Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. Czarna Owca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wyd. Czarna Owca. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 maja 2018

Pokwietniowe remanenty

Druga połowa kwietnia obfitowała w moim życiu w różnego rodzaju przypadki, głównie natury zawodowej. Były oczywiście egzaminy gimnazjalne klas trzecich, były próbne egzaminy klas drugich, rozmaite szkolne i klasowe sprawy, które trzeba było rozwiązać natychmiast, tu i teraz, moje własne dziecię nieodwołalnie weszło w okres "burzy i naporu" i zaczynam mieć wrażenie, że któreś z nas tego nie przeżyje, wreszcie, i to było chyba najważniejsze, ważyły się losy mojej pracy na rok przyszły... 
Na szczęście większość problemów już poza mną, etat (CAŁY!!!) mam, a Piotrek, no cóż najwyżej się go uroczyście wyrzeknę.
Relaks polegał oczywiście na czytaniu, ale już pisać to mi się zupełnie, ale to zupełnie nie chciało. Tak więc majówka (spędzana w domu) upłynie mi chyba na nadrabianiu pisarskich zaległości. Na początek trzy tytuły.



O Małgorzacie Rogali zdarzyło mi się słyszeć jakiś czas temu, natomiast dopiero teraz miałam możliwość zapoznać się z jej książką "Zapłata". Powieść stanowi pierwszy tom kryminalnego cyklu, którego bohaterami jest dwójka policjantów - Agata Górska i Sławek Tomczyk. 

W toalecie warszawskiego klubu zostaje zamordowany syn znanego adwokata. Mariusz Leśniak zginął w bardzo nietypowy sposób - otruty igłami cisa. Dla Agaty to śledztwo nie jest takie jak inne - tym razem w zbrodnię może być zamieszana jej najbliższe przyjaciółka, Justyna Lipiec. Przed laty Leśniak był oskarżony o śmiertelne pobicie narzeczonego Justyny - nigdy nie został skazany, bo sąd nie miał wiarygodnych dowodów. Justyna bardzo przeżyła śmierć Filipa i doskonale zna się na roślinach i ich właściwościach. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy niedługo potem, również otruty ginie Igor Kawecki, przyjaciel Mariusza Leśniaka, podobnie jak on uczestniczący w pobiciu sprzed lat...

"Zapłata" nie jest może typowym kryminałem, chociaż jest zbrodnia a policjanci prowadzą śledztwo. Autorka położyła bowiem największy nacisk na wątpliwości targające Agatą - z jednej strony policjantka chce dobrze wykonać swoją pracę i schwytać zabójcę, z drugiej strony, zwyczajnie i po ludzku uważa, że Leśniaka i Kaweckiego spotkało to na co zasłużyli. Do tego dochodzi jeszcze obawa, że być może to Justyna postanowiła po latach wymierzyć sprawiedliwość - dylemat pomiędzy byciem policjantką a przyjaciółką męczy Agatę, ale wpływa również na Sławka, który musi zadecydować czy odsunąć partnerkę od śledztwa, czy ukryć jej osobiste zaangażowanie i ryzykując własną karierą pomóc jej oczyścić przyjaciółkę.
Tak więc kryminał, ale z dużą dawką powieści psychologicznej.
Dodam jeszcze, że bardzo podoba mi się styl pani Małgorzaty Rogali i jej sposób prowadzenia narracji, a szczególnie poczucie humoru, które jest widoczne w powieści. Sprawa jest bowiem bardzo poważna, ale główni bohaterowie to zwyczajni ludzie, którzy mają swoje wady i zalety, zdarza im się popełniać błędy, ale starają się w miarę możliwości odreagowywać śmiechem napięcie jakie niesie ze sobą ich praca. Czasami najpierw coś robią a dopiero później myślą co prowadzi do zabawnych zdarzeń - jak chociażby historia z nożem do chleba.
O co chodzi? A to już odsyłam do książki...

***************************************************

"Między tęsknotą lata a chłodem zimy" to pierwsza część "Trylogii policyjnej" autorstwa Leifa GW Perssona, szwedzkiego profesora kryminologii, byłego komisarza policji i pisarza. Książka odstała już na mojej półce całkiem sporo czasu (jakoś tak 6-7 lat) i wreszcie sytuacja dojrzała aby ją przeczytać.
"Trylogia policyjna" to praca w której Persson chciał przedstawić własną wersję wydarzeń związanych z nierozwikłaną do dnia dzisiejszego zagadką morderstwa szwedzkiego premiera Olofa Palmego w 1986.
historia rozpoczyna się od tajemniczej śmierci amerykańskiego dziennikarza, który pewnego jesiennego wieczoru wypadł z okna akademika, gdzie od kilkunastu dni zajmował pokój. Wszystko wskazuje na to, że było to samobójstwo, ale kiedy śledczy przyglądają się sprawie bliżej, pojawia się coraz więcej wątpliwości...

Książka była swego czasu bardzo reklamowana i porównywana z trylogią "Millenium" Stiega Larssona i chyba to porównanie stanowiło impuls do zakupu tej pozycji.
Tak więc pewnego kwietniowego wieczoru wzięłam tę całkiem pokaźną cegłę (ponad 600 stron) i zaczęłam czytać. I tak jakoś nie zaiskrzyło...
Pamiętając swoje doświadczenia z "Millenium" (zaskoczyło gdzieś dopiero w połowie pierwszego tomu) drążyłam temat dalej, i dalej, i dalej... No i niestety, przebrnęłam ostatkiem sił do końca i raczej po kolejne tomy nie sięgnę. Nuda i chaos, chaos i nuda, zupełnie nieprzyswajalni bohaterowie - swoją drogą jak na mój gust za dużo ich, bo kilkakrotnie musiałam wracać do już przeczytanego rozdziału, żeby wyłapać kto, z kim i dlaczego?
Czytając tę książkę można odnieść wrażenie, że zdecydowana większość policjantów i agentów tajnych służb (bo oprócz stróżów prawa pojawia się w książce również wywiad) to zdegenerowani alkoholicy o ilorazie inteligencji stułbi szarej, a pozostała reszta to z kolei prawicowi ekstremiści czy wręcz neonaziści.
Książka jest przegadana, mnóstwo w niej opisów i wątków pobocznych, które nie dość, że nic nowego do sprawy nie wnoszą to jeszcze ją gruntownie zaciemniają.

Tak więc z żalem, ale nie polecam.

********************************************************

"Miasto szkła" - trzeci tom trylogii "Dary anioła" Cassandry Clare pochłonęłam w dwa wieczory. Kolejna odsłona opowieści o Nocnych Łowcach nie zawiodła mnie - czytało się świetnie, akcja wciągała, ostateczne rozwiązanie było spektakularne, a stworzone przez autorkę uniwersum nadal potrafi zaskoczyć.

Nocni Łowcy muszą podjąć decyzję co do ewentualnego sojuszu z Podziemnymi (wampiry, wilkołaki, itp.) w zbliżającym się starciu z Valentinem i chociaż niby mają wspólne cele nie jest to wcale takie proste.

Clary i Jace nie mogą być razem ale również nie są w stanie funkcjonować osobno, Simon próbuje sobie radzić ze swoją nową tożsamością - właściwie jest czymś pośrednim między człowiekiem a wampirem (tym bardziej, że z jakiegoś powodu może przebywać na słońcu i z tego powodu zyskał sobie nawet przydomek "Chodzący za dnia"). Alec ma coraz większe kłopoty z ukrywaniem swoich uczuć, Isabelle jest w dalszym ciągu zabójczo piękna i równie zabójczo skuteczna w walce z demonami. A na scenie pojawia się jeszcze jeden tajemniczy bohater imieniem Sebastian...

Brzmi to trochę jak podrzędne romansidło, ale o dziwo nic z tych rzeczy. Są oczywiście wielkie uczucia, ale to co w "Mieście szkła" jest moim zdaniem najważniejsze to fakt dojrzewania głównych bohaterów, zmiany jakie w nich zachodzą, podejmowanie życiowych decyzji i całkiem dorosłe (chociaż według prawa Nocnych Łowców dorosły jest tylko Alec) podejście do życia. Młodzi bohaterowie udowadniają dorosłym, że mają swoje zdanie, potrafią go bronić a w chwili zagrożenia można na nich liczyć.

Początkowo seria miała się kończyć na tym tomie, ale ze względu na jej popularność autorka dopisała jeszcze trzy tomy. Ciekawa jestem co z tego wyszło, bo "Miasto szkła" stanowi całkiem zgrabne zakończenie trylogii i rozwiązuje właściwie wszystkie problemy. Chociaż z drugiej strony jest parę spraw, które można różnie interpretować, więc istnieją całkiem mocne punkty zaczepienia od których można rozpocząć kolejne wątki...

Mam nadzieję szybko się przekonać co będzie dalej.

sobota, 18 lutego 2012

Czarna seria po raz kolejny

Patrząc na kraje z których pochodzą czytane przeze mnie książki zaczynam zauważać, że coraz wyżej pnie się w rankingu literatura szwedzka. Dzieje się to za przyczyną szwedzkich kryminałów wydawanych przez wydawnictwo Czarna Owca w tzw. "Czarnej Serii". 
Kolejną pozycją z owej serii, którą miałam niekłamaną przyjemność przeczytać jest "Niemiecki bękart" Camilli Läckberg. To piąty tom cyklu, którego głównymi bohaterami są pisarka Erika Falck i policjant Patrik Hedström. A morderstwo wokół którego toczy się akcja książki dotyczy ich niemal bezpośrednio - zamordowany mężczyzna przyjaźnił się w czasie wojny z matką Eriki.

Erika porządkując rzeczy tragicznie zmarłej matki natrafiła na kilka tajemniczych przedmiotów - pamiętnik z okresu drugiej wojny światowej, zakrwawioną niemowlęcą koszulkę oraz niemiecki medal. Z tym ostatnim znaleziskiem udała się do Erika Frankela, emerytowanego nauczyciela historii oraz pasjonata II wojny światowej. Niestety nie uzyskała od niego żadnej informacji, a kilka tygodni później dwóch chłopców, którzy włamali się do domu Frankela odkryło jego rozkładające się zwłoki.
Policja rozpoczyna śledztwo a coraz więcej poszlak wskazuje na to, że śmierć starszego pana jest związana z jego wojenną przeszłością.

"Niemiecki bękart" to kolejna książka w której spotkałam się z rozważaniami na temat roli Szwecji w czasie II wojny światowej. Podręczniki szkolne przedstawiają Szwecję jako kraj neutralny. Ta neutralność dotyczyła polityki, bo jeżeli chodzi o gospodarkę to już nie obowiązywała i szwedzkie firmy prowadziły interesy zarówno z Anglikami jak i Niemcami. I mam takie wrażenie, że te kontakty gospodarcze z reżimem hitlerowskim stanowią dla współczesnych Szwedów niezacieralną plamę na ich narodowym honorze. 
Autorka poruszyła również temat organizacji neonazistowskich i rasistowskich - to też taki dyżurny temat w szwedzkiej literaturze współczesnej, a w każdym razie w tej części z którą miałam się przyjemność zapoznać.

Jest jeszcze jedna sprawa, która mnie w książce pani Läckberg uderzyła i co tu dużo mówić zwyczajnie rozbawiła. Otóż Erika i Patrik są rodzicami rocznej Mai. Erika właśnie skończyła swoją część urlopu wychowawczego i wraca do pracy (pisze książkę) natomiast Patrik rozpoczyna urlop ojcowski. Nie jestem, broń Boże, przeciwniczką brania urlopu wychowawczego przez tatusia, uważam, że dla dziecka kontakt z tatą jest bardzo ważny, ale zachowanie Eriki to już trochę przesada. Erika robi z siebie męczennicę, która przez rok była uwiązana z dzieckiem w domu, więc kiedy opiekę nad Mają przejmuje Patrik zupełnie się od pomocy przy dziecku odcina. I jeszcze się oburza, bo on był 2 godziny na zakupach a ona musiała zająć się dzieckiem w tym czasie - a to przecież jego obowiązek. Pewnie powinien dzieciaka zabrać do tego supersamu, apteki, warzywniaka i gdzie tam jeszcze był - bo przecież nie dobro dziecka jest najważniejsze a to, że tatuś ma się nim opiekować... 
Nie jestem jakąś Matką-Polką poświęcającą się dla dziecka, mój mąż pomagał przy synku, ale zawsze stawialiśmy na rozsądek a nie na superrównouprawnienie. I już wiem, że pani Eriki Falck to ja raczej nie polubię, bo na czoło jej cech, przynajmniej w moim odczuciu, wysuwa się egoizm.

Książka jest wielowątkowa, historia przeplata się ze współczesnością, a rozwiązanie zagadki kryminalnej do samego końca nie jest oczywiste. Autorka obdarzyła swoich bohaterów nie tylko zaletami, mają liczne słabostki, przez co stają się nam bliżsi i budzą sympatię. Historia wciąga właściwie od pierwszej strony i co ważne, oprócz intrygi kryminalnej mamy ciekawe tło a policjanci przedstawiani są także poza pracą. Autorka wykazała się też poczuciem humoru, szczególnie tworząc szefa posterunku policji Bertila Mellberga.

I pomimo niechęci do pani Falck uważam, że to świetna książka a tym samym zachęcam wszystkich do jej lektury:)

środa, 8 lutego 2012

Być dziennikarzem śledczym

Liza Marklund to szwedzka dziennikarka i pisarka, znana z serii książek o Annice Bengtzon, reporterce kryminalnej w jednej ze szwedzkich popołudniówek - właśnie skończyłam czytać 4 z kolei tom z tego cyklu, a mianowicie "Zamachowca" (ukazał się w Polsce również w innym wydaniu i pod innym tytułem -  "Rewanż"). Ta książka to moje pierwsze spotkanie z tą pisarką i mam nadzieję, że nie ostatnie. 

Tydzień przed wigilią Sztokholmem wstrząsa (i to dosłownie) wiadomość, że na stadionie olimpijskim wybucha bomba. Szybko się okazuje, że w wybuchu zginęła jedna z najbardziej rozpoznawalnych kobiet Szwecji - Christiana Furhage, przewodniczącą komitetu olimpijskiego (za kilka miesięcy Sztokholm ma być gospodarzem Letnich Igrzysk). Początkowe spekulacje na temat ataku terrorystycznego zostają odrzucone a coraz więcej poszlak wskazuje na motywy osobiste. W czasie dziennikarskiego śledztwa Annika odkrywa, że nikt tak naprawdę nie znał Christiany Furhtage - oficjalny wizerunek, aczkolwiek niezwykle świetlisty okazuje się być całkowicie nieprawdziwy, a kolejne osoby odkrywają coraz więcej sekretów pani przewodniczącej.

Niejako w tle poszukiwania osoby odpowiedzialnej za morderstwo możemy obserwować styl pracy dziennikarzy gazety codziennej. Jakże różny od pracy chociażby Mikaela Blomkvista z miesięcznika "Millenium" (bohatera innego szwedzkiego kryminału - trylogii "Millenium" S. Larssona). 
Tu nie ma czasu na długotrwałe poszukiwanie materiałów do artykułów, planowanie o czym będzie sie pisać za kilka dni - Annika i jej współpracownicy pracują na najwyższych obrotach, często po godzinach i w ogromnym stresie. Stres jest tym większy, że Annika, chociaż młoda wiekiem i stażem awansowała na szefa działu kryminalnego, co niezbyt się podoba jej starszym i bardziej doświadczonym kolegom. Tak więc oprócz codziennych obowiązków młoda kobieta musi się zmagać z niechęcią części współpracowników.
Styl pracy nie pozostaje też bez wpływu na życie rodzinne bohaterki. Annika ma dwójkę dzieci w wieku przedszkolnym i bywa, że maluchy nie widzą matki przez cały dzień, a i mąż też jest zmęczony tą sytuacją. To nie jest tak, że Annika nie kocha swoich dzieci - wręcz przeciwnie, stara się być dobrą matką, ale praca jest dla niej równie ważna...
Po raz kolejny doszłam przy tej lekturze do wniosku, że jestem ogromną szczęściarą, bo pracuję w tym samym czasie, kiedy moje dziecko jest w szkole (chociaż czasem musimy korzystać z dobrodziejstwa świetlicy), mam wolne soboty i niedziele, a do tego jeszcze wakacje...

Szybka akcja, sporo dialogów, ciekawe kreacje bohaterów - to wszystko składa się na to, że książkę czyta się bardzo dobrze. I dlatego polecam jej lekturę wielbicielom kryminałów, ale też wszystkim tym, którzy marzą o pracy w gazecie codziennej - marzenie piękne, ale konfrontacja z rzeczywistością może być bolesna...

wtorek, 31 stycznia 2012

Co pociąga czytelników w skandynawskich kryminałach?

Co jest takiego w skandynawskich kryminałach, że zdobywają sobie coraz nowe rzesze czytelników?
Nad odpowiedzią na to pytanie zastanawiam się już od jakiegoś czasu, tym bardziej, że już kilka takich książek przeczytałam a następne czekają na moich półkach. 
Bo nie ma w nich jakichś supergliniarzy, brawurowych pościgów, nagłych i niespodziewanych zwrotów akcji czy cudownych zbiegów okoliczności do czego przyzwyczaiły nas czytelników (a także widzów) literackie i filmowe hity zza oceanu.

Po raz kolejny nad fenomenem literatury naszych północnych sąsiadów zastanawiałam się przy lekturze książki "Taniec z aniołem" autorstwa szwedzkiego pisarza Åke Edwardsona. Autor jest jednym z najpopularniejszych pisarzy w swoim kraju, cieszy się również międzynarodowym uznaniem, jego książki przetłumaczono na ponad 20 języków a za swoją twórczość był wielokrotnie nagradzany. Książka o której mowa jest pierwszym tomem z liczącego 10 części cyklu, którego głównym bohaterem jest komisarz policji z Göteborga Erik Winter - trzydziestosiedmioletni kawaler, wielbiciel muzyki Johna Coltrane'a, piwa i piłki nożnej, snob uznający tylko obuwie szyte na miarę, kubańskie cygara i koszule z Jermyn Street w Londynie.

W hoteliku na południu Londynu policja znajduje zmasakrowane zwłoki młodego Szweda. Kilka dni później niemal identycznego odkrycia dokonują policjanci z  Göteborga - różnica polega na tym, że zamordowany jest Anglikiem. Winter i jego współpracownicy zastanawiają się nad ewentualnym związkiem między tymi dwoma morderstwami i wszystko wskazuje, że takowy istnieje. Badając krwawe ślady na miejscu zbrodni policjanci mają wrażenie, że w pokoju odbył się jakiś makabryczny taniec. Taniec z aniołem śmierci...


Powieść Edwardsona to nie tylko kryminał. Niejako w tle śledztwa poznajemy samego komisarza Wintera, jego rodzinę, przyjaciół i współpracowników. Autor stworzył wielowymiarowych bohaterów - z ich wątpliwościami, przemysleniami, bagażem doświadczeń. Ukazuje ich w pracy ale i w domowym zaciszu oraz w chwilach relaksu. Policjanci z ekipy Wintera mają swoje wady i tajemnice, nie są kryształowymi bohaterami - jeden z nich ma wkrótce zostać ojcem i nie do końca radzi sobie z tą sytuacją, inny, z wyraźnie rasistowskimi poglądami, zmuszony jest współpracować z czarnoskórą koleżanką - przykłady można by mnożyć.


Lektura nie należy do najłatwiejszych - sporo w niej psychologizowania, dygresji, które na pierwszy rzut oka niewiele mają wspólnego z prowadzonym śledztwem. Książka ma bardzo mroczny klimat - dosyć szybko okazuje się, że zbrodnie mają podtekst seksualny i śledczy muszą zgłębić takie peryferia sex-biznesu o których woleliby udawać, że nie istnieją. Pomimo to książkę czytało mi się dosyć szybko i co ważne do końca nie mogłam rozwiązać kryminalnej zagadki - a zakończenie było dla mnie dosyć dużym zaskoczeniem. 

czwartek, 29 grudnia 2011

Larsson po raz trzeci i niestety ostatni:(

Po raz trzeci i niestety ostatni spotkałam się z dorobkiem literackim szwedzkiego dziennikarza Stiega Larssona - przeczytałam bowiem trzeci tom sagi "Millenium" czyli "Zamek z piasku, który runął".
O ile dwa pierwsze tomy to raczej kryminały są o tyle tom trzeci to jedna z lepszych książek sensacyjnych jakie zdarzyło mi się czytać.

Tak jak pisałam przy okazji "Dziewczyny, która igrała z ogniem"- tom drugi skończył się tak jakby się nie skończył, właściwie nic się nie wyjaśniło więc rzuciłam się na ten tom trzeci jak diabeł na grzeszną duszę.
Bo tak - Lisbeth ciężko ranna ląduje w szpitalu i nadal jest podejrzana o dokonanie trzech zabójstw a Mikael jest co prawda wolny, ale w dalszym ciągu nie potrafi udowodnić niewinności dziewczyny. Jedyny ślad prowadzi do służb specjalnych ale komuś bardzo zależy, żeby sprawę zatuszować. I wszystko wskazuje, że po raz kolejny w jej niespełna trzydziestoletnim życiu Lisbeth Salander  będzie przysłowiowym kozłem ofiarnym.
Okazuje się jednak, że dziewczyna pomimo swojej neurotycznej osobowości i ogólnego nieprzystosowania ma kilkoro znajomych, którzy zrobią wszystko żeby jej pomóc.

Zachwycałam się przy okazji pierwszego i drugiego tomu kompozycją, pomysłem, bohaterami - ogólnie całością przedsięwzięcia, więc nie będę się tutaj powtarzać. Powiem tylko, że gdybym musiała wybrać, który tom jest najlepszy to byłby to właśnie "Zamek z piasku, ..." Pochwalę się, że lektura tych prawie ośmiuset stron zajęła mi niecałe dwa dni - to chyba o czymś świadczy:)

Przy okazji taka historyjka z życia wzięta:

"Dziewczynę, która igrała z ogniem" zaczęłam nieopatrznie czytać w czwartek przed świętami, a ponieważ jeszcze jakieś resztki przyzwoitości we mnie drzemią i coś na święta trzeba było przygotować, więc trochę mi z nią zeszło i  kończyłam ją w Wigilię po kolacji - moje chłopaki niezdrowe nieco były, więc po zaaplikowaniu tabletek i syropów ułożyli się przed telewizorem i odpadli niemal natychmiast. Ja sobie książeczkę skończyłam, a że do wyjścia na Pasterkę miałam jeszcze trochę czasu to złapałam za "Zamek". Po powrocie z kościoła jeszcze sobie do 3-ciej poczytałam ale w końcu doszłam do wniosku, że nie ma co przeginać i choć co się trzeba przespać.
W Boże Narodzenie obiadu nie trzeba było gotować (opychaliśmy się różnymi smakołykami ..) więc troszkę lekturę podgoniłam, ale w świąteczny poniedziałek byliśmy zaproszeni do teściowej. Generalnie bardzo się z Mamą Jolą (tak się jakoś utarło, że aby odróżnić o której mamie mówimy dodajemy zawsze imię) lubimy ale tak nie do końca na rękę była mi ta wizyta...
No, ale obiecaliśmy więc trzeba było jechać. Teściowa oczywiście ugościła nas po staropolsku, usadziła pod choinką i ogólnie bardzo miło było ale mnie skręcało od środka, no bo tam książka w domu samotnie leży...  Ale co zauważyłam - teściowa niby z nami rozmawia, ale taka jakaś rozkojarzona i tęsknie na kuchnię spogląda. Zajrzałam do tej kuchni a tam na stole leżą... "Zajezierscy" czyli pierwszy tom "Cukierni pod Amorem", których jej przed świętami pożyczyłam...
Okazało się, że przerwaliśmy jej lekturę w jakimś ekscytującym momencie i ona bidula cieszyła się z naszych odwiedzin ale z drugiej strony nie mogła się doczekać kiedy sobie pojedziemy, bo chciała do książki wracać.
Uśmiałyśmy się z siebie dokładnie, teść i mój mąż coś tam mruczeli na temat jakichś wariatek i szybko zebraliśmy się do domu umawiając się na poświąteczne spotkanie, kiedy już obydwie będziemy wiedzieć "co było dalej..."
Tak teściowa, która rozumie wariactwo synowej to jest skarb najprawdziwszy... 


niedziela, 25 grudnia 2011

Blomkvist i Salander po raz drugi

Dobra, wiem, że to nie najbardziej trafna lektura na święta, ale nieopatrznie zaczęłam ją czytać trzy dni temu i po prostu MUSIAŁAM się dowiedzieć jak to się skończy... A teraz leży przede mną tom trzeci "Millenium", cieszy oko swoją milusią opasłością i niweczy świąteczne plany czytelnicze. Bo miały być święta z Patrycją Marynowską (w tłumaczeniu: seria "Poczekajkowa" Katarzyny Michalak) na przemian z "Mieczami i mroczną magią" od Fenrira ale niestety "Dziewczyna, która igrała z ogniem" skończyła sie tak jakby się nie skończyła, więc przede mną jeszcze kilkaset stron "Zamku z piasku, który runął"...

Druga część przygód Mikaela Blomkvista i Lisbeth Salander rozgrywa się rok po zakończeniu akcji w "Mężczyznach, którzy nienawidzą kobiet". Przez ten rok Mikael wrócił do pracy i stał się medialną gwiazdą, jego gazeta zyskała nowych czytelników i zniknęło sprzed niej widmo likwidacji. Jedyne co martwi dziennikarza to nagłe i zupełnie dla niego niezrozumiałe zerwanie znajomości przez Lisbeth. Mikael próbował się z nią skontaktować jednak bez rezultatu.
Tymczasem Lisbeth wyjeżdża ze Szwecji, decyduje się na kilka zabiegów z dziedziny chirurgii plastycznej a następnie podróżuje po świecie. Po roku wraca do Sztokholmu i niemal natychmiast wplątuje się w aferę kryminalną - policja ma dosyć jednoznaczne dowody na to, że dziewczyna jest sprawczynią trzech morderstw popełnionych z zimną krwią. Ponieważ dwie zamordowane osoby były związane pośrednio z "Millenium" a Mikael nie wierzy ani przez chwilę w winę Lisbeth to oczywiście dziennikarz-detektyw zaczyna prowadzić swoje prywatne śledztwo.  Szybko się okazuje, że zamieszanie wokół Lisbeth wcale nie jest dziełem przypadku, ale żeby wyjaśnić kryminalną zagadkę trzeba będzie pogrzebać w przeszłości dziewczyny.

Spotkałam się z wieloma opiniami, że "Dziewczyna..." to najsłabsza część cyklu, że przegadana (to akurat chyba cecha charakterystyczna całej sagi), że zakończenie całkiem nieprawdopodobne a i cała akcja mocno naciągana. Moim skromnym zdaniem książka utrzymuje poziom pierwszej części i może nie jest od niej lepsza ale z pewnością nie jest słabsza. To nieszczęsna "przegadanie", które, przyznaję, dokuczyło mi przy lekturze początkowych rozdziałów pierwszego tomu, teraz już miałam niejako oswojone i właściwie mi nie przeszkadzało. Co więcej dało mi pełniejszy obraz kraju i jego struktur - tak jak w części pierwszej Larsson podaje gorzką prawdę o szwedzkiej opiece społecznej, tak tutaj rozprawia się niejako z policją i służbami specjalnymi. Trzeba cały czas pamiętać, że autor przede wszystkim był dziennikarzem a dopiero potem pisarzem. Sposób kreślenia tła społecznego daje pewien obraz jego warsztatu i metodyki w  pracy zawodowej - i chociażby przez to widać, że Larsson był świetnym obserwatorem otaczającej go rzeczywistości. 
A że naciągane niektóre sceny i zakończenie? No kochani przecież to kryminał z sensacyjnym wątkiem a nie literatura faktu...

Jakby nie było książka świetna, ale pomna własnego przykładu ostrzegam - po przeczytaniu "Dziewczyny, ..." natychmiast trzeba łapać za tom trzeci "Milenium" czyli "Zamek z piasku, który runął" więc radzę sobie zarezerwować więcej czasu na tę lekturę:)

niedziela, 11 grudnia 2011

Czy warto grzebać w przeszłości?

Przyznaję, że zastanawiałam się przez chwilę czy jest sens pisać o książce, którą czytali już niemal wszyscy i o której większość recenzentów wyrażała się z dużym uznaniem - tym bardziej, że i moja opinia się z tego trendu nie wyłamie. Ale z drugiej strony przypominanie o dobrych książkach nie jest niczym zdrożnym - być może znajdzie się jeszcze ktoś, kto rzeczonego tekstu nie czytał i to właśnie moja opinia go do tej lektury zachęci.
Książka o której mowa to kryminalna powieść Stiega Larssona "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" stanowiąca pierwszą część liczącego trzy tomy cyklu "Millenium".
Autor był jednym z bardziej znanych szwedzkich dziennikarzy, zajmował się przede wszystkim skrajnie prawicowymi oraz antydemokratycznymi organizacjami politycznymi i był uznanym specjalistą w tej dziedzinie. Zmarł nagle w 2004roku mając 50 lat niemal w przededniu swojego największego sukcesu jakim było pojawienie się na szwedzkim rynku wydawniczym cyklu "Millenium" (2005). Książka, podobnie jak jej kontynuacja szybko stał się bestsellerem a swój sukces powtórzyła na rynkach europejskich i światowych.
Do Polski trafiła dopiero po czterech latach od szwedzkiej premiery ale podobnie jak w innych krajach zyskała sobie rzesze wielbicieli.

"Millenium" to wydawany w Sztokholmie miesięcznik o tematyce gospodarczej. Może nie jest najpopularniejszym periodykiem ale przynosi swoim właścicielom oprócz oczywiście satysfakcji, nienajgorsze zyski. Niestety główny udziałowiec a zarazem wydawca i dziennikarz Mikael Blomkvist daje się wplątać w intrygę - pisze demaskatorski reportaż o pewnym znanym przedsiębiorcy. Już po publikacji okazuje się, że nie jest w stanie udowodnić opisanych w artykule faktów, zostaje oskarżony o pomówienie i skazany na grzywnę i więzienie. Aby uratować wiarygodność gazety Mikael rezygnuje ze stanowiska w zarządzie. Do bezrobotnego dziennikarza zgłasza się przedstawiciel niejakiego Henrika Vangera i proponuje mu pracę - Mikael ma przeprowadzić śledztwo w sprawie morderstwa sprzed 40 lat a w zamian za to Vanger dostarczy mu dowodów na poparcie tez zawartych w artykule, który pogrążył Blomkvista. Dziennikarz nie bardzo wierzy w sens rozgrzebywania dawnej sprawy, tym bardziej, że wydaje się, że śledztwo policyjne wyczerpało wszystkie możliwości ale w końcu podejmuje wyzwanie. 
W dziennikarskim śledztwie Mikaelowi pomaga Lisbeth Salander - dwudziestokilkuletnia pracownica firmy ochroniarskiej. Lisbeth jest genialną researcherką ale też osobą niezwykle tajemniczą i skomplikowaną. Pomiędzy nią i Mikaelem rodzi się coś na kształt zażyłości - z pozoru nudne zadanie staje się coraz bardziej niebezpieczne i zagłębiając się w historię rodziny Vangerów nie przypuszczają nawet jakie tajemnice skrywają jej członkowie.

Od razu powiem, że zabierałam się do tej książki jak przysłowiowy pies do jeża. Zaczynałam lekturę kilkakrotnie i po przeczytaniu kilku kartek odkładałam zachodząc w głowę czym tak naprawdę wszyscy się zachwycają. Mnie wydała się zwyczajnie nudna.
Wreszcie postawiłam sobie i książce ultimatum - czytam do setnej strony i jeśli mnie nie wciągnie to żegnamy się ostatecznie i nieodwołalnie. I kiedy już przebrnęłam przez pierwsze rozdziały sama nie wiem jak i kiedy dotarłam do końca. A co najdziwniejsze nie jestem w stanie napisać co mnie urzekło do tego stopnia, że zaliczyłam nieprzespaną noc z piątku na sobotę, a mój mąż i dziecko musieli przebyć sobotę na suchym prowiancie, bo nie miałam kiedy ugotować obiadu...
Autor stworzył  ciekawych bohaterów - Blomkvist to zwykły facet, żaden superbohater, popełnia błędy, daje się kilka razy wywieść w pole ale wzbudza ogromną sympatię. Z kolei Lisbeth początkowo nie zyskała może mojej sympatii ale w miarę lektury coraz lepiej ją rozumiałam.
Ważnym tematem poruszonym w książce jest problem przemocy wobec kobiet oraz działanie opieki społecznej w Szwecji, które to państwo zawsze jawiło mi się jako bardzo przyjazne dla rodziny a książka burzy ten idylliczny obraz.
Wydaje mi się, że najważniejszą zaletą jest mocne umiejscowienie akcji powieści w realiach. Widać tu rękę dziennikarza, dobrego dziennikarza doskonale znającego świat o którym pisze - począwszy od historii (niezbyt chlubne związki z nazistami, chociaż Szwecja starała się zachować neutralność) poprzez gospodarkę (dzieje imperium Vangerów) na opiniotwórczej roli mediów kończąc.

Czy ma ta książka wady? Pewnie jakieś ma, ale mnie specjalnie nie rzuciły się w oczy. No może odrobina kryptoreklamy, bo faktycznie jeżeli mowa o jakimś sprzęcie elektronicznym to zawsze wymieniana jest marka, podawane są również nazwy istniejących firm czy placówek handlowych ale może w Szwecji takie reklamowanie określonych produktów jest w dobrym tonie?

Jakby nie było na nocnej szafce czeka już drugi tom "Millenium"...