Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. WAB. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. WAB. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 maja 2018

Dwie sprawy nadkomisarza Jarosława Patera

I po raz kolejny postanowienie, że będę pisać regularnie wzięło w łeb. Żyję w takim permanentnym niedoczasie, że jak twierdzi pewna bliska mi osoba nawet umrzeć nie zdążę...

Marek Krajewski znany mi był dotąd jako twórca cyklu kryminałów w których główną rolę grał niejaki Eberhard Mock. Gość był policjantem w międzywojennym Wrocławiu (właściwe było by chyba użyc nazwy Breslau) i był postacią dosyć nieprzyjemną. Co dziwne autor tak go wykreował, że pomimo ewidentnych wad facet budził pewną sympatię i kibicowałam jego poczynaniom.
Ale oprócz Mocka Marek Krajewski stworzył jeszcze innych bohaterów, a jednym z nich jest niejaki Jarosław Pater. Współautorem dwóch książek z tymże bohaterem, czyli jest Mariusz Czubaj. Zarówno "Aleja samobójców" jak i "Róże cmentarne" osadzone są we współczesnych realiach, a miejscem akcji jest przede wszystkim Gdańsk oraz kilka innych nadmorskich miejscowości.

Jarosław Pater jest policjantem w stopniu nadkomisarza, mieszka i pracuje w Gdańsku. Z wykształcenia jest polonistą i chociaż w wyuczonym kierunku nie pracuje już od wielu lat bardzo często odzywa się w nim purysta językowy. Ta słabostka oraz raczej antypatyczny charakter nie przysparzają mu sympatii podwładnych, którzy za jego plecami mówią o nim "Antypater". Jego małżeństwo rozpadło się, on sam nie szuka stałego związku, ale kiedy na horyzoncie pojawia się pewna Joanna zaczyna mieć nadzieję  na coś więcej niż przelotny romans.

Tematem "Alei samobójców" jest tajemnicza zbrodnia w domu spokojnej starości "Eden". Pewnego dnia w jednym z pokoi personel odkrywa oskalpowane zwłoki staruszka. Co więcej z instytucji zniknął inny pensjonariusz, specjalista od ran symbolicznych, czyli np. skalpowania... Pater od początku popada w konflikt z dyrektorem placówki, a kiedy śledztwo przejmuje ABW policjant zostaje od niego odsunięty. Postanawia jednak zbadać tę sprawę do końca nawet wbrew swoim przełożonym.

Drugi tom czyli "Róże cmentarne" opowiada o zabójcy - naśladowcy, który jeździ po Polsce i powiela zbrodnie najsłynniejszych seryjnych morderców. Przy swoich ofiarach zostawia wskazówki dla policji, które stanowią zapowiedź kolejnej zbrodni. Wygląda na to, że po Katowicach, Warszawie i Krakowie kolejnym miejscem gdzie się pojawi będzie któraś z nadmorskich miejscowości. 
Pater, który odlicza już dni do policyjnej emerytury i właśnie wybiera się na urlop z Joanną zostaje włączony w skład zespołu próbującego wytropić mordercę - przy okazji trafia na ślady nierozwiązanej sprawy sprzed kilku lat. Sprawy przez którą rozpadło się jego małżeństwo...

Mam trochę mieszane uczucia jeśli chodzi o książki i ich bohatera. Pater to hazardzista (ale to akurat jakoś specjalnie mi nie przeszkadza), poza tym jest wielbicielem klasycznego rocka i piłki nożnej. Akcja "Alei samobójców" toczy się w czasie mistrzostw świata w 2006 roku i sporo w książce jest dywagacji na tematy sportowe, podobnie w "Różach cmentarnych". Gdzieś czytałam, że Marek Krajewski jest fanem futbolu więc pewnie stąd się wzięła ta tematyka - właściwie go rozumiem, ale z przykrością stwierdzam, że dla osoby niezainteresowanej piłką kopaną te akurat "piłkarskie" fragmenty są zwyczajnie nudne i męczące. Wtręty okołomuzyczne już mi mniej przeszkadzały, ale to chyba dlatego, że akurat  ten rodzaj muzyki dosyć lubię.
A już obraz Gdańska zupełnie mi nie podszedł: zakaraluszony i zaśmiecony falowiec w którym mieszka jakaś opętana liczba ludzi to trochę marna wizytówka tego pięknego miasta.

Ogólnie rzecz biorąc wydaje mi się, że autorzy popularnie mówiąc "dali ciała" przy tych książkach. Da się przeczytać, ale szału nie ma. Mock zdecydowanie lepszy.

wtorek, 1 maja 2018

Pokwietniowe remanenty

Druga połowa kwietnia obfitowała w moim życiu w różnego rodzaju przypadki, głównie natury zawodowej. Były oczywiście egzaminy gimnazjalne klas trzecich, były próbne egzaminy klas drugich, rozmaite szkolne i klasowe sprawy, które trzeba było rozwiązać natychmiast, tu i teraz, moje własne dziecię nieodwołalnie weszło w okres "burzy i naporu" i zaczynam mieć wrażenie, że któreś z nas tego nie przeżyje, wreszcie, i to było chyba najważniejsze, ważyły się losy mojej pracy na rok przyszły... 
Na szczęście większość problemów już poza mną, etat (CAŁY!!!) mam, a Piotrek, no cóż najwyżej się go uroczyście wyrzeknę.
Relaks polegał oczywiście na czytaniu, ale już pisać to mi się zupełnie, ale to zupełnie nie chciało. Tak więc majówka (spędzana w domu) upłynie mi chyba na nadrabianiu pisarskich zaległości. Na początek trzy tytuły.



O Małgorzacie Rogali zdarzyło mi się słyszeć jakiś czas temu, natomiast dopiero teraz miałam możliwość zapoznać się z jej książką "Zapłata". Powieść stanowi pierwszy tom kryminalnego cyklu, którego bohaterami jest dwójka policjantów - Agata Górska i Sławek Tomczyk. 

W toalecie warszawskiego klubu zostaje zamordowany syn znanego adwokata. Mariusz Leśniak zginął w bardzo nietypowy sposób - otruty igłami cisa. Dla Agaty to śledztwo nie jest takie jak inne - tym razem w zbrodnię może być zamieszana jej najbliższe przyjaciółka, Justyna Lipiec. Przed laty Leśniak był oskarżony o śmiertelne pobicie narzeczonego Justyny - nigdy nie został skazany, bo sąd nie miał wiarygodnych dowodów. Justyna bardzo przeżyła śmierć Filipa i doskonale zna się na roślinach i ich właściwościach. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy niedługo potem, również otruty ginie Igor Kawecki, przyjaciel Mariusza Leśniaka, podobnie jak on uczestniczący w pobiciu sprzed lat...

"Zapłata" nie jest może typowym kryminałem, chociaż jest zbrodnia a policjanci prowadzą śledztwo. Autorka położyła bowiem największy nacisk na wątpliwości targające Agatą - z jednej strony policjantka chce dobrze wykonać swoją pracę i schwytać zabójcę, z drugiej strony, zwyczajnie i po ludzku uważa, że Leśniaka i Kaweckiego spotkało to na co zasłużyli. Do tego dochodzi jeszcze obawa, że być może to Justyna postanowiła po latach wymierzyć sprawiedliwość - dylemat pomiędzy byciem policjantką a przyjaciółką męczy Agatę, ale wpływa również na Sławka, który musi zadecydować czy odsunąć partnerkę od śledztwa, czy ukryć jej osobiste zaangażowanie i ryzykując własną karierą pomóc jej oczyścić przyjaciółkę.
Tak więc kryminał, ale z dużą dawką powieści psychologicznej.
Dodam jeszcze, że bardzo podoba mi się styl pani Małgorzaty Rogali i jej sposób prowadzenia narracji, a szczególnie poczucie humoru, które jest widoczne w powieści. Sprawa jest bowiem bardzo poważna, ale główni bohaterowie to zwyczajni ludzie, którzy mają swoje wady i zalety, zdarza im się popełniać błędy, ale starają się w miarę możliwości odreagowywać śmiechem napięcie jakie niesie ze sobą ich praca. Czasami najpierw coś robią a dopiero później myślą co prowadzi do zabawnych zdarzeń - jak chociażby historia z nożem do chleba.
O co chodzi? A to już odsyłam do książki...

***************************************************

"Między tęsknotą lata a chłodem zimy" to pierwsza część "Trylogii policyjnej" autorstwa Leifa GW Perssona, szwedzkiego profesora kryminologii, byłego komisarza policji i pisarza. Książka odstała już na mojej półce całkiem sporo czasu (jakoś tak 6-7 lat) i wreszcie sytuacja dojrzała aby ją przeczytać.
"Trylogia policyjna" to praca w której Persson chciał przedstawić własną wersję wydarzeń związanych z nierozwikłaną do dnia dzisiejszego zagadką morderstwa szwedzkiego premiera Olofa Palmego w 1986.
historia rozpoczyna się od tajemniczej śmierci amerykańskiego dziennikarza, który pewnego jesiennego wieczoru wypadł z okna akademika, gdzie od kilkunastu dni zajmował pokój. Wszystko wskazuje na to, że było to samobójstwo, ale kiedy śledczy przyglądają się sprawie bliżej, pojawia się coraz więcej wątpliwości...

Książka była swego czasu bardzo reklamowana i porównywana z trylogią "Millenium" Stiega Larssona i chyba to porównanie stanowiło impuls do zakupu tej pozycji.
Tak więc pewnego kwietniowego wieczoru wzięłam tę całkiem pokaźną cegłę (ponad 600 stron) i zaczęłam czytać. I tak jakoś nie zaiskrzyło...
Pamiętając swoje doświadczenia z "Millenium" (zaskoczyło gdzieś dopiero w połowie pierwszego tomu) drążyłam temat dalej, i dalej, i dalej... No i niestety, przebrnęłam ostatkiem sił do końca i raczej po kolejne tomy nie sięgnę. Nuda i chaos, chaos i nuda, zupełnie nieprzyswajalni bohaterowie - swoją drogą jak na mój gust za dużo ich, bo kilkakrotnie musiałam wracać do już przeczytanego rozdziału, żeby wyłapać kto, z kim i dlaczego?
Czytając tę książkę można odnieść wrażenie, że zdecydowana większość policjantów i agentów tajnych służb (bo oprócz stróżów prawa pojawia się w książce również wywiad) to zdegenerowani alkoholicy o ilorazie inteligencji stułbi szarej, a pozostała reszta to z kolei prawicowi ekstremiści czy wręcz neonaziści.
Książka jest przegadana, mnóstwo w niej opisów i wątków pobocznych, które nie dość, że nic nowego do sprawy nie wnoszą to jeszcze ją gruntownie zaciemniają.

Tak więc z żalem, ale nie polecam.

********************************************************

"Miasto szkła" - trzeci tom trylogii "Dary anioła" Cassandry Clare pochłonęłam w dwa wieczory. Kolejna odsłona opowieści o Nocnych Łowcach nie zawiodła mnie - czytało się świetnie, akcja wciągała, ostateczne rozwiązanie było spektakularne, a stworzone przez autorkę uniwersum nadal potrafi zaskoczyć.

Nocni Łowcy muszą podjąć decyzję co do ewentualnego sojuszu z Podziemnymi (wampiry, wilkołaki, itp.) w zbliżającym się starciu z Valentinem i chociaż niby mają wspólne cele nie jest to wcale takie proste.

Clary i Jace nie mogą być razem ale również nie są w stanie funkcjonować osobno, Simon próbuje sobie radzić ze swoją nową tożsamością - właściwie jest czymś pośrednim między człowiekiem a wampirem (tym bardziej, że z jakiegoś powodu może przebywać na słońcu i z tego powodu zyskał sobie nawet przydomek "Chodzący za dnia"). Alec ma coraz większe kłopoty z ukrywaniem swoich uczuć, Isabelle jest w dalszym ciągu zabójczo piękna i równie zabójczo skuteczna w walce z demonami. A na scenie pojawia się jeszcze jeden tajemniczy bohater imieniem Sebastian...

Brzmi to trochę jak podrzędne romansidło, ale o dziwo nic z tych rzeczy. Są oczywiście wielkie uczucia, ale to co w "Mieście szkła" jest moim zdaniem najważniejsze to fakt dojrzewania głównych bohaterów, zmiany jakie w nich zachodzą, podejmowanie życiowych decyzji i całkiem dorosłe (chociaż według prawa Nocnych Łowców dorosły jest tylko Alec) podejście do życia. Młodzi bohaterowie udowadniają dorosłym, że mają swoje zdanie, potrafią go bronić a w chwili zagrożenia można na nich liczyć.

Początkowo seria miała się kończyć na tym tomie, ale ze względu na jej popularność autorka dopisała jeszcze trzy tomy. Ciekawa jestem co z tego wyszło, bo "Miasto szkła" stanowi całkiem zgrabne zakończenie trylogii i rozwiązuje właściwie wszystkie problemy. Chociaż z drugiej strony jest parę spraw, które można różnie interpretować, więc istnieją całkiem mocne punkty zaczepienia od których można rozpocząć kolejne wątki...

Mam nadzieję szybko się przekonać co będzie dalej.

wtorek, 3 października 2017

Przeczytane we wrześniu

Wrzesień to dla nauczycieli szczególnie trudny czas - początek nowego roku szkolnego generuje tony papierologii (szczególnie teraz, kiedy wdraża się kolejna reforma oświaty...), ogarnięcie starej klasy lub poznanie (jak w moim wypadku) nowej, niekończące się rady, konferencje, komisje. Czas na czytanie znajduje człowiek tylko nocą...
Dzisiaj parę słów o trzech książkach przeczytanych we wrześniowe noce.

Dwa miesiące temu, 2 sierpnia 2017r., zmarła Wanda Chotomska - najpopularniejsza polska autorka pisząca dla dzieci. Nie ma chyba wśród nas kogoś, kto nie znałby przynajmniej kilku jej utworów, bowiem wiersze i proza pani Wandy na stałe zagościły w podręcznikach szkolnych, a ilość publikacji, które ukazywały się od końca lat 50. może budzić podziw.
"Nie mam nic do ukrycia" to wywiad rzeka, który z panią Wandą przeprowadziła w 2007 roku inna pisarka, Barbara Gawryluk.

Książka ma układ chronologiczny - poznajemy naznaczone wojną dzieciństwo i ciężką powojenną młodość, pierwsze dziennikarskie kroki w redakcji "Świata Młodych" oraz początek kariery literackiej. Pisarka wspomina osoby z którymi spotkała się na swojej życiowej i zawodowej drodze - te z pierwszych stron gazet, ale również zwykłych ludzi, rzesze czytelników, tak małoletnich jak i dorosłych. Bo to czytelnicy jej wierszy oraz odbiorcy sztuk telewizyjnych i radiowych słuchowisk byli dla pisarki najważniejsi - to dla nich tworzyła nowe teksty, z nimi spotykała się objeżdżając całą Polskę, dla nich wymyślała osobiste wpisy do książek, kiedy przychodzili z prośbą o autograf.

Nie dane mi było osobiście poznać pani Wandy, chociaż kilka lat temu gościła w naszej gminnej bibliotece. Jednak relacje moich koleżanek uczestniczących w tym spotkaniu są wyjątkowo zgodne - przemiła, ciepła, energiczna osoba. I taka jest też Wanda Chotomska, która mówi do nas z kart tej książki.
Warto przeczytać.

**********************************************************

Pamiętacie Kalinę Radecką? Jej poprzednie przygody opisane są w tomach "I że ci nie odpuszczę" oraz "Kocha, lubi, szpieguje", których autorką jest Joanna Szarańska. Natomiast całkiem niedawno ukazał się trzeci tom przygód tej bohaterki noszący tytuł "Nic dwa razy się nie zdarzy".

Kalina właśnie po raz kolejny przygotowuje się do ślubu. Jednak te przygotowania stanowią zupełną odwrotność tego co działo się kilkanaście miesięcy wcześniej - skromna sukienka, niewielkie przyjęcie dla najbliższych osób, rezygnacja z wieczoru panieńskiego i, co najważniejsze, zupełnie inny pan młody. I kiedy wydaje się, że zły los został odczarowany na Kalinę spada grom z jasnego nieba - po raz drugi jej wymarzony ślub nie dochodzi do skutku... O ile poprzedni narzeczony dopiero w czasie uroczystości okazał się zdrajcą i łobuzem, o tyle ukochany Marek zdecydowanie odniósł poprzeczkę - wcale nie dotarł do kościoła, co więcej przepadł jak kamień w wodę. Zdesperowana Kalina rozpoczyna poszukiwania i nawet znajduje delikwenta w leżącej na obrzeżach miasta willi, jednak on udaje, że jej zupełnie nie zna... Amnezja? Choroba psychiczna? Jeszcze coś innego?

Kalina to taka osoba z którą nie sposób się nudzić. Jej kreatywność nie ma granic, a zwariowane pomysły mogą wbić w kompleksy nawet najbardziej szalonego scenarzystę filmowego. Dom do którego trafia to posiadłość pewnego gangstera o wdzięcznej ksywie "Bazylia" - Kalinka nie ma zupełnie instynktu samozachowawczego, działa impulsywnie i przez cały czas zastanawiałam się ile ten facet jest jeszcze w stanie wytrzymać? Fakt, książka to lekka humorystyczna historyjka z wątkiem kryminalnym, ale główna bohaterka momentami przegina...

Podobnie jak w przypadku dwóch poprzednich tomów serii "Kalina w malinach" tak i ten stanowi doskonałą lekturę na poprawę humoru i odpoczynek po ciężkim pracowitym dniu.

***********************************************************

Gosława Brzózka, uczennica wiejskiej zielarki, którą poznałam w książce Katarzyny Bereniki Miszczuk "Szeptucha"powraca w kolejnym tomie pt. "Noc Kupały".

Młoda adeptka medycyny naturalnej podejmuje bardzo ryzykowną grę - składa bogom obietnicę, której nie zamierza spełnić. Zarówno Świętowit jak i Weles nie dowierzają jednak Gosi i posyłają w jej kierunku mniej lub bardziej zawoalowane groźby oraz swoich demonicznych wysłanników, którzy mają pilnować aby dziewczyna dotrzymała danego słowa. Jakby tego było mało pojawia się jeszcze jedna boska osoba - Mokosz, Matka - Ziemia, która również wie o przeznaczeniu dziewczyny i chce z niego zrobić użytek.
Ale te wszystkie boskie intrygi bledną wobec tego, co przygotowuje dla Gosi Ote, przedwieczna towarzyszka życia Mieszka. Mężczyzna sądzi, że Ote od wielu wieków nie żyje, jednak prawda jest zupełnie inna.
Życiu Gosi zagraża niebezpieczeństwo, tym większe, że tak naprawdę nie wie kto stoi po jej stronie i komu można zaufać.

Katarzyna Berenika Miszczuk prezentuje w "Nocy Kupały kolejną porcję wierzeń, legend i obrzędowości słowiańskiej. Kolejne demony zrzucają ludzką powłokę i Gosia (a my razem z nią) zagłębiamy się w świat naszej rodzimej mitologii.
I uważam, że to właśnie stanowi jedną z ważniejszych wartości tej książki. Już od dziecka poznajemy mitologię grecką i rzymską - zresztą bardzo słusznie, bowiem stanowią one podstawę naszej europejskiej kultury. Ale równocześnie wiemy niewiele lub zgoła nic o naszej rodzimej słowiańskiej religii i tradycji. Dobrze więc byłoby się z nią zapoznać, chociażby czytając tę książkę jak również pozostałe tomy cyklu "Kwiat paproci".
Dobra zabawa gwarantowana, a to że przy okazji się czegoś nowego dowiemy to tylko dodatkowy bonus.

niedziela, 3 września 2017

Lektury na koniec wakacji

Nawet najdłuższe wakacje (w tym roku dzieciaki miały aż 10 tygodni wolnego...) kiedyś się muszą skończyć. Już jutro szkoła ale dzisiaj jeszcze garść lektur z ostatniego tygodnia kanikuły.

Nie wiem jak to jest u małych chłopców, ale pewna jestem, że każda dziewczynka miała w swoim życiu okres fascynacji jakąś gwiazdą szklanego ekranu. Nie inaczej było i ze mną, chociaż mój ideał odbiegał nieco od gustów moich koleżanek, które niemal jak jeden mąż kochały się w Januszu Gajosie, a właściwie to w jego filmowym wcieleniu, czyli Janku Kosie z "Czterech pancernych". Owszem Janek był w porządku (Janusza Gajosa bardzo lubię do dnia dzisiejszego) ale dla mnie takim, jakby to współczesne dziewczyny powiedziały, "mega ciachem" był bohater innego serialu - pułkownik Krzysztof Dowgird czyli Leonard Pietraszak. Serial to oczywiście "Czarne chmury", obejrzałam go po raz pierwszy w wieku sześciu lat, wtedy też zakochałam się na zabój w rzeczonym oficerze i do dzisiaj mi to uczucie nie przeszło.
Trudno się więc dziwić, że z wielkim ukontentowaniem przyjęłam na swoją półkę książkę "Ucho od śledzia", będącą zapisem rozmów jakie z panem Leonardem toczyła dziennikarka Katarzyna Madey.

"Ucho od śledzia" to opowieść o życiu i drodze artystycznej jednego z najbardziej rozpoznawalnych polskich aktorów - od dzieciństwa w ogarniętej wojną Bydgoszczy, poprzez studia w łódzkiej "Filmówce", początki pracy w poznańskich teatrach aż do przeprowadzki do Warszawy i wieloletnich występów na deskach stołecznych teatrów. Bo chociaż rozpoznawalność zawdzięcza Leonard Pietraszak filmowi (wspomniane już "Czarne chmury", "Królowa Bona", "Czterdziestolatek" czy "Vabank", by wymienić te najbardziej znane tytuły) to jednak teatr jest jego wielką miłością i powołaniem. I o teatrze, kolegach aktorach, ulubionych reżyserach może rozmawiać bez końca.
A czym interesuje się poza pracą? Otóż jego hobby to malarstwo współczesne - udało mu się zgromadzić całkiem sporą kolekcję płócien polskich artystów a z wieloma z nich zna się osobiście.
Aktor uchyla też rąbka tajemnicy na temat swojego życia prywatnego, szczerze opowiada o swoim pierwszym nieudanym małżeństwie czy o trudnych relacjach z synem. Przyznaje też, że bywa wybuchowy - zwłaszcza jeśli idzie o pryncypia nie uznaje żadnych kompromisów.

Książkę czyta się wręcz jednym tchem, Leonard Pietraszak jest świetnym gawędziarzem, zna wiele ciekawych anegdot na temat artystycznego światka w którym się obraca i chętnie się nimi dzieli z czytelnikami, wysławia się pięknym językiem, cechuje go takt i wysoka kultura.

I tylko jedno mnie zastanawia - czy on faktycznie jest taki niemal idealny? Bo jeśli tak to moje uczucia do niego jeszcze zyskały na sile.

****************************************************

Nicholas Sparks to jeden z tych autorów, których w normalnych warunkach omijam szerokim łukiem, chociaż zdarzyło mi się przed laty coś ze trzy jego powieści poznać. Tym razem jednak nasz DKK pochylał się nad jego "Najdłuższą drogą", więc aby wziąć udział w dyskusji książkę musiałam przeczytać.

Sophia i Luke poznają się jesienią na imprezie zorganizowanej po rodeo. On jest kowbojem, który wygrał zawody, ona studentką ostatniego roku historii sztuki, którą do udziału w imprezie namówiła współlokatorka z akademika. Na pierwszy rzut oka wszystko ich dzieli - pochodzenie (on chłopak z farmy, ona dziewczyna z miasta), zainteresowania czy plany na przyszłość. Jednak od pierwszej rozmowy widać, że jest między nimi ta przysłowiowa chemia.
Ira Levinson to starszy, zniedołężniały, samotny człowiek. Dziewięć lat wcześniej zmarła jego ukochana żona Ruth a on ciągle nie może się z tym pogodzić. Pewnego lutowego dnia Ira wybiera się do niewielkiego miasta, z którym wiąże się pewne  jego szczególne wspomnienie. Niestety traci panowanie nad kierownicą i wypada z drogi. Unieruchomiony w rozbitym samochodzie, poważnie poraniony starzec nie jest w stanie sam się z niego wydostać - czekając na ratunek lub powolną śmierć snuje wspomnienia o swoim życiu i ogromnej miłości, którą darzył swoją żonę.
Los ma co tej trójki swoje plany...

No więc tak - przeczytałam bez większego bólu, chociaż mojego zdania o twórczości pana Sparksa nie zmieniłam. Nadal uważam, że jest bardzo sprawnym rzemieślnikiem, potrafi wymyślić dosyć ciekawą fabułę, bohaterowie też niczego sobie i tylko jak dla mnie za bardzo to wszystko bajkowe i słodkie - kiedy już się wydaje, że sytuacja jest bez wyjścia to wtedy wkracza na scenę JW Przypadek i wszystko się klaruje jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Dla wielbicielek autora i szczęśliwych zakończeń - jak najbardziej; dla szukających łatwej i przyjemnej lektury po ciężkim dniu również; dla innych - nie mam pojęcia. Najlepiej sprawdzić samodzielnie.

**************************************************

A co by było gdyby Mieszko I (ani również jego następcy) nie przyjął chrztu? Jakby wyglądała nasza współczesność w państwie pogańskim?
Jedna z możliwych alternatywnych rzeczywistości prezentuje Katarzyna Berenika Miszczuk w powieści "Szeptucha" będącej pierwszym tomem cyklu "Kwiat paproci".

Gosława zwana przez najbliższych Gosią kończy właśnie medycynę i wyjeżdża na wieś na roczną praktykę u znachorki czyli szeptuchy - w terenie jest to jedyna pomoc medyczna. Praktyka jest obowiązkowa i dopiero po je zaliczeniu dziewczyna może się starać o pracę w zawodzie. Sęk w tym, że Gosia to typowa "miastowa" - boi się wszelkiej żywizny poczynając od krowy a na mrówkach kończąc, nie uznaje medycyny ludowej a wszelkie schorzenia leczyłaby antybiotykami.
Na szczęście trafia do znachorki, która ma do niej ogromną cierpliwość, ze stoickim spokojem przyjmuje jej kolejne dziwactwa, a wreszcie przekonuje młodą lekarkę, że tradycyjna medycyna wcale nie musi być oszustwem i zabobonem.
Gosia poznaje wiejski świat, a nawet spotyka kogoś, kto wyzwala w niej szybsze bicie serca... 

"Szeptucha" to moje pierwsze spotkanie z pisarstwem Katarzyny Bereniki Miszczuk. Co jest trochę dziwne, bo takie akurat książki dosyć lubię. 
Powieść przeczytałam w dwa wieczory, a objętość ma dosyć pokaźną (414 stron). Jest tu sporo humoru, jest trochę romansu oraz całkiem pokaźna dawka słowiańskiej mitologii. Bowiem chociaż Gosia jest dziewczyną na wskroś nowoczesną, która nie wierzy w żadnych bogów, to ci ostatni nic sobie z tego nie robią i postanawiają ją naocznie przekonać o swoim istnieniu.

Książka świetnie napisana, wciąga od pierwszej kartki i nie wiadomo kiedy człowiek jest już po jej lekturze i od razu chciałby wiedzieć co będzie dalej. Na szczęście drugi tom pt. "Żerca" czeka na nocnej szafce... 




wtorek, 31 maja 2016

Trylogia na maj, czyli prokurator Szacki po raz ostatni

Ostatnie spotkanie z prokuratorem Teodorem Szackim - szkoda, bo chociaż nie należy on do najmilszych bohaterów literackich zdążyłam go polubić...

Po świetnym "Uwikłaniu", jeszcze lepszym "Ziarnie prawdy" przyszła pora na "Gniew" Zygmunta Miłoszewskiego. Jeszcze przed lekturą miałam duże oczekiwania w stosunku do tej powieści, a rozmaite znajome czytelnicze dusze, które już książkę znały, nie szczędziły zachwytów. A teraz po przeczytaniu owego dzieła mam trochę mieszane odczucia. Ale do rzeczy.

Teodor Szacki po raz kolejny zmienia miejsce pracy i zamieszkania - tym razem trafia do Olsztyna, którego to miasta szczerze i serdecznie nie lubi. Nie lubi swojej pracy, nie przepada za zwierzchnikami ani współpracownikami, nawet ze swoją aktualną kobietą nie ma jakichś gorących relacji. Co więcej, razem z nim w Olsztynie wylądowała jego córka, i nawet z nią nie potrafi się porozumieć.

Pewnego dnia zostaje wezwany do, zdawałoby się, rutynowej sprawy - w czasie prac budowlanych natrafiono na szkielet, najprawdopodobniej z czasów II wojny światowej. Przepisy wymagają zawiadomienia prokuratury, więc Szacki udaje się na miejsce budowy. Szybko załatwia papierkową robotę i sądzi, że na tym sprawa się zakończy. 
Tak się nie dzieje - okazuje się, że znalezione kości są znacznie młodsze niż przypuszczano, a ich właściciel jeszcze kilka tygodni wcześniej cieszył się dobrym zdrowiem. 
Jaki był powód jego śmierci, i co ważniejsze, w jaki sposób zginął?
A co gorsza szybko się okazuje, że zabójca może uderzyć po raz kolejny...

Tak jak pisałam na początku miałam co do tej książki duże oczekiwania, które nie do końca się spełniły. Owszem dużo się dzieje, czytelnik jest wciąż zaskakiwany nagłymi zwrotami akcji, językowo jest bez zarzutu, ale bohaterowie... Szackiego się już raczej nie da zepsuć, całkiem nieźle wyszła Miłoszewskiemu Helena Szacka - nastolatka wyrwana z naturalnego środowiska, która z Warszawy musi przenieść się na prowincję, dorastająca "córeczka tatusia" obwiniająca ojca o caałe zło świata tego i trochę podświadomie zazdrosna o jego pracę i to by było na tyle. Reszta jest jakaś płaska, jednowymiarowa, przerysowana - nie wiem, może taki był zamysł autora, ale mnie to nie przekonało.

A już zupełnie rozłożyło mnie zakończenie - nie nie zdradzę co się stało z Szackim na ostatniej stronie, ale nie do końca rozumiem koncepcje pana Miłoszewskiego...

Gdybym miała ustawić kolejne części trylogii o Teodorze Szackim na sportowym podium to zdecydowanie wygrałoby "Ziarno prawdy", drugie miejsce przypadłoby "Uwikłaniu", natomiast "Gniew" zająłby miejsce trzecie.

Co by nie powiedzieć - seria o Szackim autorstwa Zygmunta Miłoszewskiego to literatura godna polecenia.


poniedziałek, 25 stycznia 2016

Morderstwo z historią w tle

W każdej nawet najbardziej niewiarygodnej historii tkwi ziarno prawdy. 
Takie motto przyświeca prokuratorowi Teodorowi Szackiemu, funkcjonariuszowi prokuratury rejonowej w Sandomierzu, bohaterowi książki Zygmunt Miłoszewskiego pt. "Ziarno prawdy". 

Niekwestionowany gwiazdor stołecznego wymiaru sprawiedliwości (o poprzednim śledztwie Szackiego opowiada tom pt. "Uwikłanie") zrywa z przeszłością, rezygnuje z dotychczasowego miejsca pracy i kariery, rozstaje się z żoną i przeprowadza się na prowincję, gdzie w sielskich warunkach przyrody chce rozpocząć nowe życie. Niestety, są to tylko jego pobożne życzenia. Do Sandomierza (skądinąd prześlicznego miasteczka) trafia trochę przez przypadek, nie ma w nim przyjaciół ani nawet bliższych znajomych, szefowej nie lubi, współpracowników również, a sama praca jest nudna...
I oto pewnego marcowego dnia Sandomierzem wstrząsa sensacja - w okolicy starej synagogi zostają znalezione zwłoki Elżbiety Budnik, powszechnie znanej i lubianej działaczki społecznej. Sprawę dostaje Szacki - jako jedyny nie przyjaźnił się z denatką, nawet jej nie znał osobiście. Znalezione zostaje narzędzie zbrodni - oryginalny i bardzo ostry "nóż". Szackiemu udaje się ustalić że znaleziony przedmiot to chalef, nóż służący do rytualnego uboju zwierząt stosowany przez Żydów. 

Aby zrozumieć wagę tego odkrycia trzeba chociaż trochę znać dzieje Sandomierza - od XV do XVIII wieku kilkakrotnie miały tam  miejsce rozruchy antyżydowskie, oskarżano wyznawców judaizmu o bestialskie mordowanie chrześcijańskich dzieci i używanie ich krwi do praktyk religijnych. Na początku XVIII wieku malarz Karol de Prevot namalował do sandomierskiej katedry cykl obrazów przedstawiających dzieje miasta - jeden z nich przedstawia owe morderstwa. Sandomierz dla wielu osób stał się jednym z niechlubnych symboli polskiego antysemityzmu...

Szacki nie wierzy w morderstwo na tle religijnym, nie wierzy również w nieposzlakowaną opinię zamordowanej kobiety i jej męża. Nie ma właściwie żadnego konkretnego motywu i prokurator błądzi po omacku. Jedną z hipotez jest udział Grzegorza Budnika w śmierci żony, ale teza upada, kiedy mężczyzna nagle znika, a wkrótce potem zostają odnalezione jego zwłoki. I po raz kolejny okoliczności morderstwa wskazują na związek z legendą o żydowskich mordach rytualnych... 

Szacki z "Ziarna prawdy" różni się od tego, którego poznałam przy okazji lektury "Uwikłania". Przybyło mu oczywiście parę lat (a dokładnie cztery), ale przede wszystkim pan prokurator zmienił się mentalnie - pozostała mu pewna gburowatość i przekonanie o swojej wyższości nad resztą świata, szczególnie nad prowincjuszami, jednak osamotnienie i brak perspektyw zrobiło swoje. Szacki czuje się stary i niepotrzebny, zaniedbuje się, wplątuje się w romans z młoda dziewczyną, jest zgorzkniały i apatyczny. Sprawa Budnikowej to dla niego ogromna szansa: tak w sensie zawodowym jak i prywatnym - okazuje się, że traktowana z góry współpracowniczka Basia Sobieraj jest całkiem sensowną osobą...

Tłem wydarzeń swojej książki uczynił Zygmunt Miłoszewski nadwiślański Sandomierz. Zdarzyło mi się być w tym mieście dwukrotnie - raz z jakąś wycieczką przeszło 20  lat temu, a po raz drugi w czasie ostatnich wakacji. Z tego pierwszego wyjazdu pamiętam przede wszystkim malowidła w katedrze - zrobiły na mnie ogromne wrażenie i do tej pory nie jestem w stanie pojąć jak takie makabryczne obrazy miały wpłynąć na umocnienie wiary. Mnie w każdym razie kojarzą się niezbyt miło (pomijając już ich mierną wartość artystyczną). Natomiast kiedy byłam tam w sierpniu ubiegłego roku miałam okazję zobaczyć najważniejsze sandomierskie zabytki (przede wszystkim słynne podziemne korytarze), zjeść obiad w "Ciżemce", obejrzeć panoramę miasta z Bramy Opatowskiej i  pospacerować po tym ślicznym miasteczku. Czytając książkę właściwie cały czas łapałam się na tym, że wiem gdzie to jest. Chwała autorowi za taką dokładność - wielbiciele Szackiego mogą bez większego problemu zwiedzać miasto jego śladami.

A tak w ogóle to świetna książka jest ;)

PS. Jest w tej książce jednak jeden, niewielki co prawda ale drażniący, błąd - a jest nim wiek Helci, córki Szackiego. W "Uwikłaniu" (akcja dzieje się w 2005 roku) Helcia chodzi do przedszkola, tu (cztery lata później) ma lat 11. Czyli co? Siedmiolatka w przedszkolu? No nie wiem...

niedziela, 19 kwietnia 2015

Od slamsów Johannesburga do pałacu szwedzkich królów, czyli kolejny bestseller Jonasa Jonassona

O matko sadzonko... Wracam między żywych...
Ewaluacja szczęśliwie już się zakończyła, tzn. najazd na szkołę się skończył, teraz to co sobą zaprezentowaliśmy zostanie przepuszczone przez system i za dwa tygodnie dowiemy się co ów system ma do powiedzenia na nasz temat. No, ale na to, to już całkiem nie mamy wpływu. Swoją drogą jest to z lekka przerażające: komputer ocenia żywego człowieka. Normalnie Matrix.
Nic - zapominamy o rzeczach mało przyjemnych a wracamy do tych milszych, czyli do książek :)

Trzy lata temu czytelnicy w naszym pięknym kraju usłyszeli o niejakim Jonasie Jonassonie, a to za sprawą jego debiutanckiej powieści "Stulatek, który wyskoczył przez okno  i zniknął". Książka niemal natychmiast została okrzyknięta bestsellerem (jedna z nielicznych, które rzeczywiście zasługują na to określenie) a  autor zyskał sobie potężne grono wielbicieli, do którego zalicza się również moja skromna osoba. Możecie więc sobie wyobrazić moją uciechę, kiedy w zapowiedziach wydawniczych na ten rok zobaczyłam kolejną książkę tego szwedzkiego pisarza. I tak oto kilka tygodni temu dotarła do mnie "Analfabetka, która umiała liczyć" i zapewniła mi kilka godzin wspaniałej rozrywki.

Tytułowa analfabetka nazywa się Nombeko Mayeki. Miała potężnego pecha bowiem urodziła się w latach sześćdziesiątych w RPA. Pech był tym większy, że dziewczynka była czarnoskóra. Ojciec był jakimś mitycznym bytem, który rozwiał się zaraz po tym jak obdarzył rodzicielkę Nombeko swoim brzemiennym w skutki zainteresowaniem, a matka zmarła kiedy dziewczynka miała dziesięć lat. Nombeko nigdy nie chodziła do szkoły, a od wczesnego dzieciństwa musiała ciężko pracować. Szybko okazało się, że dziewczynka ma niezwykły talent matematyczny, a kiedy jeszcze udało się jej nauczyć czytać stała się najlepiej wykształconą analfabetką w swojej dzielnicy. Panna Mayeki rozzuchwaliła się do tego stopnia, że postanowiła wybrać się do biblioteki w Pretorii, aby tam poświęcić się czytaniu i poznawaniu świata. Niestety już na samym początku podróży jej pech dał o sobie znać i wpadła pod samochód, a ponieważ udowodniono jej winę (szła chodnikiem, po którym pewien pijany w sztok biały inżynier urządził sobie rajd swoim oplem admirałem) musiała odpracować karę w pewnym bardzo tajnym i odosobnionym obiekcie wojskowym. 
Wypadek zniweczył plany dotarcia do biblioteki w Pretorii (do której Nombeko najprawdopodobniej nawet by nie wpuszczono) ale w dalszej perspektywie pozwolił młodej Murzynce wyrwać się z rodzinnego kraju i dotrzeć aż na północ Europy, spotkać wiele wpływowych osobistości współczesnego świata, wreszcie poznać kogoś, kto stał się dla niej niesłychanie ważny, a kto oficjalnie w ogóle nie istniał...

Jeżeli ktoś czytał poprzednią książkę Jonassona to ma mniej więcej rozeznanie w temacie warsztatu pisarskiego tego autora jak również w jego oryginalnym poczuciu humoru. "Analfabetka" to kolejne dzieło, w którym autor przedstawia absurdalną (chociaż teoretycznie możliwą) historię zwykłych ludzi rzuconych w wir wydarzeń mających decydujący wpływ na losy świata. Nombeko, a my razem z nią, ogląda RPA z czasów apartheidu, uczestniczy w programie jądrowym, rzuca wyzwanie jednemu z najlepszych wywiadów świata, czyli izraelskiemu Mosadowi, wreszcie trafia do Szwecji, kraju szczycącego się tolerancją i poszanowaniem wolności obywatelskich, z których, niestety, nie może w pełni korzystać...
Mocną stroną tej książki są kreacje bohaterów, zwłaszcza drugoplanowych. Jonasson stworzył ich czerpiąc z panujących stereotypów (przy okazji obśmiewając owe stereotypy) dodając każdej z postaci jakieś cechy szczególne. Mamy więc białych obywateli RPA uważających się za coś lepszego tylko i wyłącznie z powodu koloru własnej skóry, mamy chińska rodzinę wykorzystującą w wielce oryginalny sposób prawa popytu i podaży na rynku antyków, mamy wreszcie szwedzkich przeciwników monarchii i anarchistów (swoją drogą trudno być anarchistą w kraju, gdzie bez problemu można protestować przeciwko wszystkim i wszystkiemu). Bohaterowie "Analfabetki" to ludzie różnych profesji, biedni i bogaci, mądrzy i "mądrzy inaczej", sympatyczni i aroganccy. Co ważne, nawet ci, którzy mają do odegrania rolę czarnych charakterów mogą budzić, jeśli nie sympatię, to chociaż uśmiech. Ich uczynki nie są podyktowane złośliwością czy okrucieństwem, ale raczej ograniczeniem umysłowym, żeby nie powiedzieć, że najzwyklejszą głupotą...

Serdecznie zachęcam do poznania historii Nambeko, szczególnie tych, którzy nie znają "Stulatka". Bo jeśli ktoś przeczytał i pokochał pierwszą powieść Jonassona, to jego zachęcać nie trzeba.

niedziela, 5 kwietnia 2015

Co za dużo to nie zdrowo

Jest rok 1956. W Liverpoolu kilku nastolatków zakłada zespół skifflowy pod nazwą "The Quarrymen". Chłopcy grywają gdzie się da - w przypadkowych lokalach, na festynach, na prywatkach, w pubach. Pierwszy płatny występ miał miejsce w klubie "The Cavern" - omal nie stał się przy okazji ostatnim, bowiem, pomimo wyraźnego zakazu właściciela, chłopcy zagrali rockową piosenkę. W 1960 roku zespół zmienia nazwę oraz rodzaj granej muzyki - ostatecznie porzuca skiffle na rzecz rock'a'rolla. Przez kilka lat skład zespołu ewoluuje, aż w końcu w 1962 ustala się ostatecznie: John Lennon, Paul McCartney, George Harrison oraz Ringo Starr czyli "The Beatles". 
Świat ogarnia beatlemania, a rynek muzyczny po obydwu stronach Atlantyku przez kolejne lata zostaje zdominowany przez czwórkę z Liverpoolu.

Tim Riley jest amerykańskim krytykiem muzycznym. W 2011 roku wydana została opracowana przez niego biografia Johna Lennona pt. "Lennon. Człowiek, mit, muzyka", której polska edycja ukazała się kilka tygodni temu.
Monumentalne dzieło (ponad 700 stron) to niezwykle drobiazgowa historia jednego z najważniejszych muzyków XX wieku, wzbogacona o szerokie tło obyczajowe i społeczne. Autor wykonał ogromną pracę rekonstruując niemal dzień po dniu czterdzieści lat życia Lennona. Opierał się oczywiście na bogatym materiale źródłowym, oraz na wspomnieniach osób z otoczenia muzyka - w tekście znajdziemy sporo anegdot o Johnie i jego zespole, analizę jego utworów wreszcie omówienie problemów osobowościowych, które nękały go właściwie od dzieciństwa.

Przyznam się, że kiedy zobaczyłam opasłe tomiszcze to aż westchnęłam z zachwytu - lubię piosenki Beatlesów, podziwiam geniusz kompozytorski tandemu Lennon - McCartney i zwyczajnie byłam ciekawa jak chłopak z robotniczej dzielnicy staje się ikoną kultury i uznawanym autorytetem.
Cała biografia podzielona jest na trzy części, odpowiadające trzem etapom w życiu Lennona - "Przed Beatlesami", "Z Beatlesami" i "Po Beatlesach". Początek lektury nastrajał optymistycznie - historia rodziców Johna, brak stabilizacji, dzieciństwo i młodość spędzona w domu ciotki, pierwsze próby muzyczne, spotkanie z Georgem i Paulem, występy w Hamburgu, wreszcie ostateczne ukształtowanie się zespołu - autor może i dosyć często odchodził od głównego bohatera, ale z drugiej strony to rodzina i środowisko ukształtowały przyszłą gwiazdę.

Jednak im dalej tym było gorzej. W drugiej części Tim Riley poszedł już na całość i biografia jednego człowieka przekształciła się w monografię zespołu, a miejscami w opracowanie dotyczące całej brytyjskiej i amerykańskiej sceny muzycznej lat 60-tych. W takim nawale mniej lub bardziej istotnych informacji Lennon zwyczajnie zginął i bywało, że przedzierałam się przez kilka a nawet kilkanaście stron tekstu zupełnie nie związanych z bohaterem publikacji.
Riley jest krytykiem muzycznym, nic więc dziwnego, że ważna jest dla niego analiza utworów, które wyszły spod ręki Lennona. I nie tylko jego - w książce znajdzie czytelnik również sporo fachowych uwag o kompozycjach McCartneya (co jest jeszcze ewentualnie zrozumiałe) oraz Dylana, Presleya, Beach Boys, Rolling Stones i jeszcze kilku innych (co już nie do końca jest związane z tematem). Tymczasem dla przeciętnego wielbiciela Beatlesów (a do takich się zaliczam) szczegóły techniczne powstawania kompozycji stanowią sprawę drugorzędną, najważniejszy jest tekst i muzyka. Pomijając, że duża część tych wywodów dla laika jest po prostu mało zrozumiała. I tak już do końca, z tą tylko zmianą, ze trzecia część książki zdominowana jest przez Yoko Ono...

Niestety, z przykrością stwierdzam, że mocno mnie ta książka wymęczyła. Myślę, że gdyby ją "odchudzić" o 1/3, wyrzucić fragmenty zupełnie niezwiązane z Lennonem i Beatlesami, a nawet część informacji o zespole (bo pisanie o tym gdzie George jeździł na wakacje to już za dużo szczęścia jak na jeden raz...) to byłoby to z zyskiem dla całej publikacji.

I jeszcze jedno - zupełnie nie wiem komu tę książkę polecić. Bo zagorzały fan raczej nie znajdzie tu nic nowego, a ktoś, kto dopiero chce zasilić grono wielbicieli Johna Lennona i The Beatles może polec przygnieciony tą książkową cegiełką. No chyba, że rozłoży sobie lekturę na kilka miesięcy, a przy czytaniu będzie się wspomagał nieśmiertelną muzyką chłopców z Liverpoolu. Książka podana w ten sposób ma szansę się spodobać.

niedziela, 29 marca 2015

Po spokój i ciszę do irlandzkiej wioski

Część blogerów współpracujących z wydawnictwami ma w zwyczaju dziękować pod recenzją za otrzymane egzemplarze. Ja tego raczej nie robię (od czasu do czasu umieszczam link do strony wydawcy/dystrybutora), bo nie chciałabym, żeby ktoś patrzył na to co tutaj piszę przez pryzmat ewentualnej współpracy recenzenckiej. Jednak dzisiaj złamię tę zasadę i złożę serdeczne podziękowania, tyle, że nie wydawcy a pewnej blogerce (która od jakiegoś czasu zamilkła), od której dowiedziałam się o istnieniu pisarki, o której książce będzie poniżej.
A więc Kasiu Horodyniec - bardzo Ci serdecznie dziękuję, że przy okazji pewnej notki podrzuciłaś mi nazwisko Maeve Binchy. Tylko z tego powodu zwróciłam uwagę na tę książkę...

Stoneybridge to wioska w zachodniej Irlandii, nad samym Atlantykiem. To tutaj w początkach XX wieku państwo Sheedy, najbogatsi ludzie w okolicy, wznieśli piękny kamienny dom. Lata mijały, majątek się rozproszył, a w starym, powoli niszczejącym domu pozostała już ostatnia przedstawicielka rodziny, wiekowa panna Quennie. 
Chicky Ryan zawsze podziwiała usytuowany na wysokim klifie dom. Jej rodzinę, ciężko pracujących farmerów, od państwa Sheedy dzieliła jednak przepaść społeczna wręcz nie do pokonania. Kiedy dziewczyna skończyła 20 lat wyrwała się ze swojej wsi i wyjechała do Nowego Jorku. Przez wiele lat mieszkała za granicą, do rodzinnego domu przyjeżdżając tylko na kilkanaście letnich dni. Wreszcie Chicky postanowiła wrócić na stałe do Stoneybridge. Od panny Queenie odkupiła Kamienny Dom i po gruntownym remoncie otworzyła w nim pensjonat...

Maeve Binchy to zmarła w 2012 roku irlandzka dziennikarka i pisarka, a "Dom nad klifem" to jej ostatnia powieść, która, dzięki wydawnictwu WAB, pojawiła się w księgarniach kilka tygodni temu.

"Dom nad klifem" to historia kilku osób, których los zetknął w tytułowym budynku - Chicky, jej siostrzenica Orla, która zajęła się  gotowaniem i szeroko pojętą komputeryzacją przedsięwzięcia (od zakupów, poprzez księgowość, na promocji kończąc) oraz Rigger (kierowca, manager, dostawca warzyw i ogólnie człowiek do wszystkiego) stanowią zgrany zespół, chociaż początkowo niewiele wskazywało na to, że im się powiedzie. Każde z nich wchodziło w to pensjonatowe przedsięwzięcie z bagażem doświadczeń, z własnymi kłopotami i niezałatwionymi sprawami z przeszłości, wreszcie uważali (przede wszystkim Orla), że to tylko chwilowe zajęcie, przystanek na drodze dalszej kariery.

Kiedy wreszcie Chicky udaje się otworzyć pensjonat czeka ją i jej współpracowników największy egzamin - pierwsi goście... Do pensjonatu przybywa ich dziesięcioro - właściwie wszyscy znajdują się tu trochę przypadkiem - spóźniony samolot, problemy w pracy, nietrafiony prezent od współpracowników, nagroda pocieszenia w prasowym konkursie to tylko część przyczyn, które rzuciły te kilka osób do niewielkiej wioski nad oceanem. Z dal od zgiełku i codzienności będą mieli okazję przemyśleć wiele spraw, czegoś się o sobie dowiedzieć i być może coś zmienić. Goście i pracownicy pensjonatu mogą się nawzajem obdarować czymś bardzo cennym - uwagą, chwilą rozmowy, innym spojrzeniem na bieżące kłopoty. I tylko od nich samych będzie zależało czy z tej możliwości skorzystają.

Powieść czyta się właściwie jednym tchem, chociaż próżno by w niej szukać jakichś dramatycznych i spektakularnych zwrotów akcji. Życie w pensjonacie toczy się w miarę spokojnie, żeby nie powiedzieć jednostajnie. Największym atutem tej książki są kreacje bohaterów - z ich radościami i smutkami, z sukcesami i problemami. Autorka udowadnia, że czasem trzeba bardzo niewiele żeby życie odzyskało sens, a jasne określenie swoich potrzeb pomoże uniknąć nieporozumień i wzajemnych pretensji.

I tak jeszcze na koniec dodam - nie zdarzyło mi się jak na razie odwiedzić Irlandii (ale nie tracę nadziei na tę podróż) chociaż bardzo bym chciała. A opisy miejsc, przyrody, ludzi, ziemi i morza, które serwuje autorka tylko to marzenie o podróży na Zieloną Wyspę umacniają...

niedziela, 11 stycznia 2015

Genialna hochsztaplerka

Jesienią 1845 roku pojawiła się w Paryżu pewna kobieta. Głosiła, że nazywa się Makryna Mieczysławska i była przeoryszą  zlikwidowanego przez władze rosyjskie klasztoru bazylianek w Mińsku. Matka Makryna twierdziła, że za odmowę przyjęcia prawosławia tak ona, jak i pozostałe siostry były przez wiele lat więzione, zmuszane do ciężkiej pracy i torturowane, tak, że większość z nich zmarła w niewoli lub została na stałe okaleczona. Makrynie udało się w końcu uciec z niewoli i dotrzeć do Poznania. Stamtąd już bez większych problemów dotarła do stolicy Francji, gdzie stała się ulubienicą polskiej emigracji, a jej opowieści o mękach przeżytych w obronie wiary poruszyły nie tylko jej rodaków, ale również francuską opinię publiczną. Wkrótce Makryna udała się do Rzymu, gdzie spotkał się z nią papież Grzegorz XVI. Mieczysławska została już w Wiecznym Mieście, stanęła na czele nowo utworzonego zakonu i do końca swych dni (zmarła w 1869 roku) cieszyła się dużą popularnością.
Jeszcze za życia Makryny trafiali się wątpiący w jej historię, tym bardziej, że władze carskie kilkakrotnie starały się przekonać, że jest zwykłą oszustką, a jej opowieści są wyssane z palca. Jednak dopiero kilkadziesiąt lat później, w roku 1923, ks. Jan Urban, w oparciu o liczne źródła historyczne zdemaskował Makrynę Mieczysławską jako oszustkę.

Jacek Dehnel to jeden z popularniejszych współczesnych polskich autorów. W jego dorobku znajdziemy powieści, opowiadania, felietony i utwory poetyckie, a także przekłady (m.in. "Wielkiego Gatsby'ego" F.S. Fitzgeralda). Jego utwory są tłumaczone na wiele języków, a sam autor jest laureatem licznych nagród i wyróżnień przyznawanych za twórczość literacką.
Niestety, moja znajomość twórczości Jacka Dehnela nie jest zbyt imponująca - jak dotąd przeczytałam jedynie "Lalę". Książką byłam zachwycona, więc kiedy nadarzyła się okazja poznać najnowszą powieść, czyli "Matkę Makrynę" nie wahałam się ani chwili.

Narracja prowadzona jest dwutorowo: opowieść Makryny, którą wzruszała Polaków na emigracji przeplata się z "prawdziwą" historią Ireny Wińczowej, kobiety, która podawała się za prześladowaną bazyliankę. 
Od razu powiem, że o Makrynie Mieczysławskiej i jej opowieści słyszałam już wcześniej (w końcu studiowałam historię), chociaż dokładnych szczegółów martyrologii mińskich bazylianek nie znałam. Tak więc ta część książki, chociaż czytana z zainteresowaniem, nie wniosła wiele nowego do mojej wiedzy na temat Makryny (no może poza opisem tortur stosowanych wobec mniszek). O wiele bardziej zainteresowana byłam jej drugim obliczem czyli Wińczową.
Że Irena jest oszustką dowiadujemy się od niej samej niemal na początku powieści. Oto wdowa po rosyjskim oficerze, alkoholiku i brutalu, najprawdopodobniej żydówka, zostaje bez środków do życia. Przypadkiem poznaje siostrę bazyliankę, która po likwidacji swego rodzimego klasztoru zatrzymuje się u wileńskich bernardynek i od niej słyszy co nieco na temat losu członkiń jej zgromadzenia. Kiedy musi opuścić Wilno i wręcz żebrać aby przeżyć, zaczyna się podawać za mniszkę, która cudem uciekła z rosyjskiej kaźni. Jej opowieści wzruszają słuchaczy, otwierają nie tylko serca ale i mieszki, tyle, że prawda szybko wychodzi na jaw. Rzekoma Makryna musi opuścić rodzinne strony, bo im dalej od Wilna i Mińska, tym mniejsza możliwość, że oszustwo wyjdzie na jaw. I tak trafia na paryskie salony...

W powieści Dehnela spotkamy wiele osób znanych z kart naszej historii: począwszy od twórców kultury - Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego, Norwida, poprzez księcia Adama Jerzego Czartoryskiego i jego otoczenie związane z Hotelem Lambert, na księdzu Aleksandrze Jełowieckim i innych duchownych kończąc. Wszyscy oni dali się omotać sprytnej oszustce, co może świadczyć o jej charyzmie i pewnej inteligencji - w jej historię uwierzyli ludzie wykształceni, kulturalni i inteligentni. Owszem, Makryna trafiła ze swoją historią na niezwykle podatny grunt - kilka lat wcześniej upadło powstanie listopadowe, w kraju szerzą się represje, a emigranci starają się przekonać świat o rosyjskim okrucieństwie wobec Polaków, jednak to nie do końca tłumaczy fenomen fałszywej zakonnicy.

Dehnel świetnie kreuje swoją bohaterkę - możemy obserwować jakiej metamorfozie podlega Irena/Makryna od rozpaczy i desperacji, poprzez bezczelne kłamstwo i fałszywą pobożność aż do genialnej mistyfikacji, w którą chyba w końcu sama uwierzyła. Można mieć o niej różne zdanie, można jej współczuć, można się na nią oburzać, ale jednego nie można jej odmówić - niesamowitego wręcz opanowania i żelaznej konsekwencji w budowaniu własnego wizerunku.

Na koniec należy jeszcze wspomnieć o języku powieści. Ponieważ narratorką jest sama Makryna, siłą rzeczy wysławia się w polszczyźnie rodem z XIX wieku a jej wypowiedzi pełne są określeń pochodzących z gwary litewskiej. (Od razu uspokoję, że do tekstu dodany jest słowniczek, więc bez problemu można zrozumieć o co chodzi). 

Jacek Dehnel po raz kolejny udowadnia, że jest mistrzem słowa. A ja po raz kolejny przeczytałam genialną powieść, która wyszła spod jego ręki.
Zdecydowanie polecam. 

sobota, 20 grudnia 2014

Dobre, bo polskie :)

Ostatnio żyje w ciągłym niedoczasie - mam wrażenie, że doba się skurczyła, a ja mam o wiele więcej zajęć niż normalnie... Na szczęście znajduję chwilę na przeczytanie czegoś, aczkolwiek z napisaniem paru zdań o tych lekturach jest znacznie gorzej :(
Dlatego też dzisiejsza notka dotyczyć będzie trzech książek, które przeczytałam w ostatnich tygodniach - na osobne wpisy mogłyby się nie doczekać. A szkoda by było. 
Dwie z tych książek czytałam na okoliczność Dyskusyjnego Klubu Książki, trzecia to ostatni tom cyklu, który zrobił na mnie ogromne wrażenie. Wszystkie trzy książki zostały napisane przez kobiety i jak wskazuje tytuł posta - nasze rodaczki. 

Nie będę ukrywać, że rozmaite literackie nagrody niespecjalnie do mnie przemawiają. Często się bowiem zdarza, że mają jakiś kontekst polityczny, że wyróżniony zostaje ktoś, kogo z jakiegoś powodu należy wyróżnić (chociażby nie miało to zbyt wielkiego umocowania w twórczości), oraz, że zadziałały jakieś układy i układziki. 
Z tego też powodu z pewną rezerwą podchodziłam do książki Joanny Bator pt. "Ciemno prawie noc", za którą to powieść autorka została uhonorowana Nagrodą Literacką Nike 2013. No, ale jedna z członkiń naszego DKK zaproponowała tę powieść jako temat spotkania i trzeba było przeczytać. I dobrze, że zaproponowała, bo przeczytałam fantastyczną książkę :)

Alicja jest dziennikarką w jednym ze stołecznych czasopism. Ma ugruntowaną pozycję zawodową, więc kiedy trafia się ciekawy temat zostaje oddelegowana do Wałbrzycha z misją napisania reportażu o tajemniczym zaginięciu trójki dzieci. Dla Alicji ten wyjazd, oprócz spraw zawodowych, jest ważny z jeszcze innego powodu - Wałbrzych to jej miasto rodzinne, które opuściła wiele lat temu. Teraz wraca i przy okazji zbierania materiałów do reportażu wspomina swoje dzieciństwo, ojca ogarniętego obsesją odnalezienia legendarnego naszyjnika księżnej Daisy, ukrytego ponoć w podziemiach zamku Książ, siostrę Ewę, zaludniającą wyobraźnię kilkulatki duchami i potworami, sąsiada Alberta Kukułkę, z którym łączyła ją swego rodzaju przyjaźń, dzieci i dorosłych, którzy w jakiś sposób byli ważni w jej życiu. Co może wydawać się dziwne w tych wspomnieniach brakuje matki...

Nie byłam nigdy w Wałbrzychu, jednak obraz tego miasta jaki wyłania się z powieści Joanny Bator wcale nie zachęca do odwiedzin. Króluje tu szarość, bieda i beznadzieja, aktualnie podszyte strachem, wrogość do obcych, nawet jeśli mieszkają w mieście od czasów ostatniej wojny (Wałbrzych, podobnie jak inne miasta na Ziemiach Odzyskanych to mieszanka ludności miejscowej i napływowej), brak perspektyw łączy się z bigoterią i czekaniem na cud, który to fakt ktoś potrafi wykorzystać...

Alicja to osoba, która wydaje się być twarda i niezależna (nawet w pracy nazywają ją pancernikiem), jednak to tylko maska pod którą kryje się ogromna wrażliwość, masa kompleksów, brak umiejętności stworzenia stałego związku, tak uczuciowego jak i przyjacielskiego. Może powrót do rodzinnego domu, rozprawienie się z demonami przeszłości pomoże jej zrozumieć i zaakceptować siebie?

Powieść jest niezwykle mroczna, miejscami zahacza o horror, a nawet fantastykę. Dziwne osoby, niepokojące zjawiska, opowieści sięgające lat wojny sprawiają, że czyta się tę książkę z zainteresowaniem. Przy okazji dodam, że pisarka eksperymentuje na języku polskim, wprowadza w narrację zbitki wyrazów, które nie pozostają bez wpływu na odbiór utworu - np.we mnie początkowo budziły niepokój...

Książka ciekawa i warta polecenia, chociaż niekoniecznie na długi, wietrzny i deszczowy wieczór.

************************************

Inną lekturą przeczytaną na okoliczność DKK była "Moja Afryka" Kingi Choszcz. Pięknie wydana w serii Poznaj Świat wydawnictwa Bernardinum, przyciąga oko szatą graficzną i pięknymi kolorowymi zdjęciami z podróży, którą autorka odbyła wzdłuż zachodniego krańca Afryki. Podróży, którą przerwała nagła choroba i śmierć Kingi w Ghanie...

Powiem od razu, że mam co do tej książki, a i jej autorki takoż, mieszane uczucia. Oczywiście podziwiam pasję i konsekwencję w jej urzeczywistnianiu, ale z drugiej strony przeraża mnie niefrasobliwość dojrzałej, trzydziestokilkuletniej kobiety. Kinga Choszcz zapuszcza się samotnie w tereny zamieszkane przez wyznawców islamu (a powszechnie znane są przecież poglądy ortodoksyjnych wyznawców tej religii na temat kobiet i tego co im wolno), a następnie wędruje poprzez ziemie na których toczy się wojna, bądź działają jakieś grupy rebeliantów. Niejednokrotnie postępuje wbrew miejscowym tradycjom, co również może być niebezpieczne. A już szczytem niefrasobliwości jest podróżowanie autostopem - ciągnące się kilometrami pustkowia w towarzystwie przygodnych kierowców raczej nie napawają euforią... Oczywiście nic się nie stało, w ciągu całej podróży tylko raz została okradziona, a zabiła ją podstępna choroba a nie ludzie, jednak jakoś nie mogę wykrzesać w sobie większej sympatii do tej kobiety. A jej rodziców i przyjaciół jest mi zwyczajnie żal - mogę sobie tylko wyobrazić co przeżywali wiedząc, że ich córka i przyjaciółka cały czas jest narażona na niebezpieczeństwo i, gdyby coś złego się stało, nie ma przy niej nikogo, kto podałby pomocną dłoń.

Sama książka to przepisany dziennik, który Kinga prowadziła w czasie podróży, więc sporo tu opisów oczekiwania na kolejny środek transportu, posiłków jedzonych w drodze czy wreszcie sposobów oszukiwania służb celnych, bowiem autorka nie zawsze miała formalne prawo przebywać na terenie kraju, w którym się aktualnie znajdowała. Z tego też powodu są w tej książce miejsca mocno monotonne (żeby nie powiedzieć nudne) - jest rzeczą jasną, że autorka robiła notatki, które w przyszłości mogły się stać punktem wyjścia do napisania ciekawej i fascynującej historii. Wiele wspomnień, wrażeń i przemyśleń Kingi Choszcz przepadło bezpowrotnie...

Książka ogólnie dosyć ciekawa, chociaż bez fajerwerków.

***********************************

Elżbieta Cherezińska to marka sama w sobie. Zyskała sobie liczne grono wielbicieli (do których i ja się zaliczam) i każda jej nowa powieść staje się wydawniczym hitem.
Po raz czwarty dane mi było się spotkać z jej twórczością na okoliczność książki "Trzy młode pieśni", powieści zamykającej cykl "Północna droga". Tym razem głównymi bohaterami stają się przedstawiciele młodego pokolenia - Bjorn i Gudrun, dzieci Sigurn, oraz Ragnar, syn Haldred i Einara.

Wychowani we dworze w Namsen, Bjorn i Ragnar zostają przyjaciółmi, a nawet braćmi krwi, walczą w drużynie jarla Regina, a po jego śmierci wspólnie szukają zemsty na jego mordercy. Gudrun przygotowywana jest do roli żony i matki, jednak jarlówna ma całkiem inny pomysł na życie...

Akcja książki toczy się siłą rzeczy mniej więcej w tym samym czasie co końcówki trzech poprzednich tomów, więc jeśli ktoś je czytał to o wielu wydarzeniach będzie już wiedział. Tym razem jednak spojrzymy na nie z innej strony - nie od dzisiaj wiadomo, że młodzi mają na pewne sprawy całkiem odmienne zdanie niż ich rodzice.
W powieści pojawia się wiele postaci historycznych (znajdzie się nawet polski akcent w postaci córki Mieszka I) i wydarzeń znanych z kart kronik. Razem z bohaterami popłyniemy szlakiem Wikingów, weźmiemy udział w morskiej bitwie, będziemy bronić zamku przed nieprzyjacielskim wojskiem  a wreszcie zobaczymy twierdzę Jomsborg - legendarny zamek nordyckich rycerzy, którzy, jeśli wierzyć sagom byli niezwyciężeni i siali postrach na północnych morzach.

Ponieważ książka jest zakończeniem cyklu pozwolę sobie tutaj na pewne podsumowanie całej "Północnej drogi", bo pomimo, że to jedna całość, to każda z części jest inna. "Saga Sigrun" to historia wręcz romansowa, gdzie piękna dziewczyna wychodzi za swojego wymarzonego księcia i żyją w szczęściu i miłości (niektórzy zarzucają tej książce zbyt dużą dawkę słodyczy) aż ich śmierć nie rozłączy. "Ja jestem Haldred" to powieść o wielkich ambicjach i potężnych uczuciach - tak miłości jak i nienawiści - główna bohaterka to kobieta wyrastająca ponad swoje czasy, która potrafi walczyć o realizację swoich planów w świecie zdominowanym przez mężczyzn. "Pasja według Einara" ukazuje z jednej strony kulisy chrystianizacji północnej Europy, ale jest również swego rodzaju powieścią sensacyjną - Einar jest nie tylko duchownym, ale również "człowiekiem do zadań specjalnych". Wreszcie "Trzy młode pieśni" niosą rozwiązanie kilku wątków z poprzednich części, ale są przede wszystkim baśniową opowieścią opartą na nordyckiej mitologii - pojawiają się bogowie, walkirie a bohaterowie obdarzeni są niemal nadprzyrodzonymi mocami.

Północna droga to wielowątkowa opowieść, którą można porównać do wielobarwnego, lśniącego jedwabiu - w zależności od oświetlenia wygląda inaczej, chociaż cały czas to ten sam kawałek materiału...

Zdecydowanie warto przeczytać :)


czwartek, 9 października 2014

Wszyscy jesteśmy uwikłani...

Ależ ten czas leci. Ani się obejrzałam a tu już prawie połowa października. W szkole roboty wyżej kokardy, bo nie dosyć, że normalne lekcje to jeszcze przygotowania do ślubowania klas pierwszych (w tym mojej IB), w domu też lekko nie ma, a na dodatek moje dziecko to tegoroczny "komunista" więc biegamy na różaniec, poza tym treningi, angielski, odrabianie lekcji i kiedy wreszcie Piotrek idzie spać to ja też, nieelegancko mówiąc, "padam na pysk"... Nawet czytać nie bardzo mi się chce :(
Mam nadzieję, że to chandra i przemęczenie a nie jakaś jesienna deprecha... Ale nie o moim samopoczuciu miało być a o pewnej książce - bo jednakowoż coś tam przeczytałam ;)

Teodor Szacki jest prokuratorem w Sądzie Rejonowym dla Warszawy-Śródmieścia. Zajmuje się głównie przestępstwami kryminalnymi, choć szefowa od czasu do czasu oddelegowuje go do pomocy przy innych sprawach, np. narkotykach. Jego żona Weronika jest prawnikiem w Urzędzie Miasta, a córeczka Helenka uczęszcza do przedszkola. Materialnie powodzi im się średnio, bowiem prokurator Szacki należy do wymierającego gatunku uczciwych prawników, chociaż od czasu do czasu zastanawia się  jaką cenę mają jego zasady.
W sobotni czerwcowy poranek Teodor Szacki zostaje wezwany na miejsce zbrodni. W starym poklasztornym budynku odbywała się kilkudniowa terapia metodą ustawień rodzinnych prowadzona przez znanego psychoterapeutę Cezarego Rudzkiego. Uczestniczyło w niej czworo pacjentów - jeden z nich, Henryk Telak, zostaje zamordowany. Z relacji świadków wynika, że do budynku nikt nie wchodził, więc wszystko wskazuje na to, że zabójcą jest ktoś z uczestników terapii. Tymczasem nikt nie miał motywu - wszyscy (poza terapeutą) poznali denata zaledwie dzień wcześniej. I pewnie śledztwo zakończyłoby się po pewnym czasie umorzeniem, gdyby nie odnaleziony przypadkiem dyktafon ofiary...

"Uwikłanie" to pierwszy tom trylogii Zygmunta Miłoszewskiego, której głównym bohaterem jest prokurator Teodor Szacki. Książka swoją premierę miała w 2007 roku, cztery lata później ukazała sie jej kontynuacja pt. "Ziarno prawdy", natomiast kilka dni temu na półki księgarni trafił kolejny tom pt. "Gniew".

Wspominałam wyżej, że Telak brał udział w specyficznej formie terapii. Jej twórcą był Bert Hellinger, który twierdził, że tak jak dziedziczymy po przodkach cechy wyglądu, zdolności czy choroby o podłożu genetycznym, tak samo przejmujemy po nich wszelkie nierozwiązane sprawy z przeszłości, winy, zbrodnie czy cierpienie. Jesteśmy uwikłani w ten rodzinny układ i dopiero kiedy doprowadzimy do wyjaśnienia wszystkich odziedziczonych konfliktów możemy odzyskać spokój. Terapia polega na tym, że obcy ludzie biorą na siebie role członków rodziny pacjenta,  odczuwają (co najdziwniejsze) ich emocje i ustawiając się w odpowiedni sposób względem chorego pomagają mu w uwolnieniu się od demonów przeszłości. 
Szacki, początkowo sceptyczny wobec tej metody, zaczyna poszukiwać jakichś traumatycznych wydarzeń w przeszłości ofiary. Okazuje się, że ten całkiem przeciętny i nijaki mężczyzna był w przeszłości uwikłany we współpracę ze SB. Ale to tylko jeden z tropów, kiedy wydaje się, że Szacki już rozwiązał sprawę pojawiają się nowe fakty, prokurator trafia na przeszkody nie do ominięcia, a jemu samemu i jego bliskim zaczyna zagrażać realne niebezpieczeństwo.

Jednak tytułowe uwikłanie dotyczy nie tylko zamordowanego mężczyzny. Również Szacki jest uwikłany w przeróżne sytuacje - jego uczucie do Weroniki wypaliło się, czuje się znudzony codziennością, ale z powodu córeczki tkwi w związku, który go coraz bardziej męczy; daje się wciągnąć w romans z młodą dziennikarką, pomimo, że uważa taką sytuację za nieetyczną; w prowadzonych przez siebie sprawach zdarza mu się stawać po stronie oskarżonego (np. kobieta, która zamordowała znęcającego się nad nią i jej córką męża) i działać na pograniczu prawa - przykłady można by mnożyć. Bo przecież każdy z nas, o ile nie jest pustelnikiem żyjącym gdzieś w sercu lasu, tkwi w jakichś układach. Każdy z nas jest uwikłany...

Książka Zygmunta Miłoszewskiego jest dosyć mroczna, a i jej bohater nie jest świetlany. Więcej, pomimo ogłady, kultury, oczytania i niewątpliwej inteligencji Teodor Szacki zrobił na mnie wrażenie gburowatego, zadufanego w sobie, egocentrycznego typa. Trochę przypomina mi innego stróża prawa - Eberharda Mocka, bohatera serii książek Marka Krajewskiego. I, co może wydać się dziwne, podobnie jak Mocka, właściwie go lubię...

Zygmunt Miłoszewski ma niewątpliwie dużą wiedzę kryminologiczną i potrafi ją wykorzystać. Stworzona przez niego powieść wciąga od pierwszej chwili i wręcz nie sposób jej odłożyć. Autor zadbał również o realia - akcja toczy się w czerwcu 2005 roku w Warszawie i bohaterowie żyją tym co wówczas działo się w stolicy (chociażby podejrzenie zamachu bombowego w metrze i korek, który na kilka godzin sparaliżował ruch w mieście). Takie tło powieściowych wydarzeń sprawia, że bohaterowie stają się jeszcze bardziej realni i warci poznania.

Ale się rozpisałam... Kończąc serdecznie zachęcam do sięgnięcia po "Uwikłanie". To bardzo dobra książka.

środa, 23 kwietnia 2014

Przeczytane w busie - część piąta (i jak na razie ostatnia...)

Uff....
Zakończyłam pobieranie nauk i od dwóch tygodni jestem kwalifikowanym nauczycielem przedmiotu o wdzięcznie brzmiącej nazwie "Wychowanie do życia w rodzinie". Skończyły się tym samym moje wyprawy do Krakowa i czytanie w środkach komunikacji zbiorowej. 
Dzisiaj ostatnia porcja moich busowych lektur.

Z radosną twórczością Stephena Clarke'a spotkałam się już jakiś czas temu przy okazji okrzykniętej bestsellerem książki "Merde! Rok w Paryżu". Od razu powiem, że owo dzieło zupełnie nie przypadło mi do gustu, poczucie humoru autora do mnie nie trafiło i nie miałam w planach kolejnego spotkania z tym mieszkającym we Francji angolem. Niestety życie miało nieco inne plany niż ja i w ramach naszego DKK czytałyśmy w ubiegłym miesiącu jego "Paryż na widelcu".
Książka stanowi rodzaj przewodnika po stolicy Francji przeznaczonego dla obcokrajowców - moim zdaniem głównie Anglików chcących na własnej skórze przekonać się jakie z tych Francuzów (ze szczególnym wskazaniem na rodowitych paryżan) gbury i tępaki, a przez to podbudować opinię o własnej kulturze i obyciu.
Książka podzielona jest na rozdziały opowiadające o najważniejszych symbolach stolicy Francji, a więc poczytamy o jedzeniu, modzie, miłości, seksie, kinie i sztuce. Parę stron poświęcił również autor paryskim ulicom, Sekwanie, mieszkaniom i środkom komunikacji (tu głównie o metrze pisał). Clarke stara się puszczać oko do swoich czytelników, ale to taki dowcip na poziomie Jasia Fasoli (którego organicznie wręcz nie znoszę).

Żeby być sprawiedliwym dla książki i jej autora przyznaję, że dowiedziałam się kilku nowych rzeczy o "mieście świateł", ale do wizyty w nim  to dziełko w żaden sposób mnie nie zachęciło...

******************************************************

Elżbieta Cherezińska to jedna z tych osób, które pisząc o historii robią to naprawdę dobrze. Miałam okazję przeczytać dwie pierwsze książki z cyklu "Północna Droga" a teraz przyszła pora na część trzecią czyli "Pasję według Einara".

Główny bohater to jedyne dziecko kapłana i wróżbity Tjostara. Mieszka wraz z ojcem na niewielkiej wysepce Vikna. Swojej prawdziwej matki nie zna, a jej miejsce zajmują coraz to nowe kobiety. Czasy dzieciństwa Einara przypadają na okres panowania króla Haakona Dobrego, który planował wprowadzenie w Norwegii chrześcijaństwa. Niestety większość jarlów, szczególnie na północy, nie chce porzucić starych bogów, a ich ofiarą pada Tjostar, który uważa, że czasy Odyna i Thora już się skończyły, a nowej wiary nie da się uniknąć.
Po śmierci ojca Einar zostaje w tajemnicy wywieziony z kraju i trafia do opactwa benedyktynów w Yorku. Dla potomka Wikingów, przyzwyczajonego do swobody i życia w zgodzie z naturą, zamknięcie w klasztornych murach jest ogromnym szokiem. Życie według benedyktyńskiej reguły "Ora et labora" (módl się i pracuj), brak wolnej chwili dla siebie i zdecydowana wrogość innych podopiecznych zakonu sprawiają, że nie jest mu łatwo - na szczęście zdobywa sobie przyjaźń Oswalda, jednego z oblatów a przy okazji krewnego arcybiskupa Canterbury.
Einar przyjmuje chrześcijaństwo, uczy się w klasztornej szkole, a przełożeni widząc jego inteligencję i gorliwość wciągają go w działalność tajnego bractwa, którego celem jest m.in. chrystianizacja Skandynawii. Po latach jako dorosły mężczyzna wraca do ojczyzny, aby przygotować grunt pod nowe idee...

Postać Einara pojawiła się już w poprzednich tomach - jest krewnym Sigrun, a z Haldred połączyło go gorące uczucie, jednak dopiero teraz mamy możliwość poznać go bliżej i zrozumieć motywy jego postępowania.
Einarowi nie jest łatwo - tragiczny koniec dzieciństwa, dorastanie we wrogim otoczeniu, konieczność ukrywania własnych myśli, pragnień i opinii, postępowanie wbrew wpojonym wcześniej regułom sprawiają, że jest to człowiek wewnętrznie rozdarty. Symboliczny jest też fakt, że pomimo długich i gruntownych przygotowań oraz prawdziwej wiary w Chrystusa przez wiele lat nie udaje mu się przyjąć święceń kapłańskich - zupełnie jakby sam Bóg dawał mu szansę na zawrócenie z drogi. Bo chociaż Einar zdecydowany jest zostać księdzem i nieść słowo boże do swoich rodaków, to równocześnie nie potrafi oderwać się od spraw doczesnych - szczególnie znajomość z Haldred wystawia na próbę jego powołanie.

Przy okazji mam taką refleksję - pierwszy tom czyli "Saga Sigrun" bardzo mi się podobał, choć sama główna bohaterka taka trochę nudnawa była.  Tom drugi czyli "Ja jestem Haldred" był nieco mroczny, pełen namiętności i trzymający w napięciu - po prostu świetny. Tymczasem "Pasja według Einara" jest jeszcze lepsza - niezwykle plastyczna, uczuciowa, pełna pasji i emocji. Przede mną lektura ostatniej książki, zamykających cykl "Trzech młodych pieśni" - aż się boję co będzie...

************************************************

O Annie Szepielak usłyszałam już jakiś czas temu, przy okazji jej debiutanckiej powieści "Zamówienie z Francji", która gościła na kilku odwiedzanych przeze mnie blogach. Tamtej książki nie udało mi się jak dotąd przeczytać, ale ciekawość pozostała i kiedy na bibliotecznej półce zauważyłam "Młyn nad Czarnym Potokiem" tej autorki nie namyślałam się długo...

Główną bohaterką jest Marta - z wykształcenia konserwator zabytków, aktualnie niepracująca mama kilkuletniej Uli, żona Adama i siostra robiącej karierę telewizyjną Grażyny. Marta ma wrażenie, że życie przecieka jej między palcami, męża wiecznie nie ma w domu, dziecko jest chorowite i wymaga ciągłej opieki. Nie przyznaje się do tego, ale trochę zazdrości Grażynie, która może się realizować zawodowo, niestety nawet w Warszawie nie ma zbyt wielu propozycji pracy dla konserwatorów sztuki. Jakby tego wszystkiego było mało okazuje się, że Adam uzyskał bardzo ciekawą ofertę pracy, tyle, że w Londynie, i nie konsultując się z Martą zgodził się wyjechać na kilka miesięcy.
Marta pozostawiona sama sobie w mieście, którego nigdy nie lubiła, z dzieckiem uważającym, że to ona jest odpowiedzialna za wyjazd ukochanego tatusia, bez przyjaciół i znajomych zaczyna popadać w depresję. Na szczęście zbliżają się święta wielkanocne i wyjeżdża do rodziców mieszkających w niewielkim miasteczku nieopodal Nowego Sącza. Tam wpada w wir przygotowań około świątecznych, tym większych, że z wizytą przybywają krewne ze Stanów Zjednoczonych.
W rodzinnym domu Marta ma możliwość spojrzeć z dystansu na swoje życie, pozmieniać pewne sprawy, ustalić priorytety i zacząć żyć na nowo. Przy okazji rodzinnych spotkań odkrywa też, że z jej przodkami wiąże się jakaś mroczna tajemnica...

Książkę czytało mi się bardzo dobrze, Marta i jej problemy mogą być bliskie niejednej czytelniczce. Autorka porusza temat emigracji zarobkowej, frustracji spowodowanej brakiem perspektyw, stresujących warunków życia i pracy w telewizji, niedojrzałych życiowo partnerów, egoistycznego nastawienia do życia - można by jeszcze wiele wymieniać.
Jak dla mnie dosyć ciekawy był wątek pradziadków Marty, właścicieli starego młyna  - niestety potraktowany dosyć pobieżnie. A szkoda...

Jak to we współczesnych powieściach obyczajowych ostatnio bywa znajdziemy w "Młynie" kilka przepisów kulinarnych oraz opisów prac domowych - w końcu Wielkanoc zobowiązuje. I tu naszła mnie taka niewesoła myśl - od jakiegoś czasu mam wrażenie, że dla coraz większej  grupy ludzi symbolem zakończonych dopiero co świąt nie jest przeżycie religijne a umyte okno, nowa firanka, góra jedzenia i wszechogarniające zmęczenie...

**********************************************

Ta książka chodziła za mną już od bardzo dawna - wyjmowana z półki i odkładana z powrotem na jakiś wolniejszy czas (objętość bowiem całkiem pokaźną posiada). No ale wreszcie "Miasto Śniących Książek" Waltera Moersa się doczekało mojej w nim wizyty...

Hildegunst Rzeźbiarz Mitów jest jeszcze młodym, bo zaledwie 77-letnim, smokiem, wielbicielem literatury i początkującym pisarzem. Na polecenie swego literackiego opiekuna opuszcza spokojną i bezpieczną Twierdzę Smoków i udaje się w podróż do Księgogrodu, aby odnaleźć tam nieznanego acz niezwykle utalentowanego pisarza. Niestety jego poszukiwania są nie w smak pewnym zamieszkującym miasto istotom i nasz podróżny zostaje wciągnięty w pułapkę, a następnie wrzucony do księgogrodzkich lochów na pewną i okrutną śmierć.
Podziemia te zamieszkane są przez rozmaite najdziwniejsze stwory, z których najniebezpieczniejszy jest Król Cieni mieszkający w najgłębszej czeluści lochów.
Jednak nie tylko mieszkańcy podziemi stanowią zagrożenie dla Hildegunsta. O wiele realniejsze niebezpieczeństwo grozi mu ze strony łowców książek, bezwzględnych i przebiegłych bandytów poszukujących w podziemiach cennych woluminów, które odsprzedają z zyskiem antykwariuszom. Łowcy konkurują między sobą, nierzadko walczą na śmierć i życie, jednak kiedy zachodzi taka potrzeba jednoczą się przeciwko wspólnemu wrogowi.
Ach, i jeszcze jedno niebezpieczeństwo czyha na naiwnego wielbiciela literatury - niektóre książki, które zalegają podziemia mają niezwykle krwiożercze usposobienie...

To książka niezwykła - trochę baśń, trochę powieść sensacyjno-przygodowa, trochę fantastyka i trochę... powieść psychologiczna. Trudno ją zakwalifikować do jakiegoś jednego, konkretnego gatunku. Akcja toczy się leniwie, by w pewnym momencie gwałtownie przyspieszyć i przez chwilę gnać na złamanie karku, a za moment znów się uspokoić. Autor bawi się z czytelnikiem w rozmaite literackie gry - nazwiska części bohaterów to anagramy nazwisk wielkich postaci światowej literatury, w camońskich powieściach odszukamy wątki znane z klasyki europejskiej, nawet nie będąc językoznawcą zauważymy "książkowy" źródłosłów wielu określeń.

Każdy wielbiciel literatury powinien poznać tę książkę:)

wtorek, 25 lutego 2014

Przeczytane w busie - część czwarta

W kolejnej czytelniczej zbiorówce zagości powieść obyczajowa, kryminał i sensacja w wersji młodzieżowej.

"Magiczna chwila" Kristin Hannah trafiła do mnie w ramach wędrujących biblionetkowych książek. Zapisałam się na nią trochę bezmyślnie, bo te hamerykańskie arcydzieła literatury kobiecej to trochę nie moja bajka, ale jak już książka do mnie dotarła to wzięłam się za czytanie. 

Julia Cates jest wziętym psychiatrą dziecięcym w Los Angeles. Niestety jedna z jej młodocianych pacjentek zastrzeliła czworo swoich kolegów i popełniła samobójstwo. Pomimo, że sąd nie dopatrzył się winy lekarki, z dnia na dzień traci ona pacjentów i ciężko zapracowaną opinię świetnego fachowca.
Tymczasem w rodzinnych stronach Julii, w niewielkim miasteczku na Alasce dochodzi do niezwykłego wydarzenia - pojawia się tam mała dziewczynka z wilkiem. Dziecko jest dzikie, nie mówi a jego ciało pokryte jest bliznami. Ellie, komendantka miejscowej policji, a prywatnie siostra pechowej pani doktor, przejęta losem dziewczynki zwraca się do Julii z prośbą o pomoc.
Powrót do rodzinnego miasta stanowi dla Julii nie lada wyzwanie, bowiem jej stosunki z siostrą nigdy nie układały się poprawnie, a poza tym wraca w atmosferze skandalu. Z drugiej strony przypadek "dzikiej dziewczynki" stanowi dla niej niesamowite wyzwanie zawodowe, a gdyby udało się ją przywrócić normalnemu społeczeństwu byłby to niewątpliwie ogromny krok do odzyskania dawnej pozycji w świecie medycyny.

Autorka wykorzystała w swojej powieści całą masę sprawdzonych chwytów - nieszczęśliwe dziecko, lekarka po przejściach, siostrzany konflikt, którego korzenie tkwią w dawnych latach, skrywane uczucie do przyjaciółki z dzieciństwa, przystojniak z tajemniczą przeszłością i jeszcze kilka innych, które sprawiają, że całe tłumy czytelniczek wzruszają się do łez, a powieść zostaje okrzyknięta bestsellerem.
Na szczęście oszczędziła nam Kristin Hannah rozwiązań w stylu hollywoodzkiej superprodukcji, gdzie wszystko się cudownie rozwiązuje, a samą książkę czyta się dosyć przyjemnie.

Może ta historia nie jest to arcydziełem, ale powinna się sprawdzić w ramach relaksu po długim, ciężkim dniu...

************************************************

Komisarz Richard Jury, główny bohater cyklu kryminałów Marthy Grimes stał się już jednym z moich ulubionych stróżów prawa. Dzięki Viv po raz kolejny miałam możliwość obserwować go przy pracy - tym razem los (i wredny przełożony) rzucił go na wrzosowiska Yorkshire.

W nadmorskiej miejscowości Rackmoor zamordowana zostaje Gemma Temple, młoda kobieta, która przybyła tu kilka dni wcześniej z Londynu. Jednak jej tożsamość nie jest do końca pewna - niektórzy widzą w niej Dillys March, wychowanicę sir Titusa Creala, która uciekła stąd wiele lat temu.
Morderstwo zostało dokonane przy pomocy jakiegoś bliżej nieokreślonego narzędzia, osoby, które od biedy mogłyby mieć jakiś motyw do popełnienia zbrodni mają również całkiem niezłe alibi, a jakby tego było mało miejscowy szef policji wcale nie jest zadowolony z pomocy londyńskiego kolegi...
Na szczęście dla Jury'ego z wizytą u sir Titusa przebywa Melrose Plant (jakimś cudem udało mu się przyjechać tu bez ciotki Agathy), więc inspektor może liczyć na jego wsparcie.
Również wieczny hipochondryk sierżant Wiggins stoi przy boku swego przełożonego i, ku zdumieniu Jury'ego, zdarza mu się błysnąć dowcipem i intelektem.

Richard Jury przypomina mi czasami Herkulesa Poirot, bo podobnie jak belgijski detektyw rozwiązuje zagadki dzięki szarym komórkom, łączy ze sobą w zgrabną całość zupełnie oderwane wątki i z żelazną logiką dociera do sprawcy przestępstwa. Jest jednak Jury znacznie sympatyczniejszy niż bohater Agathy Christie i, co ważne, zupełnie pozbawiony zarozumialstwa. Więcej - Jury potrafi znaleźć z każdym wspólny język, a także bezinteresownie pomóc, jeżeli komuś dzieje się krzywda.

Kolejna ciekawa i godna polecenia lektura dla każdego wielbiciela kryminałów.

*******************************************************

John Grisham to znany i uznany twórca literatury sensacyjnej, autor takich hitów jak choćby "Klient", "Firma" czy "Raport Pelikana" - nawet jeśli ktoś nie czytał, to pewnie oglądał ich ekranizacje z największymi gwiazdami srebrnego ekranu.
Nie ma się więc co dziwić, że kiedy wśród propozycji lektur DKK znalazło się "Uprowadzenie" jego autorstwa zdecydowałyśmy się na na lekturę tej książki. I nie wiem jak inni, ale ja mam wrażenia mocno mieszane...

Theo Boone ma 13 lat, chodzi do szkoły, odrabia lekcje, grywa w futbol i marzy o tym, żeby w przyszłości zostać prawnikiem. Nie ma sie co dziwić - obydwoje rodzice są prawnikami, rat mamy również, chłopiec niemal mieszka w kancelarii adwokackiej, a każdą wolną chwilę spędza w sądzie.
Pewnej nocy znika jego najbliższa przyjaciółka April i Leo, będący ostatnią osobą, z która dziewczyna rozmawiała, automatycznie znajduje się w centrum zainteresowania policji.
Samo uprowadzenie jest nieco dziwne, porywacze nie żądają okupu, zresztą nawet gdyby żądali to i tak niewiele by pewnie wskórali - rodzina April była biedna, rodzice żyli w separacji i obydwoje nie mieli stałego miejsca zatrudnienia.
Jako, że policja działa nieco opieszale, młodociany detektyw postanawia wziąć sprawę we własne ręce...

Zdaję sobie sprawę, że nie jestem docelowym targetem tej książki, bo jest to pozycja skierowana do młodzieży - ale mimo wszystko potrafię odróżnić książkę ciekawą od nudnej. I niestety "Uprowadzenie" kwalifikuje się do tej drugiej kategorii. Nijaki główny bohater, mało dynamiczna akcja - to moje główne zarzuty wobec tej książki. Nie znam amerykańskich nastolatków, ale za polskich mogę do pewnego stopnia się wypowiedzieć "Szału nie ma":(