Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. Skrzat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. Skrzat. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 kwietnia 2014

Przy okazji dzisiejszego święta;)

Z niejakim wstydem przyznaję, że gdyby nie wpisy na kilku odwiedzanych przeze mnie blogach zupełnie nie miałabym pojęcia jakie dzisiaj święto obchodzimy... Ale teraz już wiem - otóż świętujemy Międzynarodowy Dzień Książki dla Dzieci.
W moim życiu książki były zawsze - dostawałam je na wszelkie możliwe okazje, wypożyczałam z biblioteki i od znajomych, a kiedy zaczęłam mieć własne pieniążki to w każdym miesiącu całkiem znaczna ich część zasilała księgarnie;) Od kilku lat kupuję książki dla mojego dziecka - najczęściej stawiam na sprawdzoną klasykę (np. na urodziny, które mój synek będzie obchodził za dwa tygodnie, dostanie prześliczne wydanie "Piotrusia Pana"), ale od czasu do czasu sięgam po dziełka współczesnych pisarzy. I w związku z taką współczesną literaturą dla dzieci powstała dzisiejsza notka.

O sympatycznej rodzince Ciumków pisałam już na tym blogu kilka razy - to jedni z najbardziej lubianych przez mojego synka literackich bohaterów. Czytaliśmy już o ich przygodach w Szkocji, warszawskich spacerach oraz wyprawie do Francji, natomiast marcowe wieczory spędziliśmy na poznawaniu najdawniejszych dziejów tego szacownego warszawskiego rodu. Spieszę od razu wyjaśnić, że Paweł Beręsewicz spisywał ich dzieje po bożemu, w kolejności chronologicznej, tylko my czytaliśmy je od końca - spowodowane to było takim a nie innym napływaniem kolejnych tomów do naszego domostwa...
Ale do rzeczy.

Pierwszy tom "Co tam u Ciumków?" powstał w roku 2005. Kasia Ciumko uczęszczała wtedy do przedszkola, a Grzesiek był dumnym uczniem klasy pierwszej. Kolejna część ich przygód pt. "Ciumkowe historie w tym jedna smutna" powstała trzy lata później, i tyle też lat przybyło sympatycznym dzieciakom.
Obydwie książeczki to zbiory opowiadań - ja osobiście nie lubię akurat tej formy literackiej, ale przy czytaniu na dobranoc sprawdziły się znakomicie, bo nie trzeba było czekać na to co będzie dalej do następnego wieczoru...
Paweł Beręsewicz ma niesamowite wręcz poczucie humoru i tzw. "lekkie pióro", a przy okazji historii dla dzieci puszcza również oko do dorosłych, przemycając skojarzenia z rozmaitymi dziełami kultury popularnej (np. z "Gwiezdnymi wojnami"). Dorośli mogą również zastanowić się nad własnym postępowaniem wobec dzieci - ja sama kilkakrotnie złapałam się na tym, że chichotałam nad perypetiami Taty Ciumko, a moje dziecię z rozbrajającą szczerością stwierdzało, że ja zachowuję się w pewnych sytuacjach tak jak on...

Nieprzerwanie gorąco polecam tak dzieciakom jak i rodzicom:)

sobota, 8 lutego 2014

Prowansja oczami rodziny Ciumków

Każdy, kto chociaż raz czytał jakąś serię książkową zgodzi się ze mną, że chociaż każda książka może stanowić odrębna całość połączoną jedynie osobami głównych bohaterów, to najlepiej czytać je po kolei. Niestety nie zawsze się tak da, czego dowodem nasze (moje i Piotrka) spotkania z sympatyczną rodziną Ciumków, których przygody spisuje Paweł Beręsewicz. Co więcej czytamy tych Ciumków całkiem od końca (bo w takiej kolejności wzbogacamy się o kolejne tomy)  - więc po "Ciumkach w szkocką kratę" przyszła kolej na "Wielką wyprawę Ciumków".

Tak to już jest, że większość rodziców stara się zarazić swoją pasją (jaka by ona nie była) własne dzieci. Rodzice Ciumko są zwolennikami aktywnego wypoczynku - najlepiej relaksują się pedałując w dal na rowerze. Z utęsknieniem więc oczekiwali chwili kiedy będą mogli odbyć jakąś wspólną rodzinną wyprawę. I wreszcie taka chwila nadeszła - Kasia urosła na tyle, że można ją było uznać za zdolną do kilkunastodniowego rajdu. Co prawda zdarzył się jej zimą przykry wypadek i złamała nogę, ale dzięki uporowi taty i codziennym ćwiczeniom była w czerwcu gotowa wyruszyć na wyprawę do dalekiej Prowansji.
Aby taka wycieczka przyniosła jej uczestnikom wiele radosnych chwil należy ją dobrze zaplanować - tym zajął się tata Ciumko. Wędrowcy nie mogą też cierpieć głodu, a kuchnia francuska nie koniecznie musi przypaść do gustu polskim podniebieniom - mama Ciumko zajęła się więc aprowizacją. Grzesiek wziął na siebie rolę rodzinnego czarnowidza, a Kasia... No cóż, Kasia jako najmłodsza nie dostała żadnego konkretnego przydziału. Nadszedł wreszcie czerwiec i pewnego pięknego letniego poranka Ciumkowie wraz z rowerami, przyczepką,  namiotem, garnkami, śpiworami i całą masą innych niezbędnych akcesoriów wsiedli do samolotu lecącego do Nicei.
Kolejne dwa tygodnie obfitowały w przygody: wesołe i smutne, śmieszne i trochę straszne - jedno jest pewne, żaden z uczestników wyprawy nie mógł narzekać na nudę...

Po raz kolejny powtórzę to co pisałam przy okazji wspomnianych wyżej "Ciumków w szkocką kratę" - Paweł Beręsewicz to chyba najlepszy (piszę "chyba", bo nie znam wszystkich) współczesny pisarz tworzący dla najmłodszych czytelników. Akcja jest wartka, pełna humoru a przy okazji młody czytelnik otrzymuje sporo wiadomości na temat południowej Francji. 
Idealna lektura dla dzieciaków w wieku ok. 10 lat - razem z Piotrkiem serdecznie polecamy:)

środa, 5 lutego 2014

O Arabelce co miała być nową Alicją

Od czasu do czasu zdarza mi się przyznać do rozmaitych czytelniczych wykroczeń. Nie, nie palę w piecu powieściami, które nie przypadły mi do gustu, nie zawijam śledzi w cenne manuskrypty (w mniej cenne też nie zawijam) i nie rzucam książkami za psem, mężem czy dzieckiem - bardziej chodzi o to, że moje wyznania co do rozmaitych pozycji literackich budzą u moich rozmówców pewną konsternację. No bo jak można nie lubić Kubusia Puchatka, nie współczuć Pinokiowi czy nie rozumieć o co chodzi Alicji z Krainy Czarów?
Z tą Alicją to w ogóle dziwna sprawa jest - przeczytałam (lepiej powiedzieć "przemęczyłam") gdzieś w zamierzchłych podstawówkowych czasach, bo lekturą była i zniechęciłam się do niej straszliwie. I jeśli tylko jakaś książka jest reklamowana jako nowa wersja Alicji to mijam szerokim łukiem. Tymczasem ekranizacja w reżyserii Tima Burtona bardzo mi się podobała - tu ukłony w stronę mojego Piotrka, bo uparł się film obejrzeć, a ja, znając pokręconą fabułę, doszłam do wniosku, że może mu być potrzebne moje towarzystwo.

Dlaczego o Alicji piszę?
A dlatego, że właśnie przeczytałam "Niezwykłe światy Arabelki", książkę Edyty Łaszkiewicz porównywaną przez wydawcę do nieśmiertelnego dzieła Lewisa Carrolla.

Codziennie Arabelka przechodzi koło pewnego tajemniczego, opuszczonego domu. I oto pewnego dnia na podwórku suszy się pranie, na stole leżą jabłka a pod ławką śpi pies. Dziewczyna bez namysłu wchodzi na teren posesji i tak rozpoczyna się jej wielka przygoda. Spotyka tam tajemniczą kobietę imieniem Hariett i razem z nią udaje się w drogę.  W domku zajmowanym przez Hariett i jej siostrę spotyka kilkoro dzieci - interesującą się groźnymi zwierzętami Karolinę, złośliwego i wiecznie spóźnionego Harolda, tworzącego obrazki z makaronu Edwarda, wiecznie śpiącą Lisią Dziewczynkę oraz psotne Trojaczki. Razem z nimi Arabelka wyrusza w podróż do tajemniczego Miasta.

Jeśli ktoś myśli, że Arabelka zachęciła mnie do ponownego przeczytania "Alicji" to jest w błędzie. Podobnie jak literacki pierwowzór nie przekonała mnie ta książka do siebie. Wydaje mi się, że autorka miała niezły pomysł, z pewnością posiada pani Edyta Łaszkiewicz bujną wyobraźnię jednak to trochę za mało. Szczególnie kiedy pisze się dla młodego czytelnika - dzieciaki mają do wyboru tyle przeróżnych rozrywek, że trzeba je bardzo zainteresować, aby chciały spędzić kilka godzin nad książką.

Żeby był porządek to najpierw to co mi się w książce podobało: 
  • zróżnicowani bohaterowie - każde z dzieci jest inne, mają wady i zalety, bywają złośliwe, ale w chwilach próby mogą na siebie liczyć, są też pozytywnie nastawione do świata;
  • ciekawie zarysowane miejsca do których docierają mali podróżnicy;
  • mojemu dziecku podobały się niektóre ilustracje, bo są takie w klimacie "Rodziny Adamsów", a prawie każdy chłopak w jego wieku fascynuje się duchami, strachami i innymi takimi;
Niestety znacznie więcej jest tego co mi nie przypadło do gustu:
  • niemal zupełny brak charakterystyki bohaterów - nie mówię, że ma to być jakaś psychologiczna analiza, ale o tytułowej bohaterce dowiemy się jedynie, że lubi rysować;
  • aby wyruszyć do Miasta dzieci bez drgnienia powieki oszukują swoje opiekunki - powieść jest przeznaczona dla dzieci w wieku ok. 10 lat i mam poważne wątpliwości czy takie rozwiązanie jest na miejscu. Tym bardziej, że książka wygrała pewien konkurs literacki i powinna (chyba, że ja jestem bardziej naiwna niż sądziłam) nieść ze sobą jakieś wartości wychowawcze;
  • narracja jest dosyć chaotyczna, właściwie żaden wątek nie jest skończony;
  • powieść kończy się co najmniej dziwnie (nie będę spojlerować), tak jakby autorce brakło czasu, ewentualnie planowany jest ciąg dalszy - ale to wypadałoby chyba zasygnalizować;
  • i najważniejszy zarzut - przygody Arabelki i jej towarzyszy (bo przyjaciółmi trudno ich nazwać) są nudnawe, nie wywołują dreszczyku emocji, nie zmuszają młodego czytelnika do siedzenia nad książką z ciekawością "co będzie dalej?";
Przyznam się, że dość długo się zastanawiałam co wpłynęło na mnie przy wyborze tej ksiązki do lektury. Z pewnością wydawnictwo - "Skrzat" to jedna z najlepszych polskich oficyn wydających książki dla dzieci i mój Piotrek ma na półce sporo ich pozycji. Jednak najważniejsza była przyciągająca oko okładka, oraz informacja, że autorka sama ilustrowała swoją książkę. Jak się okazuje ilustracje wyszły spod ręki pani Edyty Łuszkiewicz, niestety okładka to już całkiem inna bajka - z notki uczynionej najdrobniejszym możliwym druczkiem dowiedziałam się, że autorem grafiki jest Rosario Rizzo - TU można obejrzeć oryginał okładki a TUTAJ inne prace artysty.

Sama nie wiem co radzić w sprawie tej lektury - dla mnie ta książka jest na "3", ale jak pisałam nie lubię Alicji i jej naśladownictw...



piątek, 13 grudnia 2013

Magiczne przygody Franka i jego przyjaciół

 Rodzina Franka zamieszkała w nowym domu z dużym ogrodem. Podobno dawno temu mieszkał to pewien pechowy czarodziej, który zniknął w tajemniczych okolicznościach. Chłopiec przeprowadza badawczą wyprawę na strych i odkrywa tam stary drewniany stół oraz mówiącego ludzkim głosem szpaka. Okazuje się, że stół jest zaczarowany, a jego szuflada przenosi Franka (zmniejszonego uprzednio do wzrostu przeciętnego krasnoludka) do ogrodu. Przeżyje tam niesamowite przygody - to będą niewątpliwie wspaniałe wakacje...

Lech Zaciura to autor o którym pierwszy raz usłyszałam przy okazji "Rozmowy z pisarzem" na portalu BiblioNETka. Niemal równocześnie moje dziecko stało się właścicielem książeczki "Franek i duch drzewa" - jak się okazało była to druga część przygód tego bohatera, więc książka powędrowała na półkę do czasu zakupu części pierwszej. Trochę musiała poczekać, ale wreszcie staliśmy się również posiadaczami "Czarodziejskich przygód Franka" i można było rozpocząć lekturę.

Franek to zwykły chłopiec (no, może trochę grzeczniejszy od swoich rówieśników), który lubi przygody i jest ciekawy świata. A ogród oglądany z perspektywy kilkucentymetrowego skrzata jest zupełnie inny niż ten, który Franek widzi ze swojego okna. Zamieszkuje go cała masa stworzeń, na które w normalnych warunkach chłopiec nie zwróciłby uwagi - ptaki, owady, myszy, żaby. Franek znajduje tam nowych przyjaciół: szpaka Huberta, myszkę imieniem Kubuś, Kuma-Strzelca i Kumę-Zadumę (żaby zamieszkujące oczko wodne) oraz całą gromadę wędrownych kun.
Chłopiec dobrze się bawi w towarzystwie sympatycznych zwierzaków, ale nie tylko - wspólnie bronią ogrodu przed wandalem, a kiedy Franek spotyka Lenę, szpakównę ze zranionym skrzydłem staje w jej obronie do pojedynku z kotem, pomimo, że jest on od niego o wiele większy i silniejszy.

Akcja drugiego tomu przygód Franka rozgrywa się w czasie kolejnych wakacji - tym razem przyjaciele wzywają chłopca aby wspólnie walczyć z tajemniczym Drzewiejem, ogromnym dębem, który z jakichś, sobie tylko znanych, przyczyn postanowił zniszczyć ich ogród. Przeciwko kwiatom i drzewom zmobilizował ogromną armię złożoną z wampikor, wiraków, badylczaków i łuponi. Obrońcy ogrodu szukają sojuszników, proszą o pomoc nietoperze, a Franek zostaje wodzem armii złożonej ze... słoni. Równocześnie chłopiec stara się znaleźć powód tej wielkiej nienawiści, która trawi potężne drzewo.

Franek to chłopiec niezwykle wrażliwy ale też pomysłowy, odważny i lojalny wobec przyjaciół. Staje w obronie słabszych, stara się poznać zwyczaje zwierząt i je szanuje, nie niszczy bezmyślnie kwiatów i krzewów. Duża w tym zasługa jego rodziców, którzy również dbają o przyrodę i nie niszczą jej bezmyślnie - nawet jeśli czworonożni przedstawiciele tej przyrody nie dają spać przez kilka nocy z rzędu.

Książeczki o Franku mają wyraźne przesłanie proekologiczne, ale z pełną odpowiedzialnością oświadczam, że jest ono tak zgrabnie wplecione w fabułę, że nie razi nadmiernym dydaktyzmem a młody czytelnik (lub też słuchacz) przyjmuje go jako rzecz oczywistą.
Autor ma niezwykłą umiejętność przemawiania do dziecięcego odbiorcy, bawi i wzrusza jednocześnie, świetnie buduje napięcie i ma bardzo bujną wyobraźnię, tak ważną przy tworzeniu książek dla najmłodszych.

Mój synek pokochał Franka i jego przyjaciół, i z wielkim żalem żegnał się z nimi po zakończeniu lektury. Mamy jednak nadzieję, że pan Lech Zaciura powróci jeszcze do swoich bohaterów i podaruje nam kolejną porcję ich przygód...

niedziela, 24 listopada 2013

Stolica razem z rodziną Ciumków

Czy zna ktoś dzieci, które lubią zwiedzać zabytki? Bo ja niestety nie znam takowych, co więcej lata pracy z młodym pokoleniem pozwalają mi postawić tezę, że niektórzy szczególnie oporni wolą pisać test z fizyki niż wizytować muzeum lub stary kościół... Nie inaczej jest z Grześkiem i Kasią Ciumkami, bohaterami kilku powieści dla dzieci autorstwa Pawła Beręsewicza. 

Rodzina Ciumków mieszka na przedmieściach Warszawy, co więcej tata Ciumko jest warszawiakiem z dziada pradziada, więc teoretycznie dzieciaki powinny się orientować co do najważniejszych zabytków stolicy. Niestety okazuje się, że teoria sobie, a życie sobie, i oto pewnego dnia tata ze zgrozą dowiaduje się, że Grzesiek nie ma pojęcia czyj pomnik stoi na Placu Zamkowym. Szok jednak szybko mija i tato postanawia nadrobić braki w warszawskim wykształceniu własnych dzieci.

W czasie jedenastu spacerów młodzi Ciumkowie, a my razem z nimi, poznają zabytki, muzea, pomniki świadczące o bogatej historii własnego miasta oraz słuchają legend i anegdot związanych z oglądanymi obiektami. Każdy spacer opatrzony jest mapką z naniesioną trasą oraz znajdującymi się przy niej zabytkami, tak, że może stanowić inspirację dla własnego odkrywania stolicy. Na marginesach znajdują się najważniejsze informacje na temat historii i współczesności miasta, zabytków oraz innych ciekawych miejsc, które warto odwiedzić. Dopełnieniem tekstu są liczne fotografie i rysunki przedstawiające omawiane obiekty. Książka zaopatrzona jest w słowniczek trudniejszych wyrazów znajdujących się w tekście, oraz (co powinno zainteresować np. nauczycieli planujących wycieczkę po Warszawie) informacje na temat zajęć edukacyjnych organizowanych przez stołeczne muzea. Dodatek do książki stanowi również zeszyt z krzyżówkami, które pomogą sprawdzić co zapamiętaliśmy z lektury.

"Warszawa. Spacery z Ciumkami" to coś pośredniego pomiędzy powieścią a przewodnikiem, bowiem historyczne informacje są bardzo zgrabnie wplecione w fabułę. Tata i mama starają się jak najwięcej przekazać dzieciom, natomiast Grzesiek i Kasia dokładają sił, aby jak najmniej się dowiedzieć - jednak dorośli prośbą, groźbą i podstępem przeprowadzają swoje plany i przebiegają wraz ze swoimi opornymi pociechami staromiejskie ulice, place i parki. 
Narratorem książki jest Grzesiek i przyznam, że świetnie się bawiłam patrząc na Warszawę jego oczami - np. w czasie zwiedzania Łazienek zazdrościł królowi Stasiowi... skrzyni z filcowymi kapciami. Bo przecież król miał świetną zabawę ślizgając się w tych kapciach po pałacowych parkietach;)

Większość historii napisana jest w zabawnym tonie, jednak autor nie pomija tragicznych wydarzeń z najnowszej historii - pomnik Stefana Starzyńskiego, Małego Powstańca, Bohaterów Getta czy Arsenał stanowią punkt wyjścia do opowieści na temat wojennej przeszłości miasta. Przy okazji Pałacu Kultury i Nauki tata Ciumko mówi dzieciom o czasach PRL-u, a spacer po Placu Zwycięstwa prowokuje mamę do wspomnień związanych z pierwszą wizytą Jana Pawła II i pamiętnej mszy odprawianej w tym właśnie miejscu.  

Książka Pawła Beręsewicza to z jednej strony dobra zabawa dla młodego (a i starszego też) czytelnika, ale równocześnie wspaniała propozycja dla wszystkich, którzy chcieliby bliżej poznać własną stolicę.
Serdecznie polecam.

Książkę przeczytałam dzięki


wtorek, 27 sierpnia 2013

Znikąd pomocy...

Są sprawy o których nie potrafię myśleć ani mówić bez emocji. Pewnie nie tylko ja tak mam, bo, mimo coraz bardziej powszechnego zdziczenia obyczajów, ciągle wierzę, że większość z nas nie utraciła jednak wrażliwości na ludzkie nieszczęście. Szczególnie mocno oddziałuje na mnie krzywda wyrządzana dzieciom - nie wiem, czy wszystkie matki tak mają, czy tylko ja jestem jakaś nienormalna, ale zawsze na miejscu takiego maltretowanego malca widzę swojego synka. I z tego właśnie powodu szerokim łukiem omijam książki i filmy o takiej tematyce. No, chyba, że z jakiegoś powodu muszę się z danym dziełem zapoznać...

Zmarła w ubiegłym roku pisarka Ewa Ostrowska była autorką kilkunastu książek dla dzieci i młodzieży, pisała opowiadania, kryminały i thrillery, jednak najbardziej znana jest z kilku powieści obyczajowych dotykających problemów rodziny - braku zrozumienia, stosunków pomiędzy poszczególnymi jej członkami, wyniszczających konfliktów czy wręcz patologii. To niezwykle trudna tematyka - nie tylko dla czytelnika, ale również dla autora, bo trzeba niezwykle sprawnego warsztatu literackiego i talentu, żeby nie popaść w melodramatyczne tony i nie spłycić problemu.

Marta, główna bohaterka powieści "Abonent czasowo niedostępny" to na pierwszy rzut oka dziewczyna z tzw. dobrego domu - matka jest nauczycielką języka angielskiego, ojczym to dyrektor liceum, ma dwie młodsze siostry. Ale to tylko pozory: w swoim dwudziestodwuletnim życiu doświadczyła już nazbyt dużo - od dzieciństwa molestowana przez ojczyma, przeciążona obowiązkami domowymi, brutalnie odcięta od dziadków, jedynych osób, które darzyły ją prawdziwą miłością. Osamotniona dziewczyna zakochuje się w chłopcu, który ma usta pełne pięknie brzmiących frazesów, ale w chwili kiedy pojawiają się problemy okazuje się egoistą i draniem. Poniżona, coraz bardziej zamknięta w sobie Marta przeżywa jeszcze jeden dramat - traci dziecko. I już nie ma nikogo kogo mogłaby kochać...
Ojczym załatwia jej pracę u dawnego znajomego - dziewczyna dostaje od życia jeszcze jedną szansę, tym bardziej, że Michał, jej szef, wydaje się być inny od mężczyzn, którzy ją skrzywdzili.

Molestowanie seksualne dzieci - jeszcze kilkanaście lat temu problem "nie istniał", a o dramatach, które rozgrywały się za zamkniętymi drzwiami dziecięcych sypialni nikt nie ośmielał się wspominać. W ostatnich latach temat został niejako "odczarowany" i co jakiś czas media donoszą o kolejnym rodzinnym dramacie. Nie wiedzieć czemu utarło się przekonanie, że tego rodzaju przestępstwa dotyczą rodzin patologicznych, gdzie przemoc wobec słabszych, nierzadko wzmocniona alkoholem jest na porządku dziennym. Bo przecież ludzie inteligentni, wykształceni, kulturalni tak się nie zachowują. Prawda jest niestety całkiem inna, a poziom zwyrodnialstwa nie ma nic wspólnego z inteligencją lub jej brakiem...

Książka Ewy Ostrowskiej wzbudziła we mnie ogromne emocje - z jednej strony ogromne współczucie dla Marty, ale równocześnie wściekłość w stosunku do jej matki. Jakoś nie jestem sobie w stanie wyobrazić, że można być tak ślepym i nie zauważać co się dzieje we własnym domu. Tym bardziej, że córka niejednokrotnie szuka u matki pomocy, ale ta jej nie wierzy ślepo zapatrzona w swojego Piotrusia. Co więcej, kiedy dostaje "czarno na białym" dowody nieuczciwości męża wyrzuca córkę z domu.
Marta to postać z jednej strony tragiczna, ale równocześnie niezwykle silna psychicznie - stara się żyć w miarę normalnie, a kiedy zachodzi taka konieczność bierze na siebie odpowiedzialność za resztę rodziny. Ma swoje wewnętrzne demony, ale światu stara się pokazać spokojną twarz. 

Trudno jednak nie zauważyć w tej powieści pewnych mankamentów - kilka faktów, które w zamyśle miały pewnie podkreślić dramatyczne przeżycia dziewczyny stanowiło dla mnie element nie do końca prawdziwy. Przykłady Proszę bardzo: ksiądz wrzeszczący na spowiadającą się dziewczynkę i wyzywający ją od bezwstydnic? No nie, przecież to nie średniowiecze, istnieje coś takiego jak powaga miejsca jakim jest kościół, a przede wszystkim duchownego obowiązuje tajemnica spowiedzi. Dalej - nauczyciele tolerują wielotygodniową absencję Marty usprawiedliwianą przez matkę - fakt, nie ma już od kilkunastu lat konieczności zwolnień lekarskich na nieobecność dłuższą niż trzy dni, ale takie coś podchodzi pod niedopełnienie obowiązków rodzicielskich i grozi sankcjami prawnymi, o czym matka Marty, również nauczycielka musi wiedzieć. A stwierdzenie, że dziewczynka jest najprawdopodobniej opóźniona w rozwoju bez zasięgnięcia opinii specjalisty to już nawet nie jest błąd tylko wielbłąd. Lekarka z wieloletnim doświadczeniem, która uważa, że wystarczy dziecku kupić psa i przejdzie do porządku dziennego nad faktem, ze jego rodzina przestała istnieć?
Ale tym co chyba najbardziej mnie nie przekonuje jest fakt, że Marta tak głęboko zraniona przez ojczyma i chłopaka obiecuje sobie nie zaufać już żadnemu mężczyźnie, a następnie opowiada swoją historię Michałowi. Tym bardziej, że wcześniej nie chce rozmawiać o tym z Janką - a przecież bardziej logiczne byłoby gdyby zwierzyła się kobiecie i to tak serdecznie do niej nastawionej. (Swoją drogą ta Janka to jak dla mnie najbardziej nieprawdopodobna postać z całej książki).

Nie chcę wyjść na czepialską, co to szuka dziury w całym, ale powieść Ewy Ostrowskiej to nie jest kobiece czytadełko, gdzie bohaterka wpada w coraz to większe nieszczęścia, ale na końcu czeka na nią nagroda w postaci księcia na białym koniu (ew. biznesmena z jachtem dalekomorskim) i dlatego takie niedociągnięcia mają wpływ na odbiór książki. Wydaje mi się, że w takim wypadku sprawdza się zasada "Im mniej, tym lepiej".

Co by jednak nie mówić - nawet pomimo tych mankamentów i trochę drewnianych dialogów książka warta jest każdej minuty poświęconej na jej lekturę.




wtorek, 6 sierpnia 2013

Lektury dla mamy i dla dziecka

Nie wiem jak to wygląda gdzie indziej, ale u nas w Małopolsce grzeje niemiłosiernie... Prawie nie wychodzimy z domu, wentylator szumi przez cały czas, nawet nasze domowe ZOO (trzy psy i chomik) nie wykazuje prawie żadnej aktywności. Tak sobie leżymy z Piotrkiem w domu i czytamy - właśnie skończyliśmy "Przygody Guliwera". O tej książce za chwilę, a teraz o  ciekawej promocji w Merlinie:


Obrazek mówi sam za siebie, prawda? Dodam tylko, że promocja startuje dzisiaj i potrwa 7 dni.
A o tej i innych promocjach więcej znajdziecie TUTAJ.

*****************************************************

Guliwer pochodził z hrabstwa Nottinghamshire, był trzecim spośród pięciu braci, jego ojciec miał niewielki folwark z którego starał się utrzymać i wykształcić tę dosyć liczną gromadkę. Chociaż Guliwer był chłopcem zdolnym i pracowitym studiował w Cambridge tylko przez rok, a następnie ojciec umieścił go u znanego londyńskiego chirurga, aby od niego uczył się zawodu. Medycyna okazała się życiową pasją Guliwera, pracował u boku swojego mistrza, ożenił się i nieźle mu się wiodło. Niestety, po kilku latach szczęście się od niego odwróciło i aby móc utrzymać rodzinę musiał przyjąć posadę lekarza okrętowego. Pływał na różnych okrętach, aż w końcu trafił na "Antylopę" i ten rejs stał się początkiem jego niezwykłych przygód...

Historia literatury zna całe rzesze autorów, którzy stworzyli w swoim życiu wiele książek, ale tak naprawdę znani są z powodu jednego, dwóch dzieł. 
Taki los stał się udziałem irlandzkiego pisarza Jonathana Swifta. Jego bibliografia obejmuje niemal 20 tytułów jednak dla współczesnego czytelnika jest on autorem tylko jednej książki, a mianowicie "Podróży Guliwera". Co więcej, najczęściej znamy tylko część tego dzieła przeznaczoną dla dzieci (skróconą do dwóch podróży, w czasie których odwiedził kraj Liliputów oraz wyspę na której żyli olbrzymi) i mocno ocenzurowaną, w której najważniejszy jest wątek przygodowo-fantastyczny. Tymczasem w pełnej wersji jest to powieść satyryczna, ukazująca w krzywym zwierciadle społeczeństwo angielskie z przełomu XVII i XVIII wieku, ówczesny dwór królewski oraz brytyjską politykę zagraniczną. 

Tak w państwie Liliputów jak i w zamieszkanym przez olbrzymy Brobdignag Guliwer jest kimś wyjątkowym i budzącym sensację, aczkolwiek ze skrajnie różnych powodów. Warunki fizyczne stanowią jego największy atut ale też stają się największą słabością - aż ciśnie się na usta popularne powiedzenie, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Nad Liliputami górował Guliwer wzrostem i siłą, gdyby przyszła mu ochota bez większych problemów mógł doszczętnie zniszczyć ich państwo a króla nosić w kieszeni surduta, natomiast gdy trafił do olbrzymów sam znalazł się w sytuacji karzełka, osobliwości pokazywanej na jarmarku, zabawki noszonej w fartuszku przez małą dziewczynkę.

"Podróże Guliwera" powstały w okresie oświecenia i ich bohater jest wzorcowym przedstawicielem swoich czasów - ciekawy świata, nie unika nowych doświadczeń, chętnie dzieli się własną wiedzą i stara się być użytecznym obywatelem państwa Liliputów, jednak kiedy król chce wykorzystać jego siłę do zniszczenia sąsiedniego Blefusku odmawia, uznając, że każdy naród ma prawo do wolności i życia według własnych reguł. Z kolei pobyt u olbrzymów stanowi dla Guliwera sprawdzian cierpliwości i umiejętności przystosowania się do niesprzyjających okoliczności tak by zachować własną godność.

Książka oprócz rozrywki ma również walor edukacyjny - postawa prezentowana przez Guliwera może stać się świetnym punktem wyjścia do przedyskutowania z dzieckiem wielu problemów, np. tolerancji, asertywności czy poczucia własnej wartości.

Najnowsza edycja tej opowieści (Wyd. Skrzat, 2013) jest kolejnym tomem serii "Klasyka z Feniksem", autorką tłumaczenia jest Cecylia Niewiadomska, natomiast niebanalne ilustracje wyszły spod ręki Surena Vardaniana. Książka jest bardzo starannie wydana, ma duży druk ułatwiający czytanie. Jeżeli dodać do tego gruby papier i twardą okładkę to otrzymamy piękną i trwałą ozdobę niejednej dziecięcej biblioteczki.




środa, 10 lipca 2013

Wakacyjne podróże: Szkocja z Ciumkami

"Dla dzieci trzeba pisać tak, jak dla dorosłych, tylko lepiej" - te słowa Maksyma Gorkiego każdy pisarz parający się twórczością dla najmłodszych zawsze powinien mieć w pamięci. Bywa z tym różnie, ale na całe szczęście pojawia się coraz więcej książek, których autorzy traktują dzieci jak szczególnie wymagającego czytelnika.

Jednym z takich autorów jest niewątpliwie Paweł Beręsewicz - z wykształcenia anglista, przez kilka lat pracował w jednym z warszawskich liceów, jednak zrezygnował z tej pracy i zajął się tłumaczeniem literatury angielskiej (m.in. "Przygody Tomka Sawyera" M. Twaina) oraz pisaniem książek dla dzieci.
Jako prozaik debiutował w 2004 roku, do tej pory wydał 18 książek dla dzieci i młodzieży, a prócz tego jego utwory (opowiadania i wiersze) publikowane były w kilku antologiach.

Autor ten przez długi czas był mi znany tylko z nazwiska oraz pochwał głoszonych przez blogerów będących rodzicami dzieci w wieku wczesnoszkolnym. Zrozumiałe więc, że z ogromną ciekawością wybierałam się na spotkanie autorskie organizowane przez DKK działający w naszej gminnej bibliotece.  Paweł Beręsewicz to wulkan energii, niemal natychmiast nawiązał świetny kontakt z przybyłymi na spotkanie dzieciakami, równie szybko dogadał się z grupą gimnazjalnej młodzieży i dwie godziny minęły jak z bicza strzelił... Na fali tego spotkania postanowiłam zaopatrzyć własne dziecię w książki autorstwa pana Pawła, ale zanim wyskrobałam jakieś fundusze na ten cel dzieciątko samodzielnie zdobyło (uzyskując wyróżnienie w konkursie recytatorskim) "Ciumków w szkocką kratę", którą to opowieść przeczytaliśmy w tych dniach.

Rodzina Ciumków składa sie z czterech osób - taty, mamy, Grześka i Kasi. Są bohaterami czterech książek  Pawła Beręsewicza, a ta o której mowa jest ostatnia z serii. Od razu uspokajam, da się czytać nie znając części poprzednich, chociaż pewne nawiązania są. 
Ciumkowie wybierają się na wakacje - na rowerach planują wycieczkę po Szkocji. Oczywiście są zahartowanymi kolarzami i żadne drogi ani bezdroża im nie straszne. Szybko jednak okazuje się, że podróż po krainie Waltera Scotta może być problematyczna, a to z powodu jazdy po niewłaściwej stronie szosy... Kiedy już Ciumkom udało się opanować ruch lewostronny mogli ruszać w trasę. Po drodze odwiedzali najbardziej znane zakątki tej części Wielkiej Brytanii, Tata Ciumko odważył się na kąpiel w jeziorze Loch Ness, widzieli drabinę dla łososi, Grzesiek przymierzył kilt, Kasia wpadła w pętlę czasu, mama Ciumko namówiła syna do przestępstwa, spotkali nawet szkockiego bohatera narodowego Roberta MacGregora bardziej znanego jako Rob Roy - o tych i jeszcze innych przygodach możecie przeczytać w tej niezwykle sympatycznej książce.

"Ciumkowie w szkocką kratę" to książka pełna humoru, z leciutką nutką fantastyki, jednak opowiadająca o miejscach, które można zobaczyć samemu. Autor, niejako mimochodem, podaje sporo faktów i ciekawostek na temat przyrody, historii i geografii Szkocji, a robi to tak, że młody czytelnik nie jest znudzony ani przytłoczony tą wiedzą. Można powiedzieć, że nosi ta książka pewne cechy autobiografii, bowiem oparta jest na prawdziwej podróży jaką autor odbył ze swoją rodziną kilka lat temu.

Jeżeli ktoś jeszcze nie zna Ciumków a ma w domu dzieci w wieku 8-10 lat to powinien jak najszybciej pędzić do najbliższej księgarni, albo chociaż biblioteki, i jak najszybciej nadrobić to niedopatrzenie.

Naprawdę warto.