Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. PWN. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. PWN. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 listopada 2017

Nie tylko Krystyna Skarbek, czyli polskie "Igły"

Krystyna Skarbek - Giżycka na Zachodzie znana również jako Christine Granville, nazywana często ulubioną agentką Churchilla to jedna z tych postaci naszej historii, które, pomimo swoich niezaprzeczalnych zasług, odeszły w zapomnienie i dzisiaj o ich istnieniu pamiętają jedynie najzagorzalsi pasjonaci drugiej wojny światowej. A szkoda, bo według wielu znawców tematu była jedną z najlepszych (bądź wręcz najlepszą) tajną agentką działającą w czasie wojny.

Krystyna Skarbek nie doczekała się żadnej biografii w języku polskim ale Maria Nurowska w pewien sposób wypełniła tę lukę książką "Miłośnica". Jest to fabularyzowana biografia, oparta na wspomnieniach Włodzimierza Ledóchowskiego oraz na nietłumaczonej na język polski angielskiej biografii "Christine" autorstwa Madeleine Masson, jak również na wspomnieniach ojca autorki, który znał przed wojną hrabiego Jerzego Skarbka, ojca Krystyny.
Główna bohaterka książki to Ewa, polska dziennikarka, która chce napisać książkę o Krystynie i w poszukiwaniu materiałów wyjeżdża do Londynu gdzie pomocą służy jej mieszkający tam Arek - ta dwójka to jedyni fikcyjni bohaterowie opowieści, pozostali to bez wyjątku osoby, które istniały i w różnych okolicznościach stanęły na drodze Krystyny.
Ewa odkrywa kolejne rewelacje na temat bohaterki swojej książki, spotyka się z jej znajomymi, poznaje prywatne i służbowe losy Krystyny, ma wrażenie, że mentalnie się z nią zaprzyjaźnia. Nie zawsze rozumie i akceptuje jej wybory, ale co do jednego ma niezachwianą pewność - Krystyna Skarbek to niezwykła osoba.

"Miłośnica" to dobra książka, pomimo oczywistych wątków fabularnych ma znamiona ciekawej i w miarę wnikliwej biografii (piszę "w miarę" bo mimo wszystko Maria Nurowska historykiem nie jest), moja wiedza o ulubionej agentce Churchilla pogłębiła się i za to jestem autorce wdzięczna.
Nie zmienia to jednak faktu, że Krystyna Skarbek zasłużyła sobie na profesjonalne zbadanie i opisanie swojego życia i poniesionych dla wyższego dobra zasług. I na taką profesjonalną jej biografię czekam.

************************************************************

Przy okazji lektury "Miłośnicy" trafiłam w naszej bibliotece na jeszcze jedną książkę w której postaci Krystyny Skarbek poświęcone jest sporo miejsca. Jest to praca Marka Łuszczyny pt. "Igły. Polskie agentki, które zmieniły historię". 

Autor w swojej książce przedstawił dziesięć Polek, które w czasie drugiej wojny światowej pełniły służbę wywiadowczą po obydwu stronach konfliktu. Albowiem obok świetlanych postaci, które tak jak wspominana już Krystyna Skarbek, Halina Szwarc czy Elżbieta Zawacka z poświęceniem walczyły z okupantem wśród bohaterek książki znalazła Malwina Gerlet, oskarżona przez Brytyjczyków o szpiegostwo na rzecz Niemiec.

Bohaterki książki pochodzą z różnych środowisk, niektóre nawet nie są Polkami z pochodzenia, ale w pewnym momencie swojego życia Polska (bądź jakiś konkretny Polak) stała się dla nich najważniejsza. Różni je właściwie wszystko: pochodzenie, wiek, majątek, wykształcenie ale jedno łączy - odwaga i determinacja potrzebna do wykonania zadania.

Książka napisana jest bardzo ciekawie, autor ma zacięcie gawędziarskie i właściwie w każdym biogramie widać, że podchodzi do swoich bohaterek niezwykle emocjonalnie, chociaż trzyma się prawdy historycznej.

Serdecznie polecam lekturę  tej książki nie tylko pasjonatom II wojny światowej. I tak sobie myślę, że gdyby w szkole na lekcjach historii uczono o Krystynie i innych agentkach to lekcje tego znienawidzonego przez większość uczniów przedmiotu zyskałyby zdecydowanie.

poniedziałek, 14 listopada 2016

Wielkie polskie kino sprzed lat

Corocznie nasza polska kinematografia wzbogaca się o kilkanaście nowych dzieł - dramatów, komedii, filmów artystycznych lub popularnych, niskobudżetowych i superprodukcji. Widzowie mogą wybierać pomiędzy różnymi gatunkami, filmy cieszą się mniejszą lub większą popularnością, ale nawet te, których widownię liczy się w milionach nie mają gwarancji, że staną się produkcjami kultowymi.

Andrzej Klim to dziennikarz, historyk sztuki i archiwista. Współpracował z licznymi czasopismami oraz z telewizją TVN, ma również na swoim koncie kilka książek, m.in. "Życie towarzyskie lat 60.", "Seks, sztuka i alkohol" czy "Jak w kabarecie. Obrazki z życia PRL", Najnowsza jego praca, poświęcona filmowi polskiemu, nosi tytuł "Tak się kręciło. Na planie 10 kultowych filmów PRL".

Owe kultowe obrazy o których można przeczytać w tej książce to "Popiół i diament" Andrzeja Wajdy, "Nóż w wodzie" Romana Polańskiego, "Sami swoi" (cała trylogia) Sylwestra Chęcińskiego, "Rejs" Marka Piwowskiego, "Ziemia obiecana" Andrzeja Wajdy, "Noce i dnie" Jerzego Antczaka, "Miś" Stanisława Barei, "Seksmisja" Juliusza Machulskiego, "Krótki film o zabijaniu" Krzysztofa Kieślowskiego i "Przesłuchanie" Ryszarda Bugajskiego. 
Filmy powstały na przestrzeni trzydziestu lat, różnią się gatunkiem i sposobem kreacji obrazu, reżyserowie i scenarzyści należą do trzech różnych pokoleń, a odtwórcy głównych ról to wielkie gwiazdy, początkujący debiutanci oraz zupełni amatorzy. Nie sposób się właściwie doszukać jakichś cech wspólnych, które mogłyby pomóc w odpowiedzi na pytanie - jak stworzyć filmowe arcydzieło?
Jak to się dzieje, że niektóre filmy idą w zapomnienie a inne, pomimo upływu lat, budzą wciąż niesłabnące zainteresowanie. Co stoi za ich wyjątkowością? Reżyser? Scenariusz? Genialnie obsadzeni aktorzy? A może jeszcze coś innego?

Najprostsza i chyba najbliższa prawdy będzie odpowiedź, ze na wyjątkowość filmu składają się wszystkie wymienione wyżej czynniki. Wizja reżyserska i świetny scenariusz to połowa sukcesu. Jednak od aktorów, ich zaangażowania, emocji, wreszcie warunków fizycznych będzie zależało czy, mówiąc potocznie, widz to kupi. 
I tak jak mówimy o kultowym filmie, tak samo można powiedzieć o kultowej roli. Prosty przykład - czy gdyby w "Przesłuchaniu" zamiast Krystyny Jandy zagrała Joanna Szczepkowska (taki był pierwotny zamiar) czy film odniósłby taki sukces? Nie ujmując nic pani Szczepkowskiej, która jest bardzo dobrą aktorką, to jednak trudno mi ją sobie wyobrazić w roli Toni Dziwisz...

Autor książki prześledził cały cykl powstawania omawianych filmów - od pomysłu, poprzez mniejsze lub większe problemy z akceptacją scenariusza (czasy PRL-u to przecież wszechobecna cenzura), kompletowanie obsady, wreszcie kręcenie zdjęć i montaż na kolaudacji, czyli pierwszym, zamkniętym pokazie kończąc. Rozmawiał "w miarę możliwości, z twórcami i aktorami, oraz z innymi osobami, które w taki czy w inny sposób związane były z powstającymi dziełami. Relacje wzbogacone są anegdotami, wspomnieniami oraz opiniami krytyków. Jeślibym miała wymienić jakieś minusy tej pracy to bardzo skromny materiał fotograficzny - tego typu opracowania aż się proszą o większą ilość fotosów z planu zdjęciowego.

"Tak się kręciło" to ciekawa, dobrze napisana książka, która powinna zainteresować każdego wielbiciela dobrego polskiego kina, jak również wszystkich tych, którzy dopiero zaczynają swoją znajomość z arcydziełami naszej kinematografii. 

środa, 19 października 2016

Sherlock Holmes, sufrażystki i socjeta, czyli Londyn w epoce wiktoriańskiej

28 czerwca 1838 roku mieszkańcy Londynu byli świadkami koronacji Aleksandryny Wiktorii Hanowerskiej, która przeszła do historii jako królowa Wiktoria, jedna z najdłużej panujących władców nie tylko Anglii ale również świata. Kiedy ta szczupła, niebieskooka i brązowowłosa dziewczyna stawała na czele imperium brytyjskiego nikomu pewnie nie przyszła do głowy myśl, że oto rozpoczyna się panowanie, które będzie miało tak wielki wpływ na politykę, kulturę, sztukę oraz stosunki społeczne, że od imienia królowej okres ten zostanie nazwany epoką wiktoriańską, oraz że określenie to na zawsze wejdzie do podręczników. Co więcej epoka wiktoriańska w Wielkiej Brytanii przetrwa nawet śmierć królowej w 1901 roku i będzie trwać jeszcze kilkanaście lat, aż do I wojny światowej.

Krystyna Kaplan to polska dziennikarka, pisarka, reżyserka i plastyczka, która od ponad 30 lat mieszka w Londynie. W 2006 roku ukazała się jej pierwsza książka "Londyn po polsku", sześć lat później "Zdarzyło się w Marienbadzie" a w sierpniu bieżącego roku do księgarń trafiła najnowsza jej praca "Londyn w czasach Sherlocka Holmesa", która stanowi kolejny tom sygnowanej przez PWN serii "Metropolie retro".

Jaki jest Londyn drugiej połowy XIX wieku i początku wieku XX? Cóż, przede wszystkim jest wielkim placem budowy - miasto rozrasta się w ogromnym tempie, buduje się nowe obiekty, wyburza lub unowocześnia stare. Architekci i inżynierowie stosują nowe technologie i materiały budowlane, wykorzystują najnowsze wynalazki, a wszystko po to aby miasto było godne bycia stolicą największego światowego imperium.

Ale miasto to przede wszystkim ludzie. Oczywiście prym wiedzie tzw. socjeta, śmietanka towarzyska, w skład której wchodzi kilkaset arystokratycznych rodów i której członkowie zasiadają w Izbie Lordów oraz zajmują wysokie dworskie stanowiska. Jest to grupa mocno hermetyczna, posiadająca wielowiekowe tradycje określające wszystko co damy lub dżentelmena dotyczy - od zachowania się w czasie audiencji u królowej, poprzez skomplikowane zasady savoir-vivre, na kroju i kolorze sportowego garnituru kończąc.

Niejako na drugim biegunie znajduje się miejska biedota, która stanowi 1/3 mieszkańców Londynu (na przełomie XIX i XX wieku jest to około 2 miliony ludzi) i składa się głównie z robotników fabrycznych i ich rodzin, bezdomnych, żebraków i drobnych przestępców. Sporą ich część stanowią przybysze z angielskich wsi oraz obcokrajowcy, którzy przybywają do miasta w poszukiwaniu pracy i lepszego życia.

Pomiędzy tymi dwiema krańcowymi grupami znajduje się bardzo zróżnicowana ekonomicznie klasa średnia - właściciele fabryk i manufaktur, kupcy, rzemieślnicy, inteligencja, ludzie kultury i sztuki. I to właśnie oni stanowią najważniejszą, najbardziej prężną grupę londyńczyków. I to oni mają największy wpływ na to jak ich miasto się zmienia. 
Bo zmiany, które zachodzą w Londynie w czasach wiktoriańskich dotyczą niemal wszystkich aspektów życia. W mieście działa wielu filantropów starających się poprawić warunki bytowe najuboższych, otwierane są bezpłatne szkoły dla dzieci biedoty aby mogły tam zdobyć podstawowe wykształcenie oraz nauczyć się zawodu. Postępowe środowiska wywierają presję na parlamentarzystach i doprowadzają do zmian prawnych (chociażby zakaz pracy dzieci czy zwrócenie większej uwagi na bezpieczeństwo i zasady higieny w fabrykach) mających polepszyć warunki pracy. 
O swoje prawa walczą kobiety - sufrażystki organizują wiece, odczyty i manifestacje, ale nie wahają się podejmować działań bardziej radykalnych, jak niszczenie dzieł sztuki w muzeach, wybijanie szyb wystawowych czy wreszcie obicie parasolką jakiegoś zażywającego spaceru polityka...

I wreszcie literatura i sztuka - to wtedy Bram Stocker powołuje do życia groźnego Drakulę, Artur Conan Doyle wymyśla Sherlocka Holmesa, George Bernard Shaw pisze pierwsze sztuki a Rudyard Kipling publikuje swoje najbardziej znane dzieło czyli "Księgę dżungli". W Londynie działają liczne teatry, a aktorzy zyskują coraz wyższą pozycję, są przyjmowani w arystokratycznych domach a nawet mają możliwość spotkać się z członkami rodziny królewskiej. W sztukach plastycznych panuje prerafaelizm, na przełomie wieków pojawia się secesja, a coraz większą rolę odgrywa sztuka użytkowa - bogaci londyńczycy chcą mieszkać wygodnie i modnie, wśród artystycznie wykonanych mebli, bibelotów, obić czy tapet.

Autorka przedstawiła bardo ciekawy i malowniczy obraz wiktoriańskiego Londynu. W swojej pracy bardzo często posiłkuje się materiałami źródłowymi - zarówno dokumentami, korespondencją czy artykułami prasowymi, jak również literaturą piękną, powstała w omawianym okresie. Sporo miejsca poświęcone jest sławnym Polakom przebywającym na stałe lub czasowo w mieście. Na kartach książki spotkamy m.in. Helenę Modrzejewską, Fryderyka Chopina, Ignacego Jana Paderewskiego czy Józefa Conrada Korzeniowskiego. Nie ukrywam, że z ogromną przyjemnością czytałam wynurzenia naszych słynnych rodaków na temat zderzenia polskiego gorącego temperamentu z przysłowiową brytyjską flegmą.
Jak każda książka z serii "Metropolie metro" tak i ta zawiera bardzo duży i różnorodny materiał fotograficzny, który świetnie dopełnia tekst książki.

Nie pozostaje mi nic innego, jak serdecznie zachęcić do lektury tej książki, Zdecydowanie warto :) 

poniedziałek, 11 lipca 2016

Wojciech Kossak odbrązowiony

Sama nie wiem jak to się stało, że przy mojej "kossakowskiej pasji" nie zdarzyło mi się przeczytać żadnej konkretnej biografii Wojciecha Kossaka, chociaż wiem, że dawnymi laty coś takiego powstało.
Bardzo mnie więc ucieszyła wiadomość, że nakładem PWN wydana została książka Mai i Jana Łozińskich pt. "Wojciech Kossak. Opowieść biograficzna". Książkę przeczytałam już kilka dni temu i muszę przyznać, że długo zastanawiałam się co o niej napisać...

Bohater opracowania to człowiek niezwykły. Jeden z najbardziej uznanych twórców swojej epoki, znany i rozpoznawany nie tylko w kraju ale i za granicą, nadworny malarz dwóch cesarzy (przez co niektórzy zarzucali mu brak patriotyzmu), współtwórca słynnej "Panoramy Racławickiej", autor niezliczonej ilości portretów i scen obyczajowych (głównie "konnych"). Pochodził z artystycznej krakowskiej rodziny - jego ojciec Juliusz oraz syn Jerzy również byli malarzami, a dwie córki - Maria Pawlikowska-Jasnorzewska oraz Magdalena Samozwaniec parały się literaturą.

Książka, jak na biografię przystało, ma układ chronologiczny, autorzy oparli się w dużej mierze na korespondencji rodziny Kossaków, oraz na wspomnieniach samego Wojciecha, jak również na istniejących już opracowaniach. Doskonałym uzupełnieniem tekstu są liczne fotografie przedstawiające dzieła Wojciecha, jego najbliższych, ludzi z którymi malarz współpracował bądź się przyjaźnił oraz miejsca z którymi był związany.

Jaki był więc Wojciech Kossak? Przede wszystkim ogromnie pracowity i obowiązkowy, nawet w podeszłym wieku. Ciekawy świata, lubił podróżować, chętnie obracał się w gronie arystokracji, był w każdym calu dżentelmenem, zawsze elegancki i szarmancki wobec kobiet.

To jednak tylko jedna strona medalu - Wojciech miał nie tylko zalety, ale również wady - lubił hazard, zdradzał żonę, był snobem i megalomanem. Nie do końca radził sobie w pracy grupowej, co widać było chociażby w czasie prac nad Panoramą Racławicką - kłótnie, konflikty, czy wręcz rękoczyny niejednokrotnie stawiały pod znakiem zapytania terminowe ukończenie dzieła...
No ale wybitnym jednostkom sporo można wybaczyć.

Wydawać by się mogło, że książka powinna spełnić moje oczekiwania - konkretna, bezstronna, oparta na różnorakich źródłach, pokazująca cały życiorys omawianej postaci. Tak, to wszystko prawda, jednak jej lektura jakoś zupełnie mnie nie porwałą - tzn. przeczytałam z zainteresowaniem, ale nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak chociażby czytana przed rokiem "Simona", biografia wnuczki Wojciecha Simony Kossak.
 Mam wrażenie, ze autorzy starali się być tak bardzo bezstronni, że aż stali się obojętni wobec opisywanej postaci.

Jednak jeśli kogoś interesuje ten niezwykły człowiek warto sięgnąć po tę biografię, bo jest wspaniałym źródłem wiedzy na temat losów Wojciecha Kossaka. 


wtorek, 23 lutego 2016

Słaba płeć? Niekoniecznie...

Przez wieki utarło się, że jeśli chodzi o szeroko pojęte prowadzenie interesów i sprawowanie władzy, to jest to domena mężczyzn. Natomiast kobiety mają zajmować się domem i dziećmi, posłusznie spełniać zalecenia ojca, męża, brata czy innego męskiego krewnego, a samodzielnie decydować mogły o tym co będzie na obiad (chociaż i to nie zawsze).
To co napisałam to dosyć duże uproszczenie, ale odpowiadające faktom. Wiek XX, a szczególnie jego druga połowa zmienił układ sił społecznych, kobiety wyszły z cienia mężczyzn i wreszcie mogły pokazać co potrafią. Nasze rodaczki, ze względu na taką a nie inną sytuację polityczno-gospodarczą jaka panowała w kraju po II wojnie, miały trudniej niż ich koleżanki z Niemiec czy Wielkiej Brytanii, ale przecież Polka potrafi!

"Liderki biznesu. Jak zwyciężać i zmieniać świat" to historia trzynastu kobiet, które swoją przygodę z biznesem zaczynały w latach 80. i 90. ubiegłego wieku. Początki nie były łatwe, ale dzisiaj one same, ich dokonania oraz firmy są znane nie tylko w Polsce ale i na świecie.
Bohaterki książki są w różnym wieku, mają różne doświadczenia życiowe i zawodowe, działają w różnych branżach - można by powiedzieć, ze właściwie niewiele je łączy. Nic bardziej mylnego.
Tym co stanowi wspólny punkt w tych autobiografiach (panie bowiem same opowiadają o sobie) jest uparte dążenie do wyznaczonego celu. Nawet jeśli po drodze zdarzy się jakieś niepowodzenie nie należy go traktować w kategorii porażki, ale jako doświadczenie, czyli ma tu zastosowanie stara dobra zasada, że co nas nie zabije to nas wzmocni. Wszystkie bohaterki zgodnie podkreślają, że niezwykle ważny jest ciągły rozwój i gotowość do poznawania nowych rzeczy - nieważne czy to będzie język obcy, podstawy księgowości czy studia podyplomowe z marketingu - każda taka umiejętność jest inwestycją we własną przyszłość. Jeżeli dodamy do tego kilka typowych kobiecych cech, czyli kreatywność, umiejętność negocjowania, zaradność i intuicję to mamy gotowy przepis na kobietę sukcesu.

Przywykło się sądzić, że bogate życie zawodowe przeszkadza w szczęśliwym życiu rodzinnym - fakt, nie jest łatwo, ale przy odrobinie dobrej woli i współpracy można wszystko ze sobą pogodzić. Najważniejsze to nie robić niczego na siłę - jeżeli dzieci i mąż będą mieli do wyboru szczęśliwą i zrealizowaną zawodowo mamę i żonę w pakiecie z dbającą o porządki i obiady panią Jasią lub snującą się po własnoręcznie wypucowanym mieszkaniu niespełnioną i marzącą o zupełnie innym życiu frustratkę to który wariant będzie im bardziej odpowiadał? No właśnie...

"Liderki biznesu" trochę trudno jednoznacznie zakwalifikować jeśli chodzi o gatunek - sięgając po tę książkę miałam nadzieję na pozycję biograficzną. tymczasem (chociaż wątków biograficznych jest tu całkiem sporo) jest to raczej pozycja poradnikowa. Uczciwie muszę przyznać, że poradniki to raczej nie moja bajka, ale akurat ten przeczytało mi się całkiem  przyjemnie, chociaż nie ukrywam, że niektóre panie wypowiadały się jak typowy coach (a tych specjalistów serdecznie nie lubię...).

Ale summa sumarum książka warta polecenia - nie tylko kandydatkom na przyszłe liderki biznesu.



wtorek, 11 sierpnia 2015

Wakacyjne podróże: Stambuł z nadkomisarzem Nevzatem Akmanem

Stambuł - jedno z najstarszych i największych miast świata, największa i najludniejsza metropolia Turcji, wielki ośrodek handlowy i kulturalny. Położony nad cieśniną Bosfor, która oddziela Europę od Azji może się szczycić tym, że jest jednym z dwóch miast na świecie leżących na dwóch różnych kontynentach. (Drugim miastem jest rosyjski Magnitogorsk.) W swej bogatej historii kilkakrotnie zmieniał nazwę, przynależał do różnych organizacji państwowych, przeżywał chwile świetności, ale również zdarzały się w jego dziejach gorsze lata. Jakby nie było - historia i współczesne oblicze Stambułu budzą ciekawość wielu osób, które starają się poznać to niezwykłe miasto.

Ahmet Ümit to jeden z najbardziej znanych współczesnych tureckich pisarzy. debiutował jako poeta, ale szybko okazało się, że gatunkiem który przyniósł mu sławę jest epika, a konkretnie powieści sensacyjno-kryminalne. Jednym z najnowszych jego dzieł jest "Memento dla Stambułu" - monumentalna powieść kryminalna, w której niebagatelną rolę odgrywa historia miasta.

Przed jednym z najważniejszych stambulskich pomników zostają odnalezione zwłoki Necteda Denizela, archeologa i historyka sztuki. Ponieważ w portfelu denata oprócz dokumentów śledczy znaleźli dosyć dużą kwotę pieniędzy trzeba było odrzucić motyw rabunkowy. W jego dłoni znajdowała się niewielka złota moneta - jak się okazało antyczna, na której przedstawiona była podobizna legendarnego założyciela miasta, króla Byzasa.

Śledztwo prowadzi nadkomisarz Nevzat Akman wraz z dwójką swoich podwładnych. Początkowo nie mają zbyt wielkich sukcesów - zabójca profesjonalnie zatarł ślady, nie mogą też ustalić dlaczego znany i szanowany naukowiec stał się ofiara morderstwa. Jednak kiedy nazajutrz zostaje odnalezione kolejne ciało z zabytkową monetą w dłoni, a następnej nocy pojawiają się trzecie zwłoki już wiadomo, że zadziałało prawo serii. Akman i jego współpracownicy rozpoczynają wyścig z czasem. Już nie tylko szukają zabójcy oraz motywu, który łączyłby zamordowanych, ale próbują odgadnąć gdzie szaleniec podrzuci kolejną ofiarę...

Ahmet Ümit stworzył ciekawą intrygę, zbrodnie sypia się jak z rogu obfitości, a śledczy, pomimo wysiłków nie bardzo mogą pochwalić się sukcesami. Sprawdzają kolejne hipotezy, a kiedy już, już mają nadzieję, że wytypowali właściwego podejrzanego okazuje się, że byli w błędzie. W tym miejscu muszę przyznać, ze rozwiązanie zagadki jest niezwykle pomysłowe i konia z rzędem temu, komu uda się ustalić "kto zabił" zanim doczyta o tym w książce
Autor nie oszczędza tureckiego wymiaru sprawiedliwości, w bardzo ciemnych barwach maluje również tamtejszą administrację, gdzie łapówki, szantaż i inne metody zmiękczające oponentów są na porządku dziennym. Zabytkowe budynki ustępują miejsca betonowym architektonicznym potworkom, których właściciele nastawieni są wyłącznie na zysk, świątynie są przekształcane w budynki użyteczności publicznej, a piękno i tajemnica dawnego Stambułu ginie bezpowrotnie.

Chociaż "Memento dla Stambułu" to powieść kryminalna, to niebagatelną rolę odgrywa w niej historia miasta. Zabójca pozostawia swoje ofiary w miejscach związanych z wybitnymi władcami imperiów do których w swoich wielowiekowych dziejach należał Stambuł. Znajdowane przy nich monety, oraz historyczne lokalizacje stają się punktem wyjścia do opowieści na ich temat. Nadkoimsarz Akman jest zafascynowany historią swojego miasta i próbuje przynajmniej część swojej wiedzy przekazać Alemu i Zeynap, swoim młodym podwładnym. Od samego początku w śledztwie pomaga Leyla Barkin, dyrektorka jednego z największych stambulskich muzeów, prywatnie była żona pierwszej ofiary - nic wiec dziwnego, ze również ona dzieli się swoją wiedzą na temat historii miasta.

Tak więc jeśli lubicie ciekawą zagadkę kryminalną, a przy okazji chcielibyście się dowiedzieć czegoś na temat Stambułu/Konstantynopola/Bizancjum to jest to dla was wręcz idealna lektura. 


czwartek, 14 maja 2015

Kobiety wychodzą z cienia

Na tę książkę czekałam z ogromną ciekawością, ale i pewną obawą - rodzina Kossaków to jeden z bardziej interesujących mnie tematów i staram się czytać wszystko co no nich napisano. Szczególnie, że Joanna Jurgała-Jureczka zajęła się kobietami związanymi z tą rodziną, które nierzadko znajdowały się w cieniu swych sławnych mężczyzn. Oczywiście o Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Magdalenie Samozwaniec czy Zofii Kossak-Szczuckiej słyszał prawie każdy, ale już ich matki są postaciami znanymi niewielu osobom.
Tak więc moje oczekiwania były całkiem spore. Czy zostały zaspokojone? I tak, i nie. Ale po kolei.

Bohaterkami książki są oczywiście żony i córki Juliusza, Wojciecha i Tadeusza Kossaków. Oprócz nich autorka umieściła w swojej książce jeszcze teściową Juliusza, czyli Anielę z Kurnatowskich Gałczyńską, oraz jego wnuczkę Jadwigę z Unrugów Witkiewiczową - nie nosiły one co prawda nigdy nazwiska Kossak, ale ich rola w dziejach rodziny była na tyle duża, że miejsce w publikacji jak najbardziej im się należy. 
Jeżeli ktoś ma chociażby niewielkie pojecie o Kossakach to od razu zauważy pewne braki w tym spisie. Chodzi mianowicie o rodzinę Jerzego Kossaka - w książce nie ma nawet krótkiej wzmianki o jego dwóch żonach i córkach. Tak, że to pierwszy poważny mankament jaki zauważyłam w tej publikacji.

Ponieważ "Kobiety Kossaków" nie są opracowaniem ściśle naukowym autorka nie zawsze trzyma się kolejności chronologicznej, pozwala sobie na liczne dygresje oraz nieco gawędziarską stylistykę. Robi to całkiem miłe wrażenie, aczkolwiek jest miejsce gdzie się zupełnie nie sprawdza - w części poświęconej Annie z Kisielnickich Kossakowej. Tak matka jak i babka pani Tadeuszowej Kossakowej nosiły imię Anna, co więcej matka była również z domu Kisielnicka... Tak, że były chwile, że zupełnie nie mogłam się połapać o którą Annę Kisielnicką chodzi - w tym przypadku chronologiczne ujecie tematu wiele by ułatwiło.

Pisząc swoją książkę Joanna Jurgała-Jureczka opierała się na bogatym archiwum dotyczącym rodziny - listach, wspomnieniach oraz opracowaniach naukowych. Zdarzało się, że różne osoby podawały różne daty niektórych wydarzeń, różna też była interpretacja pewnych wydarzeń - to akurat zrozumiałe, więc dobrze, że autorka starała się dotrzeć do różnych źródeł. Jednak pewnym zaskoczeniem był dla mnie fakt, ze na stronie 232 cytowany jest fragment pamiętnika Anieli z Gałczyńskich, a w przypisie stoi, że jest to fragment listu Marii Kossakowej... Tak, wiem, większość czytelników nie zwraca uwagi na przypisy, ale ja mam skrzywienie zawodowe i zwracam. Przy okazji - w tekście też jest błąd, bowiem pani Aniela nazwisko Gałczyńska nosiła po zamążpójściu, a z domu była Kurnatowska.
Jeśli już jesteśmy przy błędach, to rzuciły mi się w oczy dwa poważne błędy rzeczowe.
Pierwszy z nich dotyczy synów Wojciecha i Tadeusza Kossaków. Na stronie 237 możemy przeczytać co następuje: "Z listów Wojciecha Kossaka wynika, że wzięli pod opiekę Jurka, który przeniósł się do nich z Kośmina, żeby pobierać nauki razem z Witoldem. Wojciech traktował go jak syna". Niby się zgadza, ale nie do końca - synem Wojciecha był Jerzy, a z Kośmina na Kossakówkę przyjechał Witold...
Drugi duży błąd znajduje się pod zdjęciem Anny z Kisielnickich Kossakowej. Podpis głosi, że fotografia przedstawia panią Annę przy krośnie. Tymczasem nawet dziecko (sprawdzone na dziesięciolatku) zauważy, że jest to kołowrotek. Urządzenia zdecydowanie nie są do siebie podobne...
Nie było moim zamysłem tropienie pomyłek autorki, jednak te akurat nieścisłości same rzuciły się w oczy. Pozostaje mieć nadzieję, że to tylko wpadki przy pracy i reszta tekstu jest pod względem merytorycznym bez zarzutu.

"Kobiety Kossaków" to pomimo wszystko ksiązka ciekawie napisana, chociaż miejscami (szczególnie jeśli chodzi o rodzinę Wojciecha Kossaka) wtórna w stosunku do "Marii i Magdaleny". Dla mnie najciekawsze były wątki Zofii Kossak (żona Juliusza) oraz jej synowej Anny, żony Tadeusza Kossaka, bo o tych paniach wiedziałam najmniej. I w tym wypadku moja ciekawość została zaspokojona.

Tak więc pomimo mankamentów o których pisałam powyżej warto dać tej książce szansę.



sobota, 6 grudnia 2014

"Ułani, poeci, dżentelmeni" - recenzja + konkurs

Poniżej moja opinia o książce Mai i Jana Łozińskich pt. "Ułani, poeci, dżentelmeni. Męski świat przedwojennej Polski". Dzięki uprzejmości Wydawnictwa PWN mam możliwość obdarować kogoś z Was tą książką. Dlatego też ogłaszam konkurs mikołajkowo - świąteczny :)



Regulamin konkursu:
  1. Konkurs organizuję ja, czyli właścicielka bloga "Lektury wiejskiej nauczycielki"
  2. Sponsorem nagrody jest Dom Wydawniczy PWN.
  3. Nagrodą w konkursie jest egzemplarz książki Mai i Jana Łozińskich "Ułani, poeci, dżentelmeni. Męski świat przedwojennej Polski"
  4. Konkurs trwa od 06.12. do 18.12.2014 r.
  5. Wyniki konkursu zostaną ogłoszone do 21.12.2014 r.
  6. Odpowiedź na pytanie oraz adres mailowy należy zostawić pod tym postem.
  7. Będę wdzięczna za zamieszczenie informacji o konkursie na Waszych blogach, aczkolwiek nie jest to w żadnym razie warunek udziału.
  8. Wybór zwycięzcy będzie zależał ode mnie, będzie więc całkowicie subiektywny.
  9. Ze zwycięzcą skontaktuję się drogą mailową, celem uzyskania danych adresowych potrzebnych do wysyłki książki.
  10. Pytanie konkursowe brzmi: Ułan czy poeta? A może dyplomata, sportsmen lub gwiazda kina? Jaki wzorzec mężczyzny jest ci najbliższy? 
***********************************************


Chociaż współczesne wojsko to przede wszystkim nowoczesne technologie, skomputeryzowany sprzęt i wysoko wykwalifikowana kadra, to jednak wciąż popularna jest w naszym kraju tradycja kawaleryjska. Jak grzyby po deszczu wyrastają kolejne szwadrony będące nowym wcieleniem przedwojennych oddziałów a rekonstrukcje bitew czy pokazy sprawnościowe organizowane przez współczesnych ułanów przyciągają tłumy widzów obojga płci.

Tradycja ułańska, chociaż swoimi korzeniami sięgała okresu Księstwa Warszawskiego, szczególnie rozwinęła się w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Dawni legioniści, którzy po zakończeniu wojny pozostali w szeregach armii, stanowili w wyzwolonym kraju swego rodzaju elitę. Oficer kawalerii był synonimem dżentelmena, wzorem do naśladowania dla mężczyzn i obiektem westchnień dla pań. Do takiego postrzegania ułanów przyczyniły się m.in. surowe zasady postępowania, kodeks honorowy obowiązujący w międzywojennej armii, ale również nietuzinkowa osobowość sporej grupy kawalerzystów...

Jednym z najbardziej znanych ułanów II Rzeczpospolitej był Bolesław Wieniawa-Długoszowski - bliski współpracownik Józefa Piłsudskiego, żołnierz z zamiłowania, dyplomata z konieczności, poeta z usposobienia i dżentelmen w każdym calu. O Wieniawie krążyły po Warszawie (i nie tylko) anegdoty prawdziwe i zmyślone (jak chociażby o jego wjeździe do "Adrii" na koniu), jego powiedzonka weszły na stałe do użytku (np. "Panowie, żarty się skończyły, zaczynają się schody" - wygłoszone we wspomnianej wyżej "Adrii" po szczególnie wesołej nocnej zabawie) a on sam stał się symbolem czasów, w których przyszło mu żyć. Nic więc dziwnego, że Maja i Jan Łozińscy uczynili Wieniawę jednym z najważniejszych bohaterów swojej książki "Ułani, poeci, dżentelmeni. Męski świat przedwojennej Polski". 

Ale nie tylko ułani rozpalali wyobraźnię panów i budzili zachwyt kobiet. W książce Łozińskich możemy przeczytać również o dyplomatach, sportsmenach, gwiazdach filmu i kabaretu. Tekst wzbogacają fragmenty wspomnień. relacji, artykułów prasowych i bardzo bogaty materiał fotograficzny. Znajdziemy tu postacie znane z podręczników szkolnych czy przedwojennych filmów, ale również całą plejadę mniej sławnych, ale równie ciekawych mężczyzn, którzy współtworzyli międzywojenną śmietankę towarzyską.

Niestety, ten idealny świat miał również swoje ciemne strony, odziedziczone po trosze po epoce Polski szlacheckiej. Wśród panów mieniących się dżentelmenami nierzadkie były przypadki nadużywania alkoholu, wszczynania awantur czy przekonania, że jest się ponad prawem. I o tych ciemnych stronach ułańskiej legendy również w książce Łozińskich przeczytamy.

Do książki dołączone są fragmenty międzywojennych poradników dla mężczyzn, z których dowiemy się m.in. jakie normy towarzyskie obowiązywały w miejscach publicznych, jaki strój jest odpowiedni na różne okazje, co można sprezentować kobiecie a nawet jak powinien być urządzony męski gabinet. Czasem aż szkoda, że niektóre z tych zasad nie obowiązują współcześnie...

"Ułani, poeci, dżentelmeni" to książka obowiązkowa dla wszystkich zainteresowanych dwudziestoleciem międzywojennym. Ale myślę, że również ktoś, kto nie przepada za historią, znajdzie w tej książce coś dla siebie, bo w pracy Łozińskich najważniejsi są ludzie, a nie tylko suche fakty i daty. I o tych ludziach potrafią autorzy bardzo ciekawie i wciągająco opowiadać.

Serdecznie polecam :)

środa, 20 sierpnia 2014

O metropolitalności międzywojennej Warszawy

W sygnowanej przez PWN seri wydawniczej "Metropolie retro" ukazały się jak dotąd alumy poświęcone Paryżowi, Berlinowi i Nowemu Jorkowi - miastom z bogatą historią i tradycją, które przez wiele lat miały możliwość rozwijania się, umacniania swojej wyjątkowej pozycji i oddziaływania nie tylko na własnych mieszkańców. To metropolie, które stały się inspiracją dla włodarzy innych miast, które uwieczniali w swych dziełach rozmaici artyści, które za sprawą rozwijających się nowoczesnych środków przekazu stały się znane niemal na całej kuli ziemskiej. 
Kilka miesięcy temu pojawiła się kolejna publikacja w tej serii, której bohaterką tym razem jest nasza stolica -  książka Marii Barbasiewicz pt. "Warszawa. Perła Północy".

Jeśli chodzi o możliwości rozwoju i przekształcania się miasta (chociażby i dużego) w metropolię Warszawa miała o wiele cięższą drogę niż te wspomniane wyżej. Pamiętać należy, że przez ponad 100 lat miasto znajdowało sie pod zaborem rosyjskim, a władzom w żaden sposób nie zależało na jego rozwoju. Tym bardziej, że Warszawa i warszawiacy zawsze byli niepokornego ducha i owym władzom przysparzali wiele kłopotu - wystarczy wspomnieć powstania czy działalność spiskową prowadzoną przez rozmaite organizacje. Wybuch pierwszej wojny niewiele zmienił w sytuacji miasta, tyle, że jeden okupant został zamieniony innym, który postanowił przekształcić Warszawę w twierdzę. Na szczęście lata wojenne szybko minęły, nadeszła upragniona niepodległość i wreszcie nasza stolica mogła, górnolotnie mowiąc, rozwinąć skrzydła. Niestety, jak wiemy, nie na długo...

Książka Marii Barbasiewicz poświęcona jest Warszawie w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Na kartach bogato ilustrowanego albumu snuje autorka opowieść o tym jak miasto się rozbudowywało, unowocześniało i starało się dorównać innym europejskim stolicom. Opowiada również o warunkach życia, pracy i rozrywkach mieszkańców, przywołuje charakterystyczne warszawskie osobistości - zarówno luminarzy nauki i kultury, jak również ludzi interesu (dowiedziałam się na przyklad skąd wzięło się typowe dla stolicy określenie, że "coś jest klawe") czy wreszcie postacie z półświatka. Oprócz ogromnej ilości materiału zdjęciowego zamieściła autorka w swojej pracy sporo tekstów źródłowych - fragmentów pamiętników, artykułów, dokumentów, tekstów piosenek, itp.

To w książce znalazłam, natomiast jest kilka spraw, których mi zabrakło. Po pierwsze nie ma właściwie nic o polityce tamtego okresu - nie żebym była jakąś zagorzałą entuzjastką tejże, ale przecież wiele się w tej dziedzinie działo, chociażby przewrót majowy w 1926 roku, i to oraz inne wydarzenia miały ogromny wpływ na miasto i jego mieszkańców. Bardzo pobieżnie potraktowany został temat kinematografii, chociaż wśród fotografii znajdziemy takie, które przedstawiają ówczesne gwiazdy, natomiast w tekście nie znajdziemy nic na temat Smosarskiej, Mankiewiczówny, Bodo czy Żabczyńskiego, że wymienię tylko te kilka nazwisk. Natomiast jedna z największych gwiazd tamtego okresu, czyli Adolf Dymsza wspomniany został tylko w kontekście współpracy z Mirą Zimińską. Kolejna sprawa to literatura - wydawać by się mogło, że w tamtym czasie działali w Warszawie tylko i wyłącznie skamandryci... Zabrakło mi też jakiegoś szerszego omówienia kwestii żydowskiej - przecież przed wojną był to całkiem spory procent mieszkańców stolicy, natomiast w omawianej tu książce jakoś nie ma to odzwierciedlenia. Również niewiele miejsca poświęca autorka ludziom z biedniejszych warstw społecznych - właściwie to rozumiem, że robotnicy czy inna biedota miejska nie przystają do wizji metropolii, ale prawda jest taka, że stanowili większość jej mieszkańców...

Mam co do tej książki jeszcze jedną uwagę, może nie do końca merytoryczną, ale w moim odczuciu dosyć istotną. Otóż autorka książki to bardziej naukowiec niż pisarka, co przekłada się na styl i sposób pisania. Tak więc czytelnik dostaje do ręki fachowe opracowanie, dobrze udokumentowane i przejrzyste, jednak mało literackie. I tym sposobem album o Warszawie przegrywa zdecydowanie z tym o Paryżu, a nawet i tym o Nowym Jorku. (Na temat Berlina sie nie wypowiadam bo nie czytałam, nie mam go a mąż nie da się namówić na zafundowanie go z jakiejś okazji, bo mają te książki jedną potężną wadę, mianowicie cenę...)

Nie chciałabym jednak, żeby ktoś odniósł wrażenie, że książka mi się nie podobała - wręcz przeciwnie, uważam ją za całkiem udaną, jednak, być może dlatego, że o naszej rodzimej metropolii traktuje, to marzy mi się, żeby była idealna...

czwartek, 16 stycznia 2014

Była ta prohibicja czy jej nie było?

16 stycznia 1920 roku, po zaledwie dwunastogodzinnej debacie, Izba Reprezentantów Kongresu Stanów Zjednoczonych przegłosowała wpisanie do konstytucji kolejnej poprawki, a Senat zatwierdził ją w jeszcze krótszym czasie. Co prawda prezydent Woodrow Wilson skorzystał z prawa veta, ale jego odrzucenie zajęło deputowanym  tylko kilka minut. I tak oto XVIII poprawka stała się faktem dokonanym. 
Czego dotyczyło prawo, które uchwalono w tak niespotykanie szybkim tempie? Otóż XVIII poprawka wprowadzała na terenie całego kraju obowiązkową prohibicję. Od tej pory wypicie drinka groziło bliskim spotkaniem z miejscowym sędzią, gorzelnik mógł trafić na 3 lata do więzienia, a recydywistom zasądzano odpowiednio wyższe wyroki.
Zwolennicy ustawy prohibicyjnej uważali, że jest to najlepszy sposób na utrzymanie obywateli w trzeźwości i odnowę moralną społeczeństwa. Niestety, bardzo szybko mieli się przekonać, że zakazany owoc smakuje najlepiej i Amerykanie zamiast ograniczyć spożycie napojów wyskokowych zaczęli pić na potęgę...

Nowy Jork to kolejna, po Paryżu i Berlinie, stolica, która stała się bohaterką sygnowanej przez PWN serii "Metropolie retro".
Autorką książki "Nowy Jork zbuntowany: Miasto w czasach prohibicji, jazzu i gangsterów" jest Ewa Winnicka - dziennikarka, reporterka, autorka m.in. "Londyńczyków", dwukrotna laureatka Grand Press, jednej z najbardziej prestiżowych nagród w branży dziennikarskiej.

Na początku ubiegłego wieku Nowy Jork jawił się jako miasto sukcesu i wielkich możliwości. Po 1918 roku tysiące emigrantów z wyniszczonej Wielką Wojną Europy wsiadało na statki płynące do Ameryki aby tam szukać szczęścia i dostatku. Niestety ich nadzieje rozwiewały się bardzo często już w chwili kiedy stanęli przed urzędnikiem imigracyjnym - przeprowadzano badania lekarskie, sprawdzano światopogląd kandydatów na obywateli, a po 1920 roku nawet umiejętność czytania i pisania. Ci, którym udało się przejść przez tę selekcję mogli ruszać na poszukiwanie pracy i mieszkania. Wielu emigrantów nie znało języka swej nowej ojczyzny więc nic dziwnego, że starali się zamieszkać wśród rodaków - tworzyły się więc w mieście swego rodzaju etniczne getta, w których prym wiodły co bardziej przedsiębiorcze jednostki, a stąd już tylko niewielki krok do przestępczości zorganizowanej.

Dla powoli rozwijających się gangów prohibicja była przysłowiową kurą znoszącą złote jajka. Powstają nielegalne pijalnie alkoholu, tworzą się kanały przerzutowe, którymi przemyca się alkohol z zagranicy, zaczynają działać tajne destylarnie i rozlewnie - interes kwitnie, bo szaleństwo alkoholowe ogarnia wszystkich, a po mocne trunki sięgają nawet osoby, które w normalnych warunkach poprzestałyby na kieliszku wina do obiadu. Prohibicja wpływa również na rozluźnienie obyczajów - kobiety (zarówno mężatki jak i młode dziewczęta) też chcą przeżyć dreszczyk ekscytacji związany z zakazaną rozrywką i towarzyszą mężczyznom w wyprawach do tajnych lokali. A kiedy już tam się znajdą sączą koktajle, palą papierosy, słuchają jazzowych zespołów i kpią z surowych zasad moralnych, którym hołdowały ich matki i babki. Policja i politycy też szybko dostrzegają zyski płynące z XVIII poprawki - prawie każde sumienie może uśpić odpowiednio gruby plik zielonych banknotów...

Nowy Jork czasów prohibicji pije i bawi się przy dźwiękach najmodniejszych przebojów, gospodarka kwitnie, giełdowi gracze pomnażają swoje zasoby i nikt nie przypuszcza, że kraj stoi na skraju wielkiego kryzysu, który rozpocznie się po tzw. "czarnym czwartku" czyli krachu na nowojorskiej giełdzie w dniu 24 października 1929 roku. Ogólnokrajowy zakaz produkcji i spożywania napojów alkoholowych przetrwa jeszcze cztery lata i dopiero wprowadzona 5 grudnia 1933 roku XXI poprawka do konstytucji dała władzom poszczególnych stanów możliwość zniesienia prohibicji.

Ewa Winnicka, opierając się na bogatym materiale źródłowym, prześledziła w swojej książce kilkanaście lat z dziejów miasta i jego mieszkańców, zarówno tych bogatych, jak i biedaków. Ukazała mechanizmy władzy, spektakularne awanse i niemniej widowiskowe upadki polityków i szefów gangów, sporo miejsca poświęciła ludziom kultury i sztuki, oraz działaczom społecznym, którzy starali się wstrząsnąć sumieniem narodowym ukazując ogrom biedy w nowojorskich slumsach.
Ważną rolę w tej książce odgrywa jej strona wizualna - kilkaset fotografii stanowi wspaniałe dopełnienie tekstu oraz dodatkowe źródło wiedzy o mieście, które w latach dwudziestych ubiegłego wieku stało się jedną z największych światowych metropolii.

Warto sięgnąć po tę książkę i lepiej poznać historię i niezależnego ducha miasta, pooddychać atmosferą tamtych lat, pospacerować śladami Francisa Scotta Fitzgeralda i Lucky'ego Luciano, zajrzeć do słynnego Cotton Clubu i na Broadway. Można, aczkolwiek nie ma takiego obowiązku, odbywać tę podróż w towarzystwie jakiegoś wymyślnego drinka - wszak nas nie obowiązuje prohibicja.

wtorek, 22 stycznia 2013

Impresjoniści, kankan i absynt, czyli witajcie w "pięknej epoce"

Kiedy słyszę określenie "belle epoque" wyobraźnia podsuwa mi przed oczy obrazy  impresjonistów, w uszach rozbrzmiewają skoczne nuty kankana i tak sobie myślę, że gdybym mogła sama wybrać miejsce i czas w którym chciałabym żyć, to prawie na pewno byłby to Paryż na przełomie XIX i XX wieku. Podróże w czasoprzestrzeni nie są jak na razie możliwe, ale od czasu do czasu udaje się zmienić czas i miejsce bytowania za sprawą szczególnie udanego filmu lub książki.

I taka właśnie książka dane mi było przeczytać w ostatnich tygodniach - mowa o wspólnym dziele Małgorzaty Gutowskiej - Adamczyk oraz Marty Orzeszyny noszącym tytuł "Paryż: Miasto sztuki i miłości w czasach belle epoque".
Małgorzaty Gutowskiej - Adamczyk właściwie nie trzeba nikomu specjalnie przedstawiać - chyba każdy zna (przynajmniej ze słyszenia) jej bestsellerową trylogię "Cukiernia pod amorem", a niektórzy pewnie już czytali najnowszą powieść tej autorki, wydaną w ubiegłym roku "Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich". Marta Orzeszyna to z kolei osoba zafascynowana stolicą Francji, która przez wiele lat była jej domem. Panie poznały się w roku 2011, kiedy to Małgorzata Gutowska-Adamczyk zbierała materiały do wspomnianej wyżej "Podróży".
A ponieważ poszukiwaniom źródłowym towarzyszył zachwyt i niekwestionowane uczucie do kultury, języka i literatury francuskiej to prócz planowanej powieści powstał jeszcze album dokumentujący dzieje Paryża od czasów wojny francusko-pruskiej i komuny Paryskiej w latach 1870-71 aż do wybuchu I wojny światowej w 1914 roku.

W drugiej połowie XIX wieku Paryż niemal całkowicie zmienił swoje oblicze - i to dosłownie. Zniknęły wąskie, brudne uliczki, wiele starych kamienic wyburzono, a na ich miejsce powstały szerokie bulwary otoczone nowymi, eleganckimi domami, wielkie place i parki, przebudowano znajdujące się w centrum miasta Hale oraz wiele innych budynków użyteczności publicznej. Biedota, która do tej pory gnieździła się w centrum miasta musiała przenieść się do innych dzielnic, jak choćby Montmartre czy Montparnasse. Te peryferia Paryża upodobali sobie również rozmaici artyści - malarze, poeci i prozaicy, bez grosza przy duszy ale bogaci swoim talentem i wyobraźnią.
Życie towarzyskie i kulturalne kwitło niezależnie od zasobności portfela - istniało wiele teatrów, kabaretów, klubów, restauracji i kawiarni, tak, że każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Wszyscy starali się zatrzeć wspomnienia walk na ulicach Paryża wiosną 1871 roku - rewolucja się skończyła, miasto odbudowało się jeszcze piękniejsze i stało się jedną z najnowocześniejszych metropolii świata, gościło kilkakrotnie wystawę światową, było gospodarzem igrzysk olimpijskich, tu rodziły się nowe kierunki w sztuce podchwytywane przez artystów w innych krajach, wreszcie stał się Paryż wyrocznią w sprawie mody i stylu. Ściągali do niego młodzi artyści nie tylko z całej Francji ale także z innych państw europejskich powiększając, i tak już ogromną, rzeszę obcokrajowców zamieszkujących z własnej woli bądź też konieczności stolicę nad Sekwaną.

Małgorzata Gutowska - Adamczyk i Marta Orzeszyna chciały w swojej książce przekazać jak najwięcej faktów, opinii oraz anegdot na temat "pięknej epoki", ale równocześnie starały się ten ogrom informacji usystematyzować. Mamy więc rozdziały mówiące o życiu bohemy, o najbardziej wpływowych i podziwianych kobietach tego okresu, o życiu codziennym, Polakach mieszkających w stolicy Francji  wreszcie o rozrywkach, modzie czy słynnych parach (nie tylko małżeńskich - przykład pierwszy z brzegu to bracia Goncourtowie). Książka nie jest w żadnym wypadku pracą naukową, pisana jest pięknym literackim językiem a czyta się ją jak najlepszą powieść. Autorki zamieściły w tekście wiele cytatów z dzieł literackich, ale też artykułów, listów i felietonów pióra takich znakomitości jak Emil Zola, Colette, Guy de Maupassant czy Victor Hugo. Te teksty, pochodzące z omawianej epoki są najlepszym dowodem na to jak współcześni widzieli Paryż na przełomie wieków, co zyskało ich aprobatę a co wręcz przeciwnie.

Kilka słów należy też powiedzieć na temat materiału zdjęciowego zamieszczonego w albumie - to kilkaset fotografii przedstawiających miasto, jego mieszkańców, artystów, słynne aktorki i kurtyzany, polityków i uczonych, to reprodukcje obrazów, plakatów a nawet restauracyjnych menu, reklam i pocztówek. Stanowią one wspaniałe uzupełnienie tekstu i wspomagają wyobraźnię czytelnika.

Dodam jeszcze, że dobrze jest przeczytać tę książkę razem a (a najlepiej przed) lekturą "Podróży do miasta świateł" Małgorzaty Gutowskiej - Adamczyk, bowiem obie te pozycje świetnie się uzupełniają.

Wydaje mi się, że "Paryż: Miasto sztuki i miłości w czasach belle epoque" to wspaniała lektura zarówno dla tych, którzy interesują się tym konkretnym okresem w historii, kulturze i sztuce, ale również dla osób, które niewiele wiedzą na ten temat - styl i język autorek oraz piękne zdjęcia pomogą przenieść się w czasie do radosnego, roztańczonego i rozkochanego miasta świateł.


piątek, 18 stycznia 2013

Świat oczami pana od pogody

Nie przepadam za książkami pisanymi przez celebrytów różnej maści - cóż, najczęściej talent medialny nie idzie w parze z talentem pisarskim. Od każdej reguły są jednak chlubne wyjątki i jednym z tych "sławnych" co potrafią ciekawie opowiadać o otaczającej ich rzeczywistości jest Jarosław Kret. Miałam to okazję stwierdzić przy okazji "Mojego Egiptu" (pisałam o nim TUTAJ), a moje zdanie na temat pisarstwa "pana od pogody" potwierdziła książka "Planeta według Kreta".

O ile "Mój Egipt" dotyczył jednego tylko kraju i był wspomnieniami z rocznych studiów oraz kilku dłuższych i krótszych wizyt autora w tym afrykańskim państwie, to "Planeta" jest zbiorem kilkunastu opowieści z różnych stron naszego globu. Najwięcej miejsca zajmują wspomnienia z Bliskiego Wschodu (ten region jest chyba najbliższy panu Jarosławowi) - Izrael, Syria, Jordania, Liban, a poza tym Maroko, Tunezja, Argentyna, Chile i Brazylia, dwa wyspiarskie raje, czyli Malediwy i Mauritius, oraz coś w naszym zasięgu - Austria i Włochy.

Obiektywnie trzeba przyznać, że ma pan Jarosław Kret talent gawędziarski i dobrze się czyta jego teksty. Niestety od czasu do czasu chce przejść "na wyższy literacki poziom" i stara się te swoje gawędy zbeletryzować i wtedy już nie jest za ciekawie, a zaczyna się robić drętwo, czego przykładem może być tekst "Kobiety w krajach islamu". Opisuje w nim fikcyjną rozmowę czterech młodych kobiet pochodzących z Egiptu, Tunezji, Malediwów i Komorów (wszystkie są postaciami autentycznymi, z którymi spotkał się w czasie swoich licznych wędrówek) - ciekawy problem, bo na temat życia muzułmanek narosło wiele legend, jednak wykonanie mocno takie sobie... 
Na szczęście, zdecydowana większość zamieszczonych w książce reportaży to opowieść o tym co można zobaczyć w danym regionie, na co trzeba zwrócić uwagę, czego się wystrzegać, okraszona anegdotami z życia autora, który ma spory dystans do siebie i potrafi z humorem opowiadać o własnych wpadkach.

Ponieważ jest w tej pozycji kilka tekstów poświęconych Ameryce Południowej, niejako automatycznie przychodziły mi na myśl książki Wojciecha Cejrowskiego. Oczywiście pomiędzy obydwu panami nie ma porównania, bo każdy pisze inaczej - Cejrowski wnika w ten świat, staje się jego częścią i podchodzi do tematu niezwykle emocjonalnie, natomiast Kret obserwuje wszystko trochę z boku, jest człowiekiem z zewnątrz, turystą, który stara się dokładnie opisać to co widzi, zachwyca się pięknem krajobrazu ale nie staje się jego częścią. 
Czy przez to jest mniej ciekawie? Oczywiście, że nie. Jest po prostu inaczej.

W książce jest mnóstwo pięknych fotografii, które ukazują opisywane miejsca, ludzi i przyrodę. Zresztą całość jest bardzo starannie wydana, na kredowym papierze i może stanowić ozdobę biblioteczki lub też być świetnym prezentem dla wielbiciela literatury podróżniczej.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Wakacyjne podróże: Za kołem podbiegunowym z Magdą

Od jakiegoś czasu na naszym rynku księgarskim pojawia się coraz więcej książek podróżniczych, wspomnień z wypraw w odległe i dzikie miejsca, przybliżających nam czytelnikom mało lub całkowicie nieznane kultury. I jakoś tak się składa, że większość tras tych podróży prowadzi do Ameryki Południowej, Australii, południowej i południowo-wschodniej Azji, Afryki czy krajów arabskich - czyli w ciepłe, czy wręcz gorące rejony naszego globu. Tymczasem również na dalekiej północy żyje wiele mało znanych plemion, które właśnie z racji trudnych warunków w jakich przyszło im bytować uratowały wiele z dawnych obyczajów, tradycji i stylu życia.
Jednym z takich ludów są Nieńcy mieszkający na Półwyspie Jamalskim, w azjatyckiej części Rosji - koczownicy, hodowcy reniferów i jedni z nielicznych, którym udało się uniknąć większości represji z okresu stalinowskiego. 

Przyznaję z ręką na sercu, że aż do ostatnich tygodni nie miałam pojęcia o istnieniu Nieńców, co jest tym dziwniejsze, że jedno z najgorzej kojarzących się nam Polakom  miejsc z historii najnowszej, mianowicie Workuta, leży na ich terenach, a i sama nazwa pochodzi z języka nieneckiego i oznacza "wiele niedźwiedzi". Ale dzięki wydanej przez PWN książce "Dobra krew. W krainie reniferów, bogów i ludzi" ten stan rzeczy uległ zmianie.
Autorka książki, gdańszczanka Magdalena Skopek odbyła już wcześniej podróż na Jamał, jednak jej największym marzeniem była możliwość poznania życia Nieńców "od środka". Dzięki wytrwałości oraz temu, że nie dała się trudnościom natury biurokratycznej oraz komunikacyjnej udało się jej w końcu dotrzeć do koczującej w tundrze nienieckiej rodziny, przez dwa miesiące mieszkać w ich czumie (rodzaj namiotu) i uczestniczyć w życiu codziennym.
A życie w tundrze do najłatwiejszych nie należy... Ostre arktyczne powietrze, wszechobecna wilgoć, chmary komarów i meszek to tylko początek długiej listy "przyjemności" czekających każdego, kto chce lub musi tam mieszkać.
Magdalena, zwana przez swoich gospodarzy Mjagnie, dosyć szybko dopasowała się do rytmu życia w czumie i starała się być użyteczna przy codziennych pracach - zbieraniu opału, noszeniu wody, przygotowywaniu posiłków czy "kasłaniu" - to słowo oznacza przeprowadzkę, która odbywała się co kilka dni, wszak Nieńcy to naród koczowników.
Jednak chyba największym wyzwaniem było przystosowanie się do zwyczajów kulinarnych panujących na dalekiej północy - surowe mięso i ryby, suchary, szpik kostny, masło z cukrem czy wreszcie solona krew renifera, to tylko niektóre z przysmaków serwowanych w czumie.

Tekst jest bogato ilustrowany fotografiami autorki - portrety rodziny u której mieszkała, ich sąsiadów, zdjęcia dokumentujące codzienne czynności oraz krajobrazy, zarówno z drogi, z miasteczek stanowiących kolejne etapy w podróży na Jamał jak i z tundry. I tu przeżyłam ogromne zaskoczenie - jakoś tak wydawało mi się, że owa tundra to najbardziej nieciekawe miejsce na świecie, szarobura pozbawiona drzew i krzewów pustka, porośnięta mchem i jakimiś karłowatymi roślinkami - tymczasem nic bardziej mylnego. W letnich miesiącach tundrę porasta trawa, kwitną drobne kwiatki a strumienie i małe jeziorka cieszą oczy różnymi odcieniami błękitu.

Warto sięgnąć po książkę Magdaleny Skopek i poznać jedno z niewielu plemion dla których czas jakby się zatrzymał. Tym bardziej, że na Jamale odkryto bogate złoża gazu ziemnego i pewnie za kilka lat stada reniferów i zagubione w tundrze czumy znikną, a na ich miejscu pojawi się plątanina rur i wykopów...