Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. Otwarte. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. Otwarte. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 lutego 2016

Miłość, miłość, miłość - trzy książki na okoliczność Walentynek

No i mamy dzień świętego Walentego, który to od wieków opiekował się ludźmi zapadającymi na ciężkie choroby (zwłaszcza umysłowe, nerwowe i epilepsję). W tym kontekście dołożenie mu jeszcze rozmaitych zakochańców nie jest wcale takie całkiem pozbawione sensu...

Nie lubię Walentynek, nie obchodzę ich (aczkolwiek rano dostałam od dziecia własnego czekoladowe serduszko...), ale tak się złożyło, że dzisiaj o miłości trochę będzie, a to za sprawą trzech powieści Emily Giffin.

Autorka kilka lat temu święciła ogromne tryumfy na blogach i chyba dzięki temu trafiły do mnie jej książki. Tradycyjnie przeczytały je wszystkie rodzinne i zaprzyjaźnione baby, a następnie książki utknęły na półce i czekały na swój czas. Nadszedł on dopiero w grudniu ubiegłego roku, kiedy przeczytałam "Coś pożyczonego", następnie siłą rozpędu "Coś niebieskiego" a w ostatnich dniach "Sto dni po ślubie".

"Coś pożyczonego" i"Coś niebieskiego" to właściwie ta sama historia, tylko opowiedziana z dwóch różnych punktów widzenia.
Rachel i Darcy mają po trzydzieści lat, przyjaźnią się od dzieciństwa i są tak różne jak dzień i noc. Rachel zawsze kieruje się zasadami, jest rzetelna i godna zaufania, nie lubi ryzykować, w związku z czym wiedzie spokojne, ustabilizowane i raczej nudne życie. Darcy to osoba przebojowa, nie zawsze lojalna, lubiąca skupiać na sobie uwagę i mająca poważne zadatki na rasową egocentryczkę. Rachel jest ciągle sama, natomiast Darcy przygotowuje się do ślubu z Dexem, którego poznała właśnie dzięki swojej przyjaciółce.

Kilka miesięcy przed wyznaczoną datą ślubu dochodzi jednak do wydarzenia, które wszystko zmienia - Rachel ląduje w łóżku z narzeczonym swojej przyjaciółki. Co gorsza dociera do niej, że kocha Dexa, zawsze go kochała...
Rachel ma wyrzuty sumienia, miota się pomiędzy lojalnością wobec Darcy a miłością do Dexa i jasno zdaje sobie sprawę, że cokolwiek wybierze straci kogoś bliskiego. Sprawy nie ułatwia jej również Dex, niepotrafiący zdecydować, która z kobiet jest dla niego ważniejsza. Wydawać by sie mogło, że najbardziej pokrzywdzoną osobą z tego trójkąta jest Darcy, jednak po czasie okazuje się, że ona również nie była całkiem fair wobec pozostałej dwójki...

"Coś pożyczonego" i "Coś niebieskiego" to powieści o przyjaźni, miłości i lojalności, ale również o tym, że należy być odpowiedzialnym za swoje wybory, bowiem zła decyzja może skrzywdzić nie tylko nas, ale również inne osoby. Rachel zaczyna rozumieć, ze nie można wiecznie trzymać się z boku i ustępować dla świętego spokoju, że trzeba jasno komunikować swoje uczucia, żeby potem nie żałować i, że jest w życiu kilka spraw o które warto walczyć. Darcy musi sobie uświadomić, że przyjaźń nie polega tylko na braniu, a powstała sytuacja zmusza ją do zmiany nastawienia do życia,  uczy empatii oraz pomaga dojrzeć do miłości i macierzyństwa.

Pomimo, że to Darcy jest osobą oszukaną przez narzeczonego i przyjaciółkę, to jakoś nie budziła mojej sympatii, natomiast Rachel, pomimo ewidentnego świństwa, jakie jej wyrządziła, jakoś łatwiej mi zrozumieć i polubić. 
Natomiast postacią budzącą najmniej przyjaznych uczuć był zdecydowanie Dex - nielojalny wobec Darcy, nie potrafi (albo nie chce) jasno się określić wobec Rachel, ciągnie ten chory układ w nieskończoność - chyba ma nadzieję, że sprawa rozwiąże się sama. Ciekawe jak? Jedna z dziewczyn się utopi, a on zostanie z tą drugą???


Ellen, bohaterka "Sto dni po ślubie" nie ma takich dylematów jak Rachel i Darcy. Od trzech miesięcy jest mężatką - Andy, jej mąż jest chodzącym ideałem a przy okazji bratem jej najlepszej przyjaciółki Margot. Młodzi małżonkowie mieszkają w Nowym Jorku, chociaż każde z nich urodziło się zupełnie gdzie indziej: Ellen pochodzi ze robotniczego Pittsburgha, natomiast Andy jest potomkiem bogatej rodziny z Atlanty - ona jest fotografem a on prawnikiem. Ellen przeżyła kiedyś wielką miłość, która niestety zakończyła się rozstaniem i chociaż związek z Leo nie należał do najspokojniejszych to kobieta nie potrafi o nim zapomnieć.

Pewnego dnia drogi Leo i Ellen przypadkowo się krzyżują, co więcej były chłopak ma dla niej propozycję zawodową, która może stanowić szczyt marzeń fotografa - sesja zdjęciowa z popularną gwiazdą dla prestiżowego czasopisma. Ellen wie, że taka szansa nie pojawia się codziennie, ale z drugiej strony czuje, że współpraca z Leo może wystawić na próbę jej małżeństwo. Ellen przyjmuje zlecenie, jednak o tym, że autorem tekstu do którego będzie robić zdjęcia jest jej były chłopak mówi tylko swojej siostrze...

Sama myśl o wspólnej pracy z Leo powoduje u Ellen wyrzuty sumienia. zdaje sobie sprawę, ze nie może w nieskończoność ukrywać tej współpracy (chociażby z tego powodu, że artykuł będzie podpisany imieniem i nazwiskiem Leo...), jednak brnie w tę sytuację bez wyjścia - dawne uczucia nie wygasły i kobieta zaczyna się zastanawiać kogo tak naprawdę kocha.

Powiem szczerze, że w przypadku tej książki miałam mieszane uczucia, bo moim zdaniem problem Ellen jest trochę wydumany. O ile rozumiem dylemat pt. "Kogo ja właściwie kocham?" to już zupełnie do mnie nie dociera oskarżenie o brak lojalności wobec męża przejawiający się kontaktem zawodowym z byłym narzeczonym. Fakt, Nowy Jork to ogromne miasto i spotkać się w nim ze swoim byłym (o ile nie pracujemy w jednej firmie albo nie mieszkamy w sąsiednich budynkach) jest raczej trudno, ale co by było w przypadku, gdyby bohaterowie mieszkali w jakiejś mniejszej miejscowości? Jak nic trzeba by porzucić pracę, rodzinę i przyjaciół i wyprowadzić się na drugi koniec świata...
Ale generalnie, podobnie jak w przypadku dwóch poprzednich książek, uważam, że "Sto dni po ślubie" jest lekturą godną polecenia.


niedziela, 4 stycznia 2015

Wejść na Dach Świata

Mount Everest, Czomolungma, Sagarmatha, Góra Gór, Trzeci Biegun, Dach Świata - najwyższy szczyt na Ziemi (8848 m n.p.m.), marzenie i cel życia setek himalaistów, ale również amatorów, którzy mając w sobie wiele samozaparcia (a w kieszeni bardzo zasobny portfel) podejmują trud i ogromne ryzyko przy próbie jego zdobycia...
Polacy zapisali się na stałe w historii wejść na Everest - do 2006 roku zdobyło go 14 naszych rodaków, w tym Wanda Rutkowska, która weszła na  niego jako pierwsza Europejka oraz Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki którzy dokonali pierwszego zimowego wejścia na szczyt.
Wiosną 2006 roku ruszyła kolejna polska wyprawa w Himalaje, w skład której weszła Martyna Wojciechowska, która swoje przeżycia i obserwacje z tej wyprawy zawarła w książce "Przesunąć horyzont".

Jak to się stało, że popularna dziennikarka i prezenterka telewizyjna, znana z takich programów jak "Big Brother", "Dzieciaki z klasą", "Automaniak" czy "Misja Martyna" porywa sie na tak ekstremalną wyprawę? Czy to kolejny stopień w karierze zawodowej, poszukiwanie adrenaliny, sposób na promocję własnej osoby? A może kaprys gwiazdy, której uderza do głowy woda sodowa, do tego stopnia, że chce zdobyć coś, co udało się nielicznym? I czy amatorka jeśli chodzi o wspinanie się w wysokich górach da sobie radę w Himalajach? Czy nie będzie tylko ciężarem dla bardziej doświadczonych członków wyprawy?
Na te i jeszcze inne pytania i wątpliwości znajdziecie odpowiedź w "Przesunąć horyzont". Książka powstała na podstawie dziennika Martyny, więc znajdziecie w niej autentyczne emocje, opisy poszczególnych etapów trwającej półtora miesiąca wyprawy, chwile euforii i wątpliwości, które targały autorką, jej zmaganie się z własnymi ograniczeniami i słabością. Bo dopiero w sytuacjach ekstremalnych dowiadujemy się prawdy o sobie. Bycie osobą publiczną  nie pomaga w chwilach słabości, kiedy płucom brakuje tlenu, mózg funkcjonuje na zwolnionych obrotach, a postawienie kolejnego kroku stanowi niewyobrażalny wysiłek. Góry uczą człowieka ogromnej pokory, a mieszkanie przez kilka tygodni z inną osobą w niewielkim namiociku odziera z jakiejkolwiek intymności...

Martyna weszła na Everest, sprawdziła się, przesunęła swój horyzont. Prawdą jest, że miała przy tym ogromne szczęście, bowiem wielu wspinaczy nigdy nie wraca z gór (w czasie pobytu polskiej ekipy w Himalajach zginął wspinacz z Czech), inni wracają poturbowani i chorzy, a sporej grupie, pomimo ogromnego wysiłku, nie udaje się zdobyć szczytu. Ale nawet największy fart nie pomógłby, gdyby nie ciężka praca i wiara w końcowy sukces.

Warto przeczytać tę książkę. I może warto pomyśleć o przesunięciu własnego horyzontu?

PS. W książce jest masa przepięknej urody zdjęć :) 

wtorek, 1 lipca 2014

I znów zbiorowo będzie, ale okoliczności mnie usprawiedliwiają

Końcówka czerwca w przypadku mojego miejsca pracy to, delikatnie mówiąc, pomieszanie domu wariatów z pierwszym dniem wyprzedaży w centrum handlowym - kto ma szczęście pracować w szkole ten wie o czym piszę. Jeśli dodać do tego, że w tym roku żegnałam moją kochaną klasę IIIB i razem z bratnią IIIA przygotowywaliśmy występ na koniec roku to zamieszanie robi się jeszcze większe. Na to wszystko nakłada się oczywiście Mundial (nie jestem jakimś fanem futbolu, ale z dzieckiem oglądam, bo w grupie zawsze raźniej), który właśnie wszedł w decydującą fazę. A jakby tego było mało w sobotę zaginął nam chomik i dopiero przed chwilą szczęśliwie się odnalazł za szafą w sypialni. Na szczęście żywy, tylko silnie przestraszony...
Powyższe wydarzenia spowodowały, że na półeczce zagnieździło się kilka przeczytanych książek, o których grzechem byłoby nie napisać chociaż kilku słów. Tak więc zapraszam do lektury:)

*************************************

Agathy Christie przedstawiać nikomu nie trzeba - to chyba jedno z najbardziej rozpoznawalnych nazwisk w świecie literatury. Stworzyła dwie ikony powieści kryminalnej, niepokonanych detektywów, czyli Poirota i pannę Marple, ale od czasu do czasu dawała im wolne, a zagadki kryminalne rozwiązywali zdolni amatorzy. Tak dzieje się również w przypadku przeczytanego przeze mnie "Mężczyzny w brązowym garniturze".

Anna Beddingfeld przez przypadek jest świadkiem śmiertelnego wypadku w londyńskim metrze. Okoliczności tragedii sugerują, że nie jest to zwykły wypadek, a anonimowa ofiara może mieć coś wspólnego z morderstwem popełnionym w wiejskiej rezydencji pewnego wpływowego dżentelmena. Młoda kobieta, próbując rozwikłać zagadkę, udaje się w podróż do Rodezji i na statku płynącym do Afryki natrafia na kolejne niepokojące poszlaki. Wszystko wskazuje, że Anna wplątała się w porachunki większej grupy przestępczej, zajmującej się między innymi kradzieżą diamentów. Dziewczyna będzie musiała wykazać się niezwykłym opanowaniem i siłą woli aby wyjść cało z niebezpiecznej sytuacji. Będzie też musiała zdecydować czy tytułowy mężczyzna to wróg czy przyjaciel...

Książki Agathy Christie mają to do siebie, że intryga toczy się w dosyć wąskim gronie kilku osób, które wydają się być niewinne jak anioły, ale z drugiej strony wiadomo, że mordercą jest ktoś z nich. I biedny czytelnik łamie sobie głowę nad odwiecznym pytaniem "Kto zabił?", a kiedy już wydaje się, że człowiek rozwiązał zagadkę, to okazuje się, że trop był jak najbardziej mylący i nasz podejrzany jest czysty jak łza... I trzeba kombinować od nowa.
"Mężczyzna w brązowym garniturze" to jedna z pierwszych powieści jakie wyszły spod pióra wielkiej Agathy i chyba tylko temu mogę zawdzięczać fakt, że już tak mniej więcej w połowie książki miałam dwóch głównych podejrzanych i, jak się okazało, to jeden z nich był mordercą. Z późniejszymi powieściami już mi tak łatwo nie poszło. 
W książce jest kilka słabszych momentów, gdzie autorka funduje czytelnikowi niesamowite wręcz zbiegi okoliczności, ale generalnie warto po nią sięgnąć. Chociażby dlatego, żeby zobaczyć jak rozwijał się talent królowej kryminału.

********************************************

Ewa Stec to jedna z tych autorek, po powieści których sięgam z ogromną przyjemnością i, jak dotąd, nigdy się nie zawiodłam. Tak było i tym razem, a okazją do czytelniczego spotkania stał się "Romans z trupem w tle" będący debiutem autorki.

Agnieszka Rusałka na kilkanaście dni przed ślubem dowiaduje się, że jej narzeczony ją zdradza. Postanawia się upić i w tym celu udaje się do jednego z krakowskich barów, gdzie przypadkiem poznaje przystojnego i opiekuńczego Jerzego Bonda - lekarza i, jak się szybko okazuje, faceta po przejściach. 
Kiedy następnego dnia Agnieszce udaje się nieco złagodzić opłakane skutki alkoholowego szaleństwa podejmuje decyzję - smak zemsty jest słodki i już ona pokaże niewiernemu Jackowi co stracił. W zamiarze utwierdzają ją przyjaciółki i Agnieszka przystępuje do realizacji planu zemsty. Przede wszystkim postanawia uprzykrzać byłemu narzeczonemu życie. Okazja zdarza się niemal natychmiast - do jej mieszkania listonosz przynosi paczkę z Petersburga, w której ma być prezent ślubny od jakiegoś przyjaciela Jacka. Prezentem okazuje się gipsowy krasnal ogrodowy i chociaż nie jest on Agnieszce w żaden sposób do szczęścia potrzebny, to z czystej złośliwości odmawia jego zwrotu. Tymczasem gipsowe cudo budzi zainteresowanie osób trzecich, nie zawsze przychylnie nastawionych do panny Rusałki. I tu powstaje pytanie - jaka jest rola przystojnego pana Bonda?

Powieść, chociaż to kryminał, jest zabawna, pełno w niej humoru słownego jak i sytuacyjnego, i nawet czarne charaktery są sympatyczne (oczywiście w granicach rozsądku). Ewa Stec ma talent do tworzenia ciekawych bohaterów, zarówno pierwszo jak i drugoplanowych. Jeśli ktoś czytał inne powieści tej autorki, szczególnie "Klub Matek Swatek" to zapewne ucieszy go informacja, że w powieści pojawia się Klara Jasnowidząca, niezwykle skuteczna wróżka pesymistka.
Akcja powieści osadzona jest  w Krakowie, więc jeśli ktoś zna miasto to dodatkowa atrakcję może stanowić rozpoznawanie opisanych w książce lokalizacji.

I chociaż sceneria powieści jest wyjątkowo śnieżna i mroźna (rzecz dzieje się w grudniu) to serdecznie polecam jako lekką wakacyjną lekturę.

***************************************

Przy stoisku na targu staroci spotykają się trzy kobiety - wszystkie zainteresował porcelanowy serwis do herbaty. Panie, zamiast rozpocząć kłótnię lub podbijać cenę upatrzonego kompletu dochodzą do porozumienia i kupują go wspólnie - tym bardziej, że każdej z nich porcelana potrzebna jest jednorazowo, a terminy szczęśliwie się nie pokrywają. Te wspólne zakupy stają się początkiem przyjaźni, która połączy kobiety nie mające ze sobą, na pierwszy rzut oka, nic wspólnego. 

Jenny to dwudziestokilkulatka, która właśnie przygotowuje się do ślubu. Jest pełna rozterek zupełnie normalnych przed tym wydarzeniem, ale na te typowe problemy nakłada się trauma z dzieciństwa, kiedy to jej matka z dnia na dzień opuściła rodzinę, związała się z innym mężczyzną i przez ponad dwadzieścia lat nie szukała kontaktu z porzuconymi dziećmi.

Maggie jest po czterdziestce, kilka lat wcześniej rozwiodła się, ale nie robi z tego większej tragedii. Prowadzi dobrze prosperującą kwiaciarnię, zajmuje się oprawą florystyczną rozmaitych imprez i właśnie teraz otrzymała od losu wielką szansę - ma wykonać dekoracje na ślub miejscowej celebrytki, a zdjęcia z tej uroczystości mają być zamieszczone w ogólnokrajowej prasie. To ogromne wyzwanie pochłania mnóstwo czasu i nerwów Maggie. Tymczasem były mąż daje znać o swoim istnieniu, chce się spotkać, ą do Maggie dociera, że chyba nie do końca wyrzuciła Dylana ze swojego życia...

Trzydziestokilkuletnia Alison ma męża i dwie córki. Na zewnątrz są postrzegani jako szczęśliwa rodzina, jednak to tylko pozory - mąż Ali od kilku miesięcy jest bezrobotny i zajmowanie się domem nie stanowi szczytu jego marzeń a córki weszły właśnie w okres buntu i zapanowanie nad nimi wymaga ogromnego wysiłku i cierpliwości. Nawet pies przysparza problemów, bo korzystając z najmniejszej nieuwagi właścicieli ucieka na sąsiednią posesję i z zapałem niszczy wypielęgnowane klomby. Alison zajmuje się rękodziełem, sprzedaje swoje wyroby w internecie, ale przyjaciel proponuje jej spółkę i otwarcie sklepiko-kawiarni. Ali cieszy się z tej propozycji, jednak niespodziewanie rodzina popada w potężne problemy finansowe...

"Klub porcelanowej filiżanki" Vanessy Greene to opowieść o sile przyjaźni, o przełamywaniu problemów, o potrzebie bycia z drugim człowiekiem. Bohaterki stają się bliskie czytelniczkom, bo każda z nas odnajdzie w nich mniejszą lub większą cząstkę siebie. Jenny, Maggie i Alison to zwyczajne kobiety, takie, które miewają lepsze i gorsze dni, które muszą podejmować decyzje dnia codziennego, które borykają się z codziennymi problemami. Ich związki nie są idealne, ale starają się nad nimi pracować i nie poddają się przy chwilowych niepowodzeniach.
Ciepła, optymistyczna lektura.

*****************************************

A dla tych, co dobrnęli do końca tego posta taka mała próbka tego co potrafią moi (byli już, niestety) uczniowie:


niedziela, 13 października 2013

W małym dworku i w wielkim mieście

Była sobie raz pewna Zosia. Mieszkała z tatą i starą nianią w malowniczym dworku leżącym około 40 km na południe od Krakowa. Zosia uprawiała warzywa i owoce, które sprzedawała do okolicznych i krakowskich sklepów, zaś starsi państwo byli emerytami więc jakoś sobie finansowo radzili. Niestety, rodzinną idyllę zniszczył pewien Krzysztof. Dawny znajomy rodziny, obecnie rzutki biznesmen pożyczył kiedyś ojcu Zosi znaczną sumę pieniędzy (na wykup dworku) - kilkakrotnie przekładał termin spłaty, ale wreszcie był zmuszony zażądać zwrotu pieniędzy. Boruccy nie mieli tych pieniędzy, wiec byli zmuszeni oddać dom, opuścić ukochane Różany i przeprowadzić się do Krakowa...

"Droga do Różan" oraz "Wiosna w Różanach" to cykl powieściowy, którego autorką jest Bogna Ziembicka. Na stronie domowej autorki można przeczytać, że jest krakowianką z urodzenia, filologiem z wykształcenia oraz opowiadaczką z zamiłowania. "Droga do Różan" to jej debiut, bardzo dobrze przyjęty przez czytelniczki (podobnie jak kontynuacja), aktualnie w księgarniach pojawiło się drugie wydanie w całkiem nowej szacie graficznej, na swoją premierę czeka trzeci tom cyklu pt. "Zuzanna z Różan" (premiera najprawdopodobniej w lutym 2014) a autorka pracuje nad tomem czwartym. 

Powieści pani Ziembickiej zostały przez wydawcę (wyd. Otwarte) zaklasyfikowane jako romans - w każdym razie w chodzą w skład serii wydawniczej noszącej nazwę "Otwarte dla Ciebie Romans". Pozwolę sobie mieć co do tej klasyfikacji odmienne zdanie - w powieści jest kilka wątków uczuciowych, miejscami bardzo emocjonujących, jednak historia Zosi i jej najbliższych to przede wszystkim wielowątkowa powieść obyczajowa, saga rodzinna rozgrywająca się w dwóch planach czasowych, bowiem wątki współczesne przeplatają się ze wspomnieniami pani, a właściwie panny Zuzanny Hulewicz, którą wojenne koleje losu ściśle związały z rodziną Boruckich. 

Oprócz Zosi i Zuzanny mają te powieści jeszcze jedną ważną bohaterkę - Marianna Milejko to Amerykanka polskiego pochodzenia, która kupuje dom w sąsiedztwie różańskiego dworku Boruckich. Pomimo różnicy wieku zaprzyjaźnia się zarówno z Zosią jak i panią Zuzanną, a kiedy rodzina znajdzie się w tarapatach będzie dla nich obu, a szczególnie dla Zosi, ogromną podporą i pomocą.

Zosia, Zuzanna i Marianna to  trzy kobiety, których los nie oszczędzał, ale które pomimo wszystkich przeciwności starają się patrzeć na świat z uśmiechem. Ambitne, lojalne i wierne w przyjaźni, przestrzegające zasad, pracowite i obowiązkowe, mają na szczęście również trochę wad, co sprawia, że stają się bliskie czytelnikowi - ja w każdym razie chciałabym się z nimi zaprzyjaźnić, zwłaszcza ze stąpającą twardo po ziemi, nieco cyniczną Marianną.

O ile bohaterki pierwszoplanowe są wyraziste i mówiąc potocznie "udały się autorce", o tyle ich partnerzy już tyle szczęścia nie mieli. 
Pan Borucki to człowiek bujający w chmurach, przywiązany do szlacheckiej tradycji, nie ma żadnego talentu do interesów ale nie dopuszcza do nich córki - owszem Zosia może pracować jak wyrobnik, ale decyzje podejmuje on. Mieszkający w sąsiedztwie malarz Eryk to z kolei uosobienie dobroci i poświęcenia dla ukochanej Zosi - niestety, nie może zdobyć jej uczucia i mówiąc szczerze wcale się dziewczynie nie dziwię, bo on taki trochę nudnawy jest... Najlepiej chyba wykreowany jest czarny charakter - Krzysztof Doliwa. To człowiek nastawiony na sukces, po trosze egoista wykorzystujący nadarzające się okazje, aczkolwiek nie pozbawiony ludzkich uczuć - ma wyrzuty sumienia, że odebrał Boruckim dom, bierze odpowiedzialność za swoje czyny, stara się być uczciwy wobec zakochanej w nim Zosi, nie składa obietnic bez pokrycia.

Powieści Bogny Ziembickiej przepełnione są obrazami, zapachami i smakami polskiej wsi - szczególnie tom drugi, gdzie znajduje się kilkanaście przepisów pani Zuzanny. Niestety takich wsi jak Różany już raczej się nie znajdzie. Drewniane domy ustępują miejsca betonowym klockom, zamiast warzywnych ogrodów powstają potężne szklarnie, stare grusze i jabłonie ustępują miejsca nowym drzewkom, pod którymi nijak nie można rozstawić leżaka, że o obiadowym stole nie wspomnę, a i ludzie nie mają już czasu na celebrowanie posiłków w gronie rodziny i przyjaciół...

piątek, 9 sierpnia 2013

Nieznane bohaterki II wojny światowej

Jeżeli ktoś uważał w szkole na lekcjach historii bez większego problemu odpowie na pytanie: co zdarzyło się dokładnie 68 lat temu, 9 sierpnia 1945 roku? Dla niezorientowanych - Stany Zjednoczone zrzuciły bombę atomową na Nagasaki (trzy dni wcześniej zniszczona została Hiroszima) aby wymusić na Japonii podpisanie bezwarunkowej kapitulacji, co stało się następnego dnia.

Bardziej zainteresowani tą tematyką z pewnością znają nazwiska Paula Tibbetsa czy Fredericka Bocka, a określenia "Projekt Manhattan", "Little Boy" czy "Fat Man" są dla nich jak najbardziej zrozumiałe. Ale jestem pewna, że nawet najwnikliwszemu znawcy historii powstania bomby atomowej niewiele powiedzą nazwiska Celia Szapka, Colleen Rowan czy Jane Greer. Tymczasem bez nich, a także bez tysięcy innych młodych Amerykanek stworzenie bomby, a przez to zakończenie II wojny odsunęłoby się w czasie o wiele miesięcy.

Denise Kiernan to amerykańska pisarka i dziennikarka, która przez siedem lat zbierała materiały na temat wysiłku tysięcy ludzi zatrudnionych w Oak Ridge - mieście zbudowanym w 1942 roku na terenie stanu Tennessee w którym prowadzono badania nad izotopami uranu oraz produkowano materiały rozszczepialne, a  które oficjalnie nie istniało... Autorka dotarła do żyjących jeszcze dawnych pracownic kompleksu i na podstawie ich wspomnień oraz licznych materiałów archiwalnych starała się w miarę wiernie odtworzyć ich życie za płotem, który odgradzał Oak Ridge od reszty świata.

Dziewczyny atomowe pochodziły właściwie ze wszystkich stron kraju, białe i kolorowe, niektóre miały ukończoną tylko szkołę średnią, inne były absolwentkami wyższych uczelni, reprezentowały najróżniejsze środowiska, wyznania religijne i styl życia. Zwabione dobrymi zarobkami, marzące o wyrwaniu się z domu i samodzielności, niektóre zjawiły się w mieście ponieważ ich rodzice znaleźli tu zatrudnienie przeszły przez kolejne stopnie rekrutacji i zostały przyjęte do pracy przy... No właśnie, tak naprawdę żadna z nich nie miała pojęcia na temat tego jaki jest profil ich zakładu pracy, co i z czego produkuje: wszystko objęte było klauzulą tajności i biada temu, kto próbował rozgryźć tajemnice Oak Ridge - znikał z dnia na dzień i niebezpiecznie było pytać o to co się z nim stało. Każda z osób pracujących przy projekcie znała tylko swój zakres obowiązków i nawet mężowie nie mogli o swojej pracy rozmawiać z żonami. Tylko kilka osób z najwyższego kierownictwa miało pełnię wiedzy czego dotyczy ten tajny projekt. Trzeba przyznać, że zdecydowana większość pracowników zadowalała się stwierdzeniem, że uczestniczą w stworzeniu czegoś co pomoże zakończyć wreszcie wojnę. Niemal każdy miał kogoś na froncie - brata, syna, narzeczonego czy przyjaciela i chciał aby wrócił on jak najszybciej do domu.

Oak Ridge zbudowano od podstaw - kompleks badawczo przemysłowy i otaczające go dzielnice mieszkalne wznoszono w niewiarygodnym wręcz tempie. Szybko nie zawsze znaczy wygodnie - nie starczyło czasu na zrobienie porządnych dróg i chodników, ulice tonęły w błocie, a i mieszkania pozostawiały wiele do życzenia - małe, bez łazienek, zbudowane z prefabrykatów domki przysługiwały tylko rodzinom, osoby samotne mieszkały w bursach. Ale nawet ciężkie warunki życia, mało satysfakcjonująca (choć dobrze płatna) praca, kilometrowe kolejki po każdą właściwie rzecz nie zabiły młodzieńczego entuzjazmu - miasto tętniło życiem, organizowano tańce, zawody sportowe, tworzono rozmaite organizacje społeczne, młodzi ludzie biegali po pracy na randki, zawierali małżeństwa, rodziły im się dzieci. Starano się żyć w miarę normalnie w tym wojennym szaleństwie...

Różnie można oceniać użycie bomb atomowych w Hiroszimie i Nagasaki - zginęło kilkadziesiąt tysięcy ludzi, powstały ogromne straty materialne, a skutki wybuchu odczuwane były jeszcze przez wiele lat później. Prawdą jest jednak, że gdyby Stany Zjednoczone nie zastosowały tego drastycznego środka wojna na Pacyfiku mogła trwać jeszcze przez wiele miesięcy i zginęłyby tysiące żołnierzy po obydwu stronach. Pamiętać też należy, że nie tylko Amerykanie pracowali nad bombą atomową i to w dużej mierze przypadek zadecydował, że właśnie oni jako pierwsi zakończyli ten swoisty wyścig.
Czy dziewczyny atomowe (jak również atomowi chłopcy) pracowały by lepiej i wydajniej, gdyby wiedziały czemu służy ich wysiłek? Nie sądzę. Wydaje mi się, że ich motywacja była wystarczająco silna i większa jawność projektu nic by tu nie zmieniła.

Dla bohaterek książki udział w "Projekcie  Manhattan" stał się punktem przełomowym w życiu. Większość z nich znalazło w Oak Ridge mężów, założyło rodziny, urodziło dzieci i zostało w mieście, które pomimo zakończenia wojny w dalszym ciągu całkiem nieźle prosperowało. Część osób, głównie rodziny, które gdzieś tam w świecie zostawiły swoich bliskich zdecydowało się na powrót w rodzinne strony. Wszyscy jednak na zawsze stali się częścią najnowszej historii.

Czas płynie, tamte dziewczyny są dzisiaj już staruszkami i za kilka lat nie będzie już żadnych świadków tego co działo się w mieście w czasie wojny. Dobrze więc, że znalazł się ktoś, kto podjął trud zbadania i opisania życia tej wielotysięcznej rzeszy, która pomogła zmienić bieg historii.  

piątek, 17 maja 2013

Ankieta, reklama i coś jakby opinia;)

Korzystam z różnych portali książkowych, jednak najulubieńsza była i jest BiblioNETka - za miesiąc będę obchodzić trzecie B-NETkowe urodziny. 
Od jakiegoś już czasu na portalu trwa dyskusja nad zmianami - bo chociaż strona jest dobra, to przecież może być jeszcze lepsza, prawda? W wyniku tej dyskusji powstała ankieta (dosyć szczegółowa), w której  respondenci mogą się ustosunkować do pomysłów jakie pojawiły się w ostatnich tygodniach. Ankieta skierowana jest do użytkowników, ale również do osób, które nie mają konta na portalu - bo może ktoś zarejestrowałby się w BiblioNETce, ale brakuje mu jakichś funkcji, lub coś mu bardzo przeszkadza.
Ankietę można znaleźć TUTAJ 

Przy okazji zachęcam tych, którzy jeszcze nie znają BiblioNETki do zainteresowania się portalem - znajdziecie tam:

  •  najlepszy katalog, 
  • uporządkowane serie wydawnicze i cykle książkowe, 
  • sporo recenzji, nie tylko nowości, ale również starszych pozycji, 
  • ciekawe akcje (chociażby "Wędrujące książki"), 
  • schowek, który pomoże uporządkować domową biblioteczkę i plany czytelnicze, 
  • polecanki, które na podstawie waszych dotychczasowych lektur znajdą książki, które powinny się wam spodobać, 
  • spotkania z pisarzami (w najbliższym tygodniu będzie można zadawać pytania pani Oldze Rudnickiej
  • oraz, a może przede wszystkim, cały tłum świetnych ludzi kochających czytanie.

*****************************************

Jacek Skowroński to współzałożyciel i redaktor czasopisma "Qfant", autor licznych opowiadań kryminalnych  i człowiek który z niejednego pieca chleb jadał. W bieżącym roku ukazała się jego trzecia książka, a mnie dane było właśnie przeczytać jego debiut czyli powieść sensacyjno-kryminalną pt. "Był sobie złodziej".

Tytułowy bohater, a zarazem narrator, ma na imię Rafał i żyje z kradzieży. Nie jest jednak byle doliniarzem czy innym kieszonkowcem - on jest złodziejem z przestępczej najwyższej półki. Każdą akcję starannie planuje, przeprowadza drobiazgowe rozpoznanie i dopiero kiedy już posiada komplet informacji na temat swojej ofiary przystępuje do działania. Tak było i tym razem - niestety nie przewidział, że jego ofiarą interesuje się również mafia... Wplątany w brutalną grę gangsterów, unikający spotkania z przedstawicielami organów ścigania, zdany na pomoc zupełnie obcych ludzi stara się uratować życie, ale równocześnie planuje odwet na swoich prześladowcach.

Książka Jacka Skowrońskiego to jedna z tych pozycji, które czyta się jednym tchem i nie sposób się od niej oderwać. Akcja jest wartka, trzyma w napięciu i kiedy już czytelnikowi wydaje się  że wie jakie będzie rozwiązanie kryminalnej zagadki , robi ostry zwrot i pędzi w całkiem innym kierunku.
Dużym plusem dla autora jest sposób kreowania bohaterów - indywidualizacja, postaci z krwi i kości, poczucie humoru sprawiają, że nawet najgorszy bandzior ma jakieś cechy ludzkie.

Serdecznie zapraszam do lektury tej książki, jak również do zapoznania się z drugą z kolei powieścią Jacka Skowrońskiego pt. "Mucha", o której pisałam TUTAJ.

wtorek, 20 listopada 2012

Nie ma idealnych małżeństw...

Już od dawna utarło się, że siedem to szczęśliwa liczba - z tego powodu wiele par planuje  ślub w ten sposób, aby w dacie znalazła się choćby jedna "7", co ma gwarantować powodzenie i trwałość związku - sama brałam ślub 27 lipca, czyli mam szczęście niejako podwójne;)
Niestety bywają jednak pechowe "siódemki". 

Tessa i Nick Russo są małżeństwem z siedmioletnim stażem - właśnie świętują rocznicę ślubu. Ona pracowała jako wykładowca uniwersytecki, jednak po urodzeniu dzieci zrezygnowała z pracy zawodowej, on jest cenionym chirurgiem plastycznym i specjalistą od chirurgii dziecięcej. Pobrali się z wielkiej miłości, na początku borykali się z problemami finansowymi, ale już wyszli na prostą, mają dwójkę udanych dzieci, grono przyjaciół, są młodzi, inteligentni i mają w perspektywie jeszcze wiele wspólnych lat.
W czasie, kiedy zasiadają do rocznicowej kolacji kilka przecznic dalej odbywa się urodzinowe przyjęcie pewnego małego chłopca. Jednym z gości jest Charlie Anderson. Chwilowy brak uwagi ze strony pilnujących dzieci dorosłych ma tragiczne skutki - Charlie wpada do palącego się ogniska i doznaje dotkliwych oparzeń.

Nad łóżkiem chorego dziecka przypadek styka dwoje obcych sobie ludzi - Valerie, matkę Charliego i Nicka, jego lekarza. Początkowo połączyła ich troska o dziecko, jednak z czasem ich relacje zmieniają charakter...

"Siedem lat później" Emily Giffin nie jest kolejną sztampową historyjką typu "on poznał ją i dla niej rzuca dom i rodzinę" - to powieść psychologiczna, ukazująca ewolucję związku dwojga ludzi, związku w którym wygasło już pierwsze zauroczenie i do którego zaczyna się wkradać codzienność i rutyna. W trójkącie, który tworzą Tessa, Nick i Valerie nikt nie jest bez winy - najłatwiej oczywiście osądzić Val, to ona jest tą trzecią, oraz Nicka, bo on zdradził, ale czy Tessa nie ma sobie nic do zarzucenia?

Nie chciałabym usprawiedliwiać Nicka i Valerie, zdrada to zdrada, nie ważne z jakich pobudek. Jednak jak dla mnie najbardziej denerwującą postacią była właśnie Tessa - małostkowa, sfrustrowana, sama nie wie czego chce, jakoś nie mogłam jej polubić. Być może bierze się to stąd, że mamy całkowicie różne charaktery - ja stawiam na otwartość, jeżeli coś mi się nie podoba lub mnie niepokoi to wyjaśniam sprawę od razu, natomiast Tessa dusiła wszystko w sobie, rozpamiętywała i... bała się konfrontacji. Nie potrafiłabym też wbrew sobie zrezygnować z pracy, która daje mi satysfakcję i zamknąć się w domu, który by mnie przytłaczał - tym bardziej, że nie było w rodzinie państwa Russo przeciwwskazań do powrotu Tessy na uczelnię, dzieci uczęszczały do przedszkola, a i na ewentualną opiekunkę  mogli sobie pozwolić. I nie powiem pewnie nic nowego, ale satysfakcja i zadowolenie z życia mają wartość nieporównywalnie większą niż wymuskana kuchnia czy wysprzątany "na błysk" salon.

Książkę czyta się szybko, czego zasługą jest z pewnością język, prosty, bez stylistycznych udziwnień, oraz akcja, która toczy się w miarę szybko, nie ma jakichś przeciągających się scen czy dywagacji bohaterów.

 Uważam, że "Siedem lat później" to literatura kobieca z wyższej półki - taka, którą czyta się łatwo i przyjemnie, ale która zmusza nas do pewnych przemyśleń i wniosków. Bo świat jest tak urządzony, że wbrew temu o czym jesteśmy przekonane w dniu ślubu, nic nie trwa wiecznie i nie ma idealnych związków niestety...

niedziela, 8 lipca 2012

Wakacyjne podróże: Londyn z KMS

Kilka dni temu pisałam, że w  czasie tegorocznych wakacji podróże mi raczej nie grożą, chyba, że literackie. I o jednej z takich książkowych podróży chcę  dzisiaj parę słów napisać.

Na początek muszę chyba rozszyfrować skrót, który pojawił sie w tytule tego posta. Otóż KMS to "Klub Matek Swatek", organizacja pożytku publicznego działająca w królewskim mieście Krakowie, zajmująca się jak sama nazwa mówi kojarzeniem małżeństw. O KMS pisałam już w ubiegłym roku TUTAJ. Od tamtego czasu panie tworzące Klub rozwinęły swoją działalność daleko poza rodzinne miasto odnosząc wiele sukcesów.

Tym razem jednak los postawił przed nimi nowe, arcytrudne zadanie - do KMS zgłosiła się zdesperowana matka z żądaniem aby doprowadzić do sfinalizowania związku jej córki Alicji z Igorem, synem jej przyjaciółki. Zlecenie jak zlecenie, gorzej, że Alicja i Igor mieszkają w Londynie... Początkowe opory klubowiczek zostały przełamane za pomocą sowitej premii i panie udały się na podbój Zjednoczonego Królestwa. I od początku wszystko zaczęło iść nie tak.
Alicja i Igor byli przez dłuższy czas parą, ale kilka miesięcy temu się rozstali i połączenie ich z powrotem jest mało realne, tym bardziej, że na horyzoncie pojawia się prawdziwy, no może nie królewicz, ale arystokrata - Archibald Nelson, którym Alicja wyraźnie się interesuje. A i członkinie KMS wplątują się w poważne kłopoty - Beata i Danuta stają na drodze chińskiej mafii, Jadwiga musi się uporać z pewnym problemem z przeszłości, a Krystyna poznaje bardzo interesującego dżentelmena. A jeżeli jeszcze dodać do tego, że nie każdy jest tym za kogo się podaje, to sensacyjna historia gwarantowana.

I tak faktycznie jest - sensacyjna intryga, agenci przeróżnych wywiadów, tajne dokumenty, porwania i ucieczki, szpiegowskie gadżety oraz rozkwitające uczucia sprawiają, że książka jest idealna lekturą na lato. Ewa Stec nie napisała klasycznej powieści sensacyjno - kryminalnej, to raczej zabawna historyjka z  wątkiem sensacyjnym. Są co prawda jakieś zwłoki, ale to tak bardziej w tle, natomiast najważniejsze są perypetie klubowiczek - pań w okolicy 50-tki, które są energiczne, przebojowe i nawet z największej opresji potrafią wyratować siebie i swoich znajomych.

Jeżeli ktoś czytał pierwszą część przygód KMS to z pewnością sięgnie po tę książkę. Ale i ci, którzy jej nie czytali mogą spokojnie sięgać po "Operację Londyn", bo jest to całkiem odrębna historia.

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Nawet Salomon nie byłby w stanie wydać sprawiedliwego wyroku

Po raz kolejny na BiblioNETce ruszyła akcja "Wędrująca książka". I tak kilkanaście dni temu dotarła do mnie  książka Antoniny Kozłowskiej pt. "Kukułka".

Chociaż na oko Kajzerówkę od Słonecznej Doliny dzieli tylko płot z falistej blachy obrośnięty winobluszczem to pomiędzy mieszkańcami tych dwóch osiedli znajduje się przepaść nie do przebycia. Kajzerówka to powstałe w latach siedemdziesiątych blokowisko, zamieszkane  przez robotników z pobliskich fabryk - dawniej marzenie młodych małżeństw, dzisiaj, po zamknięciu większości zakładów przemysłowych, miejsce na przetrwanie dla rzeszy emerytów, bezrobotnych na zasiłkach czy nielicznych szczęśliwców posiadających stałą, choć słabo płatną pracę.
Słoneczna Dolina to zamknięte osiedle dla młodych, bogatych pracowników korporacji, przystanek na drodze do własnego domku na przedmieściach.

Beata z Kajzerówki zazdrości tym ze Słonecznej Doliny udanego życia, pięknych mieszkań, strzeżonych garaży, dobrej pracy i perspektyw na przyszłość - ona i jej najbliżsi mieli szansę na to lepsze życie, jednak kłopoty ze wspólnikiem męża oraz nieuczciwym deweloperem pogrzebały ich marzenia. Beata mieszka w dwupokojowym mieszkaniu wraz z matką i dwójką dzieci - mąż wyjechał do pracy do Irlandii i tam założył nową rodzinę. Pracuje jako woźna w szkole oraz dorabia po godzinach w sklepie papierniczym ale i tak ledwie wiąże koniec z końcem.
Takich kłopotów nie ma Marta ze Słonecznej Doliny - pracuje w dobrej firmie, jej mąż jest dyrektorem w międzynarodowej korporacji, mają dwa samochody, piękne mieszkanie i całkiem pokaźne konto w banku.
Jednak jest coś czego Marta pragnie do szaleństwa a nie może zdobyć - nie może mieć dziecka. Kolejne próby kończą się niepowodzeniem oraz coraz większą frustracją Marty i jej męża Filipa. Obsesja na punkcie dziecka niszczy ich związek, bo Filip stara się jak może i wspiera Martę, ale tak naprawdę sprawa wspólnego potomka nie jest dla niego priorytetem. Co więcej wydaje się, że jest wręcz niechętnie nastawiony do powiększenia rodziny.

Drogi Marty i Beaty krzyżują się w agencji oferującej pośrednictwo pomiędzy parami, które nie mogą mieć dzieci w sposób naturalny a matkami zastępczymi, czyli tzw. surogatkami. Dla Marty ma to być ostateczne rozwiązanie kłopotów z powołaniem do życia dziecka, dla Beaty ogromny zastrzyk finansowy pomagający wyjść na prostą i zapewnić lepsze życie jej dzieciom.

Antonina  Kozłowska stworzyła poruszająca powieść o ludzkich potrzebach i dążeniach, które często przesłaniają to co w życiu jest najistotniejsze - miłość, rodzinę, samoakceptację. Zarówno Marta jak i Beata zagubiły się w swoim własnym świecie. Doraźne problemy i kłopoty spowodowały, że obydwie kobiety podjęły decyzje co do powagi których nie do końca zdawały sobie sprawę. Ich układ, będący na początku transakcją handlową przeistacza się w pewnej chwili w sytuację bez wyjścia. I nie chodzi mi nawet o czysto etyczne dywagacje, których tak wiele na ten temat można znaleźć w mediach czy nauczaniu Kościoła katolickiego. Zwyczajnie było mi żal obydwu bohaterek i tak naprawdę nie jestem w stanie określić po czyjej byłam stronie...

Książka bez patosu i zbędnego lukru opowiada o ważnym problemie społecznym, nie daje jednak gotowych rozwiązań, aczkolwiek muszę przyznać, że zakończenie tej historii zaproponowane przez autorkę niezmiernie mnie wzruszyło.

Warto sięgnąć po "Kukułkę" - to kawał bardzo dobrej literatury...

sobota, 30 kwietnia 2011

Z "Włóczykijką" na antypodach

Być może z tego powodu, że za granicą byłam wszystkiego ze cztery razy (najdalej w Budapeszcie) bardzo lubię czytać opowieści tych, którzy znają tego świata trochę więcej. Do tej pory największy mój zachwyt budziły podróżnicze książki Wojciech Cejrowskiego ale od kilku dni wyrósł mu dosyć poważny konkurent w osobie Marka Tomalika. Stało się to za sprawą książki „Australia. Gdzie kwiaty rodzą się z ognia”, którą miałam możliwość przeczytać dzięki wędrującej „Włóczykijce”.
Żeby książeczka miło się u nas czuła przywitał ją jeden
z pluszaków mojego synka.

Na początek słów kilka na temat wizualnej strony tej opowieści sygnowanej przez wydawnictwo „Otwarte”. Już sama okładka zachwyca a w środku jest jeszcze lepiej. Książka wydana jest na kredowym papierze, w środku jest mnóstwo zdjęć, niekiedy stanowiących bezpośrednie tło do tekstu – a są tak piękne, że nawet czytanie czarnego druku na kolorowym tle mi nie przeszkadzało, pomimo, że zasadniczo bardzo tego nie lubię. Żeby dokończyć temat zdjęć – jest to dokumentacja kilku podróży, które autor odbył na najmniejszy z kontynentów – próżno tu szukać fotografii najbardziej znanych australijskich obiektów jak choćby opera w Sydney czy aborygeńska święta skała Uluru, bardziej znana pod swoją angielską nazwą Ayers Rock. Znajdziemy zamiast tego krajobrazy buszu, piękne plaże, niepowtarzalne okazy australijskiej flory i fauny oraz portrety Australijczyków – i tych o europejskich korzeniach jak i odwiecznych mieszkańców tamtych ziem – Aborygenów.

Jeśli chodzi o warstwę tekstową to książkę pochłania się niemal jednym tchem – w moim domu gościła akurat w okresie przedświąteczno-świątecznym i muszę się przyznać, że na konto tej lektury okna umyte zostały dopiero po świętach…
Autor potrafi fascynująco opowiadać, ma ogromne poczucie humoru, dystans do samego siebie i wyraźnie widać, że kocha to co robi. Ma wokół siebie innych zapaleńców, z którymi świetnie się rozumie i może spełniać swoje pasje. Jego książka może być również doskonałym podręcznikiem dla innych wielbicieli prawdziwej męskiej przygody – można tu znaleźć mnóstwo praktycznych porad na temat jak sobie radzić na australijskich bezdrożach, na co zwracać uwagę a czego bezwzględnie unikać. Marek Tomalik nie kreuje się tutaj na jakiegoś supermena czy arcymistrza survivalu – wręcz przeciwnie udowadnia, że jeżeli dobrze i co najważniejsze rozsądnie przygotujemy się do wyprawy to mamy ogromne szanse przeżyć w Australii przygodę życia i szczęśliwie wrócić do domu.

Książkę polecam wszystkim lubiącym literaturę podróżniczą ale również tym, którzy do tej pory nie mieli okazji po tego typu opowieści sięgnąć – ten obraz Australii w pigułce z pewnością Was zachwyci. 



Książka z akcji Włóczykijka przekazana przez Wydawnictwo Otwarte

sobota, 29 stycznia 2011

Klub Matek Swatek

Zmotywowana wygranym konkursem u Tajemnicy postanowiłam napisać kilka słów o powieści „Klub Matek Swatek” Ewy Stec. Było to moje pierwsze spotkanie z tą autorką i mam szczerą nadzieję, że nie ostatnie. Przyznam się, że książkę trochę na siłę wcisnęła mi bibliotekarka, podrzuciłam ją mojej mamie, potem teściowej, bo sama nie bardzo miałam czas… I tak książka czekała, czekała aż się doczekałaJ.
                Oto główna bohaterka – Ania Romantowska. Z urodzenia i zamieszkania krakowianka, z zawodu nauczycielka w tzw. „nauczaniu wczesnoszkolnym”, posiadaczka ekscentrycznych dziadków, tatusia w typie Felicjana Dulskiego (łącznie ze słynnym „A niech was wszyscy diabli!”), młodszego brata, który właśnie żegna się ze stanem kawalerskim, oryginalnej (dosłownie) przyjaciółki Matyldy stanowiącej mieszankę jamajskich genów mamusi i podhalańskich tatusia, wiecznego narzeczonego Fryderyka, który jednak zwleka z ostateczną deklaracją (jak się okaże ma ku temu bardzo ważne powody) oraz MAMY Beaty.
                Mama Ani martwi się, że córka pomimo zaawansowanych już 33 lat życia jest osobą samotną. Pani Beata nie tylko łamie ręce nad prawie już przegranym, jej zdaniem, życiem córki ale postanawia działać, bo przecież szczęście własnego dziecka jest dla matki najważniejsze. Ze swoich problemów zwierza się przyjaciółce, a ta ma dla niej wspaniałą informację – jest organizacja, która pomaga matkom zaniepokojonym życiową samotnością swoich dzieci. W Krakowie istnieje bowiem Klub Matek Swatek, a przyjaciółka Danuta jest przypadkiem szefową tej organizacji. Nie jest to broń Boże jakieś zwykłe biuro matrymonialne, organizacja jest utajniona, a jej działanie polega na stwarzaniu sytuacji w której dwoje dokładnie wyselekcjonowanych ludzi (opracowany szczegółowy profil psychologiczny, zainteresowania, nawet horoskop i opinia wróżki) ma możliwość się poznać a później kontynuować znajomość aż do szczęśliwego finału w USC. Pomimo początkowych obaw Beata postanawia zlecić KMS sprawę zamążpójścia swojej córki.
                Tymczasem niczego nieświadoma Ania postanawia coś zmienić w swoim życiu i jej pierwszą decyzją jest kupno mieszkania. Jest ono co prawda dosyć zdewastowane, ale jest tanio kupione i własne, a to najważniejsze. Od razu pierwszego dnia na swoim panna Romantowska poznaje dwóch na oko świetnych facetów, którzy w niedługim czasie mocno namieszają w jej trochę nudnej egzystencji.
                Powieść Ewy Stec to mieszanka romansu, kryminału i powieści sensacyjnej z baaardzo dużą dawką humoru. Postacie są żywe, opisane z przymrużeniem oka, zabawne ale nie karykaturalne. Akcja toczy się szybko, pełno w niej zaskakujących zwrotów i tak naprawdę do końca nie wiadomo kto jest „czarnym charakterem” a kto wręcz przeciwnie.
                Przyznam się, że kiedy już zaczęłam czytać to nie mogłam się oderwać od lektury aż nie dotarłam do ostatniej strony. I wtedy wyrwało mi się westchnienie „Szkoda, że to już koniec…”
Serdecznie polecam tę książkę zarówno córkom w każdym wieku, jak i nadopiekuńczym mamusiom - może warto się zastanowić czy przypadkiem, mając jak najlepsze intencje, nie wyrządzamy naszym najbliższym prawdziwie niedźwiedziej przysługi włażąc z przysłowiowymi butami w ich życie prywatne.