Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. Czarne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. Czarne. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 maja 2019

W telegraficznym skrócie - kwietniowa Trójka e-pik

Kwiecień to dla nauczycieli nie najlepszy czas na pozaszkolną działalność, bo jest to czas rozmaitego rodzaju egzaminów. W tym roku dopadło mnie podwójnie - zdawała moja gimnazjalna klasa ale również byłam zaangażowana w egzaminy obydwu szkół podstawowych w których pracuję. Tak przy okazji - nawet pracując w dwóch zakładach oświatowych nie zarabiam tych bajońskich sum o których bajdurzy pani minister Zalewska i jej klika...

Ale nie o tym miało być tylko o trzech książkach przeczytanych w ramach wyzwania "Trójka e-pik" na blogu Sardegny.
Oto one.

"Makuszyński. O jednym takim, któremu ukradziono słońce" Mariusza Urbanka to coś na kształt biografii jednego z najbardziej znanych twórców literatury dziecięco - młodzieżowej dwudziestolecia międzywojennego. Piszę "coś na kształt" bowiem praca ta moim zdaniem nie wyczerpuje fenomenu tego pisarza, na książkach którego wychowało się kilka pokoleń Polaków. Któż z nas nie zna Koziołka Matołka czy Adasia Cisowskiego zwanego Szatanem (z siódmej klasy). To najbardziej znani bohaterowie pana Makuszyńskiego, ale przecież jest jeszcze Basia Bzowska ("Awantura o Basię"), Ewa Tyszowska ("Szaleństwa panny Ewy), Irenka Borowska ("Panna z mokrą głową") i wielu innych.
Kornel Makuszyński to jeden z moich ulubionych pisarzy, i chociaż od lat nie jestem podlotkiem dla której to kategorii wiekowej przeznaczone były jego książki to w dalszym ciągu chętnie do niego wracam. Starałam się też czytać coś na temat samego autora, więc w pracy Mariusza Urbanka nie znalazłam za wiele nowych dla mnie faktów. Chyba najbardziej byłam zainteresowana tym co działo sie z Makuszyńskim po wojnie, kiedy ówczesne władze starały się go wymazać ze świadomości publicznej, kiedy nie drukowano jego książek a z bibliotek usuwano znajdujące się tam egzemplarze. Niestety, ten akurat rozdział z życia pisarza potraktował autor bardzo skrótowo.
Szkoda, bo mogła to być książka bardzo dobra a jest zaledwie dobra... 

********************************************


Joanna Chmielewska jest dobra na wszystko. Owszem ale nie każda jej książka. Tym razem trafiła mi się taka trochę słabsza, czyli "Dwie głowy i jedna noga".
Rzecz dzieje się w latach 90. Joanna jedzie do Paryża aby tam spotkać się z mężczyzną swojego życia. Owego Grzegorza poznała jeszcze w czasach młodości, ale jakoś nigdy im się nie składało - na drodze stali współmałżonkowie (tzn. jak jedno było stanu wolnego to drugie wręcz przeciwnie), wyjazdy do pracy za granicę, wreszcie zwykła ludzka zawiść. Teraz wreszcie po latach udało się odnowić kontakty i zaplanować spotkanie. Tak więc Joanna wybywa nad Sekwanę.
Wydawać by się mogło, że to nic prostszego. Niestety nie w tym wypadku. Po pierwsze przed Łodzią Joanna jest świadkiem wypadku drogowego. Po drugie na granicy okazuje się, że jej ubezpieczenie jest nieaktualne i musi odrobić rozmaite formalności aby móc wjechać do Niemiec. Po trzecie już we Francji ma wrażenie, że ktoś ją śledzi przystaje więc w zatoczce przy autostradzie i odpracowuje rozmaite czynności przy samochodzie łącznie z otwarciem bagażnika. I tu niespodzianka - w bagażniku znajduje się... odcięta ludzka głowa.
Normalny człowiek doznałby przynajmniej lekkiego wstrząsu, ale nie Joanna. Po chwilowym ogłupieniu jedzie dalej...

To jedna z nielicznych książek Joany Chmielewskiej, która nie wywołała we mnie ataku śmiechu. Owszem uśmiechnęłam się kilka razy, ale do zacieszu znanego mi z lektury innych powieści tej pani było mi daleko. Czym to było spowodowane? Po pierwsze zbyt dużo zbiegów okoliczności. Rozumiem, że środowisko architektów nie jest jakoś specjalnie rozrośnięte, a i kryminał ma swoje wymagania (im mniej bohaterów drugoplanowych tym lepiej) ale nie należy popadać w przesadę. Po drugie, i to chyba jest główny powód, Joanna Chmielewska nawiązuje w tej książce do rozmaitych afer które miały miejsce właśnie w tamtym okresie. Nie pisze oczywiście o konkretnych przekrętach, bardziej jest to ogólna opinia o tym co się dzieje w rozmaitych służbach, o byłych prominentach, którzy pomimo zmiany ustroju dalej mają się dobrze i tylko zmienili teren swojej działalności. Z kartek książki przebija gorzka prawda o tym, że chociaż wszystko się zmieniło to tak naprawę zmieniło się niewiele...

*****************************************


Andrzeja Pilipiuka znałam do tej pory tylko z serii opowiadającej o kuzynkach Kruszewskich. Ponieważ tamte powieści mi się podobały więc z chęcią sięgnęłam po kolejną książkę tego autora czyli "Wampira z M-3".
Warszawa, lata 80.. PRL wciąż jeszcze ma się dobrze, chociaż powolutku zbliżają się nowe czasy. Gosia to warszawska licealistka, jej ojciec jest ważną partyjną figurą. Pewnego dnia popełnia samobójstwo, jednak, co najbardziej dziwi ją samą żyje w dalszym ciągu. Szybko dociera do niej, że jest wampirem. Po emocjonującym spotkaniu z rodziną (jedni do niej strzelają z broni myśliwskiej, inni odprawiają egzorcyzmy) musi radzić sobie sama. Na swoje szczęście spotyka innego warszawskiego wampira, ślusarza Marka, który wprowadza ją w świat stołecznych nieumarłych oraz innych dziwnych stworzeń.
Życie w PRL-u dla nikogo nie było proste, ale już wampiry mają całkiem pod górkę. Tyle szczęścia, że nie muszą się martwić o kartki na żywność...
Gosia, Marek i ich przyjaciele przeżywają rozmaite przygody, spotykają Jakuba Wędrowycza (swoją drogą Pilipiuk chyba wpycha go w każdą swoją książkę) a nawet literacką legendę PRL-u czyli Pana Samochodzika. I mimo wszystko jakoś ta książka mnie nie porwała. To znaczy przeczytałam bez bólu ale i bez euforii.

Tak teraz patrzę, że właściwie żadna z przeczytanych książek nie wywołała u mnie efektu "Łał" ;) I tylko nie wiem czy faktycznie one takie bardziej słabe, czy po prostu ja byłam tym szkolnym wariactwem uchechłana jak koń po westernie i nic nie było w stanie zrobić na mnie wrażenia.

środa, 21 listopada 2018

Zderzenie dwóch światów

W 1987 roku studentka uniwersytetu w Antwerpii poszukiwała dorywczej pracy po zajęciach. Wpadła jej w oko informacja, że pewna rodzina poszukuje kogoś kto mógłby pomagać w nauce ich dzieciom. I tak Margot trafiła do domu państwa Schneiderów. Pracowała tam przez 6 lat, do 1993 roku. W 2017 roku wydała książkę "Mazel tow. Jak zostałam korepetytorką w domu ortodoksyjnych Żydów" w której zapisała swoje wspomnienia z tamtego okresu.

Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że Margot jest ostatnią osobą, która odnajdzie sie w domu Schneiderów - miała lewicowe poglądy, związana była z Irańczykiem, była zadziorna i bezpośrednia, a co chyba najważniejsze, nie miała zbyt rozległej wiedzy na temat zwyczajów i tradycji swoich chlebodawców.
Państwo Schneiderowie mieli czwórkę dzieci, ale Margot zajmowała się głównie dwójką z nich - Jakowem i Elzirą.
Rodzice wyraźnie zaznaczyli granice współpracy pomiędzy korepetytorką i jej uczniami, ale wkrótce pomiędzy nimi rodzi się przyjaźń, która przetrwa przez wiele lat.

Margot weszła w zupełnie sobie obce środowisko. Początkowo popełniała mnóstwo gaf, a pomiędzy nią i głową rodziny dochodziło do spięć na tle religijnym i obyczajowym - Margot żyła bez ślubu z muzułmaninem. Dziewczyna zadawała też niewygodne pytania, chciała poznać wojenne losy rodziny, z kolei Schneiderowie, których większość krewnych straciła wtedy życie uważali temat Holocaustu za tabu i nie chcieli do niego wracać.
Margot nie mogła pojąć wszystkich zakazów i nakazów, które obowiązują pobożnych Żydów, buntowała się przeciwko roli jaką judaizm narzuca kobiecie i chciała pokazać Elzirze świat poza dzielnicą żydowską. Jednak była w stanie zrozumieć, że jej uczennica a później przyjaciółka pozostała wierna tradycji swojego narodu.

"Mazel tow" to książka o zderzeniu dwóch odmiennych kultur i o niezwykłej przyjaźni, która zrodziła się pomimo różnic. Jest to również doskonałe kompendium wiedzy o zamkniętym świecie ortodoksyjnych Żydów, o ich zwyczajach, prawach i obowiązkach. A przy okazji to barwnie napisana opowieść, którą czyta się jednym tchem.

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Szwarc, mydło i powidło czyli ostatni tydzień wakacji

Koniec wakacji...
Ostatni tydzień przegalopował jak mustang po prerii i oto nadszedł czas powrotu do codziennego kieratu. No dobrze, uczciwie przyznaję, że już mi się za tym kieratem cniło co nieco i jutro idę do pracy z niekłamaną przyjemnością.

Końcówkę wakacji miałam dosyć solidnie zapchaną - oczywiście konferencja, przygotowanie do nowego roku szkolnego, przygotowanie tych nieszczęsnych "darmowych podręczników" dla naszych gimnazjalnych pierwszaków (jestem nie tylko nauczycielem ale i bibliotekarzem...) - notabene tylko części podręczników, bo jedno wydawnictwo jeszcze nie przysłało książek i zrobi to... kiedyś (miejmy nadzieję, że niedługo).
Ale oprócz powrotu do pracy mieliśmy jeszcze trochę rozrywek :)



A więc po pierwsze - byliśmy na "Małym Księciu" - cudo pod względem plastycznym i realizatorskim, a i sama fabuła (bo to nie jest dosłowna ekranizacja książki) też robi wrażenie. Jak ktoś jeszcze nie był to serdecznie zachęcam.



Po drugie - wypad do Sandomierza na zlot BiblioNETki. Byliśmy ledwie kilka godzin, ale i tak moc wrażeń - całkiem duża grupa książkoholików na tle pięknego, klimatycznego miasta... Mmmm, miodzio :) Też polecam - i BiblioNETkę i Sandomierz ;)



Po trzecie - dziecię moje własne zaliczyło debiut przed szeroką publicznością. Kilka lat temu powstał u nas zespół folklorystyczny "Gołczawianie", jednak z przyczyn różnych rozpadł się. Wiosna ego roku nastąpiła jego reaktywacja, Młody dał się namówić i poszedł na jedną z pierwszych prób, załapał, spodobało mu się i oto wczoraj w czasie dożynek gminnych debiutował na scenie. Mamusia jest baaaardzo z niego dumna.

*************************************************

A na dodatek przeczytałam w tych dniach jeszcze trzy książki o których teraz chciałam krótko napisać.

Wojciech Chmielarz debiutował w 2009 roku publikując opowiadanie w antologii firmowanej przez "Nową Fantastykę". Tego opowiadania nie znam, więc nie mam pojęcia czy jest dobrym fantastą, ale po lekturze książki "Farma lalek" mogę stwierdzić, że jest świetnym kryminalistą. Wspomniana "Farma" (wydana w 2013) jest drugim tomem o przygodach warszawskiego policjanta Jakuba Mortki (pierwsza pt. "Podpalacz" ukazała się w 2012, a trzecia i jak na razie ostatnia wyszła w 2014 roku i nosi tytuł "Przejęcie"). 
Mortka został służbowo przeniesiony na Dolny Śląsk, do niewielkiego miasteczka Krotowice. Nie ma tu zbyt wiele do roboty - sprawy przy których pracuje to najczęściej przemoc domowa, zakłócanie porządku i od czasu do czasu konflikty pomiędzy ludnością polską a romską.
Wszystko się zmienia, kiedy pewnego dnia znika jedenastoletnia dziewczynka. Początkowo wszystko wskazuje na działalność jakiegoś pedofila (świadek opisuje samochód do którego dziecko wsiadło) i nawet dosyć szybko podejrzany zostaje ujęty. Dziecka przy nim nie ma, wiec policjanci rozpoczynają poszukiwania zwłok. Na szczęście Marta odnajduje się żywa i cała, ale równocześnie Mortka wpada na ślad czegoś znacznie poważniejszego: w starym zalanym wodą szybie policjant odnajduje koszmarnie okaleczone ciała kilku kobiet...

Jak na dobry kryminał przystało książka trzyma w napięciu a rozwiązanie sprawy jest dość zaskakujące. Ale to znajdzie czytelnik w większości książek tego typu. To czym książka Chmielarza się wyróżnia jest pokazanie policyjnej rzeczywistości - praca biurowa, problemy techniczne i personalne, przepychanki pomiędzy poszczególnymi instancjami, itp. Dla Mortki praca w Krotowicach stanowi jeszcze większe wyzwanie - jest człowiekiem z zewnątrz i miejscowi stróże prawa odnoszą się do niego z nieufnością...
Dodam, że ważny element fabuły stanowi "sprawa romska" - Romowie izolują się od Polaków, żyją według własnych reguł i swojego prawa, czym w żaden sposób nie zaskarbiają sobie sympatii. Autor przy okazji opisów wzajemnych relacji między obydwiema społecznościami podaje sporo informacji na temat Romów - stanowi to niejako dodatkowy bonus dla czytelnika.

Ciekawa, dobrze napisana książka - polecam :)

******************************************

Monika Szwaja to jedna z moich ulubionych autorek i czytałam już prawie wszystkie jej książki. Wszystkie oprócz jednej, a mianowicie "Matki wszystkich lalek", która od dłuższego czasu czekała na mojej półce.
Akcja powieści toczy się dwutorowo, jej bohaterki dzieli wiele lat różnicy i różne doświadczenia życiowe. Jednak tak naprawdę obydwie mają ten sam problem - obydwie szukają własnej tożsamości... 

Elżbieta przyszła na świat w latach trzydziestych w Zagłębiu. W czasie wojny jej rodzice i dziadkowie odmówili podpisania niemieckiej listy narodowościowej skutkiem czego ojciec dziewczynki musi uciekać do Generalnej Guberni. Jedna z sąsiadek namawia matkę dziewczynki aby wysłać ją na wakacje na Pomorze. W czasie pobytu w Bad Polzin kierowniczka kolonii informuje Elżunię, że na jej dom spadła bomba i cała rodzina zginęła. Dziewczynka ma jednak szczęście, bo zostanie zaadoptowana przez niemiecką rodzinę.
Jedyną pamiątkę po rodzinnym domu stanowi lalka, którą dziewczynka dostała od taty... 

Matka Klary, drugiej pierwszoplanowej bohaterki, jest Polką (wyjechała z kraju w czasie stanu wojennego) a ojciec Francuzem. Rodzina mieszka na niewielkiej wyspie u wybrzeża Bretanii. Pewnego dnia rodzinny spokój burzy list z Polski. Nieznany Klarze mężczyzna pisze, że jest jej ojcem, ma przed sobą ledwie kilka miesięcy życia i chciałby się spotkać ze swoją córką. Klara decyduje się na wyjazd do Polski i ta decyzja wymusza na niej przewartościowanie dotychczasowego życia, zastanowienie się co zrobić z przyszłością i wreszcie odpowiedź na pytanie - kim ja właściwie jestem?

Jeśli ktoś zna pozostałe książki Moniki Szwai może się przy lekturze tego tomu poczuć nieco zaskoczony. Niewiele jest tu tak charakterystycznego dla autorki humoru słownego i sytuacyjnego, a sama książka jest poważna, a miejscami wręcz tragiczna. Na przykładzie Elżbiety autorka opowiada historię tysięcy polskich dzieci odebranych rodzicom, oddanych do adopcji Niemcom i wychowywanych w nienawiści do własnego narodu. Te dzieci, chociaż nie walczyły i nie ginęły w obozach, to również ofiary wojny...

Zdecydowanie warto przeczytać :)

*********************************************

Trzecia z książek to drugi tom "Podróży po miłość" Doroty Ponińskiej (O pierwszej części pisałam TUTAJ), który opowiada dzieje Marii, córki Emilii z Konarskich i jej tureckiego męża Zakira. 

Szczęście domowe Emilii i Zakira trwało zaledwie kilka lat. Turcja rozpoczyna wojnę z Rosją i Zakir rusza pod Sewastopol. Emilia postanawia jechać za nim - zostawia swojego małego synka pod opieką babki, rusza na Krym i zostaje pielęgniarką w szpitalu polowym. Ciężką pracę i obozowe niewygody rekompensuje jej możliwość spotkania się od czasu do czasu z Zakirem.
W czasie oblężenia Emilia przypadkiem poznaje wielkiego rosyjskiego malarza Iwana Ajwazowskiego, który (trochę grzecznościowo) zaprasza ją do swojego domu w Teodozji. Kilka miesięcy późnej los zmusza młodą kobietę do szukania gościny w domu malarza...
Mała Maria wychowuje się w wielonarodowościowej społeczności - Teodozję zamieszkują bowiem Rosjanie, Tatarzy, Ormianie i przedstawiciele innych narodów wchodzących w skład Imperium. Dziewczynka wykazuje zdolności plastyczne, więc Ajwazowski uczy ją rysunku i malarstwa jak również dba o jej rozwój intelektualny. 
Dziewczynka jest przekonana, ze jej ojciec był rosyjskim oficerem, który zginął pod Sewastopolem. Dla Emilii jest jednak jasne, że kiedyś musi powiedzieć jej prawdę...

Autorka po raz kolejny zaprasza nas w podróż w czasie i przestrzeni. Akcja powieści obejmuje okres od wojny krymskiej w 1853 roku do śmierci Ajwazowskiego w roku 1900. Razem z bohaterami książki podziwiamy Krym, wyjeżdżamy do Petersburga, Stambułu i Paryża. Maria poznaje wiele znakomitości swoich czasów, ogląda w Paryżu płótna impresjonistów i sama maluje obrazy inspirowane ich twórczością.
Ale Maria żyje nie tylko sztuką. Druga połowa XIX wieku to okres zmian obyczajowych oraz społecznych. Dziewczyna styka się z nowymi prądami i ideami, a w pewnej chwili musi dokonać wyboru pomiedzy uczuciem a przekonaniami.
O ile pierwsza część sagi, czyli "Emilia" była nieco baśniowa i czarodziejska, to "Maria" jest zdecydowanie bardziej emocjonalna, wręcz wybuchowa.
Powstaje w tym momencie pytanie - jaka jest "Lilianna", książka która serię zamyka...

Mam nadzieję, że uda mi się zdobyć w najbliższym czasie ową "Liliannę", a na razie zachęcam do lektury "Marii" :)



sobota, 13 lipca 2013

Tragedie skryte za uśmiechem, czyli czeska rzeczywistość

Z czym kojarzą się przeciętnemu Polakowi Czechy? Oczywiście piwo i knedliki, ci co lubią słodycze dorzucą do tego zestawu lentilki, bardziej oczytani wymienią pewnie Józefa Szwejka, a bywalcy dawniejszych sopockich festiwali z nostalgią będą wspominać Karela Gotta czy śliczną Helenkę Vondrackovą... W zbiorowej wyobraźni Czech to wieczny wesołek, bez większych zmartwień i problemów. Stereotyp ten (jak zresztą każdy inny) dosyć daleki jest od prawdy, a ci którzy będą chcieli wyjść poza obiegową opinię przekonają się, że owa wesołość i beztroska to maska skrywająca dawniejsze i nowsze rany i blizny.
My, Polacy, często narzekamy na nasze położenie geograficzne na styku wschodu i zachodu Europy - fakt na przestrzeni dziejów nie raz i nie dwa razy dało się nam ono we znaki. Ale co w takim razie mają powiedzieć Czesi, których kraj jest sporo mniejszy od naszego, a przez wieki był łakomym kąskiem dla sąsiadów, aż wreszcie na kilka stuleci stał się częścią monarchii habsburskiej. Na krótko, w dwudziestoleciu międzywojennym, odzyskali Czesi niepodległość, ale szybko ją stracili - najpierw na rzecz Niemców, a po wojnie, teoretycznie wolna Czechosłowacja, tkwiła przez dziesięciolecia w zależności od Związku Radzieckiego. I czasami wydaje się, że pomimo upadku komunizmu ta niewola, bardziej mentalna niż rzeczywista, nadal trwa...

Mariusz Szczygieł napisał "Gottland" w 2006 roku. Książka składa się z kilkunastu reportaży poświęconych wybitnym postaciom czeskiego życia kulturalnego, gospodarczego i politycznego, które u nas w Polsce są niemal zupełnie nieznane. Większość z nich łączy zasadniczo jedna rzecz - przyszło im żyć i pracować lub tworzyć swoje dzieła w latach powojennych. Komunistyczna rzeczywistość odcisnęła swoje piętno na wszystkich krajach bloku wschodniego, jednak chyba w żadnym nie było ono tak silne jak w Czechosłowacji właśnie.
W swojej książce opowiada Szczygieł losy wybitnego rzeźbiarza, który nie wytrzymał presji związanej z budową zaprojektowanego przez niego pomnika Stalina; porównuje losy dwóch gwiazd piosenki, które razem zaczynały karierę, ale ich dalsze losy były diametralnie różne - jedna hołubiona przez władzę stała  się gwiazdą, druga, która miała nieszczęście zaśpiewać balladę niewygodną dla reżimu została psychicznie zniszczona, odarta z godności i zepchnięta w niepamięć; kreśli karierę aktorki przyjaźniącej się z najwyższymi dostojnikami III Rzeszy i wiele jeszcze innych pogmatwanych, często tragicznych, czasem niewiarygodnych życiorysów ludzi, którym najnowsza historia złamała życie.

"Gottland" to książka, która pozwala spojrzeć na Czechy i Czechów z nieco innej perspektywy i w jakiś sposób pozwala ich, przynajmniej częściowo, zrozumieć. Jak dla mnie najbardziej szokujący był fakt, że pomimo upadku ZSRR, pomimo przemian ustrojowych, pomimo pewnych sukcesów gospodarczych Czesi w dalszym żyją tak jakby się nic nie zmieniło. Jakby w dalszym ciągu trzeba było uważać co się mówi do sąsiada, bo ten donosił o wszystkim na policję a za najmniejszy nawet kontakt z osobą niepewną politycznie groziły poważne reperkusje. Fakt - może to dotyczy w większości osób w średnim i starszym wieku, których życie upływało w cieniu największego na świecie pomnika Stalina, które na własnej skórze odczuły skutki sojuszu z Wielkim Bratem i które mają ten strach głęboko zakorzeniony. Jednak dopóki ten strach nie zostanie wykorzeniony do końca nie można mówić o wolnym kraju i wolnych ludziach...
Należy mieć tylko nadzieję, ze uda się wreszcie zwalczyć te demony przeszłości a uśmiech na twarzy pobratymców Dobrego Wojaka Szwejka przestanie być maską wkładaną na pokaz a stanie się znakiem prawdziwej beztroski i pogody ducha.

niedziela, 30 września 2012

Wóda, prochy i bieda czyli witajcie w Rosji

Jacek Hugo-Bader - dziennikarz, publicysta "Gazety Wyborczej", z wykształcenia nauczyciel, z zamiłowania podróżnik, co to z niejednego pieca chleb jadał, wpadł na pomysł aby przejechać samochodem w poprzek Rosji. Podróż rozpoczyna w Moskwie, gdzie kupuje gazika UAZ-469 i rusza w syberyjską zimę z zamiarem dojechania do Władywostoku. A kiedy już wraca do Polski to swoje wspomnienia i wrażenia z podróży opisuje w książce "Biała gorączka".

Czym jest tytułowa "biała gorączka"? Otóż jest to stan upojenia alkoholowego, w którym traci się jakąkolwiek kontrolę nad swoim umysłem, wyzwala ona w człowieku ekstremalne możliwości ale równocześnie działa destrukcyjnie i najczęściej prowadzi do śmierci, bardzo często samobójczej. 

W swojej podróży spotyka się autor z wieloma ludźmi, niektórych podwozi swoim łazikiem, u innych gości w domach, rozmawia z bezdomnymi, prostytutkami, alkoholikami czy narkomanami. Nie traktuje ich z góry, nie próbuje również otaczać ich opieką czy przekonywać o tym, że powinni zmienić swoje postępowanie. Wysłuchuje, czasem dopytuje o mniej zrozumiałe kwestie, robi zdjęcie i już trzeba się żegnać, bo każdy podąża w swoją stronę...
Ewentualną ocenę swoich bohaterów pozostawia w gestii czytelnika, chociaż co tu oceniać - ci ludzie to ofiary chorego systemu w którym przyszło im żyć, systemu, który zwalniał od myślenia, promował bierność i ślepe posłuszeństwo. A kiedy upadł to ludzie nie potrafili odnaleźć się w nowej rzeczywistości, nie mieli pomysłu co zrobić z uzyskaną wolnością - wielu wybrało więc najprostszą drogę, uciekli w świat narkotycznych i pijackich wizji, które otumaniają ciało i umysł, a przez to życie mniej boli...

Dawno nie czytałam tak beznadziejnej (w sensie nie niosącej nadziei, bo sama książka dobra jest) opowieści - moskiewscy bezdomni, wiecznie pijani kołchoźnicy, dzieci pozbawione rodzicielskiej opieki, młode dziewczyny i młodzi chłopcy zarabiający na życie prostytucją to bardzo często ludzie wykształceni, dawniej szanowani a teraz znajdujący się na samym dnie. 
Ktoś mógłby powiedzieć, że nie trzeba jechać na Syberię, żeby spotkać bezdomnego, alkoholika czy narkomana. Wystarczy wyjść na ulice większości naszych miast (na wsiach jeszcze bezdomnych raczej nie ma, a i narkomanów też właściwie nie widać) i nawet się  nie trzeba bardzo wysilać, żeby takich ludzi spotkać ale po lekturze książki Jacka Hugo-Badera stwierdzam, że polscy bezdomni w porównaniu do tych zza wschodniej granicy to wręcz pławią się w luksusie...   

Książka napisana przystępnym, wręcz potocznym językiem do najłatwiejszych lektur nie należy, głównie jeśli chodzi o sferę emocjonalną. Bo mnie osobiście przytłaczała świadomość, że właściwie nie ma dla tych ludzi żadnej perspektywy...

środa, 15 lutego 2012

Brak religii nie przeszkadza w godnym życiu

Przez długi czas nazwisko Mariusza Szczygła kojarzyło mi się tylko z programem "Na każdy temat" który w latach 90-tych nadawany był przez telewizję Polsat. Od razu powiem, że skojarzenie do najbardziej pozytywnych nie należało, bo programów typu talk-show zwyczajnie nie lubię, a co za tym idzie i ich prowadzących nadmierną sympatią nie darzę...
Wszystko zmieniło się w ubiegłym roku, kiedy wpadł w moje ręce "Gottland". Czytając tę książkę zobaczyłam całkiem inne oblicze Mariusza Szczygła - człowieka z pasją, potrafiącego pisać o tym co go interesuje w niezwykle ciekawy sposób a przy tym obiektywnie przedstawiającego fakty historyczne. I jasne się stało, że gdy tylko będę miała możliwość to z pewnością sięgnę po kolejne książki tego autora.

W ostatnich dniach miałam możliwość po raz kolejny spotkać się z twórczością Mariusza Szczygła, a to za sprawą książki "Zrób sobie raj".
Autor po raz kolejny zabiera czytelnika w podróż za naszą południową granicę - sam o sobie mówi, że jest czechofilem i ta tematyka jest mu najbliższa.
Na książkę składa się kilkanaście tekstów pisanych w różnych latach, a  tematem przewodnim większości z nich jest wiara w Boga, a właściwie jej brak i to jak ten stan wpływa na kształt Czech jako państwa oraz na samych Czechów.

Gdyby porówać losy Czechów i Polaków na przestrzeni dziejów znajdzie się wiele podobieństw - jednym z najważniejszych jest fakt, że przez wiele lat obydwa narody żyły w niewoli. I będąc w owej niewoli i jedni i drudzy starali się zachować świadomość narodową. Polakom, nękanym głównie przez prawosławnych Rosjan i luterańskich Prusaków pomagał w tym kościół katolicki, będący ostoją języka, tradycji i kultury. Zupełnie inaczej Czesi, którzy do kościoła rzymskiego mieli zadawnione pretensje o Jana Husa, podstępnie uwięzionego i spalonego na stosie w XV wieku i nie czuli specjalnego związku z tą akurat doktryną religijną. Jeżeli dodać do tego fakt, że w Austrii, która przez kilkaset lat sprawowała władzę zwierzchnią nad ziemiami czeskimi, katolicyzm był religią dominującą, to nie ma się co dziwić, że kiedy w 1918 roku powstała niepodległa Czechosłowacja to jej władze, na czele z Tomaszem Masarykiem, prowadziły politykę antykościelną. A jakby tego było mało, trzeba pamiętać o latach powojennych, kiedy kraj znajdował się pod wpływem Związku Radzieckiego...
Biorąc pod uwagę te wszystkie okoliczności trudno się dziwić, że zdecydowana większość Czechów to ateiści, kościoły świecą pustkami lub zmieniono je w budynki użyteczności publicznej a większość kleru pochodzi z Polski.

Dla przeciętnego Polaka (wszak ponad 90% naszych rodaków deklaruje wyznanie katolickie) taki brak religii jest nie do pomyślenia - jak bez Boga przeżyć chrzest, ślub, pogrzeb,Wielkanoc czy Boże Narodzenie, że wymienię tylko te najważniejsze okazje. Nie wspominając o codziennym życiu, które powinno opierać się na dekalogu...

Mariusz Szczygieł rozmawiał na temat wiary ze swoimi czeskimi znajomymi, ale również prowadził dyskusję w internecie - okazuje się, że brak Boga wcale nie przeszkadza tym ludziom żyć godnie i według uniwersalnych zasad. Co więcej, potrzeba takiego życia nie jest narzucona przez odgórne instytucje a wypływa z osobistej potrzeby, nawet jeśli dana osoba deklaruje wyznanie katolickie.
Najprostszy przykład - nasz rodak często idzie w niedzielę do kościoła, bo "tak wypada" i "co ludzie powiedzą", natomiast Czech kieruje się w to miejsce wtedy, kiedy czuje potrzebę bliższego kontaktu z Bogiem.

Oczywiście, książka nie traktuje tylko o religii, znalazły się w niej również artykuły na temat współczesnych twórców kultury (pisarz Egon Bondy, fotograf Jan Saudek, rzeźbiarz David Cerny i in.) i ich widzenia świata. Jednak uczciwie mówię, że jakoś nie do końca ich dzieła do mnie przemawiają i, co przyznaję pomimo obaw, że zostanę posądzona o zaściankowość, wydają mi się (żeby użyć kulturalnego określenia) obsceniczne... Nie jestem jednak w żadnym wypadku znawcą współczesnej sztuki, więc moje odczucia na temat twórczości w/w artystów są tylko i wyłącznie subiektywne.

Mariusz Szczygieł stworzył książkę, która stanowi portret Czechów i ich ojczyzny zupełnie niepodobny do panujących stereotypów - bo przecież w obiegowej opinii każdy Czech to taki poczciwy wesołek, trochę jak Szwejk, zajadający knedliki i wypijający hektolitry piwa. Tymczasem ta wesołość jakże często była wymuszona, a pod pozorami dobroduszności i beztroski skrywano ogromne tragedie.
Bo naród, który liczy 10 mln obywateli nie może sobie pozwolić w chwilach kryzysu na jakieś wielkie zrywy z bronią w ręku. Taki naród aby przetrwać musi opanować umiejętność dostosowania się do panujących warunków i ukrywania tego co naprawdę myśli.
I o tym trzeba pamiętać oceniając naszych sąsiadów zza Sudetów.