Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. Esprit. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. Esprit. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 stycznia 2015

Daj się wciągnąć tej grze

Nie od dzisiaj wiadomo, że gry komputerowe bywają bardzo wciągające - niektórzy wręcz tracą poczucie rzeczywistości uczestnicząc w szczególnie ekscytującej rozgrywce. Ale chyba nie ma bardziej wciągającej gry niż "Hyperversum". Przekonała się o tym grupa przyjaciół, których wspólna rozgrywka dosłownie przeniosła w czasie i przestrzeni...

Cecilia Randall jest włoską pisarką, specjalizującą się w powieściach dla młodzieży. Jej debiut to właśnie "Hyperversum", które ujrzało światło dzienne w 2006 roku (polska premiera 2011). Pisarka ma na swoim koncie jeszcze dwie powieści będące kontynuacją jej debiutu (jedna z nich "Hyperversum. Sokół i lew" ukazała się w Polsce w ubiegłym roku), a najnowsza jej książka przenosi czytelnika do Florencji czasów Wawrzyńca Medyceusza.

Ian, Daniel, Jodie, Martin, Carl i Donna rozpoczynając rozgrywkę nie mieli pojęcia, że gra przerzuci ich ze współczesnego Phoenix w stanie Arizona do trzynastowiecznej Francji (trafiają w okolice miasta Arras). 
Jest wiosna roku pańskiego 1214 - tereny gdzie trafili młodzi Amerykanie leżą na pograniczu francusko-angielskim, które znajduje się w przededniu wojny pomiędzy Filipem Augustem a Janem Bez Ziemi. Młodzi ludzie zostają rozdzieleni - Ian, Daniel, Jodie i Martin trafiają po licznych perturbacjach pod opiekę możnego feudała Jeana de Ponthieu, natomiast po pozostałej dwójce nie ma śladu. Przyjaciele mają jednak szczęście w nieszczęściu - Ian jest historykiem specjalizującym się w dziejach średniowiecznej Francji, a praca doktorska, którą właśnie przygotowywał dotyczy rodów de Ponthieu i de Montmayeur. Siłą rzeczy ma duże wiadomości na temat tradycji  i obyczajów czasów do których trafili, zna łacinę, a ponieważ trenował szermierkę potrafi posługiwać się mieczem. Jego wiadomości, umiejętności oraz siła woli niejednokrotnie ratują życie całej czwórki. Przyjaciele, pomimo, że udaje im się w miarę oswoić w nowych warunkach martwią się losem zaginionej dwójki a także tym jak (i czy w ogóle kiedykolwiek) uda im się wrócić do swoich czasów.

Książka Cecilii Randall reklamowana była jako powieść fantasty i między innymi z tego powodu trafiła na moją półkę. Przeleżała tam stosowny okres czasu, aż wreszcie doczekała się na swoją kolej. I tu spotkała mnie pierwsza niespodzianka - jedyny element fantastyczny to przeniesienie w czasie... Tak więc wielbicieli fantastyki, którzy byliby zainteresowani jej lekturą uczciwie ostrzegam - to nie jest w żadnym wypadku fantasy. 
Już wiadomo czym nie jest ta książka, więc może słów parę na temat tego czym jest w rzeczywistości. Otóż "Hyperversum" to świetna powieść historyczno - przygodowa. Wiele osób występujących w książce to postacie historyczne i ich dzieje w omawianym okresie są odtworzone zgodnie z prawdą. Również w zgodzie z prawdą historyczną przedstawione są wydarzenia z wieńcząca powieść bitwą pod Bouvines na czele. Autorka przedstawia w swojej powieści obyczaje tamtych czasów (np. zwyczaje rycerskie, kulturę dworską, stroje, uzbrojenie, itd.), wygląd zamków, miasteczek i wiosek.
Powieść ma wartką akcję, czytelnik nie powinien się nudzić - osadzenie akcji na pograniczu, konflikty pomiędzy feudałami w które wplątują się bohaterowie, zderzenie dwudziestowiecznej mentalności ze średniowiecznymi realiami, wreszcie wątek romansowy sprawią, że kilkanaście godzin, które trzeba poświęcić na lekturę (prawie 750 stron) minie jak z bicza strzelił.

A ja już wiem co sobie zażyczę na urodziny - oczywiście drugi tom "Hyperversum" :)

Książka bierze udział w wyzwaniu "Grunt to okładka"

niedziela, 15 września 2013

Dawno temu w odległej Prowansji...

Kiedy człowiek osiąga pewien wiek coraz częściej zaczyna oglądać się za siebie. Przywołuje wspomnienia miejsc, ludzi, zdarzeń i wszystko to co było wydaje się milsze, piękniejsze, bardziej kolorowe niż to co tu i teraz. Nie jestem jeszcze jakoś specjalnie wiekowa, ale zauważam u siebie taką właśnie przypadłość - coraz częściej łapię się na tym, że używam zwrotu "za moich czasów...". 
Nie wiem czy mam słuszność, ale wydaje mi się, że coraz więcej osób postanawia te swoje wspominki przekazać komuś więcej niż tylko znudzonej rodzinie, która po raz setny zmuszona jest przy świątecznym obiedzie (lub jakiejkolwiek innej rodzinnej uroczystości) zmuszona jest wysłuchiwać opowieści z cyklu "Kiedy miałem osiem lat...". Poziom tych wspomnień jest bardzo różny, ale zdarzają się wśród nich prawdziwe perełki.

Jedną z takich literackich perełek są niewątpliwie wspomnienia autorstwa Marcela Pagnola, francuskiego dramaturga, pisarza i reżysera. Autor przyszedł na świat w 1895 roku, więc jego dzieciństwo przypadało na lata przed wybuchem pierwszej wojny światowej. Ojciec Marcela był nauczycielem, a matka zajmowała się domem i dziećmi - pisarz miał dwójkę młodszego rodzeństwa. Swoje wspomnienia zawarł Pagnol w czterech tomach (zmarł w czasie pisania ostatniego) - na mojej półce stoją dwa pierwsze wydane w jednym woluminie - "Chwała mojego ojca. Zamek mojej matki".

Rodzina Pagnolów mieszkała w Marsylii, ale kiedy Marcel miał osiem lat ojciec wraz z wujem Juliuszem kupili stary wiejski dom, gdzie od tej pory rodzina miała spędzać wakacje i święta. Oczywiście zanim można tam było zamieszkać trzeba było poczynić pewne przygotowania - u handlarza starzyzną zakupiono meble, które ojciec wraz z synami wyremontowali tak aby nadawały się do użytku, mama spakowała niemal cały ich dobytek, bo rodziny nie było stać na zakup drugiego kompletu naczyń i pościeli, w bagażach musiało też znaleźć się miejsce na podstawowe produkty żywnościowe i środki czystości. Wreszcie kiedy nadszedł dzień wyjazdu część dobytku spakowano na wynajęty wóz a resztę toreb i tobołków rozdzielono pomiędzy członków rodziny. Podróż była bardzo męcząca - cześć drogi można było przejechać tramwajem, jednak ostatnie dziewięć mil trzeba było pokonać pieszo. Ale kiedy wreszcie strudzeni i głodni podróżni dotarli na miejsce to cudowne widoki oraz wizja kilku wakacyjnych tygodni przezwyciężyła zmęczenie...

I tak oto rozpoczęły się najpiękniejsze wakacje Marcela - do dyspozycji dzieci był całkiem spory ogród, a ponieważ dawniej rodzice nie byli aż tak przewrażliwieni na tle bezpieczeństwa własnych pociech chłopcy mogli sami spacerować po pobliskich wzgórzach i lasach, obserwować przyrodę i szukać coraz to nowych wrażeń. Tymczasem dorośli z utęsknieniem wyczekiwali rozpoczęcia sezonu polowań - a kiedy już się zaczął to codziennie rano wychodzili w góry skąd wieczorem wracali z upolowaną zwierzyną. Zające, bażanty czy kuropatwy stanowiły podstawę wakacyjnej diety domowników. Również Marcel przyczyniał się do zaopatrzenia spiżarni - pomagając ojcu i wujowi w czasie ich myśliwskich wypraw, lub też na własną rękę zastawiając sidła, czego nauczył go miejscowy chłopiec imieniem Lili.

Wspomnienia Pagnola ożywiają przed oczami czytelnika francuską prowincję której już dawno nie ma. Zniknęły nieużytki na których można było odpoczywać pośród dziko rosnącej lawendy i innych ziół, wiele niewielkich lasków zostało wyciętych, piaszczyste wiejskie drogi zastąpione zostały asfaltowymi szosami po których mkną samochody. I na próżno szukać wozów zaprzężonych w muły czy wiejskich domków gdzie wodę czerpano ze studni, a wieczorem oświetlano kuchnię lampą naftową. 
Ale to co się zmieniło najbardziej to ludzie i ich mentalność - widać to szczególnie w chwili, kiedy ojciec Marcela obawia się nagany w pracy. Jest zdecydowany, że w takim wypadku złoży dymisję - nie wyobraża sobie, że mógłby uczyć i wychowywać młodzież z takim piętnem. Józef Pagnol nie jest bynajmniej człowiekiem idealnym - syn pisze o nim z wielką miłością, ale nie ukrywa jego słabostek. Jednak gdy chodzi o pracę jest niezwykle wymagający - przede wszystkim wobec siebie. 
Książka jest wręcz przepełniona miłością i rodzinnym przywiązaniem, szczególnie otoczona jest nim matka pisarza, o wygodę której dba nie tylko ojciec, ale również synowie. Augustyna Pagnol odpłaca im tym samym, co więcej, kiedy pojawia się możliwość wyjazdu na wieś w czasie każdej soboty i niedzieli, przełamuje własną nieśmiałość i załatwia mężowi wolne poniedziałkowe przedpołudnie.

Warto sięgnąć po tę książkę, poczuć zapach letnich kwiatów, górski wiatr i dym  z ogniska, zanurzyć się w prowansalskiej przyrodzie sprzed stu lat i powspominać własne dzieciństwo. Szczególnie teraz kiedy wieczory robią się coraz dłuższe i coraz chłodniejsze...

poniedziałek, 25 lipca 2011

O kacie co ludzkie życie ratował




12 października 1624 roku dwunastoletni Jakub Kuisl po raz pierwszy asystował swojemu ojcu przy pracy. A zajęcie, którym parał się Johannes Kuisl nie należało do zwyczajnych, o nie. Johannes Kuisl był bowiem katem w bawarskim miasteczku Schongau. Jakub, który był najstarszym synem miał objąć posadę po ojcu, więc od najmłodszych lat był przez niego szkolony  – początkowo tylko zajmował się narzędziami pracy kata, obserwował egzekucje a teraz miał przejść chrzest bojowy jako bezpośredni uczestnik wymierzania kary śmierci młodej dzieciobójczyni. Johannes był mistrzem w swoim fachu, jednak i najlepszym trafiają się potknięcia. Tak było w tym wypadku – dopiero trzecie uderzenie mieczem pozbawiło zbrodniarkę życia a Jakub poprzysiągł, że nigdy nie pójdzie w ślady ojca…

Tak rozpoczyna swoją powieść pt. „Córka kata” Oliver Pötzsch, pochodzący  Bawarii i mieszkający w Monachium autor programów radiowych i telewizyjnych. Należało by również wspomnieć, że autor jest potomkiem Kuislów, którzy od XIV do XIX wieku byli najsłynniejszą rodziną katów w Bawarii.

Zasadnicza akcja powieści rozgrywa się w ciągu kilku kwietniowych dni 1659roku. Jedenaście lat wcześniej skończyła się wojna trzydziestoletnia ale niemieckie miasta jeszcze nie do końca podniosły się z wojennej zawieruchy. Handel i rzemiosło podupadły a po lasach wciąż jeszcze włóczą się grupy maruderów napadających na spokojne osiedla. Jakub Kuisl, który po okresie młodzieńczego buntu powrócił do rodzinnego miasta ma 47 lat, żonę, dorosłą córkę Magdalenę i kilkuletnie bliźniaki Georga i Barbarę. Od kilkunastu lat sprawuje też urząd kata.

Pewnego wiosennego dnia spokojnym miastem wstrząsa makabryczne wydarzenie. Z płynącej za murami rzeki Lech zostaje wyłowiony Peter Grimmer – syn miejscowego woźnicy. Na ciele dziecka są ślady tortur, ale największe przerażenie budzi znak namalowany na jego łopatce – jest to tzw. „zwierciadło Wenus”, symbol czarownic. Wzburzony tłum szybko typuje osobę odpowiedzialną za zbrodnię – to miejscowa akuszerka, Marta Stechlin, która przy okazji swojej profesji para się również zielarstwem. Tylko natychmiastowa reakcja kata ratuje kobietę przed samosądem. Zostaje jednak uwięziona i oskarżona o konszachty z diabłem oraz morderstwo. Radzie miejskiej zależy na jak najszybszym wydaniu i wykonaniu wyroku. Kat za pomocą tortur ma zmusić Martę do przyznania się do winy. Problem jednak w tym, że Jakub jest przekonany o niewinności akuszerki. Tymczasem w mieście dochodzi do kolejnych morderstw na dzieciach, a ofiary mają ten sam znak...

Rozpoczyna się wyścig z czasem. Kto w nim zwycięży – rajcy i rozhisteryzowani mieszczanie domagający się spalenia czarownicy czy kilka osób starających się udowodnić niewinność Marty? Czy Jakub Kuisl, jego córka oraz zakochany w niej młody medyk Simon Fronwieser zdołają odnaleźć na czas prawdziwych sprawców okrutnych morderstw? Odpowiedzi na te pytania trzeba szukać na kartach książki.
Kiedy zobaczyłam „Córkę kata” przeraziła mnie jej objętość – prawie 500 stron. Kiedy ja to przeczytam? Okazało się, że wystarczyły dwa wieczory i kawałek nocy. Świetna narracja, zwroty akcji, szybkie tempo – to najważniejsze atuty tego kryminału historycznego. Autor stworzył całą galerię ciekawych postaci – patrycjuszy, rzemieślników oraz miejskiej biedoty. Dopracował też tło społeczno-obyczajowe, wnikliwy czytelnik oprócz głównego wątku kryminalnego znajdzie w tej powieści wiele wiadomości m.in. na temat systemu prawnego czy życia i mentalności XVII-wiecznego mieszczaństwa – większość bohaterów książki to postacie autentyczne – rajcy miejscy, burmistrz czy pisarz miejski (de facto rządzący miastem) jak również Jakub Kuisl i jego rodzina.

Muszę jeszcze napisać kilka słów o fantastycznej okładce – wspaniała kolorystyka, stylizowane litery, wypukły tytuł oraz krople krwi robią niesamowite wrażenie. W środku jest rycina przedstawiająca Schongau  w czasach kiedy toczy się akcja powieści. Są na niej zaznaczone najważniejsze miejsca w których przebywają bohaterowie – dom kata, mieszkanie akuszerki, więzienie i inne. Oprócz ryciny, która stanowi niejako plan sytuacyjny do którego można zerkać w czasie lektury jest jeszcze spis osób występujących w książce – również może być pomocny, jako że przez karty powieści przewija się kilkanaście postaci i każda z nich ma swój udział w przedstawionych wydarzeniach.

Serdecznie polecam tę książkę wszystkim wielbicielom powieści sensacyjno-kryminalnych, jednak ostrzegam, że jest w niej sporo drastycznych opisów dotyczących realiów pracy kata. Pomysłowość naszych praprzodków w dziedzinie zadawani bólu była wręcz niesamowita – nie ma się więc co dziwić, że osoba poddawana takim torturom przyznawała się w końcu do wszystkiego byle tylko skrócić cierpienia. A niestety nie każdemu podejrzanemu trafiał się taki kat jak Jakub Kuisl – myślący, z rozwiniętym poczuciem sprawiedliwości, który nie wahał się położyć na szali nawet własnej „kariery” aby karę poniosła właściwa osoba a nie ta, która była akurat pod ręką. 

Książkę do recenzji otrzymałam od portalu