

Książkę przeczytałam w ciągu jednego popołudnia i wieczoru (żeby było jasne - już po powrocie z zimowiska) - czyta się fajnie, bohaterowie są różnorodni, akcja idzie równym tempem, jest trochę wzruszeń, idealna lektura na wieczorny relaks.

I jeszcze jeden jak dla mnie plus tej książki - rzecz dzieje się w Krakowie, bohaterowie (a wraz z nimi i czytelnicy) kręcą się po mieście, bywają w znanych mi miejscach - lubię wiedzieć gdzie toczy się akcja ;)

"Konkurs na żonę" to pierwszy tom trylogii - pomimo, że mam już wizję jak to się dalej potoczy sięgnę po kontynuację. Już się nawet zapisałam do kolejki w bibliotece...

czwartek, 2 listopada 2017

Emilia z krakowskiego antykwariatu

 Emilia to taka niedzisiejsza dziewczyna - uwielbia książki, nie interesuje się modą, poza Igą nie ma żadnych przyjaciół, nie bywa w modnych lokalach i marzy o wielkiej romantycznej miłości. Pracuje w niewielkim antykwariacie na krakowskiej starówce, mieszka z mamą z którą zupełnie nie może znaleźć wspólnego języka a od czasu do czasu wyjeżdża do ojca i jego drugiej żony mieszkających w niewielkiej nadmorskiej miejscowości. 

Emilia jest bohaterką najnowszej powieści Doroty Gąsiorowskiej noszącej tytuł "Antykwariat spełnionych marzeń". Książka opowiada o trzech miesiącach z życia młodej kobiety - miesiącach, które do góry nogami wywróciły jej poukładane i nudne bytowanie, które odsłoniły wiele spraw skrytych w mroku i zapomnieniu i które wreszcie dały nadzieję na spełnienie najskrytszych pragnień.

Po tym opisie wydawać by się mogło, że książka jest wręcz wymarzoną lekturą na długi jesienny czy zimowy wieczór, tym bardziej, że z twórczością pani Doroty zdarzyło mi się już spotkać przy okazji "Primabaleriny" i tamtą książką byłam oczarowana.
Zaczęłam czytać no i niestety trochę się zawiodłam...

Najpierw może to co mnie w tej powieści ujęło, a mianowicie niezwykle plastyczny obraz mojego ukochanego Krakowa. Autorka ma talent do tworzenia opisów, które nie zanudzają czytelnika. Krakowski rynek, staromiejskie uliczki, wreszcie niewielki antykwariat pana Franciszka opisane są tak urokliwie, że człowiek ma ochotę natychmiast wsiąść w samochód i jechać w opisywane miejsca - nawet mając świadomość, że to najważniejsze, czyli sklep w którym pracuje Emilia, tak naprawdę nie istnieje...
Bardzo poruszył mnie również wpleciony w historie wątek wojennej przyjaźni dwóch małych dziewczynek - Polki i Żydówki: wzruszający ale bez patosu, najlepszy fragment tej książki.
To byłoby tyle dobrego. Co więc na minus?

Przede wszystkim relacje między bohaterami - tu będzie trochę spojlerów, więc czytacie to na własną odpowiedzialność ;)
Iga, niby najlepsza przyjaciółka głównej bohaterki a robi jej okropne świństwo albowiem wysyła powieść Emilii na konkurs podpisując ją SWOIM nazwiskiem - plagiat, kradzież czy jak to nazwać...; grafik Mikołaj spotyka ze dwa razy Emilię (i to w przelocie) i dochodzi do wniosku, ze to najlepsza osoba jaką zdarzyło mu się poznać - jasnowidz czy co?; pan Franciszek nachalnie swatający Emilkę z Mikołajem pomimo, że jak twierdzi szanuje jej prywatność a autorka przedstawia go jako człowieka taktownego i niezwykle kulturalnego; pisarz Szymon który pojawia się i znika jak meteor a Emilia nic o nim nie wiedząc obdarza go gorącym uczuciem i łyka jego co najmniej naciągane tłumaczenia jak gęś gotowanego kartofla - a ponoć taka rozsądna i staromodna...

Sami bohaterowie też nie do końca mnie przekonują - większość jest po prostu papierowa i przewidywalna. Najlepiej prezentują się tu dwie bohaterki będące w zamyśle autorki czarnymi charakterami wspomniana już oszukańcza przyjaciółka Iga oraz toksyczna mamuśka imieniem Lili - one przynajmniej mają w sobie jakieś życie, cele i pragnienia do realizacji których dążą.

I jeszcze coś co mnie akurat w powieściach bardzo drażni - zupełny brak indywidualizacji języka. Wszyscy (no może za wyjątkiem Lili) przemawiają z namaszczeniem, okrągłymi, nieskazitelnymi pod względem gramatyki, zdaniami - to co u przedwojennego pokolenia jest całkiem normalne to w ustach współczesnych młodych ludzi razi. Przez lata zmieniło się chociażby słownictwo, którego używamy. I nie chodzi mi tu bynajmniej o gwarę czy slang młodzieżowy - najzwyczajniej pod słońcem język ewoluuje i ja mówię inaczej niż moja babcia czy moi młodsi o 20 lat siostrzeńcy...

Tak więc nie mogę tej książki polecić z czystym sumieniem, bo mnie nie przekonała. Chociaż z drugiej strony muszę przyznać, że ma masę pozytywnych opinii, a mojej mamie i teściowej bardzo się podobała. Tak więc może nie jestem odpowiednim czytelnikiem dla tej akurat lektury?
Najlepiej przekonajcie się sami

wtorek, 3 października 2017

Przeczytane we wrześniu

Wrzesień to dla nauczycieli szczególnie trudny czas - początek nowego roku szkolnego generuje tony papierologii (szczególnie teraz, kiedy wdraża się kolejna reforma oświaty...), ogarnięcie starej klasy lub poznanie (jak w moim wypadku) nowej, niekończące się rady, konferencje, komisje. Czas na czytanie znajduje człowiek tylko nocą...
Dzisiaj parę słów o trzech książkach przeczytanych we wrześniowe noce.

Dwa miesiące temu, 2 sierpnia 2017r., zmarła Wanda Chotomska - najpopularniejsza polska autorka pisząca dla dzieci. Nie ma chyba wśród nas kogoś, kto nie znałby przynajmniej kilku jej utworów, bowiem wiersze i proza pani Wandy na stałe zagościły w podręcznikach szkolnych, a ilość publikacji, które ukazywały się od końca lat 50. może budzić podziw.
"Nie mam nic do ukrycia" to wywiad rzeka, który z panią Wandą przeprowadziła w 2007 roku inna pisarka, Barbara Gawryluk.

Książka ma układ chronologiczny - poznajemy naznaczone wojną dzieciństwo i ciężką powojenną młodość, pierwsze dziennikarskie kroki w redakcji "Świata Młodych" oraz początek kariery literackiej. Pisarka wspomina osoby z którymi spotkała się na swojej życiowej i zawodowej drodze - te z pierwszych stron gazet, ale również zwykłych ludzi, rzesze czytelników, tak małoletnich jak i dorosłych. Bo to czytelnicy jej wierszy oraz odbiorcy sztuk telewizyjnych i radiowych słuchowisk byli dla pisarki najważniejsi - to dla nich tworzyła nowe teksty, z nimi spotykała się objeżdżając całą Polskę, dla nich wymyślała osobiste wpisy do książek, kiedy przychodzili z prośbą o autograf.

Nie dane mi było osobiście poznać pani Wandy, chociaż kilka lat temu gościła w naszej gminnej bibliotece. Jednak relacje moich koleżanek uczestniczących w tym spotkaniu są wyjątkowo zgodne - przemiła, ciepła, energiczna osoba. I taka jest też Wanda Chotomska, która mówi do nas z kart tej książki.
Warto przeczytać.

**********************************************************

Pamiętacie Kalinę Radecką? Jej poprzednie przygody opisane są w tomach "I że ci nie odpuszczę" oraz "Kocha, lubi, szpieguje", których autorką jest Joanna Szarańska. Natomiast całkiem niedawno ukazał się trzeci tom przygód tej bohaterki noszący tytuł "Nic dwa razy się nie zdarzy".

Kalina właśnie po raz kolejny przygotowuje się do ślubu. Jednak te przygotowania stanowią zupełną odwrotność tego co działo się kilkanaście miesięcy wcześniej - skromna sukienka, niewielkie przyjęcie dla najbliższych osób, rezygnacja z wieczoru panieńskiego i, co najważniejsze, zupełnie inny pan młody. I kiedy wydaje się, że zły los został odczarowany na Kalinę spada grom z jasnego nieba - po raz drugi jej wymarzony ślub nie dochodzi do skutku... O ile poprzedni narzeczony dopiero w czasie uroczystości okazał się zdrajcą i łobuzem, o tyle ukochany Marek zdecydowanie odniósł poprzeczkę - wcale nie dotarł do kościoła, co więcej przepadł jak kamień w wodę. Zdesperowana Kalina rozpoczyna poszukiwania i nawet znajduje delikwenta w leżącej na obrzeżach miasta willi, jednak on udaje, że jej zupełnie nie zna... Amnezja? Choroba psychiczna? Jeszcze coś innego?

Kalina to taka osoba z którą nie sposób się nudzić. Jej kreatywność nie ma granic, a zwariowane pomysły mogą wbić w kompleksy nawet najbardziej szalonego scenarzystę filmowego. Dom do którego trafia to posiadłość pewnego gangstera o wdzięcznej ksywie "Bazylia" - Kalinka nie ma zupełnie instynktu samozachowawczego, działa impulsywnie i przez cały czas zastanawiałam się ile ten facet jest jeszcze w stanie wytrzymać? Fakt, książka to lekka humorystyczna historyjka z wątkiem kryminalnym, ale główna bohaterka momentami przegina...

Podobnie jak w przypadku dwóch poprzednich tomów serii "Kalina w malinach" tak i ten stanowi doskonałą lekturę na poprawę humoru i odpoczynek po ciężkim pracowitym dniu.

***********************************************************

Gosława Brzózka, uczennica wiejskiej zielarki, którą poznałam w książce Katarzyny Bereniki Miszczuk "Szeptucha"powraca w kolejnym tomie pt. "Noc Kupały".

Młoda adeptka medycyny naturalnej podejmuje bardzo ryzykowną grę - składa bogom obietnicę, której nie zamierza spełnić. Zarówno Świętowit jak i Weles nie dowierzają jednak Gosi i posyłają w jej kierunku mniej lub bardziej zawoalowane groźby oraz swoich demonicznych wysłanników, którzy mają pilnować aby dziewczyna dotrzymała danego słowa. Jakby tego było mało pojawia się jeszcze jedna boska osoba - Mokosz, Matka - Ziemia, która również wie o przeznaczeniu dziewczyny i chce z niego zrobić użytek.
Ale te wszystkie boskie intrygi bledną wobec tego, co przygotowuje dla Gosi Ote, przedwieczna towarzyszka życia Mieszka. Mężczyzna sądzi, że Ote od wielu wieków nie żyje, jednak prawda jest zupełnie inna.
Życiu Gosi zagraża niebezpieczeństwo, tym większe, że tak naprawdę nie wie kto stoi po jej stronie i komu można zaufać.

Katarzyna Berenika Miszczuk prezentuje w "Nocy Kupały kolejną porcję wierzeń, legend i obrzędowości słowiańskiej. Kolejne demony zrzucają ludzką powłokę i Gosia (a my razem z nią) zagłębiamy się w świat naszej rodzimej mitologii.
I uważam, że to właśnie stanowi jedną z ważniejszych wartości tej książki. Już od dziecka poznajemy mitologię grecką i rzymską - zresztą bardzo słusznie, bowiem stanowią one podstawę naszej europejskiej kultury. Ale równocześnie wiemy niewiele lub zgoła nic o naszej rodzimej słowiańskiej religii i tradycji. Dobrze więc byłoby się z nią zapoznać, chociażby czytając tę książkę jak również pozostałe tomy cyklu "Kwiat paproci".
Dobra zabawa gwarantowana, a to że przy okazji się czegoś nowego dowiemy to tylko dodatkowy bonus.

poniedziałek, 11 lipca 2016

Wojciech Kossak odbrązowiony

Sama nie wiem jak to się stało, że przy mojej "kossakowskiej pasji" nie zdarzyło mi się przeczytać żadnej konkretnej biografii Wojciecha Kossaka, chociaż wiem, że dawnymi laty coś takiego powstało.
Bardzo mnie więc ucieszyła wiadomość, że nakładem PWN wydana została książka Mai i Jana Łozińskich pt. "Wojciech Kossak. Opowieść biograficzna". Książkę przeczytałam już kilka dni temu i muszę przyznać, że długo zastanawiałam się co o niej napisać...

Bohater opracowania to człowiek niezwykły. Jeden z najbardziej uznanych twórców swojej epoki, znany i rozpoznawany nie tylko w kraju ale i za granicą, nadworny malarz dwóch cesarzy (przez co niektórzy zarzucali mu brak patriotyzmu), współtwórca słynnej "Panoramy Racławickiej", autor niezliczonej ilości portretów i scen obyczajowych (głównie "konnych"). Pochodził z artystycznej krakowskiej rodziny - jego ojciec Juliusz oraz syn Jerzy również byli malarzami, a dwie córki - Maria Pawlikowska-Jasnorzewska oraz Magdalena Samozwaniec parały się literaturą.

Książka, jak na biografię przystało, ma układ chronologiczny, autorzy oparli się w dużej mierze na korespondencji rodziny Kossaków, oraz na wspomnieniach samego Wojciecha, jak również na istniejących już opracowaniach. Doskonałym uzupełnieniem tekstu są liczne fotografie przedstawiające dzieła Wojciecha, jego najbliższych, ludzi z którymi malarz współpracował bądź się przyjaźnił oraz miejsca z którymi był związany.

Jaki był więc Wojciech Kossak? Przede wszystkim ogromnie pracowity i obowiązkowy, nawet w podeszłym wieku. Ciekawy świata, lubił podróżować, chętnie obracał się w gronie arystokracji, był w każdym calu dżentelmenem, zawsze elegancki i szarmancki wobec kobiet.

To jednak tylko jedna strona medalu - Wojciech miał nie tylko zalety, ale również wady - lubił hazard, zdradzał żonę, był snobem i megalomanem. Nie do końca radził sobie w pracy grupowej, co widać było chociażby w czasie prac nad Panoramą Racławicką - kłótnie, konflikty, czy wręcz rękoczyny niejednokrotnie stawiały pod znakiem zapytania terminowe ukończenie dzieła...
No ale wybitnym jednostkom sporo można wybaczyć.

Wydawać by się mogło, że książka powinna spełnić moje oczekiwania - konkretna, bezstronna, oparta na różnorakich źródłach, pokazująca cały życiorys omawianej postaci. Tak, to wszystko prawda, jednak jej lektura jakoś zupełnie mnie nie porwałą - tzn. przeczytałam z zainteresowaniem, ale nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak chociażby czytana przed rokiem "Simona", biografia wnuczki Wojciecha Simony Kossak.
 Mam wrażenie, ze autorzy starali się być tak bardzo bezstronni, że aż stali się obojętni wobec opisywanej postaci.

Jednak jeśli kogoś interesuje ten niezwykły człowiek warto sięgnąć po tę biografię, bo jest wspaniałym źródłem wiedzy na temat losów Wojciecha Kossaka. 


czwartek, 20 sierpnia 2015

Kolejna odsłona historii "Niepokornych"

Tydzień temu pisałam o pierwszym tomie cyklu "Niepokorne" Agnieszki Wojdowicz, a dzisiaj przyszedł czas na kolejną odsłonę tej serii.

Klara Stojnowska pochodzi z inteligenckiej rodziny (ojciec jest profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego), trochę studiowała za granicą a po powrocie uczęszczała na kurs literatury do tzw. Baraneum (Wyższe Kursy dla Kobiet, których twórcą był Adrian Baraniecki). Młoda kobieta ma bardzo radykalne poglądy na tle których wciąż dochodzi do kłótni pomiędzy nią a jej ojcem, skutkiem czego Klara wyprowadza sie z domu i postanawia sama na siebie pracować. Daje wiec lekcje niemieckiego, zajmuje się tłumaczeniami, a w końcu rozpoczyna karierę dziennikarską. Jednym z pierwszych zadań jakie stawia przed nią redakcja pisma z którym współpracuje jest artykuł na temat strajku pracownic fabryki cygar. W czasie zbierania materiałów Klara poznaje inżyniera Jerzego Platera. Przypadkowa znajomość zaczyna przeradzać się w głębszą relację, jednak w życiu Jerzego jest jakaś tajemnica.

Eliza Pohorecka,bohaterka pierwszej części "Niepokornych", była osobą zrównoważoną, taktowną i, pomimo nowoczesnych poglądów, starała się nie urazić o ile to możliwe, swoich najbliższych. Tymczasem Klara stanowi jej zupełne przeciwieństwo - żywiołowa, wybuchowa, działa pod wpływem impulsu, a kiedy wydaje jej się, że ma rację nie zważa na nikogo i na nic: wygłasza wywrotowe poglądy w czasie proszonego obiadu, publicznie obraża ojca i matkę, wplątuje się w przedsięwzięcia niezgodne z prawem. I, pomimo że wiele życzliwych osób usiłuje wytłumaczyć Klarze, że takim postępowaniem najczęściej szkodzi głoszonym przez siebie ideom, nie zmienia swoich zwyczajów. Co więcej, jej poglądy jeszcze się radykalizują, do tego stopnia, że rodzina zaczyna isę obawiać, czy dziewczyna nie przystała aby do socjalistów...

Podobnie jak w pierwszym tomie poświęca autorka sporo miejsca trzeciej z dziewcząt, a mianowicie Judycie Schraiber, która po serii tragicznych wydarzeń postanawia opuścić Kraków. Udaje się do Wiednia, gdzie jej znajoma prowadzi salon krawiecki - Judyta potrafi robić batiki, a ten rodzaj zdobienia tkanin staje się coraz modniejszy, wiec młoda kobieta będzie miała z czego żyć w obcym mieście. Zgorzkniała, zamknięta w sobie, nie potrafi się do końca uwolnić od demonów przeszłości. Czy zmiana otoczenia pomoże Judycie uporać się z własnymi problemami. I czy będzie potrafiła zaufać mężczyźnie, który pojawi się w jej życiu?

Mam nadzieję, że nie będzie wielką zbrodnią, jeżeli powiem, ze ten tom nie konczy prawie żadnego wątku (no może oprócz osobistych spraw Elizy, ale o niej jest tu akurat bardzo niewiele), a dokłada jeszcze kilka nowych. Tak więc na ostateczne rozwiązanie problemów Klary i Judyty muszę poczekać jeszcze rok, kiedy w moje ręce dostanę "Judytę", ostatnią odsłonę dziejów "Niepokornych".

czwartek, 13 sierpnia 2015

Wakacyjne podróże:dziewiętnastowieczny Kraków z Elizą, Klarą i Judytą

Od czasu do czasu obserwuje w swoich lekturach coś, co nazywam "prawem serii". Polega to na tym, że zupełnie przypadkowo, w niewielkich odstępach czasu, trafiają w moje ręce książki, które, chociaż pisane przez różne osoby, łączą się ze sobą tematyką. Tak się stało i tym razem -  kilkanaście dni temu pisałam tu o "Tajemnicy domu Helclów", książce, której akcja toczy się w Krakowie pod koniec XIX wieku, a dzisiaj będzie o pierwszym tomie cyklu "Niepokorne" noszącym tytuł "Eliza".,którego autorka, Agnieszka Wojdowicz, również zaprasza nas w to samo miejsce i czas...

Niepokornych jest trzy - Eliza, Klara i Judyta. Pochodzą z różnych środowisk, różni je religia, wychowanie, poglądy na wiele kwestii, ale jedno je łączy - chcą być samodzielne, chcą się kształcić i same kierować własnym życiem. I, pomimo że nie jest im łatwo dążą do wytyczonego celu.

Eliza Pohorecka, bohaterka pierwszego tomu "Niepokornych" przyszła na świat w Otwocku, chociaż jej rodzina związana była z Galicją - jej dziadek Konstanty Pohorecki miał majątek nieopodal Tarnowa. Niestety w czasie rabacji został zamordowany, a jego żona z maleńkim synkiem ledwie uszła z życiem. 
Elżbieta Pohorecka, wyjechała do Warszawy i tam ułożyła sobie życie, jednak to co stało się zimą 1846 roku miało wpływ na całe jej życie. Szczególną nienawiścią darzyła Austriaków, uważając, dość zresztą słusznie, że to oni ponoszą największą winę za wymordowanie dużej części galicyjskiego ziemiaństwa.
Teraz, po blisko pięćdziesięciu latach jej najstarsza wnuczka wyjeżdża do Krakowa studiować farmację. Nie są to może studia jej marzeń - zresztą nie jest nawet pełnoprawna studentką, a zaledwie hospitantką (może uczestniczyć w zajęciach tylko za zgodą prowadzącego, nie musi zdawać egzaminów i nie otrzyma dyplomu), ale na wyjazd do Europy zachodniej po prostu jej nie stać.
W czasie podróży w pociągu dochodzi do zabójstwa, a Eliza jest jedyna osobą, która widziała mordercę. Śledztwo prowadzi żandarmeria wojskowa, której przedstawiciel, niejaki Anton von Wiebracht zwraca na siebie uwagę Elizy. Zainteresowanie jest obustronne, niestety, biorąc pod uwagę rodzinne uprzedzenia, bliższa znajomość z Austriakiem nie wydaje się możliwa...

Agnieszka Wojdowicz przedstawia w swojej ksiązce Kraków końca XIX wieku, w którym Polacy mają wiele swobód narodowych, gdzie w szkołach i urzędach mówi się po polsku, działają polskie teatry, tworzą artyści, którzy w innych zaborach mieliby kłopoty  cenzurą, a premierem austro-węgierskiego rządu jest Polak - Kazimierz Badeni. Wydawać by się mogło, że Kraków to wymarzone miejsce do nauki dla Polki z Kongresówki. Niestety ówczesny krakowski świat naukowy jest ostoją konserwatyzmu, który szczególnie ujawnia się, kiedy idzie o prawa kobiet... I co z tego, że na zachodzie już od wielu lat kobiety mogą studiować właściwie na każdym wydziale? Duża część profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego jest przeciwna dopuszczaniu kobiet do studiowania, nawet w tak ograniczonym zakresie jak w przypadku Elizy. Pierwsze polskie studentki nie miały łatwo - musiały przełamywać moc uprzedzeń i niemal na każdym kroku udowadniać, że nie są gorsze od swoich kolegów.

Chociaż to Eliza jest postacią pierwszoplanową, to dowiadujemy się też sporo o dwóch pozostałych dziewczętach. Klara Stojnowska jest córką profesora UJ, trochę studiowała w Niemczech, ale z powodów zdrowotnych musiała wrócić do kraju. Klara jest ciągle skłócona ze swoim ojcem, dochodzi nawet do tego, że opuszcza rodzinny dom i wynajmuje samodzielnie mieszkanie - rzecz w tamtym okresie raczej rzadko spotykana. Dziewczyna jest bardzo radykalna w swoich poglądach na temat emancypacji kobiet, co tylko zaognia jej i tak trudną sytuację rodzinną.
Trzecią niepokorną jest Judyta Schraiber, Żydówka, która marzy o tym aby rozwijać swój talent malarski. Judyta nie chce się poddać tradycji, odmawia wyjścia za mąż za swatanego jej mężczyznę i ucieka z domu. Jest zakochana w pewnym malarzu, a kiedy okazuje ię, że jej ukochany nie traktował ich znajomości poważnie zrozpaczona Judyta próbuje popełnić samobójstwo. Cudem uratowana trafia do jednego z krakowskich domów zakonnych, gdzie będzie miała okazję przemyśleć swoje życie i podjąć kilka ważnych decyzji...

Po lekturze pierwszego tomu cyklu "Niepokorne" muszę przyznać, że autorka zadbała o realia historyczne, oprócz  bohaterów fikcyjnych pojawiły się tu również postacie historyczne, dowiadujemy się sporo o życiu codziennym miasta, zajęciach i rozrywkach jego mieszkańców, o kulturze i zwyczajach społeczności żydowskiej oraz o życiu krakowskiej bohemy.

Agnieszka Wojdowicz stworzyła ciekawą, wciągającą historię. Przyznam się, że za mną już większość drugiego tomu cyklu, którego główną bohaterką jest Klara Stojnowska. I tylko szkoda, że na zakończenie historii "niepokornych, czyli na "Judytę" będzie trzeba poczekać do przyszłego roku...

poniedziałek, 20 lipca 2015

Wakacyjne podróże: Kraków z profesorową Zofią Szczupaczyńską

W 1890 roku na obrzeżach ówczesnego Krakowa, przy końcu ulicy Długiej, otwarto Dom Ubogich, którego fundatorami byli Ludwik i Anna Helclowie. Instytucja prowadzona była przez zakon szarytek, a jej głównym zadaniem było zapewnienie godziwej starości najbiedniejszym mieszkańcom miasta. Większość pensjonariuszy faktycznie stanowiła biedota, jednak część budynku przeznaczona była dla osób zamożniejszych,wymagających, najczęściej z powodu choroby, stałej opieki, której nie mogła lub nie chciała zapewnić rodzina.
Przez jakiś czas Dom Helclów funkcjonował bez zarzutu, jednak wkrótce wszystko się zmieniło - najpierw zaginęła jedna z  pacjentek, a kilka dni później inna została znaleziona uduszona we własnym łóżku. Na mieszkańców i personel domu padł blady strach...

"Tajemnica domu Helclów" której autorstwo przypisuje się niejakiej Maryli Szymiczkowej (za tym pseudonimem kryje się spółka autorska: Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński) przenosi nas do Krakowa końca XIX wieku. Jest połowa października 1893 roku. Nad monarchią austro-węgierską panuje miłościwie cesarz Franciszek Józef I, krakowska socjeta z niecierpliwością oczekuje otwarcia nowego Teatru Miejskiego, pospólstwo dla odmiany ekscytuje się przedstawieniami cyrku Sidolego, Tadeusz Żeleński studiuje medycynę na Uniwersytecie Jagiellońskim, a skłócony z Radą Miasta Jan Matejko odmawia ewentualnego pochówku w krypcie zasłużonych na Skałce. I faktycznie, kiedy niespodziewanie umiera dwa tygodnie później jego trumna zostaje złożona w rodzinnym grobowcu na Rakowicach.
Jednak te wszystkie wydarzenia bledną wobec tego co dzieje się u Helclów. Na szczęście dla zabieganych sióstr i przestraszonych pensjonariuszy w Domu Ubogich pojawia się ONA - Zofia z Glodtów profesorowa Szczupaczyńska.

O problemach z ginącymi pacjentami pani Zofia dowiaduje się przypadkowo, ale jako wielbicielka opowiadań kryminalnych szybko postanawia rozwiązać tę zagadkę. Oj, będzie miał się z pyszna każdy, kto stanie jej na drodze...

Zofia Szczupaczyńska stanowi wręcz wzorcową krakowską matronę - pobożna (choć bez przesady), oszczędna (momentami wręcz skąpa) i gospodarna, trochę snobka (w końcu jej mąż jest profesorem Uniwersytetu), zajęta działalnością charytatywną (właśnie organizuje loterię na rzecz dzieci skrofulicznych) i uwielbiająca plotki. Chociaż chwilami przypomina inną słynną krakowiankę, a mianowicie panią Anielę Dulską, ma nad nią niewątpliwą przewagę - Zofia jest osobą inteligentną i potrafi całkiem nieźle kojarzyć fakty. I pomimo różnych swoich wad jest dosyć sympatyczna...

"Tajemnica domu Helclów" to powieść kryminalna, trochę w stylu (przynajmniej moim zdaniem) Agathy Christie a profesorowa Szczupaczyńska ma wiele cech wspólnych z panną Marple. Jednak tym co mnie w powieści szczególnie urzekło nie jest sam wątek fabularny, ale obraz Krakowa sprzed 120 lat. Autorzy włożyli niemało pracy w odtworzenie klimatu i historii miasta. W powieści występuje całkiem spore grono osób, które mieszkały w tamtym okresie w Krakowie, opisane są również wydarzenia historyczne: spory przy pracach budowlanych na placu Św. Ducha, otwarcie Teatru Miejskiego (dzisiejszy Teatr im. Juliusza Słowackiego), pogrzeb Jana Matejki czy, ciągle żywe we wspomnieniach ówczesnych, wydarzenia rabacji galicyjskiej z 1846 roku. Wnikliwy czytelnik znajdzie tu również masę różnego rodzaju anegdot, jak chociażby wspomnienie całkiem nieudanego małżeństwa Henryka Sienkiewicza z Marią Romanowską czy problemów zaistniałych w czasie pogrzebu Adama Mickiewicza.
Bohaterowie fikcyjni to pokaźna galeria typowych krakowskich postaci znanych chociażby z komedii Bałuckiego, dramatów Zapolskiej czy pism Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Profesorstwo Szczupaczyńscy, ich krewni i znajomi sportretowani są w sposób ironiczny, co nieco złośliwy, jednak nie pozbawiony sympatii. Wydaje się, że autorzy książki świetnie się bawili przy jej pisaniu. A ja jako czytelnik świetnie się bawiłam przy jej lekturze.

Serdecznie polecam tę książkę, a na koniec kilka fotografii przedstawiających obiekty opisane w książce.

Dom Ubogich ufundowany przez Ludwika i Annę Helclów


Teatr Miejski w Krakowie

Grobowiec Jana Matejki na Cmentarzu Rakowickim

poniedziałek, 22 września 2014

Życie noblisty nie jest usłane różami...

Co roku na przełomie września i października wielbicieli słowa pisanego na całym świecie elektryzuje jedno pytanie - kto zostanie uhonorowany Literacką Nagrodą Nobla. Podobnie było 18 lat temu - padały różne nazwiska, robiono zakłady, licytowano się osiągnięciami poszczególnych kandydatów, aż wreszcie 3 października 1996 roku wszystko stało się jasne - najbardziej prestiżową literacką nagrodę otrzymała polska poetka Wisława Szymborska.
Przyznam, że wówczas z jednej strony ogarnęła mnie radość i duma, bo tych polskich noblistów nie ma znów tak wielu, ale równocześnie byłam mocno skonsternowana, bowiem poza dwoma utworami poetki znanymi mi jeszcze z czasów szkoły podstawowej ("Gawęda o miłości ziemi ojczystej" oraz "Minuta ciszy po Ludwice Wawrzyńskiej") nie byłam w stanie przypomnieć sobie żadnego innego tytułu... Nawet pomijając fakt, że współczesna poezja to raczej nie moja bajka, zdecydowanie nie było się czym chwalić, więc w kolejnych latach starałam się nadrobić to literackie niedopatrzenie.
Jednak lektura wierszy to trochę za mało aby poznać ich autora, zaś pani Wisława Szymborska dosyć dokładnie strzegła swojej prywatności, jeśli tylko mogła to unikała kontaktów z dziennikarzami, a wreszcie zatrudniła sekretarza, który miał skutecznie bronić ją przed skutkami "ponoblowskiej gorączki", która to przypadłość ogarnęła wówczas dużą część Polaków.
Na całe szczęście znalazły się jednak dwie dziennikarki, które nie ulękły sie niechęci poetki do przedstawicieli swojej profesji, i kórym udało się namówić panią Wisławę na wspominki - Anna Bikont i Joanna Szczęsna opulikowały w 1997 roku biografię noblistki pt. "Wisławy Szymborskiej pamiątkowe rupiecie, przyjaciele i sny". Wówczas nie udało mi się tej książki przeczytać, ale okazało się, że nic straconego, bowiem dwa lata temu światło dzienne ujrzały "Pamiątkowe rupiecie" będące znacznie poszerzoną i uaktualnioną wersją wspomnianej wcześniej książki.

Biografia to fakty z życia, daty, miejsca, ludzie - i to wszystko w tej książce oczywiście jest. Jednak tym co odróżnia dobrą biografię od przeciętnej jest w moim mniemaniu to, w jaki sposób autor przedstawia swojego bohatera, jak pisze o jego zainteresowaniach, charakterze, wadach i zaletach - najprościej mówiąc, czy czytając poznaje się człowieka, czy tylko poszerzony opis z encyklopedii. I w tym wypadku uważam, że autorki "Pamiątkowych rupieci" stanęły na wysokości zadania.
Przewracają kolejne karty książki poznajemy najpierw panienkę z tzw. "dobrego domu", silnie związaną z rodzicami i siostrą, później młodą poetkę i dziennikarkę żyjącą w literackiej komunie, jaką był dom przy ulicy Krupniczej 22 w Krakowie (mieszkali tam m.in. Konstanty Ildefons Gałczyński, Sławomir Mrożek, Tadeusz Różewicz a częstym gościem bywał Czesław Miłosz), wreszcie dojrzałą autorkę pięknych, niezwykle oszczędnych, wielokrotnie przerabianych, dopracowanych do ostatniej kropki wierszy.
Przy całym swoim talencie i sławie jaka stała się jej udziałem pozostała Szymborska osobą nieśmiałą, zdystansowaną, świetną obserwatorką otaczającego ją świata, czarującą subtelnym poczuciem humoru, uwielbiającą literackie improwizacje, pomysłodawczynią nowych "gatunków" literackich (chociażby tzw. lepieje czy moskaliki). Ale to tylko jedna strona medalu - ta eteryczna i uduchowiona osoba uwielbiała krwawe horrory, paliła jak smok i z każdej podróży przywoziła masę kiczowatych pamiątek (im większy bohomaz tym lepiej), którymi uszczęśliwiała potem swoich przyjaciół.

W miarę spokojne i ustabilizowane życie poetki skończyło się wraz z otrzymaniem Nobla. I nie chodzi tu tylko o prawdziwy najazd dziennikarzy i rozmaitych petentów chcących dopomóc w wydawaniu pieniędzy, które wiążą się z tą nagrodą. Otóż niemal natychmiast pojawiły się głosy, że nagroda się Szymborskiej nie należy i że powinien ją dostać Zbigniew Herbert - tak jakby sama zainteresowana miała jakiś wpływ na komisję decydującą o tym kto zostanie uhonorowany. Pojawiły się również głosy zarzucające poetce komunistyczną przeszłość - Szymborska nigdy nie kryła, że tuż po wojnie wstąpiła do partii, że zdarzyło się jej złożyć podpis pod pewnymi niechlubnymi dokumentami (chociażby potępienie krakowskich księży osądzonych w sfingowanym procesie), jednak później kiedy dotarły do jej świadomości błędy systemu oddała legitymację partyjną i już nigdy nie dała się wciągnąć do żadnej organizacji politycznej. Niektóre środowiska krytykowały ją za brak poparcia dla Solidarności, za dystansowanie się od Kościoła, za to, że w czasie wojny nie należała do ruchu oporu - zarzuty można by mnożyć. Można powiedzieć, że w chwili kiedy Szymborska dostała nagrodę otoczyło ją nasze "polskie piekiełko"...

Autorki książki konsultowały ją z Wisławą Szymborską, a końcowe strony z jej sekretarzem panem Michałem Rusinkiem. W książce znajdzie czytelnik wiele fragmentów wierszy i felietonów, które ilustrują i świetnie dopełniają kolejne fakty z życia poetki oraz bogaty materiał fotograficzny pochodzący ze zbiorów samej zainteresowanej, a także jej przyjaciół i znajomych. Sporo miejsca zajmują również wspomnienia owych znajomych, jak również osób, z którymi Szymborska zetknęła się zawodowo.

"Pamiątkowe rupiecie" to co prawda (jeśli brać pod uwagę jej gabaryty) ogromna księga, ale zapewniam, że czyta się ją bardzo dobrze. Uważam, że jest to jedna z lepiej napisanych biografii jakie zdarzyło mi się czytać, dlatego też serdecznie ją polecam. I to nie tylko osobom zajmującym się historią literatury polskiej.

wtorek, 15 stycznia 2013

Jaki byłeś pradziadku?

Nie raz i nie dwa razy deklarowałam, że wielką sympatią darzę królewskie miasto Kraków. Związane jest to pewnie z faktem, że i szkołę średnią i studia w Krakowie odbywałam, więc ten, ponoć najpiękniejszy, okres w życiu kojarzy mi się z podwawelskim grodem. A poza wszystkim to piękne miasto i już. Tak więc, kiedy w czasie wizyty w bibliotece w moje ręce wpadła książka Lucyny Olejniczak "Wypadek na ulicy Starowiślnej" decyzja była prosta - muszę to przeczytać.

Autorka książki to krakowianka, zawodowo związana z Katedrą Farmakologii UJ, obecnie na emeryturze. W swoim dorobku literackim ma trzy powieści, kilka opowiadań oraz felietony w krakowskiej prasie. 

Bohaterką książki jest Lucyna ( która oprócz imienia, ma wiele innych cech wspólnych z autorką), kobieta w średnim wieku, matka dwójki dorosłych dzieci. Przypadkiem trafia na notatkę przedrukowaną z krakowskiego "Czasu" z roku 1900, w której jest wspomniany jej rodzony pradziadek Teodor Hanzelmann. Przodek był sierżantem straży pożarnej, a notatka traktowała o wypadku jaki odniósł jadąc do pożaru. 
Kilka zdań sprzed stu lat wyzwala w Lucynie chęć odnalezienia informacji o dawno nieżyjącym członku rodziny. Zadanie jakie sobie postawiła nie należy do najłatwiejszych - na pomoc rodziny nie może niestety już liczyć, sama też nie ma rodzinnych pamiątek, pozostają więc tylko archiwa. I tak Lucyna odwiedza Komendę Straży Pożarnej, parafię do której najprawdopodobniej należała rodzina Hanzelmannów oraz czytelnię czasopism Biblioteki Jagiellońskiej. Przy okazji postanawia napisać książkę o swoim przodku - narratorem miałoby być któreś z dzieci Teodora.

Książka to dosyć sympatyczna lektura, a jeśli ktoś zna Kraków i Nową Hutę (tam mieszka Lucyna) to bez problemu rozpozna miejsca, w których toczy się akcja powieści. Oprócz współczesnego obrazu miasta autorka opisuje Kraków sprzed stu lat, ulice, ludzi i życie codzienne w strażackiej remizie. Autorka ma lekkie pióro, chociaż miejscami widać niedostatek stylu - aż się prosi o porządną redakcję...

Wydaje mi się, że powieść pani Olejniczak nie ma ambicji bycia historią z przesłaniem, to raczej literatura popularna. Aczkolwiek mnie skłoniła do pewnej refleksji - otóż zastanowiłam się co ja tak naprawdę wiem o moich przodkach, o ich życiu, pracy, charakterze... Owszem potrafię wymienić swoich dziadków, pradziadków i prapradziadków, znam kilka rodzinnych anegdot, a w albumie przechowywane jest trzy czy cztery zdjęcia (to i tak dużo, bo wszyscy moi przodkowie to wieśniacy z dziada pradziada, więc nie było zwyczaju fotografowania się i pieniędzy na takie luksusy) ale to wszystko. I coraz mniej osób mogłoby mi coś o dawniejszych, choćby przedwojennych czasach opowiedzieć...

środa, 22 lutego 2012

Prowincjonalna podróż wędrówką w głąb siebie

Po raz kolejny miałam niewątpliwą przyjemność spotkać się z twórczością Izabeli Sowy, a to za sprawą jej książki "Części intymne". Pomimo, że nie jestem zwolenniczką oceniania książki po okładce to pierwsze co mnie urzekło to właśnie oprawa graficzna powieści - nostalgiczna i bardzo klimatyczna.
Zdarza się co prawda, że piękna okładka kryje nieco mniej piękne wnętrze, ale tym razem na szczęście tak się nie stało a ja przez kilka godzin śledziłam losy pewnego pisarza w czasie podróży promocyjnej po polskiej prowincji.

Janusz Świstak jest autorem kilku powieści podróżniczych, które zyskały sobie niemały rozgłos. Czytelnicy nie wiedzą jednak o pewnej wstydliwej tajemnicy - otóż swoje książki pisze nie ruszając się z mieszkania, a wszystkie przygody ich głównego bohatera, utożsamianego z autorem,są od początku do końca zmyślone.
Za namową swojego przyjaciela (który jest również po trosze jego agentem) Janusz wybiera się w podróż po prowincjonalnych bibliotekach i działających przy nich klubach książki. Sama decyzja o wyjeździe stanowi dla niego ogromne wyzwanie - najlepiej czuje się we własnych czterech ścianach w towarzystwie swojego króliczka Normana. Decyzja jednak zapadła i pewnego jesiennego dnia mężczyzna wsiada do autobusu mającego zawieźć go w nieznane.
Oczami Janusza możemy obserwować ludzi żyjących w miasteczkach i wsiach leżących na jego trasie. Większość osób z którymi się spotyka to starsze panie, emerytki, dla których spotkanie w bibliotece ze znanym pisarzem stanowi ogromne wydarzenie w ich nudnawej codziennej egzystencji. Te spotkania wyzwalają w Januszu wspomnienia, stają się swego rodzaju pretekstem do analizy swojego życia. A wnioski z tych przemyśleń nie są zbyt optymistyczne. 
Czy Janusz pod ich wpływem coś zmieni w swoim życiu, czy wręcz przeciwnie - wróci do swojego mieszkania na krakowskim Podgórzu i szybko o wszystkim zapomni?

Po raz kolejny pod pozorem leciutkiej historyjki przemyca autorka kilka ważnych pytań - o życiu, uczciwości wobec samego siebie i innych, odwadze w dążeniu do realizacji własnych marzeń. 
Portretuje również współczesne media - Janusz musi wszak, zgodnie z umową podpisaną z wydawnictwem, udzielać wywiadów czy występować w różnych programach. Obraz ten jest bardzo niekorzystny - przyznaję, że gdybym czytała jakieś kolorowe czasopisma to po lekturze "Części intymnych" zdecydowanie bym przestała to robić...

Książka Izabeli Sowy to jedna z tych lektur po które warto sięgnąć - może i w naszej głowie odblokuje się jakaś klapka, tak jak to się stało w przypadku Janusza? 

I tylko mam do niej jedną uwagę - w wiejskich klubach książki spotykają się nie tylko emerytki - w naszym nie ma ANI JEDNEJ:) 

niedziela, 12 lutego 2012

Lektury małoletniej Ani - odc. 1

Zainspirowana przez Kasię postanowiłam napisać o moich lekturach z dzieciństwa - jako, że jestem tylko trochę młodsza od dinozaurów, to wiele tych książek i pisarzy jest dzisiaj nieco zapomnianych a szkoda...
Przeglądając mój zeszyt lektur w którym zapisywałam sobie przeczytane książki dochodzę do wniosku, że już wtedy miałam historycznego bzika - bo najczęściej są to powieści historyczne, ewentualnie literatura "płaszcza i szpady" czyli przygoda w realiach XVI - XVII wieku.

Na pierwszy ogień słów kilka o pani Antoninie Domańskiej, autorce powieści historycznych dla młodych panienek. 
Antosia Kremerówna na świat przyszła w Kamieńcu Podolskim jesienią 1853 roku. W 1865 roku Kremerowie przenieśli się do Krakowa. Kilka lat później Antonina poznała profesora Stanisława Domańskiego, neurologa, wykładowcę Uniwersytetu Jagiellońskiego, za którego wkrótce wyszła za mąż.
W 1890 roku pani profesorowa zadebiutowała jako autorka - jej opowiadanie ukazało się w czasopiśmie "Wieczory rodzinne". W kolejnych latach powstawały dalsze utwory - na potrzeby czasopism dla dzieci, ale również samodzielne wydawnictwa.
Profesor Domański oprócz pracy naukowej zajmował się również działalnością społeczną i polityczną - przez wiele lat był członkiem Rady Miasta Krakowa, a w 1904 roku piastował urząd wiceprezydenta miasta. W związku z tymi funkcjami męża pisarki Stanisław Wyspiański pisząc "Wesele" stworzył jej nieco karykaturalny (była ciotką Lucjana Rydla) portret umieszczając ją w dramacie jako Radczynię.

Ciekawostką może być fakt, że profesorostwo Domańscy byli właścicielami willi w położonej kilkanaście kilometrów od Krakowa Rudawie. W tejże willi w 1908roku spędzał wakacje Henryk Sienkiewicz - napisał tam kilka nowel, oraz fragment powieści "Wiry". Oprócz pracy pisarskiej Sienkiewicz rozkoszował się wiejskim powietrzem i kosztował wiejskich przysmaków, a codziennie rano mleko przynosił mu niejaki Staś Tarkowski...

Antonina Domańska zmarła w styczniu 1917 roku. Pochowana jest na najstarszej krakowskiej nekropolii - Cmentarzu Rakowickim. 

Największą popularność przyniosły pisarce wspomniane wyżej powieści historyczne dla młodzieży. Ich akcja w większości osadzona jest w XV i XVI wieku. 

"Historia żółtej ciżemki", najbardziej znana z książek pani Domańskiej, do dnia dzisiejszego jest lekturą szkolną w większości szkół podstawowych. Jak pewnie większość z Was wie opowiada o małym Wawrzusiu, który nade wszystko lubił wycinać w drzewie różne figurki. Po wielu niebezpiecznych przygodach trafia do pracowni Wita Stwosza, gdzie uczy się snycerstwa i pracuje przy najważniejszym arcydziele polskiego gotyku - monumentalnym ołtarzu w Kościele Mariackim. 

Akcja kolejnej (mojej ulubionej) powieści noszącej tytuł "Paziowie króla Zygmunta" toczy się w latach 20-tych XVI wieku. Jej bohaterowie to siedmiu młodych chłopców z najprzedniejszych rodów Litwy i Korony, którzy pełnią służbę na dworze Zygmunta Starego i Bony. Służba nie jest zbyt ciężka, a że chłopaków trzymają się psie figle postanawiają urządzić zawody - wygra ten, który wymyśli najbardziej oryginalną psotę. Zaręczam, że pomysłowością chłopcy nie ustępują dzisiejszym nastolatkom:)

Trzecia z czytanych przeze mnie książek tej autorki to "Krysia Bezimienna". Krysią, małą sierotką, o której pochodzeniu nić nie wiadomo opiekuje się królewna Anna Jagiellonka mieszkająca na zamku w Jazdowie (Ujazdowie). Po jej ślubie ze Stefanem Batorym dziewczynka wraz z opiekunką przenosi się do Krakowa i tam bardzo szybko okazuje się, że dziewczynka ma jakichś potężnych wrogów, którzy zrobią wszystko żeby ją zgładzić...

Domańska napisała jeszcze kilka innych powieści, opowiadań i baśni - niestety nie przetrwały one próby czasu i dzisiaj próżno ich szukać na półkach bibliotek czy księgarń.
Jej utwory cechuje ogromna dbałość o realia historyczne i obyczajowe. Ich akcja toczy się w Krakowie, czyli w scenerii doskonale znanej autorce, a opisy wydarzeń historycznych, które umieściła w swoich powieściach są oparte na źródłach historycznych.

No, tośmy sobie powspominali... A kolejny odcinek literackich wspomnień w którąś następną niedzielę się pojawi:)







piątek, 9 września 2011

Zdolne bestie te Kossaki!

Jeśli chodzi o naszą rodzimą historię nie darzę jakoś specjalną sympatią okresu XX-lecia międzywojennego. Natomiast jeśli chodzi o literaturę (szczególnie poezję) i inne dziedziny sztuki to wręcz przeciwnie - lubię Iłłakowiczównę, Dąbrowską, Wierzyńskiego i Dołęgę-Mostowicza, kocham Makuszyńskiego, Tuwima, Gałczyńskiego i  Leśmiana a szczerym uwielbieniem darzę siostry Kossakówny - Marię Pawlikowską-Jasnorzewską oraz Magdalenę Samozwaniec. Szczególnie bliska jest mi ta druga pisarka - mam w domu sporą kolekcję jej książek do których często i chętnie wracam.

W tych dniach udało mi się wreszcie przeczytać ostatnią książkę Magdaleny Samozwaniec (wydana już po śmierci pisarki) a mianowicie "Zalotnicę niebieską", która jest biografią a zarazem zbiorem wielu mniej znanych wierszy oraz korespondencji jej starszej siostry Marii.

Książka opowiada o życiu poetki - od dzieciństwa w krakowskiej Kossakówce, poprzez trzy małżeństwa aż do śmierci w dalekim i obcym Manchesterze. Na kartach biografii spotkać można wielu wybitnych artystów z którymi połączyła Pawlikowską przyjaźń bądź tylko współpraca artystyczna, wspominane są również ważne wydarzenia których była świadkiem - tak kulturalne jak i polityczne.
Najwięcej miejsca poświęciła autorka drugiemu małżeństwu Lilki (tak najbliżsi nazywali Marię) z Janem Gwalbertem Pawlikowskim. Związek ten miał ogromny wpływ na twórczość Marii - poznała bowiem Jasia-Gwasia będąc jeszcze żoną Władysława Bzowskiego i początkującą poetką. Magdalena Samozwaniec snuje wspomnienia o tej niezwykle romantycznej i zakazanej miłości, opisuje starania czynione w celu unieważnienia ślubu kościelnego z Bzowskim i wreszcie ukazuje banalny koniec tego uczucia. Emocje towarzyszące tym wszystkim perypetiom uczuciowym zaowocowały najpiękniejszymi wierszami poetki, w których odbiły się kolejne etapy jej związku z Pawlikowskim.

Jeżeli ktoś czytał "Marię i Magdalenę" (recenzja TUTAJ) to z pewnością zauważy sporo powtórzeń - jest to chyba oczywiste, wszak obydwie książki opowiadają o tych samych osobach. Bo chociaż "Zalotnica niebieska" z założenia jest książką o starszej Kossakównie to jednak nie byłoby Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej bez jej najbliższych - siostry Magdaleny, brata Jerzego, matki Marii z Kisielnickich i wreszcie ojca Wojciecha oraz dziadka Juliusza. To największy chyba artystyczny klan w naszej historii (bo doliczyć do niego trzeba jeszcze bratanicę Wojciecha pisarkę Zofię Kossak-Szczucką) a w każdym razie największy jeśli chodzi o Kraków - trzy pokolenia malarzy, poetka, satyryczka i powieściopisarka oraz pisarka historyczna...

Nie pozostaje nic innego tylko powtórzyć za Tadeuszem Boyem-Żeleńskim: "Zdolne bestie te Kossaki!"


piątek, 12 sierpnia 2011

Nowy stos i Kraków w sezonie turystycznym

Mój pan listonosz powinien dostać jakiś dodatek funkcyjny za noszenie moich przesyłek - w tym tygodniu codziennie coś przybywało:)


Udało mi się zrobić zdjęcie plenerowe - na balustradzie balkonu. Oto co i od kogo przywędrowało:

  • "Nie zawrócę" J. Guse - wygrana na blogu Niedopisanie - po przeczytaniu powędruje dalej, więc spodziewajcie się losowania tej książki w niedługim czasie.
  • "Sklepik z niespodzianką. Bogusia" K. Michalak - zakup na Targu z książkami
  • "Afery i skandale Drugiej Rzeczpospolitej" S. Koper - wymiana na LC
  • "Operacja Przystań Charona" J. Du Brul - do recenzji od Kanapy
  • "Snajper. Opowieść komandosa SEAL Team Six" H.E. Wasdin, S. Templin - do recenzji od Znak Litera Nova.
**********************************************************************************

Od kilku tygodni sytuacja (choroba mojej mamy) zmusza mnie do częstego bywania w mieście wojewódzkim Krakowie. Tak się jakoś udawało, że jeździłam tam zawsze z jakąś zmotoryzowaną osobą i omijała mnie przyjemność spaceru przez miasto. Niestety we wtorek szczęście się ode mnie odwróciło i musiałam jechać busem. Sama podróż w porządku, ale kiedy już dotarłam do Krakowa... 
Nie wiem co mi mózg zaćmiło, bo przecież wiem jak wygląda miasto w sezonie turystycznym, dość na tym, że nie tylko udałam się do szpitala "na butach" (nie ma daleko) ale jeszcze jak wzorcowa kretynka ruszyłam Floriańską do Rynku. Ta Floriańska i Rynek były mi potrzebne jak psu piąta noga - spokojnie mogłam przejść Plantami, no ale jak już wlazłam w ten tłum to nie chciało mi się wracać. Kocham gród podwawelski miłością wielką - przez cały rok z wyjątkiem wakacji, kiedy zadeptuje go turystyczna stonka, kiedy co parę metrów napadają na mnie wyszczerzone panienki namawiając na odwiedzenie restauracji, przejażdżkę meleksem dokoła rynku czy darmową konsultację na temat makijażu - ta ostatnia to jakaś ślepota była, bo ja się z zasady nie maluję i widać po moim obliczu, że kosmetyków upiększających nie używam czyli jej gadanie to tylko strata czasu...
Ze szpitala odebrał mnie na szczęście brat więc oszczędziłam sobie drogi do dworca.

Wczoraj, tj. we czwartek znów wybraliśmy się do województwa ale to już wyprawa rodzinna była że tak powiem - bo moje chłopaki też ze mną pojechały. Po zaliczeniu pierwszego punktu programu czyli Szpitala im. J. Dietla udaliśmy się z Młodym na Rynek - trudno, niech dziecko zobaczy jak ma dobrze, że się na wsi w spokoju i ciszy wychowuje... Mieliśmy iść do Mariackiego, ale kolejka do wejścia zdecydowanie nas odstraszyła, przeszliśmy się po Sukiennicach, przysiedliśmy chwilę na fontannie (ale to dosłownie chwilę, bo zapach chloru był nie do wytrzymania), obejrzeliśmy występ klauna i tyle turystyki...
A to kilka zdjęć z wyjazdu:
Fontanna Chlorianka

Klaunów dwóch...

Bańki mydlane z bańkomatu

Bez McDonald'sa wyjazd się nie liczy...

Zakupy w Galerii Krakowskiej - za trzy tygodnie zaczyna się szkoła...

środa, 10 sierpnia 2011

Trzydziestolatka na autostradzie

Staram się nie czytać opinii na temat książek o których wiem, że w najbliższym czasie wpadną w moje ręce. Tak więc z "włóczykijkowymi" recenzjami zapoznaje się dopiero po tym jak sama daną książkę przeczytam. Tak też było w przypadku "Kary" której autorką jest Maja Wolny. Książka trochę poleżała na półce, bo czas był niezbyt sprzyjający lekturze, ale parę dni temu zebrałam sie w sobie, wzięłam książkę w ręce i... po kilku godzinach odłożyłam przeczytaną w całości. Od razu zdradzę, że lektura dostarczyła mi masę pozytywnych wrażeń, pomimo, że książka do szczególnie optymistycznych się nie zalicza...

Bohaterka i zarazem narratorka to Karolina - z urodzenia krakowianka, z wyboru mieszkanka Brukseli, żona wykładowcy uniwersyteckiego Jana i matka kilkuletniej Toni. Książka to właściwie zapis wspomnień i refleksji Karoliny snutych nocą 30 listopada 2006 roku w czasie podróży międzynarodową trasą E4. Data ma swoje znaczenie - ten dzień to 30 urodziny Kary - magiczna data w życiu każdej kobiety, skłaniająca do pewnych podsumowań i rozrachunków z przeszłością.
Kara pochodzi z przeciętnej rodziny, jest jedynaczką. W czasie studiów w ramach programu Erasmus wyjeżdża na półroczne stypendium do Belgii. Jednym z wykładowców jest pochodzący z polsko-belgijskiej rodziny Jan. Już pierwsze zetknięcie profesora i studentki owocuje wzajemną fascynacją, po niedługim czasie Jan i Kara pobierają się a na świat przychodzi Tonia. Mogłoby się wydawać, że to banalna historia jakich wiele - nic bardziej błędnego. Szybko okazuje się, że związek z Janem będzie dla Karoliny pasmem trudów i wyrzeczeń. Powoli poznaje historię jego rodziców, ich toksyczne relacje, oraz destrukcyjny wpływ jaki wywierała i nadal wywiera na Jana jego matka. Teściowa nienawidzi Karoliny i nie kryje się z tym uczuciem. Kara nie ma się za bardzo na kim oprzeć - rodzice są w oddalonym o setki kilometrów Krakowie a Jan nieoczekiwanie zapada na zdrowiu...

Tak jak napisałam na początku książka bardzo miło mnie zaskoczyła, tym bardziej, że (jeśli dobrze sprawdziłam) jest to literacki debiut autorki. Przemyślana i spójna historia, prosty język, ciekawie zarysowane postacie bohaterów to niewątpliwie atuty tej książki. Maja Wolny, która jest rówieśniczką swojej bohaterki jest niezwykle wiarygodna - widać, że autorka ma już jakiś bagaż doświadczeń i wie o czym pisze. A Kara to zwykła kobieta jakich wiele mijamy codziennie w swoim życiu i z którą prawie każda z nas kobiet, mających za sobą ową graniczną trzydziestkę może się w mniejszym lub większym stopniu identyfikować, nie ważne czy  będziemy żyć w Brukseli, Krakowie czy Pcimiu Dolnym.

Czy książka powinna dalej wędrować? Moim zdaniem tak, bo to materiał do wielu poważnych przemyśleń - również nad sobą. 

I tylko na marginesie chciałam się podzielić pewną moją obserwacją. Kiedy już przeczytałam książkę i napisałam sobie szkic tej recenzji to zerknęłam na opinie innych blogerów i zauważyłam pewną prawidłowość - osoby młodsze były bardziej krytyczne wobec książki w ogóle a głównej bohaterki w szczególe natomiast te "mniej młodsze" mają zdanie podobne do mojego. I taki mi się wniosek nasunął, że to jedna z tych książek, których się nie doceni nie mając pewnego bagażu życiowych doświadczeń...

Książka przeczytana w ramach akcji "Włóczykijka" 
przekazana przez Wydawnictwo Prószyński i S-ka

piątek, 8 lipca 2011

Tego wampira mogłabym polubić:)

Kiedy ktoś pytał mnie o preferencje czytelnicze to do tej pory najczęściej odpowiadałam, że czytam właściwie wszystko oprócz książek o wampirach. Jedynym przedstawicielem "nieumarłych", który zyskał sobie moją sympatię był Regis - jeden z towarzyszy wiedźmina Geralta.
W tych dniach dołączyła jednak do niego młoda wampirzyca, księżniczka Monika Stiepankovic - jedna z bohaterek cyklu "Kuzynki", którego autorem jest Andrzej Pilipiuk. Ten trzytomowy cykl ("Kuzynki", "Księżniczka", "Dziedziczki") przeczytałam w ramach wakacyjnego oswajania literatury fantastycznej.

Głównych bohaterów jest czworo: Katarzyna Kruszewska młoda pracownica CBŚ, jej wiekowa, bo licząca ponad 400 lat kuzynka Stanisława Kruszewska, wspomniana już serbska księżniczka Monika - 1200-letnia wampirzyca w ciele 16-latki oraz najsławniejszy polski alchemik Michał Sędziwój z Sanoka, odkrywca metody wytwarzania tzw. tynktury czyli substancji zamieniającej ołów w złoto oraz przedłużającej życie - to dzięki niej Michał i Stanisława urodzeni w XVII wieku dożyli do wieku XXI zachowując młody wygląd i siły witalne.

Kasia Kruszewska pracuje przy tajnym projekcie rządowym - wdraża system identyfikacyjny pozwalający odnaleźć każdego człowieka na podstawie zdjęcia. Po godzinach pracy przeszukuje bazy danych prowadząc prywatne śledztwo - w rodzinie Kruszewskich herbu Habdank krąży legenda o pięknej, wiecznie młodej i nieśmiertelnej kuzynce Stanisławie. Śledztwo przynosi efekty - kuzynka odnajduje się w Krakowie, gdzie pracuje jako lektorka języka francuskiego w prywatnym liceum. Katarzynie, zwolnionej w międzyczasie z CBŚ, udaje się zatrudnić w tej samej szkole na stanowisku nauczycielki informatyki. Panie Kruszewskie szybko dochodzą do porozumienia, a Stanisława wyjawia kuzynce sekret swojej długowieczności - co 50 lat zażywa odrobinę tynktury, którą otrzymała od mistrza Sędziwoja. Magiczna substancja jest niestety na wykończeniu i Stanisława przybyła do Krakowa aby odnaleźć Alchemika i poprosić o nowy zapas tynktury.
W tym samym czasie przybywa do grodu pod Wawelem Monika, Serbka uratowana przez polskich żołnierzy w Kosowie. Dziewczyna trafia do Domu Dziecka a w niedługim czasie udaje się jej zostać uczennicą liceum w którym pracują Kruszewskie. Początkowa nieufność szybko zostaje przełamana a wszystkie trzy kobiety zaprzyjaźniają się i wspólnie z odnalezionym w międzyczasie Sędziwojem stawiają czoła różnorakim niebezpieczeństwom - od łowców wampirów, poprzez tajne Bractwo Drugiej Drogi na potworze z ukraińskich legend kończąc.

Książki czyta się lekko, łatwo i przyjemnie. Autor wplata w narrację masę wiadomości na temat życia codziennego w dawnej Polsce, historii alchemii, płatnerstwa, architektury itp. Mogą razić pewne niekonsekwencje, choćby zatrudnienie w szkole nauczycielek bez wyższego wykształcenia pedagogicznego,  ale w końcu to powieść z gatunku fantasy, więc można te potknięcia wybaczyć. Autor stworzył ciekawych i w większości sympatycznych bohaterów - nawet dresiarze budzą raczej uśmiech niż strach. Podoba mi się styl Pilipiuka i jego poczucie humoru - również na swój temat, występuje bowiem w epizodach jako Wielki Grafoman. Pojawia się też na kartach tych książek  jego chyba najsłynniejszy bohater - Jakub Wędrowycz. Być  może są także odniesienia do innych powieści, jednak nie znając ich, nie mogę się wypowiadać.

Generalnie mogę uznać pierwsze spotkanie z pisarstwem Andrzeja Pilipiuka za udane i szczerze polecić innym czytelnikom znajomość z Katarzyną, Stanisławą i Moniką oraz mistrzem Sędziwojem.

niedziela, 20 marca 2011

10 minut od centrum

Z pisarstwem Izabeli Sowy spotkałam się już jakiś czas temu, była to Seria owocowa („Smak świeżych malin”, „Herbatniki z jagodami” i „Cierpkość wiśni”) oraz „Zielone jabłuszko” -  książeczki lekkie, łatwe i przyjemne, które miło mi się czytało ale jakoś specjalnie w pamięć nie zapadły. Kilka miesięcy temu, troszkę z przyczyn około zawodowych, przeczytałam „Agrafkę” książkę o gimnazjalistach dla gimnazjalistów i muszę powiedzieć, że dała mi trochę do myślenia i każdemu nastolatkowi ale i jego rodzicowi poleciłabym jej lekturę bo porusza kilka bardzo ważnych problemów z którymi borykają się dzisiaj młodzi ludzie. No ale nie o tym miało być.
W ramach powstałego w naszej Gminnej Bibliotece Klubu Książki przeczytałam powstały w 2006 roku zbiór opowiadań tej autorki pt. „10 minut od centrum”. Akcja opowiadań toczy się w ciągu jednego lipcowego tygodnia w Krakowie. Jednak nie w tych miejscach które większość z nas zna z wycieczek szkolnych, kolorowych folderów czy ilustracji w podręcznikach historii. Jak sugeruje tytuł są to miejsca oddalone o kilka lub kilkanaście minut jazdy tramwajem lub rowerem centrum miasta. Bohaterowie opowiadań to ludzie urodzeni i żyjący w „nieciekawych” dzielnicach – Nowej Hucie, Podgórzu, Kozłówce czy Dębnikach (bardzo  przepraszam wszystkich krakowian za takie zaszufladkowanie, tym bardziej, że sama przez kilka lat na krakowskich Dębnikach mieszkałam i bardzo miło ten okres wspominam).  Te tytułowe 10 minut to nie tylko odległość geograficzno-czasowa to również, a może nawet przede wszystkim odległość mentalna pomiędzy mieszkańcami obrzeży miasta, egzystującymi w anonimowych blokowiskach, nie mającymi większych szans na jakiś ogromny sukces zawodowy czy spektakularną zmianę w życiu a tymi którym udało się do tego centrum dotrzeć i wygodnie się tam zainstalować.
W czasie lektury po raz kolejny doszłam do wniosku, że nie ma co w życiu szukać sprawiedliwości i że w większości przypadków sukces nie staje się udziałem tych którzy na niego zasługują a także pomimo górnolotnych zapewnień naszego systemu społecznego nie istnieje coś takiego jak równość obywateli. Jeśli ktoś miał nieszczęście znaleźć się na początku swojego życia o te 10 minut od centrum bardzo rzadko zmniejsza te odległość. I nieważne czy z powodu braku talentu czy ambicji, ze strachu czy może z powodu braku wiary we własne siły i ogólnego marazmu i beznadziei.
Ale mam jeszcze jedną refleksję – może to życie z dala od centrum to nic złego? Bo kiedy porównuję bohaterów tej książki – tych z centrum i tych z obrzeży to moja sympatia jest zdecydowanie po stronie tych drugich. Bo może nie mają markowych ciuchów i kosmetyków ani nowocześnie urządzonych apartamentów, jeżdżą tramwajem czy starym maluchem a nie wypasioną terenówką, fascynują ich latynoskie seriale a nie wspólczesne kino irańskie ale kiedy spojrzą w lustro mogą zobaczyć ludzką twarz a nie wypielęgnowaną, zabotoksowaną a przede wszystkim fałszywą bo wykreowaną z pozorów maskę.