Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. Nasza Księgarnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. Nasza Księgarnia. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 stycznia 2018

W świecie sztuki

Od lat gnębi mnie pewna sprawa a mianowicie podejście szkoły do nauczania przedmiotów oficjalnie nazywanych artystycznymi, a zwyczajowo określanych "michałkami". Uznawane za mniej ważne, bo przecież egzaminu na koniec szkoły z nich nie ma, często przydzielane komuś, kto nie do końca je czuje, ale przecież trzeba czymś dopełnić etat, a specjalista do małej szkółki na 1-2 godziny raczej nie będzie dojeżdżał, bo mu się to najzwyczajniej na świecie nie kalkuluje. Tymczasem obcowanie z kulturą i tworzenie własnych "dzieł sztuki" jest niezwykle ważne w prawidłowym rozwoju dziecka. Dlatego, kochani rodzice, jeżeli szkoła nie zapewnia takiego kontaktu waszym dzieciom musicie zadbać o to sami.
Oto książka która wam z pewnością pomoże.

"Gwiaździsta noc Vincenta i inne opowieści" Michaela Birda to niezwykłe kompendium wiedzy o sztuce i jej najważniejszych twórcach. Na ponad 300 stronach autor prowadzi czytelnika poprzez 40 tysięcy lat historii ludzkiej twórczości. Od rysunków naskalnych poprzez gotyckie katedry, renesansowe i barokowe malowidła, rewolucyjne dzieła impresjonistów aż po szeroki wachlarz stylów powstałych w XX i XXI wieku poznajemy najsłynniejsze dzieła i artystów, którzy je stworzyli.
Autor swoją książkę kieruje do najmłodszego czytelnika i stara się zadziałać na jego wyobraźnię. Nie znajdziemy więc tutaj specjalistycznych określeń, czy rozbierania dzieła na czynniki pierwsze - nic z tych rzeczy. Są natomiast nastrojowe opowieści przedstawiające artystów przy pracy, ukazujące ich jako zwyczajnych ludzi - czasem wesołych, czasem smutnych, ale zawsze z pasją oddających się swojej twórczości. Opowieści są krótkie, zaledwie trzy strony tekstu oraz ilustracja - reprodukcja obrazu bądź fotografia rzeźby, instalacji czy budynku, czyli dzieła o powstaniu którego opowiada dana historia.
Świetnym dopełnieniem tekstu są również urokliwe ilustracje, które wyszły spod ręki Kate Evans. Obrazki (moim zdaniem akwarelki) przedstawiają artystów przy pracy, pejzaże, ludzi, zwierzęta i przedmioty, które stanowiły inspirację dla twórców.

Książka jest przepięknie wydana - na grubym papierze, w twardej okładce, niezwykle barwna i przyciągająca oko. Może stanowić wspaniały prezent dla każdego młodego miłośnika sztuki. Ważne jest to, że nie trzeba jej czytać po kolei - dziecko może wybrać dowolny tekst i poznawać dzieje kultury materialne w dowolny sposób. Może również próbować swoich sił tworząc obrazy mniej lub bardziej zainspirowane poznaną tematyką.
Jeśli chodzi o grupę wiekową do której skierowana jest ta pozycja, to sądzę że spokojnie można ją polecić już dziesięcio- jedenastolatkowi, chociaż nie wykluczam, że młodsze dziecko również się nią zainteresuje. Górnej granicy nie określam, bo nawet osoby dorosłe mogą tu znaleźć coś ciekawego dla siebie.

A na koniec taka historia.
Zdarzyło się to lat już wiele temu, kiedy zaczynałam moją szkolną karierę. Zostałam zaproszona przez jedną z moich koleżanek na jakąś towarzyską nasiadówkę. Jako że wszyscy obecni byli w mniejszym lub większym stopniu związani ze szkołą (bądź poprzez pracę, bądź też poprzez progeniturę) to rozmowa szybko zahaczyła o tę tematykę. I oto jedna z obecnych mam zaczęła wyrzekać na pomyloną siksę, która uczy dzieci plastyki i wymyśla niestworzone rzeczy - m.in. wymaga aby praca była robiona wyłącznie w szkole a także każe dzieciom malować muzykę (tzn. puszcza jakiś utwór klasyczny i każe malować to co się komu z danym fragmentem skojarzy). Konsternacja gospodyni wieczoru była ogromna, bowiem ona (i kilka innych osób również) doskonale zdawała sobie sprawę, że ta krytykowana siła pedagogiczna siedzi przy stole. Bo to ja byłam...
Co najważniejsze dzieciaki świetnie się na tych moich lekcjach bawiły - o wiele bardziej lubiły malować kolorowe maziaje w rytm "Tańca ognia" (Manuel de Falla) niż nieśmiertelny "Widok z okna mojego pokoju"...

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Zupa żółwiowa bez żółwia czyli kuchnia retro

Książek kucharskich jest w naszym domu całkiem sporo. Największą grupę stanowią woluminy odziedziczone po rozmaitych bliższych i dalszych krewnych, ja osobiście dołożyłam do tego może ze dwa tomy, natomiast moje dziecko ma całkiem pokaźny zbiór dzieł swoich ulubionych "telewizyjnych" kucharzy na czele oczywiście z Ewą Wachowicz.
W ostatnich tygodniach nasze zbiory powiększyły się o pracę Anny Włodarczyk noszącą tytuł "Retro kuchnia".

"Retro kuchnia", jak na książkę kucharską przystało to przede wszystkim receptury potraw, ale mnie, miłośniczkę rozmaitych historycznych (nomen omen) smaczków zainteresowało tu coś zupełnie innego. Ale o tym za chwilę.
Autorka skonstruowała swoją książkę na wzór przedwojennych książek kucharskich - zawartość podzielona jest na 13 rozdziałów, z których każdy omawia inny rodzaj dania. Rozdziały ułożone są w takiej kolejności w jakiej najczęściej serwowano wystawny, kilkudaniowy obiad - zaczynamy więc od zup, by poprzez rozmaite dania mięsne i postne przejść do legumin, kremów i innych deserów, a wyliczankę kończą przetwory na zimę (o których każda zapobiegliwa gospodyni powinna pamiętać) oraz ciepłe i zimne napoje.
Dla kuchennego nowicjusza dawne przepisy mogą stanowić ciężki orzech do zgryzienia, chociażby ze względu na inny rodzaj miar i wag - o ile tuzin marchewek czy kopa jaj jest do ogarnięcia o tyle korzec mąki, garniec maku czy funt masła może stanowić poważny problem.

Anna Włodarczyk prezentuje więc przepisy oryginalne oraz swoje własne wariacje na ich temat - przelicza miary i wagi, zmienia niektóre, niedostępne dzisiaj, składniki na inne, podaje propozycje aranżacji dania lub dodatków, które będą się z nim najlepiej komponować. Każdy przepis opatrzony jest fotografią - ślinotok murowany ;)

A teraz coś co odróżnia tę książkę od innych pozycji dostępnych na rynku i co dla mnie jest jej największą wartością.
Otóż każdy rozdział poprzedzony jest wstępem w którym autorka cytuje dawne autorytety kulinarne od najsłynniejszej chyba polskiej kuchmistrzyni czyli Lucyny Ćwierciakiewiczowej poprzez święcącą największe sukcesy w dwudziestoleciu międzywojennym Marię Disslową aż do dziewiętnastowiecznej kucharki litewskiej czyli Wincentyny Zawadzkiej. Mamy więc tu porady dotyczące samego przygotowywania potraw, ale również tego jak najlepiej wybrać produkty czy na co zwrócić uwagę przy serwowaniu poszczególnych dań. Jest tu również sporo porad z dziedziny "gotowania kreatywnego" - np. jak ugotować zupę żółwiową bez mięsa żółwiego. Należy mianowicie użyć dwunastu kogucich grzebieni oraz główki cielęcej...
Podobnych porad jest wiele więcej, niektóre mogą się wydać co najmniej dziwaczne (np. dodawanie do zup czy rosołów kawałka chrzanu, pasternaku, skorzonery czy buraka), inne u co wrażliwszych osób mogą wywołać niezbyt przyjemne reakcje, natomiast wszystkie bez wyjątku stanowią niezbity dowód na to, że eksperymentowanie w kuchni nie jest wcale wynalazkiem naszych czasów.

Reasumując - książka warta polecenia nie tylko jako pomoc w kuchni ale również jako źródło informacji o kulinarnych zwyczajach naszych pradziadków.

czwartek, 19 października 2017

Dwie propozycje dla młodych czytelników

Nie wiem czy wszystkim czy tylko mnie czas przecieka przez palce w coraz szybszym tempie - dopiero była sobota, już jest czwartek i ani się człowiek nie obejrzy skończy się październik. Przeczytane książki ustawiają się w coraz wyższy stos a ja nie mogę złapać wolnej chwili, żeby coś o nich napisać. Ostatnie posty to najczęściej notatki o kilku książkach - tak będzie i tym razem. 
Oto kilka zdań na temat dwóch książek dla najmłodszych czytelników - obydwie firmuje "Nasza Księgarnia" czyli sprawdzony wydawca literatury dziecięcej.

Po raz czwarty miałam przyjemność wędrować w czasie z bohaterami serii "Ale historia...". Tym razem sympatyczne dzieciaki z klasy pana Cebuli (o ich poprzednich przygodach pisałam TUTAJ, TUTAJ i TUTAJ) przenoszą się do XVI wieku, a konkretnie w drugą jego połowę, kiedy na polskim tronie zasiada król Zygmunt August. Jest to już okres po śmierci ukochanej żony króla Barbary Radziwiłłówny i jednym z bohaterów książki jest sam mistrz Twardowski, który przybywa do Krakowa aby wywołać dla króla ducha małżonki, jednak tym co najważniejsze jest odpowiedź - kto tak naprawdę rządził ówczesną Polską.?

Przewodniczką po zygmuntowskich czasach jest tym razem Jolka. Dziewczynka ma nietypowe zainteresowania jak na czasy w których żyje - w dobie powszechnej komputeryzacji uwielbia czytać książki. Nic więc dziwnego, że swoje pierwsze kroki w XVI wieku kieruje do drukarni, które w tamtym okresie pojawiły się na ziemiach polskich. Jola i jej przyjaciele szybko dowiadują się, że ówczesna Polska to kraj tolerancyjny, że wspaniale rozwija się kultura i nauka. Jednak to tylko jedna strona medalu. W tym samym czasie dochodzi do bardzo niekorzystnych zmian społecznych - chłopi ubożeją i z ludzi wolnych stają się własnością swoich panów, mieszczaństwo traci większość swoich praw a szlachta ma coraz więcej władzy w swoich rękach. Spada też waga władzy królewskiej a Polska staje się coraz słabsza.

"Zygmuncie, i kto tu rządzi?" nieco się różni od swoich poprzedniczek - jest tu co prawda sporo humoru, jednak dzieci stykają się z niesprawiedliwością i okrucieństwem. Co prawda wszystko dobrze się kończy, ale ta wyprawa nie jest już tak radosna i beztroska jak poprzednie...

Podobnie jak we wszystkich poprzednich częściach, tak i tu tekst Grażyny Bąkiewicz przeplata się z genialnymi ilustracjami Artura Nowickiego. Wszystkie zachwyty wyrażane przy poprzednich książkach pozostają w mocy.

Ta książka to świetna lektura dla młodych adeptów historii - jeśli po jej lekturze nie zapałają uczuciem do naszych dziejów, to już raczej nie ma dla nich nadziei.

**********************************************

Gdzie lepiej mieszkać? Na wsi czy w mieście? Jako wieśniaczka z dziada pradziada optuję oczywiście za wiejskimi klimatami, a jednym z najważniejszych argumentów na poparcie mojego stanowiska jest fakt, że na wsi mamy większe szanse na obserwacje przyrody. Kiedy rankiem wyglądam przez okno mam możliwość oglądać żerujące sarenki, przemykające wśród traw zające i lisy (moi sąsiedzi posiadający kury jakoś nie cieszą się z tego faktu...) oraz niezliczoną ilość ptaków. Większość z nich rozpoznaję, chociaż nie ukrywam, że jest kilka, którym ni w ząb nie jestem w stanie przyporządkować nazw gatunkowych.

"Mały atlas ptaków Ewy i Pawła Pawlaków" to przepięknie ilustrowana książeczka dla młodych wielbicieli naszego rodzimego ptactwa. Młodzi ornitolodzy dowiedzą się z niej jak wyglądają najpopularniejsze ogrodowe ptaki, m.in. sroka, dudek, pokrzewka, wilga czy szczygieł. Dowiedzą się również co nieco o ich zwyczajach oraz upodobaniach kulinarnych. W książce znajdują się zdjęcia omawianych ptaszków, ale również ich pisklaków czy charakterystycznych piór.
Jednak tym co najbardziej przyciąga uwagę są niezwykle staranne portrety skrzydlatych bohaterów wykonane ze skrawków kolorowych tkanin. Cieszą oko ale mogą również stanowić inspirację do własnej twórczości młodych czytelników.

Książka ma grube kartki i jest starannie wykończona, może więc stanowić świetną lekturę dla najmłodszych. Jednak moim zdaniem najwięcej wyniosą z niej dzieci 7-10 letnie. I nieważne czy mieszkają na wsi czy w mieście. Bo przecież w parku czy na osiedlowym skwerku również można spotkać srokę czy szpaka, a sikorki równie chętnie stołują się w karmnikach zawieszonych na miejskim balkonie jak i na wiejskim podwórku. 

środa, 2 sierpnia 2017

Oddać czy zostawić? Oto jest pytanie! (Cz. 2)

Kolejne książki przeczytane przy odgruzowywaniu biblioteczkowych półek - i znów dylemat: zostają czy wędrują do biblioteki...

Ta książka na pewno zostaje! 
Mowa tu o powieści Macieja Grabskiego "Ksiądz Rafał. Niespokojne czasy", stanowiącej drugą część tomu "Ksiądz Rafał", którym zachwycałam się dokładnie 6 lat temu - LINK  I również 6 lat temu książkę zakupiłam, przeczytali ją wszyscy "krewni i znajomi królika", a następnie, jako, że stanowiła moją własność, wylądowała na półce, bo inne książki (czyt. recenzyjne) miały pierwszeństwo...

Akcja powieści rozpoczyna się 17 października 1978 roku. Dzień wcześniej Karol Wojtyła został wybrany na kolejnego papieża, a ksiądz Rafał i jego parafianie dowiedzieli się o śmierci biskupa Jakuba. Obydwa te wydarzenia będą miały ogromny wpływ na gródeckiego proboszcza i jego ludek.

Gródek powoli przestaje być enklawą spokoju gdzieś na uboczu wielkiego świata. I chociaż nikt z miejscowych o to nie zabiega to świat i jego problemy zaczynają wchodzić na parafie i do domów. Ksiądz Rafał zostaje wciągnięty w konflikty personalne w dekanacie i kurii (co jest tym bardziej nieprzyjemne, że nowy ordynariusz nie kryje swojej niechęci do niego) i jest naciskany aby zajął jakieś konkretne stanowisko. Do Gródka docierają również zmiany, które dotknęły wówczas całą Polskę - powstaje "Solidarność", władze robią się coraz bardziej nerwowe aż wreszcie nadchodzi pamiętny 13 grudnia 1981...

Powrót do Gródka to jak ponowne spotkanie z długo niewidzianymi przyjaciółmi - już po kilku chwilach znalazłam się w centrum wiejskiego życia, kibicowałam bohaterom znanym z poprzedniego tomu, poznawałam nowych sąsiadów, razem z nimi przeżywałam radości i zmartwienia.

Zastanawiałam się na czym polega wyjątkowość tej powieści i właściwie nic mądrego nie wymyśliłam. Gródek jest taki trochę baśniowy ale równocześnie bardzo realny i prawdziwy, ludzie nie są idealni, nawet ci najbardziej pozytywni mają swoje wady i uprzedzenia. Chyba najważniejszy jest główny bohater - ksiądz Rafał Nowina to taki duszpasterz, którego życzyłabym każdej parafii, duchowny z powołania i wierny zasadom.

Szkoda, że Maciej Grabski poprzestał tylko na tych dwóch powieściach...

***********************************

Artur Andrus nie należy do moich ulubieńców jeśli chodzi o naszych rodzimych satyryków. Owszem, podobały mi się jego dwie książki poświęcone Marii Czubaszek i Wojciechowi Karolakowi, jednak prawda jest taka, że to były wywiady, więc pan Artur nie miał (biorąc pod uwagę osobowość swojej interlokutorki)zbyt wielkiego pola do popisu... Natomiast jego twórczość sceniczna to nie do końca moje klimaty.
Nic więc dziwnego, że tom "Vietato fumare czyli reszta z bloga i coś jeszcze" (ktoś mnie nim obdarował...) poleżał sobie na półce ponad dwa lata. Teraz wychynął z czeluści zapomnienia i został wreszcie przeczytany.

Jest to zbiór felietonów, które pierwotnie pojawiały się na autorskim blogu pana Artura, w "Gazecie Lekarskiej" oraz miesięczniku "Zwierciadło" - taki trochę groch z kapustą.
Artur Andrus jest mistrzem skojarzeń odbiegających od utartych schematów - jego myśli biegają sobie jak zajączki po zielonej łączce i czytelnik nijak nie może być pewny co z czym zostanie połączone w zgrabną całość. Ma też manierę tworzenia "poezji zaangażowanej" - rytm i rym niejednokrotnie pozostawiają co nieco do życzenia ale już puenta jest zawsze błyskotliwa i trafia w punkt.

Nie ukrywam, że przy kilku tekstach zdarzyło mi się uśmiechnąć, ale jednak mojego nastawienia do tego pana ta książka nie zmieniła. To w dalszym ciągu nie moja bajka, więc książka wędruje do biblioteki.

********************************************

To chyba wie każdy czytelnik - jeżeli książki stanowią cykl należy je czytać po kolei. W innym wypadku, kiedy czytamy "od końca" albo nie połapiemy się w fabule (bo nawiązuje do poprzednich tomów) albo zniknie element zaskoczenia (bo wiemy co będzie dalej).

Tak było w przypadku powieści "Powrót na Staromiejską" Anny Mulczyńskiej. Książka stanowi pierwszy tom opowieści o Weronice Peterson, którą ja poznałam przy okazji "Przyjaciółek ze Staromiejskiej" - LINK, będących jej kontynuacją.

Weronika przez kilka lat mieszkała w Szwecji - tam studiowała, wyszła za mąż, prowadziła wraz z przyjaciółkami niewielki sklepik. Teraz wraca do Polski i w odziedziczonym po dziadku domu zakłada swoją własna firmę - sklep noszący wdzięczną nazwę "Robótkowo" w którym każda wielbicielka rękodzieła poczuje się jak w niebie.

"Powrót" to jedna z ciekawszych książek obyczajowych, jakie dane mi było ostatnio przeczytać - Weronika to osóbka z charakterem - trochę już w życiu przeszła, ale nadal patrzy w przyszłość z optymizmem. W kontaktach z płcią przeciwną jest raczej ostrożna (nauczyło ją tego jej małżeństwo) ale jeśli kogoś polubi i mu zaufa to będzie prawdziwa przyjaźń, a może i coś więcej.

Na Staromiejskiej znajdzie Weronika prawdziwych przyjaciół, trafi też na ludzi, którzy nadwyrężą jej zaufanie, jak to w życiu. Zawróci też w głowie pewnemu właścicielowi restauracji z drugiej strony ulicy...

I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że dokładnie wiedziałam jak się książka skończy, bo znałam już drugi tom. Tak więc powieść godna uwagi, jednak tylko i wyłącznie w odpowiedniej kolejności, czyli najpierw "Powrót na Staromiejską" a dopiero potem "Przyjaciółki ze Staromiejskiej".

A książka wędruje do biblioteki - niech i inni sobie poczytają.

wtorek, 14 marca 2017

Lotta jest uparta jak kozioł

Jonas, Mia-Maria i Lotta to rodzeństwo mieszkające wraz rodzicami w niewielkim domku usytuowanym przy ulicy Garncarzy. Jednak ich tatuś twierdzi, że dzieciaki robią taki harmider, że należałoby zmienić nazwę na ulicę Awanturników.

"Przygody dzieci z ulicy Awanturników" to zbiorowe wydanie dwóch książek Astrid Lindgren przeznaczonych dla najmłodszych, a mianowicie "Dzieci z ulicy Awanturników" oraz "Lotta z ulicy Awanturników".
Chociaż książka opowiada o całej trójce młodych Nymanów to jednak bohaterką pierwszoplanową jest najmłodsza z rodzeństwa, czteroletnia Lotta. Dziewczynka jest dosyć uparta i stara się zawsze postawić na swoim, chociaż często obraca się to przeciwko niej. Na szczęście rodzeństwo jest ze sobą silnie związane, i nawet jeśli starszą dwójkę irytują wybryki Lotty, to jednak jej wybaczają, bo, jak często powtarza Mia, "Ona jest taka słodka".

Podobnie jak w innych książkach Astrid Lindgren dorośli stanowią postacie drugoplanowe. Rodzice oraz sąsiadka pani Berg raczej nie wtrącają się w zabawy dzieci, ale gdy wymaga tego potrzeba mali Nymanowie mogą na nich liczyć. Widać to szczególnie w drugiej części książki, kiedy Lotta postanawia odejść z domu i zamieszkać u pani Berg. Starsza pani bez zmrużenia oka przyjmuje czterolatkę pod swój dach, daje jej pokoik w którym dziewczynka będzie mogła zamieszkać i w żaden sposób nie namawia jej na powrót do domu - Lotta sama dochodzi do wniosku, że jednak chce wrócić do rodziców. Podobnie rodzice - dają dziewczynce swobodę (tym bardziej, że u sąsiadki nic jej nie grozi), pozwalają przeżyć pierwszy poważny bunt i samodzielnie zadecydować o swoim losie. W tym fragmencie wyraźnie uwidaczniają się poglądy samej autorki, która przez całe swoje dorosłe życie była orędowniczką tezy, że dzieciom należy się taki sam szacunek jak dorosłym. Bo dziecko to taki sam człowiek jak dorosła osoba.

Książeczka jest pięknie wydana - twarda okładka, gruby papier, kolorowe ilustracje autorstwa Ilon Wikland sprawią. że może być ozdobą niejednej dziecięcej biblioteczki.
Książka skierowana jest do dzieci w wieku 5-9 lat, a ponieważ napisana jest dosyć dużą czcionką a rozdziały są raczej krótkie może stanowić doskonałą propozycję do samodzielnej lektury dla dziecka.

Serdecznie polecam.

poniedziałek, 20 lutego 2017

Dwóch królów na jednym tronie, czyli o Jadwidze i Jagielle słów kilka

Jak to jest kiedy krajem rządzi równocześnie dwóch królów, a na dodatek jeden z nich jest kobietą? (Tak, to nie pomyłka - Jadwiga, żona Władysława Jagiełły, ukoronowana była na króla - w średniowiecznej Polsce nie istniało pojęcie królowej jako władczyni.) Które z nich Węgierka czy Litwin było lepszym władcą? Kto miał większe zasługi dla swojej przybranej ojczyzny?

Pamiętacie pana Cebulę, nauczyciela historii z serii "Ale historia...", której autorką jest Grażyna Bąkiewicz? Otóż pan Cebula i jego uczniowie powracają w kolejnej opowieści noszącej tytuł "Jadwiga kontra Jagiełło".
Tym razem narratorem jest Gruby, kolega Aleksa i Zuzki, których poznaliśmy przy okazji poprzednich tomów.

Gruby, jak pewnie się domyślacie, jest nieco okrąglejszy od swoich kolegów. Uwielbia słodycze, sam robi sobie landrynki, a w czasie podróży w przeszłość stara się dowiedzieć jakimi łakociami zajadali się ówcześni Polacy. Razem ze swoimi kolegami trafia na zamek wawelski, gdzie poznaje Walerka, pomocnika kucharza. Powszechnie wiadomo, że kuchnia to najlepsze miejsce jeśli chcemy poznać miejscowe nowinki (żeby nie napisać plotki) więc dzieciaki trafiły bardzo dobrze - dowiadują się o tym jak wyglądały początki wspólnego panowania Litwina i Andegawenki, biorą udział w wojennej wyprawie na Ruś Halicką na czele której stoi Jadwiga oraz mają możliwość przekonać, że chociaż królowa jest bardzo młoda to jednak jest osobą niezwykle inteligentną i przewidującą.

I kiedy już Gruby i jego koledzy przygotowują się do powrotu okazuje się, że pan Cebula stawia przed nimi jeszcze jedno zadanie - jeden z ich kolegów zaginął gdzieś w odmętach średniowiecza i trzeba go koniecznie odnaleźć. Podróż po piętnastowiecznej Polsce przedłuża się...

Jadwiga i Jagiełło nie bez przyczyny uważani są za jednych z wybitniejszych naszych władców - małżeństwo z rozsądku i politycznej konieczności wzmocniło Polskę i jej pozycję w średniowiecznej Europie, Jadwiga dbała o rozwój kultury i sztuki, a Jagiełło rozbijając krzyżaków pod Grunwaldem zapewnił krajowi kilkanaście lat spokoju ze strony największego wroga. Przedwczesna śmierć przerwała panowanie Jadwigi - można się tylko domyślać jak wyglądałyby jej dalsze rządy; właściwie można być pewnym tylko jednej rzeczy - nie dopuściłaby do wojny z krzyżakami i pewnie w naszej historii zabrakłoby grunwaldzkiego zwycięstwa...

Grażyna Bąkiewicz zawarła w swojej książce oprócz informacji typowo historycznych mnóstwo ciekawostek dotyczących obojga królów jak i czasów w których żyli. Młody czytelnik może się dowiedzieć z niej o przyzwyczajeniach Jagiełły (np. tego, że władca był abstynentem i do posiłków pijał wyłącznie wodę), o tym jak wyglądały przygotowania do wielkich wypraw wojennych, co jadano w średniowiecznym zamku (ze szczególnym uwzględnieniem konfetów, czyli łakoci) a nawet jak wyglądała toaleta w Malborku.
Podobnie jak w poprzednich tomach ilustracje wyszły spod ręki Artura Nowickiego - biało-czarne, komiczne, utrzymane w komiksowej konwencji rysunki stanowią integralną część historii i w ciekawy sposób przekazują ważne informacje.

Po raz kolejny zachęcam do zainteresowania się książką duetu Bąkiewicz - Nowicki i zaopatrzenia w nią biblioteczki waszych pociech. Nawet dzieciaki nastawione negatywnie do nauki naszych dziejów dają się porwać tym opowieściom - sprawdzone na moim własnym synu ;) 

poniedziałek, 12 grudnia 2016

I znów mitologia ;)

Po raz kolejny chciałam zaprosić wszystkich do podróży do mitologicznego świata, a to za sprawą drugiego tomu "Mojej pierwszej mitologii" autorstwa Katarzyny Marciniak.
Dla przypomnienia - tom pierwszy, o którym pisałam TUTAJ opowiada o najważniejszych bogach olimpijskich oraz najbardziej znanych herosach.

Druga część "Mojej pierwszej mitologii" podzielona jest na trzy części. 
Przewodnikiem po pierwszej z nich, noszącej tytuł "Przemiany" jest rzymski poeta Owidiusz, autor poematu "Metamorfozy". Zawarte są w niej mity opowiadające o tytułowych przemianach, np. o nimfie Dafne zmienionej w drzewo laurowe, o Arachne zmienionej w pająka czy Kallisto przemienionej w niedźwiedzicę. 
W części drugiej poznaje czytelnik małego Achillesa, którego wychowuje centaur Chejron. Przyszły bohater wojny trojańskiej zdobywa umiejętności potrzebne herosowi, ale również poznaje rozmaite baśniowe zwierzęta - pięknego Pegaza, ognistego feniksa, krwiożercze harpie czy zagadkowego Sfinksa. Ta część nosi tytuł "Bestiariusz".
Wreszcie ostatnie kilka opowieści noszące tytuł "W królestwie Hadesa" przenosi czytelnika do podziemi, po których oprowadza rzymska wróżka Sybilla. Pozna tu czytelnik najważniejsze części państwa zmarłych, dowie się co czeka dusze ludzi sprawiedliwych i dobrych, ale zobaczy również jaka kara czeka tych, którzy popełnili największe zbrodnie - los Tantala czy Syzyfa powinien być przestrogą dla wszystkich.

Podobnie jak w tomie pierwszym każda opowieść składa się z trzech części - właściwej historii, omówienia związanego z nią związku frazeologicznego oraz współczesnej scenki, w której omawiany związek znajduje swoje zastosowanie. Młody czytelnik pozna tutaj miedzy innymi znaczenie takich określeń jak "paniczny strach", "ikarowe loty", "biały kruk" czy "szata Dejaniry".

"Moja pierwsza mitologia" to moim zdaniem pozycja obowiązkowa dla każdego 10 - 11-latka. Ułatwi ona pierwsze spotkanie z mitologią, którą dzieci poznają w szkole - moje dziecko w podręczniku do piątej klasy ma fragmenty "Mitologii" Parandowskiego i chociaż są one dobrane do jego wieku, to niespecjalnie przypadły mu one do gustu.  Nie ujmując nic panu Parandowskiemu - dla współczesnego dziecka sama narracja, bez dialogów, bez emocji towarzyszącym bohaterom rzeczywiście może być nieco nudna. 
Tak więc "Mitologia" Parandowskiego (czy też ta autorstwa Zbigniewa Kubiaka) jak najbardziej, tylko troszkę później. (Przy okazji - ja Parandowskiego czytałam dopiero w pierwszej klasie LO.) Natomiast teraz drogi młody czytelniku sięgnij po książki Katarzyny Marciniak - dobra zabawa gwarantowana, a i w pamięci sporo powinno pozostać.

niedziela, 20 listopada 2016

Mitologia dla dzieci - odsłona pierwsza

Chociaż do jej powstania minęło już ponad dwa tysiące lat to w dalszym ciągu fascynuje i rozpala wyobraźnię - mitologia, bo o niej mowa, pomimo słusznego wieku ma się całkiem nieźle i nic a nic nie traci na popularności. Czytają ja dorośli, czyta młodzież (no może niezbyt chętnie, bo to jednak lektura szkolna), sięgają po nią również dzieci. 
I z tymi dziecięcymi odbiorcami był do tej pory największy problem - dostępne na naszym rynku wersje mitów przeznaczone są raczej dla starszego czytelnika. Ale ta luka właśnie została zniwelowana - pojawiła się bowiem ostatnio "Moja pierwsza mitologia", której autorką jest Katarzyna Marciniak. Jest to dwutomowe wydawnictwo przeznaczone dla dzieci - właśnie miałam przyjemność zapoznać się z pierwszym tomem składającym się z dwóch części - "Dzieciństwo bogów i ludzi" oraz "Przygody herosów".

Młody czytelnik ma w tej książce możliwość zapoznania się z dzieciństwem Zeusa, Hermesa, Afrodyty, Aresa oraz innych olimpijczyków, znajdzie tu opowieść o pierwszych ludziach stworzonych przez Prometeusza, będzie mógł śledzić przygody najsłynniejszego greckiego herosa Heraklesa, pozna dzieje Tezeusza, Jazona, Perseusza i innych bohaterów. A wszystko to w wersji niemal bezkrwawej, dostosowanej do poziomu kilkuletniego odbiorcy - tzn. kto ma zginąć ginie, ale autorka nie ekscytuje się technicznymi opisami zadawanej śmierci.

Każda opowieść składa się z trzech części - mitu opowiadanego przez dorosłych dzieciom (często są to zwierzęta, np. orły, sowy czy mrówki), wyjaśnienia łączących się z danym mitem związków frazeologicznych oraz historyjki obrazującej współczesne zastosowanie owych frazeologizmów.
Tak więc książka przede wszystkim bawi, ale również uczy. Oczywiście dziecko raczej nie zapamięta od razu wszystkich określeń, ale nic nie stoi na przeszkodzie aby do książki sięgać jeszcze wielokrotnie, prawda?
A duma rodzicielska kiedy nasza pociecha użyje we właściwym znaczeniu "stajni Augiasza", 'puszki Pandory" czy "tytanicznego wysiłku" będzie najlepszą rekompensatą za poniesione na zakup książki wydatki.

Tak więc drodzy rodzice, ciocie, wujkowie, dziadkowie - wydaje mi się, że "Moja pierwsza mitologia"  Katarzyny Marciniak to może być nadzwyczaj trafiony prezent mikołajkowy lub świąteczny.

środa, 28 września 2016

W Winnicy, Złotym Moście i Turowie wizyta druga i niestety ostatnia...

Jest wiosna 1734 roku. Winnicki kat udaje się w świat, gdzieś gdzie nie dosięgnie go klątwa niesprawiedliwie osądzonej dziewczyny, Bartek Rabiński opuszcza gościnne lochy turowskiego zamku a podstarości Hadziewicz jest szczęśliwym narzeczonym miecznikowej Rozbickiej. Kasztelan Jandźwiłł ma sporo problemów z najbliższymi - młoda żona jest na granicy śmierci, małżeństwo córki nie spełniło pokładanych w nim oczekiwań, starszy syn przebywa w Gdańsku i wszystko wskazuje na to, że walczy po stronie Stanisława Leszczyńskiego, młodszy również przysparza ojcu sporo kłopotu, a jakby tego było mało na zamku przebywa oddział rosyjskiego wojska, który ma dopilnować aby okoliczna szlachta złożyła przysięgę na wierność królowi Augustowi III Sasowi.

Tak rozpoczyna się najnowsza powieść Małgorzaty Gutowskiej - Adamczyk pt. ""Fortuna i namiętności. Zemsta", którą od dzisiaj można znaleźć w każdej dobrej księgarni/ Dla porządku dodam, że książka jest kontynuacją wydanego półtora roku temu tomu pt. "Fortuna i namiętności. Klątwa" o której pisałam TUTAJ.

Akcja książki toczy się wiosną i latem 1734 roku. Jest to okres walk pomiędzy zwolennikami wybranego na króla przez szlachtę Stanisława Leszczyńskiego a stronnikami popieranego przez Rosję i sporą część magnaterii Augusta III Sasa. W całej Polsce, w tym również w okolicach powieściowej Winnicy szlachta tworzy oddziały i przystępuje do konfederacji popierających jednego lub drugiego kandydata. Zdarza się (tak jak się to stało w rodzinie Jandźwiłłów), że najbliżsi krewni stają po różnych stronach konfliktu. 
Kiedy mężczyźni zajmują się polityką i wojaczką gospodarstwo pozostaje pod kobiecym zarządem - jest ot wymarzona sytuacja dla różnego rodzaju zbójców, łotrów i włóczęgów, którzy napadają słabo chronione dwory grabiąc je i niszcząc. Szlacheckim siedzibom nie odpuszczają też rosyjskie oddziały żądając kwater i wyżywienia, a wszelki opór naraża mieszkańców na poważne kłopoty...

Nie ukrywam, że na tę książkę czekałam z ogromną ciekawością. Polubiłam bohaterów, których poznałam w pierwszym tomie i z niecierpliwością czekałam jak autorka pokieruje ich dalszymi losami. Szczególnie interesowało mnie co się stanie z Bartkiem Rabińskim, który zyskał sobie moją największą sympatię - tym bardziej, że jego sytuacja pod koniec pierwszego tomu była mocno nieciekawa...

Po raz kolejny pani Małgorzata Gutowska-Adamczyk zafundowała mi kilka godzin wspaniałej lektury. Historia trzyma w napięciu, bohaterowie muszą się wykazać odwagą i hartem ducha, czasem potrzebują trochę sprytu i przebiegłości, a czasami wystarczy trochę szczęścia aby wyszli z opresji. Życie stawia przed nimi nowe wyzwania, niektórzy szukają nowych źródeł utrzymania, inni muszą odłożyć na bok marzenia o osobistym szczęściu, jeszcze inni stają przed koniecznością dokonania najważniejszych życiowych wyborów. Wszyscy w jakiś sposób ewoluują, zmieniają się - ci "dobrzy' popełniają błędy, ci "źli" miewają chwile skruchy i wątpliwości, nic nie jest do końca czarne ani białe. Jest jak w prawdziwym życiu.

Pisałam o tym przy okazji pierwszego tomu "Fortuny i namiętności, ale muszę to powtórzyć po raz drugi - książka jest niezwykle starannie dopracowana jeśli chodzi o warstwę obyczajową i realia historyczne. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, ze to znak rozpoznawczy autorki, która po raz kolejny udowadnia, że można stworzyć książkę historyczną, która spodoba się laikowi a i u osoby w jakiś sposób związanej (czy to zawodowo czy też hobbystycznie) z historią nie wywoła zgrzytania zębami lub jęków rozpaczy.

Serdecznie polecam :)

środa, 17 sierpnia 2016

Wakacyjne podróże - polskie morze z Nikim, Polą, Gretą i Gutkiem

Wakacje nieodwołalnie zbliżają się do końca - jeszcze tylko kilka dni i trzeba będzie wracać do szkoły. Na pociechę zostaną wspomnienia letnich wędrówek czy wieczorów przy ognisku, nowi znajomi, być może przyjaciele lub sympatie...

Dla Nikodema, Poli, Grety i Gutka te wakacje rozpoczęły się dosyć pechowo. Co prawda spędzali je nad morzem jednak deszczowa aura, brak towarzystwa i cała masa prywatnych problemów sprawiły, że letnie dni mijały markotnie. Kolejny deszczowy dzień zapowiadał się równie beznadziejnie jak poprzednie - cała czwórka siedziała w pustej smażalni i nudziła się. Kiedy do lokalu weszło dwóch podejrzanych typów nikt nie spodziewał się, że oto zaczyna się ich największa przygoda..

"Duża kieszeń na kłopoty" to kolejna powieść Agaty Mańczyk, która ukazała się w wydawanej przez Naszą Księgarnię "Serii z nitką". 
Główni bohaterowie to czwórka nastolatków - trochę zbuntowanych, trochę zagubionych, ale przede wszystkim bardzo samotnych i potrzebujących ciepła i wsparcia. Nikodem i Pola mieszkają na stałe w Jarosławcu, Gutek i Greta przyjechali tu na wakacje. Nie znają się, ale wspólne zadanie, poszukiwanie skarbu piratów połączy ich w jeden zespół - pomimo różnych charakterów i celów, które im przyświecają, muszą sobie zaufać, bo tylko w ten sposób osiągną sukces.

Po raz kolejny bohaterowie książki Agaty Mańczyk borykają się z problemami, które w jakiś sposób ich przerastają - tato Nikodema stracił pracę i wpadł w alkoholizm, mama Poli zmarła a ojciec zajęty pracą był niemal nieobecny w jej życiu, rodzice Gutka wiecznie się kłócili a ukochana babcia była poważnie chora. Wydawać by się mogło, że Greta miała szczęście - kochający rodzice, czuwający nad każdym jej krokiem, zawsze gotowi spieszyć z pomocą i wyręczający ją w każdy możliwy sposób. Niestety to o czym gdzieś podświadomie marzyła pozostała trójka było dla niej największą udręką - nadopiekuńczość rodziców stanowiła przysłowiową złotą klatkę i dziewczyna nade wszystko chciała się z niej wyrwać i zacząć żyć własnym życiem.

Awantura w którą wplątują się bohaterowie książki będzie od nich wymagała (oprócz działania zespołowego) odwagi, przedsiębiorczości, kreatywnego myślenia oraz odłożenia na bok swoich kłopotów. Cała czwórka będzie się musiała sprawdzić w działaniu, robić rzeczy o których do tej pory nawet nie myśleli a także podejmować decyzje, które zaważą na losie ich wszystkich. Kilka wspólnych dni nauczy ich więcej niż całe dotychczasowe życie. Tylko, czy będą potrafili skorzystać z szansy jaką daje im los?
Cóż, o tym dowiecie się w czasie lektury ;)

Serdecznie polecam tę książkę nastolatkom, ale również ich rodzicom - to niesamowite co się może kłębić w młodych głowach...

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Wakacyjne podróże: z Ewą do Prowansji

Ewa od zawsze lubiła fotografować. Zamiłowanie z dzieciństwa udało się w dorosłym życiu zmienić na źródło dochodu, bowiem młoda kobieta pracuje jako fotograf w niewielkim mieście gdzieś na południu Polski. Być może zlecenia, które przydziela jej szef nie stanowią jakiegoś zawodowego wyzwania, ale dziewczyna lubi to co robi. I oto pewnego dnia następuje przełom - do agencji fotograficznej zgłasza się Eliza, właścicielka kwiaciarni, która chce zamówić zrobienie  folderu dla klientów. Kwiaciarnia znajduje się w Prowansji, więc Ewa pakuje sprzęt i wyjeżdża do Francji...

Anna J Szapielak swoją literacką przygodę rozpoczęła w 2010 roku powieścią "Zamówienie z Francji", która została bardzo ciepło przyjęta przez czytelniczki. W kolejnych latach ukazały się kolejne powieści - "Dworek pod lipami", Młyn nad Czarnym Potokiem", "Wspomnienia w kolorze sepii" oraz "Znów nadejdzie świt".
Teraz, po sześciu latach pisarka wróciła do swojej pierwszej książki, gruntownie ją poprawiła, a żeby  jeszcze lepiej zaakcentować różnicę nadała książce nowy tytuł "Francuskie zlecenie". Tak więc jeśli ktoś czytał "Zamówienie" to niech się czuje ostrzeżony - to nowa wersja starego tytułu.

Dom do którego trafia Ewa to wiejska rezydencja otoczona pięknym parkiem. Mieszka tu cała wielopokoleniowa rodzina - do stołu zasiada prawie 20 osób. Wszyscy (pomimo, ze są rodowitymi Francuzami) mówią po polsku, również pracownicy mają obowiązek nauczyć się tego języka. Ma to niekiedy humorystyczny wydźwięk, kiedy ogrodnik przemawia językiem bohaterów "Trylogii", bo lekcje polskiego pobierał u wielbiciela Henryka Sienkiewicza.
Na czele rodziny stoi babcia Konstancja - to ona wprowadziła ten językowy rygor na pamiątkę ukochanego męża, który był Polakiem. W rodzinie od wieków panuje matriarchat a majątek jest przekazywany z pominięciem jednego pokolenia czyli z babci na wnuczkę.

Ewa przy okazji robienia fotografii ma możliwość obserwacji domu i ludzi i szybko zauważa, że pomiędzy Elizą a jej babcią trwa swego rodzaju próba sił - starsza pani przywiązana jest do tradycji i chce, żeby wszystko trwało niezmiennie jak przez ostatnie kilkadziesiąt lat, natomiast młoda kobieta chce wprowadzić kilka zmian, które dostosowałyby ich rodzinne przedsiębiorstwo do wymogów współczesnego świata. Eliza kocha i szanuje swoją babcię, ale chce zarządzać majątkiem i rodziną po swojemu.
Zresztą konflikt pokoleń to nie jedyny problem, który rzuca się w oczy Ewie. Stare mury kryją w sobie wiele tajemnic i sekretów, których początki tkwią w zamierzchłej przeszłości. Ewa trochę wbrew sobie daje się wciągnąć w rozwiązywanie rodzinnych tajemnic...

"Francuskie zlecenie" to książka, która z pewnością znajdzie uznanie u wielbicieli sag rodzinnych, ale również u osób lubiących dobrą powieść obyczajową. Historia jest ciekawa, trochę tajemnicza i bardzo wciągająca. I nie ma w niej prawie wcale romansowych historii ;)

Polecam serdecznie.


niedziela, 24 lipca 2016

Kot, apteka i trup w salonie

Na letnie upały najlepszym remedium jest lekka książkowa historia i zimny kompot z rabarbaru - to prawda stara jak świat. Zacieniony balkon kusi, kompocik prosto z lodówki wypełnia szklankę więc trzeba tylko wybrać odpowiednią lekturę. Tym razem padło na książkę "Nieboszczyk wędrowny", której autorką jest Małgorzata J. Kursa.

Marylka i Sławek to młode małżeństwo na dorobku. Obydwoje są farmaceutami, mieszkają w Lublinie, wynajmują niewielkie mieszkanie i raczej nie mają przed sobą jakichś oszałamiających perspektyw. Dlatego spadek który Marylka otrzymuje po ciotce stanowi dla nich wręcz cud. Pani Teresa, również farmaceutka, mieszkała w Kraśniku i prowadziła tam własną aptekę. Z niewiadomych przyczyn pominęła w testamencie własnego syna, a dorobek życia przekazała bratanicy i jej mężowi. Młodzi ludzie przeprowadzają się do Kraśnika i rozpoczynają nowe życie.
Niestety szczęście nie trwa długo, bowiem po kilku dniach wracając do domu zastają w nim ludzkie zwłoki. Co gorsza istnieją przyczyny dla których nie bardzo mogą wezwać policję, więc muszą sami pozbyć się niecodziennego gościa...

Małgorzata J. Kursa jest autorką kilku książek (najnowsza jest 7 z kolei) bardzo dobrze przyjętych przez liczne grono czytelniczek. Ja sama nie miałam jak dotąd możliwości zapoznać się z jej twórczością, więc lekturę "Nieboszczyka" rozpoczynałam z ogromną ciekawością. I już po kilku chwilach dałam się wciągnąć w intrygę do tego stopnia, że książkę pochłonęłam w ciągu jednego popołudnia.

Co stanowi największy atut tej książki? Moim zdaniem styl i poczucie humoru autorki. Owszem fabuła jest ciekawa, bohaterowie sympatyczni, akcja toczy się wartko, nie ma jakichś niepotrzebnych wypełniaczy czy pisania "na ilość", ale tym co najbardziej przypadło mi do gustu jest dowcipna narracja i zabawne dialogi. A już pomysł, aby na ludzi spojrzeć oczami kota uważam za bardzo interesujący - Belzebub (tak się nazywa ukochany kot Marylki) ma bardzo trzeźwy pogląd na świat i chociaż lubi swoich dwunożnych niejednokrotnie uważa ich za istoty nieporadne i wymagające jego kociej opieki.

Książka bardzo mi się podobała, chociaż muszę przyznać, że dwa czy trzy razy byłam nieco zagubiona. Otóż pani Małgorzata w rolach bohaterów drugiego planu umieściła postacie z innych swoich książek i napomykają one o zdarzeniach czy ludziach o których ja, nie znając poprzednich powieści, nie miałam pojęcia. Nie wpływa to jakoś zasadniczo na odbiór książki, jednak wolę o tym napisać dla porządku.

Polecam :)

środa, 6 lipca 2016

Wakacyjne podróże: z Gabrysią i Nilsem w czasy hippisów i magnetofonów szpulowych

Rafał Witek jest autorem zabawnego cyklu książek dla dzieci pt. "Bzik & Makówka przedstawiają:". Do tej pory wyszły trzy książeczki ( "Zgniłobrody i Luneta Przeznaczenia", "Ucieczka z tajemniczego ogrodu" i "Autograf za milion dolarów") a kilka dni temu swoją premierę miał tom czwarty pt. Maliny zza żelaznej kurtyny".

Gabrysia Bzik i Nilson Makówka mają po 10 lat, chodzą do jednaj klasy i są najlepszymi przyjaciółmi. Więc kiedy Nilson tajemniczo znika Gabrysia postanawia go odnaleźć. Chłopiec zaginął w drodze do biblioteki, więc jego koleżanka postanawia udać się jego śladem. Wsiada do dziwnego autobusu, a kiedy udaje się jej z niego wysiąść okazuje się, że cofnęła się w czasie do roku 1974. Jedyną dobrą stroną tej sytuacji jest fakt, że spotyka tam Nilsona...

Gabrysia i Nilson trafiają w czasy młodości swoich dziadków. Pierwsze co rzuca się im w oczy to brak jakichkolwiek reklam,mniejsza liczba samochodów i szare blokowiska. Ogólne zainteresowanie budzą ich dżinsy i koszulki - dla współczesnego nastolatka są to zwykłe codzienne ciuchy, dla młodych ludzi z pierwszej połowy lat siedemdziesiątych to symbol lepszego życia na Zachodzie...

Poruszanie się w rzeczywistości sprzed ponad czterdziestu lat sprawia bohaterom dosyć poważne kłopoty - brak ówczesnych pieniędzy, nieznajomość realiów czy wreszcie bariera językowa (bo niby to polski język, ale dogadać się w nim wcale nie jest łatwo) to tylko kilka przykładów. Ale to przestaje być ważne, kiedy okazuje się, że dwójką rzucających się w oczy dzieciaków zaczyna się interesować SB...

Książeczka przeznaczona jest oczywiście dla dzieci, więc bohaterom udaje się wywinąć z trudnej sytuacji, ale młody czytelnik ma okazję dowiedzieć się co nieco o życiu w tamtym okresie. Ma szansę dowiedzieć się co oznaczały określenia "esbecja", "demoludy", "czarny rynek" czy wreszcie tytułowa "żelazna kurtyna". Co więcej - może (podobnie jak Gabrysia) porównać życie wtedy i teraz. I wcale nie jest pewne, która rzeczywistość bardziej przypadnie mu do gustu...

"Maliny zza żelaznej kurtyny" przybliżą współczesnym dziesięciolatkom trudne czasy w których żyli ich dziadkowie - oczywiście jest to zaledwie niewielki wycinek tamtej rzeczywistości podany w formie możliwej do zaakceptowania przez dziecko. I być może przynajmniej część młodych czytelników będzie chciała u źródła (czyli u rzeczonych dziadków) znaleźć więcej informacji na temat tamtych czasów.
Dziadkowie i babcie - czujcie się ostrzeżeni ;)

czwartek, 26 maja 2016

Młodociani detektywi na tropie

Rasmus i Pontus mają po jedenaście lat i chodzą do czwartej klasy. Na świecie króluje wiosna, a oni muszą siedzieć w szkole, chociaż serce wyrywa im się do Wszawego Dołka, do którego właśnie zjechało wesołe miasteczko. 

Tak zaczyna się książka Astrid Lindgren pt. "Rasmus, Pontus i pies Toker" - powieść powstała w 1957 roku, a jej najnowsze wydanie sygnowane jest przez Naszą Księgarnię.

Największą sensacją wesołego miasteczka jest Alfredo, słynny połykacz noży. Chłopcy bardzo chcą obejrzeć jego występ ale brakuje im pieniędzy, więc postanawiają wejść bez biletu. Plan mają całkiem niezły, jednak nie udaje się go zrealizować, przypadkowo przerywają występ i stają oko w oko z rozzłoszczonym Alfredem. Nie mają pojęcia, że to spotkanie będzie miało daleko idące skutki...
Można powiedzieć, że pechowe spotkanie z połykaczem noży rozpoczęło wyjątkowo urozmaicony okres w życiu chłopców, bowiem następnej nocy są świadkami kradzieży i, oczywiście, postanawiają samodzielnie schwytać złoczyńców.

Rasmus i Pontus to sympatyczne, inteligentne i pomysłowe dzieciaki. Ich przyjaźń jest z gatunku tych prawdziwych, od serca - kiedy Rasmus chce pomóc swojej starszej siostrze  Pontus idzie "na akcję" razem z nim, nie bacząc na fakt, że plan przyjaciela zakłada potajemne nocne wejście do obcego domu. 
Chłopcy mają fantazję, poczucie humoru, potrafią wywołać bójkę na ulicy, ale potrafią się również wykazać odwagą i lojalnością. Mają dobry kontakt ze swoimi rodzicami, chociaż jak każdy młody człowiek w ich wieku uważają, ze rodzina nie zawsze traktuje ich poważnie.

Powieść, jak na kryminalną historię przystało, ma kilka nagłych zwrotów akcji, znajdzie się jakiś niewielki zbieg okoliczności, a dobro oczywiście zwycięży.

"Rasmus, Pontus i pies Toker" to, podobnie jak wiele innych książek Astrid Lindgren, powieść ponadczasowa, która pomimo dosyć słusznego już wieku spodoba się współczesnym dzieciakom. Bo niezależnie od czasów w których przyszło nam żyć przyjaźń i lojalność nigdy nie stracą na wartości.

wtorek, 17 maja 2016

Przyjaciel zasługuje na prawdę

W Polsce typowa zima ostatnich lat - trochę śniegu i mrozu, ale zdecydowanie więcej mgły, zimnego wiatru i roztopionej brei na ulicach. Za to w Egipcie piękna słoneczna pogoda, lazurowa woda i piaszczysta plaża - wymarzone miejsce na spędzenie ferii zimowych. Czy aby na pewno? 

Anna Łacina to jedna z moich ulubionych autorek powieści młodzieżowych, chociaż sama już dawno młodzieżą nie jestem... Każdą jej książkę czytam z ogromnym zainteresowaniem i nieodmiennie nie mogę wyjść z podziwu jak pisarka świetnie rozumie młodych ludzi. Tak jest i z jej najnowszą powieścią pt. "Niebo nad pustynią", która wydała ostatnio Nasza Księgarnia.

W słonecznych egipskich dekoracjach spotyka się czwórka młodych ludzi - Anastazja, Damian, Klara i Albert. Mają szansę na spędzenie dwóch wspaniałych tygodni, jednak okazuje się to nie takie proste - każde z nich przywozi ze sobą niewidzialny bagaż problemów z rodzaju tych nie do przezwyciężenia.

Damian żyje w świecie gier komputerowych. Jest nimi zafascynowany do tego stopnia, że nawet kontakty z dziewczętami traktuje jak kolejny level.
Anastazja pod licznymi bransoletkami i rzemykami skrywa blizny na nadgarstkach, a jej rodzina tylko z pozoru jest idealnie szczęśliwa.
Klara cały czas martwi się o pozostawione w domu rodzeństwo, a na plażę wychodzi w długich spodniach i szczelnie zapiętej czarnej koszuli.
Albert wydaje się ideałem - kulturalny, inteligentny, świetnie dogaduje się zarówno z dziećmi jak i starszymi paniami, zna arabski...
Dwa tygodnie w egzotycznym kurorcie stanowią dla nich wszystkich szansę aby coś zmienić w swoim życiu. Tylko czy ją wykorzystają?

"Niebo nad pustynią" to na pierwszy rzut oka opowieść o młodzieńczych fascynacjach, pierwszych uczuciach, o kompleksach i międzypokoleniowym braku zrozumienia. Ale kiedy zagłębimy się w lekturę to po kilku stronach dotrze do nas, że byliśmy w błędzie, bowiem nic nie jest takie jakie się wydaje. Anastazja i Klara dźwigają na swoich barkach ciężary, którym nie dałaby rady niejedna dorosła kobieta, Damian, który w wirtualnym świecie jest superbohaterem w realu nie radzi sobie zupełnie, Albert skrzętnie broni swojej prywatności, ale równocześnie okazuje się świetnym obserwatorem i znawcą młodzieńczej psychiki.
Niecodzienna sytuacja w jakiej znalazła się cała czwórka, znajomość, która może się skończyć razem z powrotem do Polski sprawia, że bohaterowie mogą otworzyć się przed sobą - paradoksalnie łatwiej zwierzyć się obcej osobie niż najbliższym.

Anna Łacina po raz kolejny zaserwowała nam świetną, wielowątkową, dynamiczną opowieść z zaskakującym zakończeniem, po którą zdecydowanie warto sięgnąć.




poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Teatr, przyjaźń i wyzwanie

Pina kocha teatr. Swoją pasją zaraża grupę znajomych i wspólnie przygotowują się do udziału w konkursie zespołów amatorskich.
Przygotowanie spektaklu na motywach sztuk Szekspira idzie pełną parą, kiedy jedna z dziewcząt postanawia odejść z zespołu. Monia ma ciężko chorą siostrzyczkę, której grozi amputacja nogi. Istnieje co prawda możliwość leczenia za granicą, ale rodzina nie jest w stanie zebrać potrzebnej kwoty. Monia nie jest w stanie normalnie funkcjonować i dlatego podejmuje decyzję o rezygnacji w przygotowaniach do konkursu.
Na szczęście Monia ma przyjaciół, którzy co prawda nawet w marzeniach nie widzieli takiej góry pieniędzy jaka jest potrzebna na operacje, ale bez namysłu postanawiają pomóc.

Maciejka Mazan znana jest głównie jako tłumaczka fantastyki  - przekładała na język polski m.in. książki U. Le Guin, O. Scotta Carda, P.K. Dicka. Tłumaczy również teksty piosenek, jest autorką dwóch książek dla dzieci a w wolnym czasie reżyseruje spektakle muzyczne. Kilka tygodni temu miała premierę jej najnowsza książka pt. "Pina, zrób coś!".

Bohaterowie książki to grupa zwariowanych młodych ludzi, którzy stają przed pierwszym wielkim życiowym problemem. Spontanicznie podejmują decyzję o zbiórce pieniędzy dla chorego dziecka i chyba nie do końca zdają sobie sprawę na co się porywają. Bo niestety od tej chwili będą musieli godzić studia z rozmaitymi innymi zajęciami: chociażby występami w przedszkolach czy udziałem w konkursie talentów. Niektóre zlecenia kłócą się z ich zainteresowaniami czy poczuciem estetyki (jak chociażby wykonywanie muzyki disco polo), ale najważniejszy jest cel i to jemu podporządkowują się bezwarunkowo.

"Pina, zrób coś!" to książka przepełniona humorem słownym i sytuacyjnym, Pina i jej znajomi mają do siebie niesamowity dystans i są niepoprawnymi wręcz optymistami - zadanie którego się podjęli należy do tych z rodzaju niewykonalnych, jednak z uśmiechem na ustach i młodzieńczym zapałem pokonują wszelkie przeszkody. Pokazują, ze jeśli ma się przyjaciół to żadne wyzwanie nie jest straszne.

Serdecznie polecam tę książkę - już po kilku pierwszych kartkach poprawa humoru gwarantowana.


wtorek, 22 marca 2016

Kto finansował działalność króla Kazimierza Wielkiego?

Kazimierz Wielki wybitnym władcą był - tę prawdę wszyscy nauczyciele historii wciskają w głowy swoich uczniów. Budował zamki, istniejące już miasta otaczał murami, hurtowo zakładał nowe, lokował wsie na prawie magdeburskim, założył Akademię Krakowską - jego sukcesy można by jeszcze długo wymieniać. Wszyscy podziwiają rozmach ostatniego Piasta na polskim tronie i tylko nieliczni zastanawiają się skąd król miał środki na finansowanie swoich pomysłów.

I takie właśnie pytanie stawia swoim uczniom niejaki pan Cebula, jeden z bohaterów serii książek Grażyny Bąkiewicz pod wspólnym tytułem "Ale historia...". Kilka miesięcy temu pisałam o pierwszym tomie poświęconym Mieszkowi I ("Mieszko, ty Wikingu"), a dzisiaj przyszła kolej na Kazimierza Wielkiego. 
Książeczka nosi tytuł "Kazimierzu skąd ta forsa?" a jej narratorką jest Zuzka, koleżanka Aleksa, którego poznali czytelnicy tomiku poświęconego Mieszkowi. 

Zuzka żyje w przyszłości, a ponieważ dzięki specjalnym szkolnym ławkom dzieciaki mogą się przenosić w czasie, to lekcje historii często odbywają się "w terenie". Tak było i tym razem - Zuzka i jej koledzy przenoszą się do czternastowiecznej Polski, aby zbadać źródła finansowania rozbudowy kraju dokonanej przez króla Kazimierza.

Dzieciaki trafiają do Gniezna w którym właśnie budowana jest nowa gotycka katedra, a następnie ruszają w stronę Krakowa, aby w stolicy znaleźć odpowiedź na zadane przez nauczyciela pytanie. W czasie drogi spotykają ich rozmaite, często niebezpieczne, przygody, a napotykani ludzie udzielają im informacji na temat życia w ówczesnej Polsce. Z tych informacji wyłania się przy okazji obraz władcy, który ma niebywały talent do interesów, a przez racjonalne gospodarowanie posiadanymi zasobami oraz długofalowe planowanie pomnaża pieniądze w skarbcu. 

"Kazimierzu, skąd ta forsa?" to świetnie pomyślana i napisana historia. Zderzenie współczesnych dzieciaków ze średniowieczna rzeczywistością, ich pomysłowość i poczucie humoru sprawiają, że czyta się tę książeczkę niemal jednym tchem. Autorka taktownie milczy na temat moralności króla Kazimierza (wszak to historia dla dzieci), stosuje pewne uproszczenia (z tego samego powodu) ale w przystępny sposób objaśnia zawiłości średniowiecznej rzeczywistości. Doskonałe uzupełnienie tekstu stanowią ilustracje Artura Nowickiego, który w zabawny sposób potrafi przedstawić nawet pracę... kata. Dodam, że jego mini komiksy, chociaż skierowane do młodego czytelnika mają ukryte przesłanie, którego znaczenie wyłapie dorosła osoba - tak więc, pomimo iż docelowymi czytelnikami są dzieciaki w wieku 10-13 lat, i dorosły powinien się dobrze bawić czytając tę książkę.

Serdecznie polecam, a na koniec mały przykład tego co znajdziemy w książce


środa, 9 marca 2016

Trzech muszkieterów z osiedlowej ławeczki

Było ich trzech: pyskaty, zapatrzony w siebie Czejen, skryty i cyniczny Sznita oraz niepewny i trochę wycofany Emeryt. Mieszkali na jednym osiedlu, chodzili do jednej podstawówki i gimnazjum, robili psikusy sąsiadom, ich główną bazą była stara osiedlowa ławka. Nie mieli zbyt dobrej prasy u okolicznych dozorców ani wśród nauczycieli, jednak nie spędzało im to snu z oczu - najważniejsza była dobra zabawa, nie ważne jakim i czyim kosztem. Zawsze udawało się im jakoś wykaraskać z kłopotów.
Tak miało być i tym razem. Początek roku szkolnego w ostatniej klasie gimnazjum i numer stulecia, który już na zawsze miał utrwalić ich sławę - wydawało się, że wszystko przebiega zgodnie z planem, niestety nie docenili dyrektora. Wpadka i ultimatum - jeszcze jeden wybryk i cała trójka zostaje relegowana ze szkoły...

Tak zaczyna się powieść Agaty Mańczyk pt. "Facet z prostą instrukcją obsługi". Narratorem jest Czejen i to jego oczami obserwujemy wydarzenia, które mają miejsce w ciągu kilku kolejnych miesięcy.
Chłopcy niespecjalnie przejęli się pogróżkami dyrektora, ale dla świętego spokoju zaczęli się pojawiać częściej w szkole. I może wszystko potoczyłoby się w miarę gładko, gdyby na ich drodze nie pojawiła się tajemnicza piękność, która okazała się dobrą znajomą z dzieciństwa. Jagoda, nazywana Zgagą, miała nieszczęście stać się ofiarą jednego z żartów Czejena i spółki (kiedy miała kilka lat chłopcy ogolili jej głowę i posmarowali gencjaną), później wyjechała na kilka lat za granicę. Teraz wróciła i wszystko wskazuje na to, że chce wyrównać rachunki...

Agata Mańczyk po raz kolejny udowodniła, że świetnie zna świat gimnazjalnej młodzieży. Owszem, Czejen, Sznita i Emeryt to typowy "element zagrożony demoralizacją", można by się pokusić nawet o stwierdzenie, że ten element już jest zdemoralizowany. Jednak to tylko jedna strona medalu. Chłopakom nie brak inteligencji, mają poczucie własnej wartości, a większość ich wybryków skierowana jest przeciwko dorosłym, którzy  wcale ich nie rozumieją, wciąż traktują z góry i na każdym kroku pokazują kto tu rządzi. Świat dorosłych przedstawiony jest w bardzo ciemnych barwach - złośliwi i zgorzkniali nauczyciele (jedynym wyjątkiem jest nauczyciel polskiego) i rodzice, których wiecznie nie ma. Jedynym jaśniejszym akcentem są babcie - to one tłumaczą tajemnice z przeszłości, one częstują sokiem i kanapkami, a w krytycznych momentach nie pytają o nic tylko opatrują odniesione w bójce rany.

Książka ma wartką akcję, wiele rzeczy początkowo wydaje się inne niż jest w rzeczywistości, bohaterowie często skrywają drugą, a nawet trzecią twarz - to wszystko sprawia, że "Facet z prostą instrukcją obsługi" stanowi świetną lekturę dla nastoletniego czytelnika.
Serdecznie zachęcam.


piątek, 4 marca 2016

Moc zmysłów po raz drugi

Jesienią ubiegłego roku miałam przyjemność przeczytać powieść Agaty Mańczyk pt. "Huczmiranki. Eukaliptus i werbena", natomiast kilka dni temu w moje ręce trafiła kontynuacja tej książki nosząca tytuł"Huczmiranki. Rumianek i mięta".

Podobnie jak w tomie pierwszym akcja toczy się w trzech planach czasowych.

Po zakończeniu pierwszej wojny światowej Huczmiranki wracają z Radomia do Warszawy. Erwina stara się odbudować rodzinę, która ucierpiała na skutek konfliktu z Bergonami i Kaczatami wywołanego przez Lindę. Nie jest to zbyt łatwe zadanie, ale istnieje szansa, że jedna z młodszych członkiń rodu może mieć zdolności alchemiczne, które, wykorzystane we właściwy sposób, mogą pomóc w spełnieniu planów Erwiny.

Na przełomie lat 60. i 70. Daria, aby chronić swoje córki, musiała zgodzić się na warunki podyktowane przez rodowe zasady. Opuszczona przez przyjaciółki, oszukana przez matkę, robi coś, czego Huczmirankom robić nie wolno - zbliża się coraz bardziej do ludzi. Niestety, jej życiem wkrótce po raz kolejny wstrząśnie niespodziewana tragedia...

Rok 2013 - Nina nie ustaje w poszukiwaniach synka. Przy okazji na jaw wychodzi kilka skrywanych od lat sekretów. Kobieta znajduje się pod ciągłą obserwacją, jednak udaje jej się odnaleźć ojca, chce również przywrócić pamięć swojemu mężowi - sądzi, że jeśli upora się z własną przeszłością uda jej się znaleźć rozwiązanie trapiących ją problemów. Do Niny dociera również, że na jej barkach spoczywa ogromna odpowiedzialność - jeśli zrobi jeden fałszywy krok może wywołać kolejną wojnę rodzin...

Z kontynuacjami tak już jest, że porównujemy je, czasem całkiem nieświadomie, do części poprzednich. I chociaż "Rumianek i mięta" trzyma poziom to jednak w porównaniu z "Eukaliptusem i werbeną" minimalnie przegrywa.
Jaka jest tego przyczyna?
Myślę, że głównym powodem była konieczność pozamykania pewnych wątków, ale również wprowadzenie na scenę nowych postaci, nawiązanie nowych intryg, a potem ich rozwiązanie - trochę za dużo tego jak na jeden tom. Wydaje mi się, że gdyby autorka pokusiła się o stworzenie trylogii zamiast dylogii to wyszłoby na dobre całej powieści - nie trzeba by było traktować historii skrótowo (w końcu powieść nie może mieć objętości książki telefonicznej), można by się pokusić o bardziej rozbudowane wątki niektórych postaci - mnie na przykład ciekawi jak potoczyły się losy Sabiny, rodowej alchemiczki, twórczyni kilku szczególnie ciekawych mieszanek oraz Mariny, matki Darii, którą poznajemy już jako kobietę w średnim wieku, stojącą na czele rodu. Jest jeszcze kilka innych ciekawych postaci potraktowanych całkiem po macoszemu, a stanowiących ważne punkty rodowej układanki.

Chociaż z drugiej strony nie można autorce odmówić fantazji i kreatywności, a już szczególnie jeśli chodzi o rozwiązanie całej intrygi - do pewnego momentu byłam w stanie wymyślić jak potoczą się losy bohaterek, ale takie rozwiązanie jakie zaserwowała nam Agata Mańczyk zupełnie nie przyszło mi do głowy.

Serdecznie polecam tę książkę, jak również jej poprzedniczkę. I mam nadzieję, że "Huczmiranki" nie będą jednorazowa przygodą autorki z literaturą dla dorosłych - bo chociaż Agata Mańczyk pisze głównie dla młodych czytelników, to jednak dobrze radzi sobie z dorosłą tematyką.

poniedziałek, 29 lutego 2016

Trylogia na luty - o pewnym rudym kocie i jego człowieku

Nie należę do wielbicielek kociego rodu, więcej, od czasu kiedy jeden z przedstawicieli tego gatunku obdarował mnie toksoplazmozą, serdecznie ich nie lubię. Ale od czasu do czasu zdarzają się literackie kocury, które zyskują moją sympatię: przykładem Behemot z "Mistrza i Małgorzaty".

Kot o którym dzisiaj chcę napisać istnieje naprawdę, razem ze swoim człowiekiem (bo to kot wybiera sobie opiekuna) mieszka w Londynie, a dzięki mediom znany jest niemal na całym świecie.

James Bowen to były narkoman, który próbuje sobie ułożyć na nowo życie. Pewnego dnia na jego drodze staje rudy kot po przejściach. James, chociaż sam ledwie wiąże koniec z końcem postanawia zaopiekować się Bobem. Wkrótce okazuje się, że była to jedna z najlepszych decyzji jakie podjął w życiu - kot ma niezwykły talent w zjednywaniu sobie ludzi. Początkowo James zarabia jako uliczny muzyk, później przerzuca się na sprzedaż gazet - Bob, który mu towarzyszy przy tych zajęciach, budzi zainteresowanie, a przy okazji ma wpływ na wysokość datków.

Oczywiście życie Jamesa i jego kota to nie ciągłe pasmo przyjemności - zdarzają się gorsze dni, a i nie wszyscy ludzie są przyjaźnie nastawieni do oryginalnego duetu. Jednak tym co jest niezwykle widoczne w tej serii jest optymizm i wiara w lepsze jutro. Bob i James są prawdziwymi przyjaciółmi, wspierają sie w trudnych chwilach i obydwaj wiedzą, że mają kogoś bliskiego...

Początkowo powstała jedna książka o Bobie i Jamesie, jednak sukces jaki odniosła sprawił, że pojawiły się jeszcze dwie kolejne. I tak oto mamy trylogię o kocie i jego człowieku ;)