Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sensacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sensacja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 marca 2019

Powrót do sprawdzonych bohaterów

O ile nie mam jakoś nabożeństwa do telewizyjnych seriali, o tyle bardzo lubię książkowe serie - zarówno te kilku jak i kilkunastotomowe. Jedną z ulubionych jest seria książek sensacyjnych opowiadających o przygodach Dirka Pitta, której autorem jest Clive Cussler. Większość tomów mam w swojej biblioteczce, a te, których mi brakuje sukcesywnie sobie dokupuję. Jednym z ostatnich nabytków są "Zabójcze wibracje", które powstały co prawda ponad 20 lat temu, ale w dalszym ciągu nie straciły na aktualności.

Dirk Pitt wraz ze swoimi współpracownikami z NUMA (Narodowa Agencja Badań Podwodnych i Morskich) bada anomalie na Morzu Tasmana, gdzie w niewyjaśnionych okolicznościach dochodzi do masowej zagłady zwierząt morskich. Trafia na Wyspę Seymoura, gdzie w jaskini odnajduje grupę pasażerów wycieczkowego statku. Jak się okazuje cudem ocalałą z katastrofy - pozostali pasażerowie "Polar Queen" i cała załoga zmarła w niewyjaśnionych okolicznościach. Jedną z ocalałych osób jest Maeve Fletcher, przewodniczka wycieczki, która niemal od razu wpada Dirkowi w oko.
Badania ciał pasażerów "Polar Queen" oraz fok i pingwinów nie pozwalają ustalić powodu śmierci - wydaje się, że nastąpiła ona z powodu zbyt dużego hałasu. Tę mało prawdopodobną teorię potwierdzają jednak kolejne śmiertelne wypadki. Pitt zaczyna poszukiwania źródeł zabójczego hałasu - głównym podejrzanym staje się multimilioner Arthur Dorsett, tajemniczy potentat rynku handlu diamentami, prywatnie ojciec pięknej Maeve...

"Zabójcze wibracje" to trzynasty, bynajmniej nie pechowy, tom serii. Dirk to już nie młodzieniaszek, chociaż wciąż jest w formie i niejeden raz ucieka śmierci sprzed nosa, chociaż najczęściej dosyć mocno poobijany. Również jego najbliższy przyjaciel Al Giordino, chociaż wydaje się niezniszczalny, zaczyna odczuwać upływ czasu. Co nie zmienia faktu, że obydwaj nie wahają się podjąć walki w obronie świata przed katastrofą. 
Jeśli chodzi o powieści Cusslera to najczęściej chodzi o katastrofy ekologiczne - tak jest i w tym wypadku, bowiem generowane przez zakłady Dorsetta wibracje niszczą wszelkie formy życia w swoim zasięgu. Ale to nie wszystko - Arthur Dorsett ma jeszcze inny plan - plan, który zachwieje światową gospodarką...

Na koniec taka ciekawostka - Dirk Pitt, podobnie jak James Bond spotyka na swojej drodze wiele pięknych kobiet. Jest wobec nich szarmancki, uprzejmy i opiekuńczy, jednak żadna z nich nie może raczej liczyć na jakieś większe zaangażowanie z jego strony. Maeve Fletcher to jedna z niewielu (konkretnie trzech) kobiet, z którymi Dirk chciał się związać na stałe.

****************************************************

W ubiegłym miesiącu rozpoczęłam przygodę z "Trylogią arturiańską", której autorem jest Bernard Cornwell - wtedy przeczytałam część pierwszą pt. "Zimowy monarcha" a teraz przyszedł czas na jej kontynuację czyli tom pt. "Nieprzyjaciel Boga". Po raz kolejny historię opowiada Derfel - kiedyś jeden z najbliższych Arturowi wojowników, teraz mnich.

Arturowi udaje się zwyciężyć najeżdżających ziemie Brytów Saksonów i zawrzeć w miarę trwały pokój. To spełnienie jego największych pragnień, więc wydaje mu się, że wszyscy powinni być szczęśliwi tak jak on. Niestety, to tylko pobożne życzenie.
Merlin a wraz z nim Derfel wyrusza do Irlandii w poszukiwaniu legendarnego artefaktu - kotła, który według legendy przekazali ludziom bogowie. Ginewra rozczarowana brakiem ambicji Artura szuka spełnienia w religijnych misteriach ku czci bogini Izydy, a rozgoryczony Lancelot szuka sposobu aby się wzbogacić i zdobyć władzę.
Pragnienia osób najbliższych Arturowi nijak się mają do jego wizji szczęścia i wiadomo, że w którymś momencie musi dojść do wybuchu. Nie bez znaczenia jest też fakt, że Artur sam stworzył sobie największego przeciwnika - chrześcijanie go nie tolerują, bo jest poganinem. Co może się wydać dziwne to fakt, że jest on ogólnie niezbyt religijny, a wszystkich traktuje z jednakową tolerancją i szacunkiem. I to, paradoksalnie, przysparza mu jeszcze więcej wrogów.
W tym tomie autor przedstawia swoją wizję kilku najważniejszych legend arturiańskich - tej o Tristanie i Izoldzie, o poszukiwaniu Świętego Grala, o Okrągłym Stole i jego rycerzach czy wreszcie o zdradzie Ginewry i Lancelota. Pojawia się Persifal i Bors a Galahad, najbliższy przyjaciel Derfla jest przyrodnim bratem Lancelota. Pojawiają się również najbardziej związane z Arturem i Merlinem miejsca - Camelot i Avalon.

Po raz kolejny autor zostawia czytelnika w miejscu przełomowym - katastrofa następuje, Artur musi spojrzeć prawdzie w oczy i porzucić swój idealizm, Merlin jest coraz starszy i słabszy, Ginewra przegrywa wszystkie swoje plany i marzenia. Jedynym w miarę spokojnym i spełnionym człowiekiem jest Derfel, chociaż i jego los nie oszczędzał. Tylko ciekawe na jak długo?
Cóż, o tym dowiem się dopiero po lekturze ostatniego tomu tej trylogii.


sobota, 3 listopada 2018

Rok po WTC, czyli detektyw John Corey na tropie katastrofy

11 września 2001 roku stał się dla wielu ludzi na całym świecie datą przełomową. Szczególnie dotknął on jednak Amerykanów, którzy do dzisiejszego dnia nie potrafią się otrząsnąć z szoku i dzielą czas na to co było przed zamachem na WTC i po nim. Nic więc dziwnego, że ten temat często gości we współczesnej literaturze.

Nelson DeMille to jeden z bardziej znanych autorów powieści sensacyjnych - opublikował ich 26, część pod własnym nazwiskiem a część pod pseudonimami (Jack Cannon, Kurt Ladner, Brad Matthnews). Większość z nich została przetłumaczona na język polski a autor zyskał sobie w naszym kraju całkiem pokaźne grono wielbicieli. Dodam jeszcze, że dwie z jego powieści zostały sfilmowane, a ekranizacja "Córki generała" znana u nas z niewiadomego powodu jako "Sprawa honoru" (rewelacyjna rola Johna Travolty) to jeden z lepszych filmów jakie widziałam.

John Corey to były nowojorski policjant, aktualnie pracownik Agencji Antyterrorystycznej, szczęśliwy mąż Kate Mayfield, prawniczki i agentki FBI. Ma dosyć niekonwencjonalne metody pracy co nie pomaga mu w kontaktach z przełożonymi. John jest też bohaterem sześciu książek Nelsona DeMille.

Akcja "Żywiołu ognia"rozpoczyna się w piątek 11 września 2002 roku, a więc dokładnie w pierwszą rocznicę zamachu na WTC. Dla Johna to dzień szczególnie ważny  - rok wcześniej zarówno on jak i Kate byli umówieni na spotkania w bliźniaczych wieżach i tylko zakorkowane ulice sprawiły, że spóźnili się na nie i przeżyli.

Henry Miller, przyjaciel i współpracownik Johna dostaje do wykonania pozornie banalne zadanie - ma jechać na obrzeża stanu Nowy Jork, gdzie na pograniczu z Kanadą, w górach Adirondack znajduje się leśniczówka będąca siedzibą Custer Hill Club i obserwować przebywających tam gości.
Niestety, zadanie okazuje się nie tak proste, Henry znika, a John i Kate postanawiają go odszukać.
Udają się więc jego śladami i tak trafiają do posiadłości Baina Madoxa, potentata naftowego i byłego wojskowego o mocno radykalnych poglądach.
Szybko się okazuje, że znaleźli się na tropie nadciągającej katastrofy...

"Żywioł ognia" to doskonale napisany thriller polityczny, z ciekawymi bohaterami i szybką akcją. John nie jest superbohaterem, zdarza mu się mylić, ma wątpliwości ale ostatecznie podejmuje decyzje kierując się rozumem a nie emocjami. John działa samowolnie, Kate jest raczej formalistką, ale mimo tych różnic świetnie się rozumieją i uzupełniają. I dzięki temu mają szansę, chociaż prawdę mówiąc minimalną, na odniesienie sukcesu.

Książka powstała w 2006 roku, a więc pięć lat po zamachu. DeMille ukazał w niej rozmaite poglądy na temat terroryzmu islamskiego oraz działań podjętych przez władze USA, pokazał do czego może doprowadzić niepohamowana żądza zemsty i jak może wyglądać eskalacja konfliktu pomiędzy Ameryką i krajami Bliskiego Wschodu. 
Nie ukrywam, że to dosyć przerażająca alternatywa. Na szczęście to tylko fantazja literacka. Przynajmniej na razie...

niedziela, 1 kwietnia 2018

Trzy razy powtórka z rozrywki - czyli tych bohaterów już kiedyś spotkałam

Clive Cussler to jeden z moich ulubionych autorów powieści sensacyjnych. Jego najsłynniejszym bohaterem jest Dirk Pitt, dawniej pracownik a aktualnie dyrektor NUMA (Narodowej Agencji Badań Podwodnych). Tak przy okazji - NUMA to autentyczna organizacja non-profit założona przez Cusslera, której głównym zadaniem jest poszukiwanie i eksploracja historycznych wraków okrętów i samolotów.

"Arktyczna mgła" to kolejna powieść o przygodach Pitta, a jej współautorem jest syn Cliva Cusslera imieniem Dirk.
Rzecz dzieje się u wybrzeży Kanady. Dzieci Dirka Pitta - Dirk Junior i Summer pobierając próbki wody trafiają na rybacki kuter, którego załoga zmarła w niewyjaśnionych okolicznościach. Chociaż policja uznaje to za nieszczęśliwy wypadek, to młodzi Pittowie oraz Trevor Miller, brat jednego ze zmarłych rybaków mają na ten temat odmienne zdanie, a trop prowadzi do przedsiębiorstwa niejakiego Mitchella Goyette'a.

Wszystkie powieści Cusslera mają wątek ekologiczny - tym razem chodzi o globalne ocieplenie oraz zagospodarowanie (w sensie przerobienie) dwutlenku węgla. Ciemne interesy, chciwość i korupcja u szczytów władzy mogą doprowadzić nie tylko do katastrofy ekologicznej ale i do konfliktu zbrojnego na skalę światową. Dirk Pitt i jego dzieci mają bardzo mało czasu aby temu zapobiec...

Akcja większości powieści Cusslera toczy się w nieco cieplejszych klimacie niż Arktyka, dlatego moim zdaniem autorzy trochę przedobrzyli jeśli chodzi o wytrzymałość bohaterów na niskie temperatury, ale generalnie książka trzyma poziom.

*********************************************************

Siedem lat temu spotkałam się po raz pierwszy z kuzynkami Kruszewskimi - Katarzyną, pracownicą CBŚ oraz Stanisławą, czterechsetletnią alchemiczką, które pojawiają się w trzech powieści Andrzeja Pilipiuka. Po latach pisarz wrócił do swoich bohaterek w powieści "Zaginiona" oraz dołączonym do niej opowiadaniu "Czarne skrzypce".

Stanisława i Katarzyna biorą udział w aukcji dzieł sztuki i starodruków, gdzie chcą zakupić pewną starą mapę. Okazuje się, że artefaktem interesuje się jeszcze trójka młodych ludzi. Co szczególne mapa przedstawia Frisland, wyspę na północnym Atlantyku, której... nie ma na współczesnych, bardzo przecież dokładnych mapach. Młodzi ludzie, którym udaje się zakupić mapę uważają jednak, że wyspa istnieje chroniona przez magiczną barierę, natomiast jedno z nich, dziewczyna znana jako Anna Czwartek, jest zaginioną frislandzką księżniczką. Ich teorię zdaje się potwierdzać seria wypadków - tak jakby komuś zależało, żeby Anna i jej przyjaciele nie odnaleźli Frislandu.

Anna i Stanisława szybko znajdują wspólny język - obydwie czują się obco w swoim środowisku. Właściwie nic w tym dziwnego - jedna żyje już czterysta lat, oprócz Kasi nie ma nikogo bliskiego i, aby nie wzbudzać sensacji, co jakiś czas musi zmieniać miejsce zamieszkania; druga ma specyficzne zdolności o których nie lubi rozmawiać i przeświadczenie, że nie pasuje do swojego otoczenia.

Tak jak wspomniałam, "Zaginiona" to powrót Andrzeja Pilipiuka do bohaterów sprzed lat. Czy udany? Cóż, mam mieszane uczucia - bo niby wszystko w porządku, ale czegoś mi brakowało. Pamiętam, kiedy czytałam poprzednie tomy, to nie mogłam sie oderwać od książek. A tutaj już nie było tej magii...
A może to ja się tak bardzo zmieniłam?

*************************************************************

Trylogia "Dary anioła" Cassandry Clare to moje odkrycie z ostatnich tygodni. Po świetnym tomie pierwszym przyszedł czas na tom drugi pt. "Miasto popiołów". 

Clary powoli oswaja się ze swoją nową tożsamością - jest Nocną Łowczynią, widzi świat i istoty niedostępne oczom zwykłych ludzi i odkrywa swój talent: chociaż nigdy się tego nie uczyła potrafi kreślić runy. Jej relacje z Simonem i Jace'm są jeszcze bardziej pogmatwane, ponieważ okazuje się, że Jace jest jej bratem. 
W instytucie pojawia się gość z Idrisu - inkwizytorka, która oskarża Jace'a o zdradę i wtrąca go do więzienia. Przyjaciele starają się go uwolnić, ale szybko się okazuje, że to najmniejszy problem jaki przyjdzie im rozwiązać. Valentine napada na Miasto Kości i zabiera stamtąd niezwykle cenny artefakt - Miecz Dusz. Jest mu potrzebny do przeprowadzenia tajemnego rytuału...

Często tak bywa, że po dobrym tomie pierwszym następuje jego słabsza kontynuacja. Tu się tak na szczęście nie dzieje - drugi tom nie odbiega poziomem od pierwszego, pokuszę się nawet o stwierdzenie, że jest lepszy. 
Autorka ma niezwykle lekkie pióro i bogatą wyobraźnię. Świat fantastyczny jest ciekawie wykreowany, pojawiły się nowe postacie i nowe wątki, bohaterowie zostają postawieni przed kolejnymi wyzwaniami i muszą podejmować trudne decyzje. Przyznaję się uczciwie, że trochę mnie wkurzyło to co pani Clare zafundowała Simonowi, ale z drugiej strony jestem ogromnie ciekawa jak dalej potoczy się jego wątek.
Tak, że ten... "Miasto Szkła" - przybywam.


piątek, 9 marca 2018

Przeczytane w czasie ferii - część II

Od ferii minęło już prawie dwa tygodnie, za oknem zaczynają się pojawiać pierwsze nieśmiałe przebłyski wiosny a ja jeszcze nie odrobiłam zimowych zaległości recenzyjnych.
Dzisiaj pora na literaturę tzw. sensacyjną. I kolejne trzy książki przeczytane w czasie ferii.

"Złote wrota" Alistaira MacLeana to opowieść o dwóch dniach z życia prezydenta Stanów Zjednoczonych i jego, pochodzących z Półwyspu Arabskiego, gości.
W San Francisco trwa spotkanie w sprawie budowy nowej rafinerii. Spotkanie jest na najwyższym szczeblu bo uczestniczy w nim jeden prezydent, jeden król, jeden książę, jeden burmistrz, jeden szef sztabu generalnego i jeszcze kilku pomniejszych gości.
O poranku dostojni goście wybierają się na wizję lokalną terenu pod rafinerię, a wraz z nimi całkiem spora grupa dziennikarzy. Trasa przejazdu prowadzi poprzez most Golden Gate i właśnie na środku mostu czeka na wszystkich nieprzyjemna niespodzianka. Otóż niejaki Branson wybiera to miejsce i czas aby urządzić porwanie dla okupu. Na szczęście pomiędzy bracią dziennikarską znajduje się tajny agent Revson...
I już w zasadzie wiadomo co dalej będzie, ale czyta się tę książkę całkiem fajnie. Bohaterowie jak zawsze u MacLeana są inteligentni i pomysłowi. Akcja toczy się szybko, szala zwycięstwa przechyla się to na jedną to na drugą stronę, więc lektura trzyma czytelnika w napięciu właściwie do samego końca. 

To kolejna książka tego autora, którą mogę polecić z czystym sumieniem.

************************************************************

Trylogia "Dary anioła" Cassandry Clare powstała równo dziesięć lat temu, ale dopiero teraz trafiła w moje ręce. Trochę przez przypadek, bo jednak nie jestem docelowym odbiorcą tych książek, ale jak już znalazła sie w domu to po nią sięgnęłam. Na razie po tom pierwszy, ale nie będę się zbytnio opierać przed lekturą kolejnych tomów.
Clary Fray jest przeciętną nowojorską nastolatką. Mieszka z mamą, jej tato zmarł kiedy była malutkim dzieckiem, ma przyjaciela Simona i właśnie przeżywa okres młodzieńczego buntu. Jedna noc postawi na głowie jej cały świat...
Clary dowiaduje się, że wcale nie jest taka zwyczajna jak sądzi. Pochodzi bowiem z rasy Nocnych Łowców, klanu, którzy od lat toczą walkę z krwiożerczymi demonami. Jace, Alec i Isabelle to trójka młodych ludzi, których Clary spotyka w dyskotece o wdzięcznej nazwie "Pandemonium". Co ciekawe, nikt oprócz Clary ich nie widzi. Co więcej, kiedy dziewczyna wraca do domu nie zastaje w nim matki a ją samą napada jakieś potworne monstrum.
Clare trafia do Instytutu, gdzie poznaje prawdę o swoim pochodzeniu a także zostaje wciągnięta w niebezpieczną akcję poszukiwania legendarnego Kielicha Anioła od którego zależy pokój lub wojna pomiędzy demonami a nocnymi Łowcami. Pojawia się bowiem ktoś o kim wszyscy sądzili, że już dawno nie żyje...

Książka to typowe młodzieżowe fantasty. Bohaterka odkrywa, że posiada niezwykłe moce i musi z nich skorzystać aby uratować swoich bliskich. Pojawia się też motyw młodzieńczego uczucia, które nie do końca może być spełnione. Jeśli chodzi o istoty nadprzyrodzone mamy tu całkiem sporą różnorodność - od wampirów i wilkołaków poprzez elfy i ifryty na bezkształtnych i bezcielesnych demonach kończąc.
Niby wszystko to już było, ale w wersji Cassandry Clare zyskują te znane motywy nową jakość i świeżość. I fajnie się to czyta.

***********************************************************

W najbliższych dniach pojawi się nowy, siódmy już tom przygód mecenas Joanny Chyłki autorstwa Remigiusza Mroza, a ja własnie przeczytałam tom piąty - zrobił mi się mały poślizg, który muszę nadrobić.
Głównym motywem "Inwigilacji" jest historia zaginionego w Egipcie chłopaka, który odnajduje się po kilku latach w Warszawie. Rodzice rozpoznają w nim swojego syna, jednak on uparcie twierdzi, że ich nie zna. Młody człowiek przeszedł na islam i kiedy pojawiły się zarzuty, że przygotowuje zamach terrorystyczny znalazł się na celowniku służb specjalnych. W tej sytuacji zwraca się o pomoc do mecenas Chyłki.
Pani adwokat nie jest zachwycona swoim nowym klientem (jej poglądy na temat "obcych" są bardzo wyraziste i bardzo nieprzychylne), co więcej uważa, że nie mówi wszystkiego i faktycznie może być terrorystą...

Podobnie jak w poprzednich tomach autor nawiązuje do spraw o których można usłyszeć w wiadomościach czy przeczytać w serwisach internetowych. Zamachy bombowe, które miały miejsce w wielu miastach Europy, a także problemy z rzeszą imigrantów zalewających Europę sprawiają, że większość z nas tak a nie inaczej postrzega ludzi o nieco innym kolorze skóry. Chyłka podejmując się obrony człowieka oskarżonego o udział w organizacji zamachu terrorystycznego stąpa po bardzo kruchym lodzie i nie ma co liczyć na sympatię opinii publicznej. 
A i w jej życiu prywatnym dzieje się bardzo wiele, wracają sprawy z przeszłości, przyszłość nie napawa optymizmem, a pani adwokat musi się przygotować do całkiem nowej roli...

Bardzo lubię Joannę Chyłkę i towarzyszącego jej Zordona, mam na półce również wszystkie wydane do tej pory tomy o prowadzonych przez nich sprawach. Nie wiem jakie jest "Oskarżenie", ale uważam, że "Inwigilacja" jest obok "Kasacji" najlepszym tomem cyklu.

niedziela, 28 stycznia 2018

Obejrzane - przeczytane: Alistair MacLean razy trzy

Nie przepadam za kinem wojennym, aczkolwiek wśród moich ulubionych filmów jest kilka, których akcja osadzona jest w czasach drugiej wojny światowej. Są to głównie historie przygodowo-wojenne, a najukochańszą z nich jest "Parszywa dwunastka" z Lee Marvinem i Charlesem Bronsonem w rolach głównych.

Alistair MacLean to szkocki pisarz, autor powieści sensacyjnych, wojennych i kryminalnych z których wiele zostało przeniesione na kinowe ekrany. Oglądałam trzy takie ekranizacje, a mianowicie "Działa Nawarony", "Komandosi z Nawarony" i "Tylko dla orłów". Nie zdarzyło mi się jednak do tej pory przeczytać ani jednej książki tego autora więc postanowiłam to nadrobić. I to od razu hurtem.



Glównymi bohaterami "Dział Nawarony" i "Komandosów z Nawarony" jest dwóch przyjaciół - nowozelandczyk Keith Mallory, światowej sławy alpinista i grecki partyzant Andrea Stavros oraz kapral Dusty Miller, specjalista od materiałów wybuchowych, natomiast w "Tylko dla orłów" pierwsze skrzypce grają brytyjski oficer wywiadu major John Smith oraz amerykański ranger  porucznik Morris Schaffer.

"Działa Nawarony"
Wszystkie trzy książki opierają się na tym samym wzorcu. Oto jest misja do wykonania - typowa "mission impossible" - zniszczenie ogromnych dział, wysadzenie potężnej tamy, wdarcie się do umiejscowionej na niedostępnym szczycie niemieckiej bazy, a każda z tych lokalizacji jest pilnie strzeżona przez świetnie wyszkolone niemieckie oddziały. Na wykonanie zadania bohaterowie mają zaledwie kilkadziesiąt godzin, przeważnie nocnych, a pogoda ich nie rozpieszcza...
Dowództwo opracowuje szczegółowy plan A, który oczywiście, mówiąc potocznie, bierze w łeb, więc trzeba wprowadzić w życie plan B, plan C albo najzwyczajniej pod słońcem zacząć improwizować.
Akcja, jak to w tego typu powieściach bywa, pędzi na łeb, na szyję a każdy szczegół jest ważny. Bohaterowie są zróżnicowani, w większości obdarzeni poczuciem humoru, miewają gorsze momenty, ale stają na wysokości zadania. Dają się lubić, co sprawia, że czytając książki kibicujemy ich działaniom, cieszymy się z sukcesów i przeżywamy niepowodzenia.

"Komandosi z Nawarony"
Często się zdarza, że autorzy takich wojennych historii ukazują tych "dobrych" (to znaczy Anglików, Amerykanów czy innych aliantów) jako ludzi obdarzonych niezwykłą inteligencją natomiast ich przeciwników jako bezradnych półgłówków - swoją drogą, gdyby to była prawda, to II wojna trwałaby tydzień a nie prawie sześć lat... Na szczęście MacLean nie poszedł tą drogą i przeciwnicy naszych bohaterów to ludzie zdeterminowani i inteligentni, a na ostateczne zwycięstwo trzeba ciężko zapracować.

A teraz słów kilka na temat przełożenia książek na język filmu. Te powieści to niemal gotowy materiał filmowy (co nie dziwi - MacLean oprócz powieści pisał również scenariusze) więc nic dziwnego, że różnic nie ma wiele, aczkolwiek kilka jest. Szczególnie jest to widoczne przy "Działach" i "Komandosach". Otóż zakończenie "Dział" powieściowych jest nieco inne niż filmowych. I nic by się nie działo, gdyby nie to, że napisani kilka lat później "Komandosi", których akcja rozpoczyna się właściwie w chwili zakończenia "Dział", nawiązują do końcówki filmu a nie książki. I jeśli ktoś filmu nie widział może nie rozumieć o co chodzi.

"Tylko dla orłów"
I na koniec jeszcze kilka uwag na temat obsady - zdecydowanie najwięcej szczęścia miały "Działa Nawarony" - Gregory Peck jako Mallory, Anthony Quinn jako Andrea oraz David Niven jako Miller to obsadowy strzał w dziesiątkę. W "Komandosach" Pecka zastąpił Robert Shaw, Dusty'ego Millera gra Edward Fox, postać Andrei została całkiem pominięta a niejako na jego miejsce pojawia się podpułkownik Mike Barnsby grany przez Harrisona Forda   - jest całkiem nieźle ale euforii nie ma.
Najmniej entuzjazmu wzbudzają we mnie odtwórcy głównych ról w "Tylko dla orłów" - Richard Burton jako Smith i Clint Eastwood jako Schaffer.
Burton wygląda (i zachowuje się) jakby robił łaskę, że tu w ogóle jest, bolały go wszystkie zęby i miał mega kaca. Żeby było jasne - powieściowy Smith był człowiekiem poważnym ale sympatycznym natomiast filmowy sympatii zupełnie nie budzi. Clint Eastwood powiela swoje najbardziej znane filmowe oblicze - milczący twardziel obserwujący wszystko i wszystkich z nieodgadnioną miną. Tymczasem ten z książki to typ jowialnego, prostodusznego chłopaka z farmy czyli ktoś zupełnie inny niż Clint (który jest bardzo dobrym aktorem, ale tu pasuje jak pięść do nosa).

Niemniej wszystkie książki warto przeczytać a filmy obejrzeć. W jakiejkolwiek kolejności ;)

czwartek, 30 listopada 2017

Lektury w sam raz na długie zimowe wieczory

Ostatni dzień listopada na mojej wiosce zabieli się od śniegu, który sypał przez cały dzień - zapachniało zimą, aczkolwiek najprawdopodobniej ten pierwszy śnieg zniknie w ciągu najbliższych dni (jeśli nie godzin) bo temperatura jednak jest dodatnia. Jakby jednak nie było sezon zimowy uważam za rozpoczęty ;)

Późnojesienne i zimowe wieczory sprzyjają lekturze bardziej obszernych książek i trzy takie grubsze książki chciałabym zaproponować tym, którzy czytają ten tekst. Autorów wszystkich pozycji darzę ogromną sympatią i czytam właściwie wszystko co wyjdzie spod ich ręki.

Elżbieta Cherezińska długo kazała czekać na ostatni tom swojej trylogii "Odrodzone królestwo", ale jak już książka powstała to wielbicieli pisarki zachwyciła (bądź przeraziła) jej objętość - ponad 1000 stron tekstu.

Akcja obejmuje okres od 1306 do 1320 roku, czyli od zdobycia Krakowa przez księcia Władysława Łokietka aż do jego koronacji na króla Polski.
Mały książę jest oczywiście jednym z głównych bohaterów, ale podobnie jak w poprzednich tomach, musi się tym miejscem dzielić z innymi - przede wszystkim z czeską królową wdową Rikissą oraz Kunonem, bratem krzyżackim, który kryje w sobie liczne tajemnice...
Ale i w tle mamy wiele ciekawych osób, które zapisały się na kartach naszej historii - głogowskiego księcia Henryka, wiekowego arcybiskupa gnieźnieńskiego Jakuba Świnkę, krakowskiego biskupa Jana Muskatę, króla Jana Luksemburskiego czy zwanego "rzeźnikiem Gdańska" mistrza krajowego Henryka von Plotzke.
Są również znani z poprzednich części bohaterowie fantastyczni - zielone kobiety, starcy siwobrodzi, wyznawcy Trzygłowa oraz złoty smok Michał Zaręba.

Chociaż książka dotyczy zasadniczo naszej historii, to jednak nie sposób o niej pisać w całkowitym oderwaniu od tego co się działo w państwach ościennych - autorka ma tę świadomość, więc wprowadza czytelnika na dwór czeski i brandenburski, do Malborka, Dzierzgonia i Halicza, a nawet do Awinionu, gdzie wówczas mieścił się dwór papieski.

Gdzieś w sieci spotkałam się z krytyką pani Cherezińskiej - że pisze harlekiny w otoczce historycznej i, że nie dorasta do takich mistrzów pióra jak Sienkiewicz, Kraszewski czy Bunsch. Cóż, moim zdaniem dwóch pierwszych przywołanych pisarzy to dopiero byli romansopisarze (przy okazji Kraszewskiemu zdarzało się mocno mijać z prawdą historyczną...). Co do Bunscha, którego większość książek czytałam, to mam wrażenie, że robił z naszych władców takich trochę bohaterów bez skazy. A jak wiadomo, pomimo ogromnego szacunku co do osiągnięć Chrobrego, Śmiałego, Łokietka czy Kazimierza Wielkiego, to wymienieni władcy aniołami nie byli. Co więcej mieli sporo poważnych wad i nie powinno się o nich zapominać.
Ja w każdym razie bardzo lubię Władka Łokietka w wersji pani Cherezińskiej - ma swoje wady, zdaje sobie z nich sprawę, czasami nawet próbuje z nimi walczyć, ale generalnie jest człowiekiem z krwi i kości a nie jakąś nijaką postacią z podręcznika historii.

Książkę więc z całej mocy zachwalam. 

A tak przy okazji - autorka w posłowiu daje niejaką nadzieję, że jeszcze kiedyś wróci do swoich bohaterów. Tak więc uzbrajam się w cierpliwość i czekam.

***************************************

Profesora Roberta Langdona kocham miłością wielką i z radością powitałam informację, że po raz kolejny spotkam sie z nim na kartach książki Dana Browna.

"Początek" przenosi nas do Hiszpanii, najpierw do Bilbao i tamtejszego muzeum sztuki nowoczesnej a następnie do Barcelony, miasta z którym związany był jeden z najważniejszych twórców przełomu XIX i XX wieku Antonio Gaudi.

Punktem wyjścia jest w tej książce prezentacja znanego informatyka i zagorzałego ateisty Edmonda Kirscha, prywatnie byłego ucznia i przyjaciela Langdona. Prezentacja jest reklamowana jako przełomowe wydarzenie mające dać odpowiedź na dwa zasadnicze pytania dotyczące ludzkości: "Skąd przybywamy? Dokąd zmierzamy?". Odkrycie którego dokonał Kirsch zachwieje również podstawami wszystkich istniejących religii - nie dziwi więc, że na Bilbao zwrócone są oczy niemal całego świata. 
Niestety prezentacja zostaje przerwana przez zamachowca, który zabija Kirscha. Przedziwnym zbiegiem okoliczności o współudział w morderstwie oskarżony zostaje Langdon oraz dyrektorka muzeum Ambra Vidal. Pikanterii dodaje fakt, że pani Vidal jest narzeczoną następcy hiszpańskiego tronu...

Dan Brown przyzwyczaił swoich czytelników do tego, że akcja w jego książkach pędzi z zawrotną szybkością, błyskotliwy umysł profesora Langdona znajdzie wyjście z największych tarapatów a przy okazji sympatyczny uczony (nie umiem go sobie już wyobrazić z inną twarzą niż ta należąca do Toma Hanksa) zaserwuje kilka wykładów z historii sztuki. Tak jest i tym razem, chociaż sztuka nowoczesna nie jest tym co Robert Langdon lubi i czuje, zdecydowanie bardziej odpowiada mu to co pozostawił po sobie Gaudi.

"Początek" to całkiem niezła książka, chociaż miejscami może być nieco nużąca, bowiem autor całkiem sporo miejsca poświęca rozważaniom filozoficznym na temat podstaw naszego bytowania we wszechświecie (a nie tego przecież oczekujemy po powieści było nie było sensacyjnej) oraz najnowszej technologii i sztucznej inteligencji (jako, że moje umiejętności komputerowe są raczej mierne miejscami nie wiedziałam o co chodzi). 
Do "Kodu Leonarda da Vinci" czy "Inferno" ta książka nie dorasta, ale jest o kilka stopni lepsza niż "Zaginiony symbol" tak więc warto po nią sięgnąć.

************************************



Na koniec dwuksiąg Renaty Kosin a mianowicie "Sekret zegarmistrza" i "Tatarka". 
Bohaterką pierwszej z nich jest Lena - wychowana przez dziadków, po ich śmierci odziedziczyła dworek w podlaskich Bujanach. Dziadek Ignacy był zegarmistrzem, zostały po nim stare zegarki, których nikt nie odebrał od naprawy i Lena postanawia je wykorzystać do produkcji oryginalnej biżuterii. Wśród zegarków jest jeden szczególnie ciekawy - damski, z inicjałami JB. Budzi ciekawość Leny, jednak nic nie wskazuje, że będzie sie kiedyś mogła dowiedzieć do kogo należał. W czasie remontu Lena odnajduje kolejne tajemnicze przedmioty - pamiętnik krewnej swej babki Stefanii oraz carski mundur z okresu powstania styczniowego. Kobieta postanawia dowiedzieć się czegoś o przeszłości rodu Bujaneckich...

"Tatarka" to również podróż w przeszłość, ale tym razem osobą która w niej będzie grzebać jest Ksenia, córka Leny. Zegarmistrz Ignacy zawsze wierzył, że w jego żyłach płynie tatarska krew - niestety nie był w stanie tego udowodnić. Teraz jego prawnuczka poznaje Emira, młodego Tatara z Kruszynian i postanawia wykorzystać okazję i poszukać ewentualnych przodków. I chociaż okoliczności, rodzina Emira a nawet Lena są przeciwko niej Ksenia nie odpuszcza i uparcie dąży do poznania prawdy. Uważa bowiem że nawet najgorsza prawda jest lepsza od niewiedzy.

Renata Kosin przyzwyczaiła już swoich wielbicieli, że bardzo dokładnie przygotowuje się do pisania swoich książek (i pewnie z tego powodu tak długo trzeba czekać na kolejne nowości) co jest postępowaniem nadzwyczaj chwalebnym, bo nie ma nic gorszego niż powieść z błędami rzeczowymi. Akcja "Sekretu zegarmistrza" i "Tatarki" umiejscowiona jest po raz kolejny na Podlasiu, a ja po raz kolejny mam dziką chęć wsiadać w jakikolwiek środek lokomocji i na owo Podlasie wyruszać, tak pięknie o nim pani Renata pisze.

Przeszukiwanie przeszłości może być bardzo ciekawe i inspirujące, ale może też nieść za sobą masę złych emocji bowiem nie zawsze będzie się nam podobało to co odkryjemy. Można sobie więc zadać pytanie - czy warto grzebać w tym co było? Czy może lepiej zostawić rzeczy takimi jakie są?

Lena i Ksenia zaglądają w przeszłość z całkiem innych powodów, trafiają na wydarzenia smutne czy wręcz tragiczne, jednak wiedza jaką z nich wynoszą pozwala im zrozumieć swoich najbliższych i inaczej spojrzeć na własne życie. I dlatego warto znać swoją przeszłość, nawet tę najgorszą.

Polecam jak najbardziej.

sobota, 11 lutego 2017

Oddać czy zostawić? Oto jest pytanie! (cz. 1)

To, że jestem uzależniona od książek wiem już od dawna. Wie to również moja rodzina i większość znajomych. Nie mam pojęcia ile książek jest w domu, ale mąż mój Robert prorokuje, że w końcu strop nie wytrzyma obciążenia makulaturą i któregoś ranka weźmie się i zarwie, a my obudzimy się u mojej mamy (mama mieszka na parterze a my na piętrze)... 
Żeby zminimalizować zagrożenie katastrofą budowlaną (to wersja oficjalna, nieoficjalna jest taka, że potrzebuję miejsca na nowe tomy) od jakiegoś czasu część moich zbiorów oddaję naszej gminnej bibliotece. Obydwie strony są zadowolone - ja, bo mam twardy dowód dla szanownego małżonka, że poważnie przejmuję się jego opiniami, a biblioteka to wiadomo - każda nowa książka mile widziana.
Na moich półkach sporo jest takich książek, które kupiłam w porywie chwili, bo bardzo chciałam je przeczytać, a później tak mi jakoś zeszło i albo o nich zapomniałam, albo nie miałam nastroju - no dość na tym, że pokrył je kurz i pajęczyny.
I tu dochodzimy do sedna sprawy - wybierając książki do przekazania dla biblioteki trafiam na te nieprzeczytane bidulki i muszę zdecydować co z nimi zrobić A żeby podjąć decyzję trzeba przecież książkę przeczytać, prawda? I tak się zrodził pomysł na cykl "Oddać czy zostawić?", czyli notatki (bo to jednak nie będą recenzje czy opinie w pełnym tego słowa znaczeniu) o tych odkurzonych skarbach.

Joanna Chmielewska "Byczki w pomidorach"

Joanna Chmielewska to moja najulubieńsza kryminalistka. Uwielbiam jej starsze książki (z wyjątkiem "Lesia"), niestety z tymi nowszymi mam pewien problem. Bo niby większość bohaterów ta sama, miejsca też dobrze znane, ale historie już tak nie porywają, komizm taki trochę na siłę, a i z językiem (który moim zdaniem jest największym atutem książek pani Joanny) też się coś niedobrego porobiło...
"Byczki w pomidorach" przenoszą czytelnika do Danii, gdzie w domu Alicji roi się od mniej lub bardziej zaprzyjaźnionych osób i gdzie zatrzymuje się pewna kłopotliwa para z Polski. Pani Julia i pan Wacław od pierwszej chwili podpadają stałym bywalcom kuchni i ogrodu, ale prawdziwy kłopot powstaje kiedy Wacław najpierw zaginie, a następnie odnajdzie się w charakterze zwłok. Policja policją, Joanna i spółka postanawiają na własną rękę rozwikłać tajemnicę zejścia pana Buckiego. 

Książka raczej przeciętna, typowy dla Chmielewskiej galimatias zmienia się w chaos niekontrolowany, głodomór Marianek (który w zamyśle miał chyba śmieszyć) wywołuje swoją bezdenną głupotą tylko i wyłącznie zgrzytanie zębami, inni bohaterowie też specjalnie nie zachwycają... W szkolnej skali ocen 3+.

Pomimo, że nie zachwyca to jednak zostaje - Chmielewskiej (nawet najgorszej) nie oddam!

Clive Cussler "Sahara"

"Sahara" to jedenasta książka z Dirkiem Pittem w roli głównej, a druga która została zekranizowana. Przyznaję się od razu, że film widziałam już dawno (właściwie mi się podobał, chociaż grający główną rolę Matthew McConaughey to jakaś pomyłka) a po książkę sięgnęłam dopiero teraz. I jak to przy adaptacjach bywa film od książki rożni się zasadniczo.
Dirk i jego najbliżsi przyjaciele, Al Giordino i  Rudi Gunn zajmują się niepokojącym rozrostem pewnego rodzaju glonów, które występują u wybrzeży Afryki. Jeżeli nie uda się zahamować tego zjawiska światu grozi kataklizm. Trop prowadzi do Mali, rządzonego przez generała Kazima. Również do Mali trafia doktor Eva Rojas, która wraz z grupą pracowników WHO szuka źródła epidemii dziesiątkującej miejscową ludność. Na miejscu okazuje się, że w sprawę zamieszany jest francuski multimilioner Yves Massarde, który dla zysku nie cofnie się przed niczym...

"Sahara" to jedna z najlepszych książek Cusslera jaką do tej pory czytałam. Ma wszystkie atuty powieści sensacyjnej - wciągającą intrygę, wartką akcję, pomysłowych i przebojowych bohaterów. Pomimo, że mnie więcej wiedziałam o co chodzi czytało mi się świetnie.

Zdecydowanie zostaje - Cusslera, podobnie jak Chmielewskiej, nie oddam.

Asa Hellberg "Ostatnia wola Sonji"

Literatura szwedzka kojarzyła mi się jak dotąd wyłącznie z Astrid Lindgren oraz ze współczesnymi kryminałami.  "Ostatnia wola Sonji" trafiła do mnie podczas którychś targów książki, nazwisko autorki nic mi nie mówiło, tytuł sugerował jakąś ostateczność a okładka... No cóż nie grała mi zupełnie z tytułem ani z krajem powstania...
Książka rozpoczyna się od pogrzebu - umiera Sonja Gustavsson. Jej trzy przyjaciółki - Susanne, Rebecka i Maggan dowiadują się od adwokata, że zmarła posiadała ogromny majątek a one są jej jedynymi spadkobierczyniami, bowiem Sonja nie miała rodziny. Jednak przejęcie spadku obwarowane jest pewnymi warunkami - wszystkie trzy kobiety muszą podjąć wyzwania jakie przygotowała dla nich pani Gustavsson. Muszą porzucić swoje dotychczasowe życie a nawet kraj, bowiem Sonja zaplanowała dla nich zadania w Paryżu, Londynie oraz na Majorce. Co więcej - żadna nie może się wyłamać - żeby otrzymać spadek muszą wszystkie podjąć grę...

Książka może nie jest najwyższych lotów, ale czyta się ją całkiem przyjemnie. Bohaterki to kobiety po przejściach, z bagażem doświadczeń i lat, którym trudno jest zmienić przyzwyczajenia i zmierzyć się z nieznanym, jednak wszystkie podejmują wyzwanie Sonji. "Ostatnia wola Sonji" to powieść obyczajowa, chociaż nieznacznie dryfująca w stronę romansu, doskonała jako relaks po długim pracowitym dniu.

Wędruje do biblioteki - chociaż sympatyczna, to raczej drugi raz po nią nie sięgnę. Niech trafi do innych czytelników.

poniedziałek, 9 listopada 2015

A ja lubię książki sensacyjne

Moje dziecko doszło do tego etapu, kiedy młodego faceta coraz bardziej zaczyna interesować płeć przeciwna. Nie wiem czy wszyscy chłopcy tak mają, czy mój jest wyjątkiem, ale na swoje koleżanki patrzy przez pryzmat... mamy. To znaczy nie tyle na ich wygląd (pierwszeństwo mają niebieskookie blondynki) co na zainteresowania. I tu zaczynają się schody - większość panien w stosownym wieku wielbi kolor różowy (którego mama organicznie nie trawi), jest pod urokiem rozmaitych wampiropodobnych przystojniaków (mamusia o najsłynniejszym z nich wyraża się per "smętny Edzio") i nie ma bladego pojęcia co to jest blaster (a mama to wie). To tylko kilka przykładów, ale synek mój jedyny posunął się nawet do poddania w wątpliwość faktu, że jego mama była kiedyś dziewczynką...
Z całą stanowczością oświadczam, że mama była wiele lat temu nieletnim dziewczęciem, tyle, że z dosyć nietypowymi zainteresowaniami. I tak koleżanki zaczytywały się Siesicką a ja wolałam serię o Panu Samochodziku Zbigniewa Nienackiego, one chadzały do kina na "Pożegnanie z Afryką" ja zdecydowanie wolałam "Zaginionego w akcji", one ekscytowały się "Modą na sukces" a ja przepadałam za "Battlestar Galactica". Nic więc chyba dziwnego, że jednym z moich ulubionych współczesnych pisarzy jest niejaki Clive Cussler, autor kilku serii książek sensacyjno- przygodowych, z których największą popularnością cieszy się cykl o przygodach Dirka Pitta. Większość książek Cusslera już za mną, aczkolwiek dopiero w tych dniach udało mi się przeczytać tę od której wszystko się zaczęło...

Debiutancka powieść Cusslera pt. "Afera śródziemnomorska" ujrzała światło dzienne w 1973 roku, natomiast w Polsce pojawiła się dopiero 17 lat później. Co ciekawe, książka ostatecznie stanowi drugi tom serii, bowiem dziewięć lat później, w 1982 roku, Cussler napisał "Wir Pacyfiku" opowiadający o zdarzeniach chronologicznie wcześniejszych niż te opisywane w "Aferze".

Akcja "Afery Śródziemnomorskiej" zamyka się w kilku letnich dniach, a jej scenerię stanowi grecka wyspa Thasos. Znajduje się tam baza lotnicza Stanów Zjednoczonych, natomiast w odległości kilku mil kotwiczy "Pierwsze podejście", statek badawczy NUMA (Narodowa Agencja Badań Podwodnych i Morskich). Pewnego sobotniego popołudnia bazę atakuje niemiecki myśliwiec z czasów... I wojny światowej. Samolocik wyrządza całkiem spore szkody w zgromadzonym na lotnisku sprzęcie, na szczęście zdezorientowanym lotnikom przychodzi z pomocą dwójka przyjaciół - Dirk Pitt i Al Giordano lecą właśnie na statek NUMA i słysząc wezwanie z bazy przeganiają intruza. 
Pitt i Giordano zostali wezwani na "Pierwsze Podejście" przez komandora Rudiego Gunna - na statku ma miejsce kilka wypadków i dowódca podejrzewa zorganizowaną akcję sabotażową.
Pitt widzi związek pomiędzy atakiem na lotnisko oraz wypadkami na statku i dosyć szybko odkrywa kto za tym stoi, ale to dopiero początek przygody. Przeciwnik ma nieograniczone wręcz możliwości i wszystko wskazuje na to, że życie majora Pitta i jego przyjaciół zawisło na włosku...

Książka jest niewielka objętościowo tak, że można ją przeczytać w jedno popołudnie, co przy powieściach tego typu stanowi zaletę. Główni bohaterowie mają dużo szczęścia (w końcu cykl powieściowy nie może się skończyć na jednej pozycji...), aczkolwiek zdarzają im się bardzo niebezpieczne przygody, z których wychodzą mocno potłuczeni.
Dirk Pitt to twardziel z niekonwencjonalnym poczuciem humoru, który zawsze potrafi znaleźć celną ripostę, nawet mając pistolet przystawiony do głowy. Ponieważ, jak już wspomniałam, czytałam późniejsze tomy, to trochę mnie zaskoczyło jego zachowanie - Pitt bywa tu chwilami chamowaty, brutalny i niemal nie rozstaje się z papierosami. Z tego wniosek, ze bohater wraz z cyklem (i panującą modą) przeszedł kilka przeobrażeń i Dirk z ostatnich tomów różni isę od tego z pierwszych. Chociaż z drugiej strony trudno się dziwić - tylko krowa nie zmienia przyzwyczajeń.

Książka całkiem, całkiem, chociaż do "Zabójczych wibracji" (mój ulubiony tom) się nie umywa. No ale to przecież debiut był, a od tego momentu autor bardzo się rozwinął.

czwartek, 26 lutego 2015

Science fiction w wiktoriańskich dekoracjach

Wiktoriańska Anglia jest tłem wielu wspaniałych dzieł literackich - dosyć wspomnieć utwory Ch. Dickensa, G.B. Shawa, sióstr Brontë czy A.C. Doyle'a. Również współcześni pisarze niejednokrotnie umieszczają akcję swych książek w tamtym okresie - czasy panowania królowej Wiktorii w dalszym ciągu fascynują, pomimo, że ówczesna rzeczywistość mocno trąci myszką, a poglądy lansowane w tamtym okresie są już mocno nieaktualne.
Epoka wiktoriańska to czasy w których tradycja starła się z nowoczesnością, to czas wielkich kontrowersji - z jednej strony skostniałe normy społeczne i moralne, wszechwładne konwenanse, uchybienie którym może skończyć się towarzyskim ostracyzmem, a równocześnie oszałamiający rozwój przemysłu, powstanie nowej warstwy społecznej czyli klasy robotniczej oraz ogromny wzrost znaczenia burżuazji, która zaczyna być ważniejsza (a w każdym razie lepiej sytuowana) niż szlachta. Silnik parowy oraz początki elektryczności  - to najważniejsze wyznaczniki tamtego okresu, które doprowadziły do prawdziwej rewolucji jeśli chodzi o przemysł, badania naukowe oraz nowe konstrukcje i wynalazki.

Pomimo, że nauka i technika w okresie wiktoriańskim były domeną mężczyzn (ach te nieszczęsne konwenanse...) zdarzało się, że również kobiety zajmowały się rozmaitymi badaniami, a nawet miały pewne sukcesy na polu wynalazczości. Jedną z takich osób jest lady Violet Adair - piękna, inteligentna i ciekawa świata młoda dama. Właśnie przygotowuje się do jednej z najważniejszych chwil swojego życia czyli debiutu towarzyskiego i przedstawienia królowej, ale o wiele bardziej niż towarzyskie obowiązki zajmują ją próby skonstruowania zmywarki do naczyń, która odciążyłaby służbę kuchenną. Rodzice nie mają pojęcia o tym, że córka niemal co noc wymyka się z domu, aby pracować w swoim laboratorium w jednej z robotniczych dzielnic Londynu. Dziewczyna ma jednak na tyle oleju w głowie, że nie wędruje po mieście sama: w swoje tajemnicze eskapady wciągnęła majordomusa - Alfred skrywa wiele tajemnic z własnej przeszłości, a pewne nietuzinkowe zdolności którymi dysponuje pomagają w ochronie zdrowia i życia Violet.
Niestety prace konstrukcyjne trzeba odłożyć - w czasie balu w domu Adairów umiera jeden z gości, szybko okazuje się, ze został najprawdopodobniej otruty, a niebezpieczeństwo grozi innym członkom arystokracji. Śledztwo prowadzi szefowa tajnych służb królowej, ale Violet postanawia działać na własną rękę. Razem z wiernym Alfredem ruszają na poszukiwania...

Okładka książki "Mechaniczne pająki" Coriny Bomann (ciekawa, prawda?) jest jednoznaczna - to powieść steampunkowa, a ja dodam od siebie, że przeznaczona raczej dla młodszego czytelnika.

Historia, którą serwuje nam pani Bomann jest dosyć stereotypowa, a przez to przewidywalna - główna bohaterka to nieopierzona smarkula, która prowadzi śledztwo i odnosi w nim spore sukcesy, wodząc przy okazji za nos tajne służby, mające zdecydowanie większe możliwości niż samowolna pannica (nawet jeśli pannica pochodzi z jednej z bogatszych rodzin w kraju).  Pojawia się oczywiście tajemniczy nieznajomy i choć wiele wskazuje, że należy do wrogiego obozu to budzi w młodziutkiej lady wcale nie naukowe zainteresowanie.  Czarny charakter to chyba najsłabsza postać w tej książce - zupełnie mnie nie przekonały jego racje, co więcej zrobił na mnie wrażenie rozwydrzonego bachora a nie wroga publicznego numer 1. Chociaż z drugiej strony - najwięksi psychopaci zachowywali się czasami jak rozkapryszone dzieciaki. A i do kompletu mamy jeszcze majordomusa przy którym Superman to przedszkolak...
Niespecjalnie postarała się też autorka tworząc "wnętrze" swoich bohaterów, i nie chodzi mi tu o mechaniczne części, którymi niektórzy są dosyć mocno podrasowani. Właściwie nie znajdziemy tu jakiejś przesadnej charakterystyki  - owszem to powieść fantastyczna a nie psychologiczna, ale chociaż trochę chciałabym wiedzieć co kieruje występującymi w niej osobami. Szczególnie ciekawi mnie postać szefowej tajnych służb, o której wiadomo tylko tyle, że karierę zrobiła z ogromnym trudem - no, ba, przecież to czasy wiktoriańskie, więc porządna kobieta powinna siedzieć w domu, modlić się, strofować służbę, a w wolnych chwilach rodzić kolejnych obywateli imperium... Tak, że szkoda, bo to zmarnowana postać jest.

Czytając powyższe można sądzić, że książka, kolokwialnie mówiąc "jest do bani". Otóż drogi czytelniku  muszę cię zaskoczyć: to całkiem sympatyczna rzecz jeśli szukamy lekkiej rozrywki po ciężkim dniu. Czyta się całkiem sprawnie, znajdzie się kilka humorystycznych momentów a autorka miała parę fajnych pomysłów, nazwijmy to "technicznych".

Tak więc polecam łaskawej uwadze młodzieży, która dopiero zaczyna znajomość ze steampunkiem, ewentualnie osobom szukającym odprężającej lektury (a lubiącym lekkie sf ). Odradzam natomiast gorąco starym wyjadaczom - no chyba, że już żywcem nic innego w zasięgu ręki nie macie.

wtorek, 6 stycznia 2015

Wojna o Krym, czyli ostatnia odsłona przygód byłego analityka CIA

Kiedy Tom Clancy debiutował w 1984 roku powieścią "Polowanie na Czerwony Październik", to chyba nawet jemu samemu się nie śniło, że oto powołał do życia legendę. Ów debiut szybko stał się światowym bestsellerem, a kiedy sześć lat później John McTiernan przeniósł go na ekran, obsadzając w głównej roli, Jacka Ryana, jednego z najprzystojniejszych ówczesnych aktorów czyli Aleca Baldwina, to o młodym analityku CIA usłyszeli nawet ci, którzy z założenia po powieści sensacyjne nie sięgają.
Przez kolejne lata spod ręki Clancy'ego wyszło jeszcze 15 książek z Jackiem Ryanem, który w międzyczasie awansował na zastępcę dyrektora CIA, po wypadku odszedł ze służby, wykładał historię w Akademii Marynarki Wojennej, następnie wrócił do polityki jako doradca prezydenta ds. Bezpieczeństwa Narodowego, za zasługi w czasie konfliktu z Japonią mianowany został wiceprezydentem, a wreszcie staje na czele państwa po tragicznej śmierci urzędującego prezydenta.
Większość powieści z cyklu o Jacku Ryanie Clancy napisał sam, jednak trzy ostatnie książki powstały w duecie z Markiem Greaney'em. Ostatnia z nich nosząca tytuł "Zwierzchnik" wyszła w grudniu 2013 roku, już po śmierci autora, a w listopadzie 2014 roku trafiła do polskich księgarń.

Osią książki jest konflikt pomiędzy Rosją a Ukrainą o Półwysep Krymski. (Swoją droga Clancy, gdyby nie był tak dobrym pisarzem, mógłby zarabiać jako wróżka...). 
Walerij Wołodin, prezydent Rosji dąży do odbudowania Związku Radzieckiego i połączenia w jeden organizm dawnych republik radzieckich. Atakuje Estonię, jednak interwencja sił NATO uniemożliwia zajęcie nadbałtyckiego państwa. Kolejnym celem staje się Ukraina, a przede wszystkim Krym i dostęp do Morza Czarnego. W obliczu zbliżającej się wojny Amerykanie muszą ewakuować z zagrożonych terenów swoich obywateli, głównie pracowników CIA, równocześnie poszukując ludzi stojących za otruciem rosyjskiego dysydenta i bliskiego przyjaciela prezydenta Ryana. 

W tym czasie syn prezydenta, Jack Junior pracuje jako analityk w londyńskiej firmie zajmującej się międzynarodowymi finansami. Jedna ze spraw, którą się zajmuje dotyczy przejęcia przez Gazprom należącej do angielskiego miliardera firmy wydobywczej. Dla nikogo nie jest tajemnicą, że za Gazpromem stoją wysoko postawieni Rosjanie, może nawet sam prezydent Wołodin.

Okazuje się, że rozwiązania współczesnych konfliktów należy szukać w przeszłości. Trzydzieści lat wcześniej Jack Ryan badając okoliczności śmierci oficera operacyjnego natrafił na aferę finansową dotyczącą tajnych kont KGB oraz na trop tajnego zabójcy o pseudonimie "Zenit". Po latach sprawa powraca, a ustalenie tożsamości "Zenita" może mieć decydujący wpływ na utrzymanie pokoju na świecie...

Tom Clancy nie bez powodu uznawany jest za mistrza powieści sensacyjnej. Jego książki charakteryzuje niezwykła dbałość o szczegóły, tak jeśli chodzi o fabułę, jak i o "zaplecze techniczne", z którego korzystają bohaterowie. Czytelnik znajdzie w jego książkach dokładny opis broni, pojazdów i samolotów bojowych podany w ten sposób, że nawet laik go zrozumie. Autor opisuje tez ze szczegółami sposób działania rozmaitych oddziałów bojowych, morderczy cykl treningowy i drobiazgowe planowanie akcji - te wszystkie szczegóły mają wpływ na ostateczne powodzenie akcji. I co ważne, robi to tak, że czyta się te opisy z autentyczną ciekawością.

Ważną sprawą jest też konstrukcja głównych bohaterów, zarówno tych, którzy występują w kilku częściach cyklu, jak i tych epizodycznych. Różnorodność typów, charakterów, nawet rodzaju poczucia humoru sprawia, że szybko stają się bliscy czytelnikowi, który będzie im kibicował w czasie akcji. Oczywiście "dobrzy" nie maja patentu na zwycięstwo, zdarzają im się pomyłki, ale w ogólnym rozrachunku... 

Ponieważ książka stanowi kolejny tom cyklu, to siłą rzeczy nawiązuje do poprzednich tomów i dobrze byłoby znać jej poprzedniczki. Aczkolwiek bez większego problemu można ją czytać osobno, bo nawet jeśli są wspominane wcześniejsze wydarzenia to zawsze jest kilka słów wyjaśnienia.

poniedziałek, 10 listopada 2014

Szakal w mieście Lwa

96 lat temu, w listopadzie 1918 roku, po 123 latach niebytu Polska wróciła na mapę Europy. Naszym przodkom udało się wykorzystać sytuację jaka wytworzyła się pod koniec pierwszej wojny światowej i wywalczyć wymarzoną niepodległość. Różnie z tą wolnością było - w niektórych miejscach żołnierze armii zaborczych z ulgą oddawali broń cywilom (nierzadko dzieciom), w innych już tak łatwo nie było i na ulicach miast i wsi wybuchały zamieszki, jeszcze gdzie indziej dochodziło do starć z przedstawicielami mniejszości narodowych zamieszkujących ziemie dawnej Rzeczpospolitej, którzy w tym dziejowym momencie, podobnie jak Polacy, widzieli szansę dla własnej suwerenności. Najbardziej chyba znanym przykładem takich działań były walki, które 1 listopada 1918 roku wybuchły na ulicach Lwowa i trwały przez kolejne trzy tygodnie - w nocy z 22 na 23 listopada oddziały ukraińskie wycofały się z miasta i rozpoczęły jego oblężenie zakończone pół roku później ostatecznym zwycięstwem Polaków.

Marcin Ciszewski, autor kilku ciepło przyjętych powieści sensacyjnych (ja akurat miałam możliwość przeczytać jego "Gliniarza" - opowieść o losach policjanta i specjalisty do spraw terroryzmu Krzysztofa Liedla, który był współautorem tej książki) akcję swojego najnowszego dzieła umieścił w walczącym Lwowie, a pomiędzy fikcyjnymi bohaterami spotkamy również kilka postaci historycznych, jak chociażby Czesława Mączyńskiego czy Michała Karaszewicza-Tokarzewskiego.

Tytułowy bohater, Wilhelm Krüger zwany Wilkiem, to osiemnastoletni chłopak niewiadomego pochodzenia, wychowanek cyrkowego akrobaty, który wraz z dwa lata starszym Cyganem oraz około pięćdziesięcioletnim Henrykiem Szumskim stanowią niezwykle zgrany złodziejski tercet. Ich akcje poprzedzone są drobiazgowym rozpoznaniem terenu, opracowaniem szczegółowego planu działania i dróg ucieczki. Zespół napada tylko tam gdzie można zyskać naprawdę poważny łup - bank, furgon pocztowy przewożący gotówkę, duży sklep jubilerski. Napady mają miejsce w biały dzień, przeprowadzane są z zegarmistrzowską wręcz precyzją, obywają się bez ofiar w ludziach a ich sprawcy dosłownie rozpływają się w powietrzu.
Taki sam miał być skok na Bank Zachodni w Warszawie w dniu 30 października 1918 roku. Niestety misterny plan posypał się, bank co prawda obrabowano ale z ręki Krügera zginęli ludzie, a i ucieczka do Lwowa (gdzie na co dzień mieszkali członkowie gangu) nie do końca przebiegła według planu. Wilek nie zdaje sobie sprawy, że na ich trop wpadła nie tylko warszawska policja (co prawda prowadzący sprawę komisarz Waligóra nie jest w stanie zbyt wiele zdziałać z powodu panującego wojennego chaosu) ale również pewien emerytowany rosyjski wojskowy Iwan Kolcow, który ma poważne osobiste powody aby schwytać młodego złodzieja...

"Szakal" to pierwsza część nowego cyklu powieściowego pt. "Krüger". To historia sensacyjno-kryminalna, ale również powieść historyczna. Autor zadbał o realia, odtworzył chronologię walk na ulicach miasta oraz, co może dla niektórych czytelników być pewnym zaskoczeniem (bo jednak jesteśmy wychowani na legendzie ogólnonarodowej dziejowej solidarności), antagonizmy pomiędzy poszczególnymi stronnictwami patriotycznymi działającymi we Lwowie.
Wilek (a i jego kompani również) czuje się Polakiem, ale niespieszno mu chwytać za broń, przypadek sprawia, że chłopak trafia w sam środek walki i zostaje uznany za bohatera, co będzie miało ogromny wpływ na jego dalsze losy. To człowiek, który budzi kontrowersje - egoista, ale wierny swoim zasadom, troskliwy opiekun siostry, który potrafi przez kilkanaście dni nie dawać znaku życia, nie chce, bądź nie potrafi zejść z raz obranej drogi, pomimo iż zdaje sobie sprawę z grożącego niebezpieczeństwa. Jedno jest pewne Wilek Krüger to barwna postać, budząca emocje, niejednoznaczna. Podobnie jego najbliżsi - Szumski, Cygan, Ewelina to postacie z krwi i kości, ciekawie skonstruowane, które z każdym kolejnym epizodem czytelnik poznaje coraz lepiej, a kiedy już wdaje się, że wszystko o nich wiemy pokazują się z nowej, zupełnie nieznanej strony.
Również ciekawą, choć niezwykle mroczną postacią jest podążający śladami Wilka Iwan Kolcow. To człowiek na którym przeszłość wycisnęła swoje piętno, nie potrafiący pozbyć się swoich demonów, opętany manią prześladowczą a równocześnie obdarzony ogromną inteligencją i umiejętnością analizowania otaczającej go rzeczywistości.

Ponieważ, jak już wspomniałam, książka jest pierwszą częścią serii to sporo miejsca zajmuje prezentacja głównych bohaterów i nici, które ich ze sobą wiążą. Trochę może nie do końca adekwatne będzie to porównanie, ale w czasie lektury czułam się jakbym czytała którąś z powieści Agathy Christie - podobnie jak u niej tak i tutaj ważny jest prawie każdy szczegół, każde nazwisko... Dowiadujemy się sporo (aczkolwiek nie wszystko) na temat przeszłości Wilka i innych bohaterów, co pozwala snuć teorie na temat rozwiązania intrygi i zgadywać jak to się wszystko skończy. Ciekawe ilu z nas się to uda.

Tym, którzy czytali już jakieś książki, które wyszły spod ręki pana Marcina Ciszewskiego raczej nie trzeba tego autora reklamować. Natomiast tych, którzy jeszcze go nie znają chciałabym poinformować, że książka napisana jest prostym (ale w żadnym razie nie prostackim) językiem, akcja jest wciągająca i, że pomimo pewnej dawki historii, jest to przede wszystkim powieść sensacyjna. "Szakala" czyta się z wypiekami na twarzy i bez zwracania uwagi na upływający czas, więc rozpoczęcie lektury w godzinach wieczornych może skutkować nieprzespaną nocą.
Siłą rzeczy zakończenie książki jest otwarte więc z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy...

wtorek, 15 lipca 2014

Azjatycki przywódca, terrorystyczny atak na Watykan i tajny agent CIA - będzie się działo

Wakacje,mundial się skończył, żar leje się z nieba, nic się nie chce, nawet chomik zredukował swoje funkcje życiowe do niezbędnego minimum... Co może robić w takich okolicznościach mól książkowy, który wakacje spędza w domu? Oczywiście czytać, ale tylko coś lekkiego, łatwego i przyjemnego. Jak dla mnie takką idealną letnią lekturą jest jakowaś sensacja z akcją gnającą na łeb, na szyję. I o takiej właśnie książce poniżej słów kilka.

Z Frankiem Shepardem, bohaterem wykreowanym przez Martina Zelenay'a spotkałam się po raz pierwszy kilka miesięcy temu przy okazji lektury "Tajnego raportu Millingtona". Spotkanie było na tyle udane, że kiedy pojawiła się możliwość przeczytania o kolejnych przygodach tego agenta specjalnego nie wahałam się ani chwili.

Po ostatniej akcji, w której odniósł bardzo poważne obrażenia, Frank przebywa na zwolnieniu lekarskim. Należy mu się jeszcze kilka dni urlopu i jego żona wysyła go do Europy, na Kretę. Po raz pierwszy od wielu lat Frank ma szansę na prawdziwe wakacje, ale jak to w życiu bywa nie zawsze dzieje się to cośmy sobie zaplanowali. Światu po raz kolejny grozi ogromne niebezpieczeństwo, a Shepard przypadkowo znajduje się w samym centrum wydarzeń...

Akcja powieści toczy się niemal współcześnie - celem ataku jest Watykan na przełomie pontyfikatów Benedykta XVI i Franciszka, w chwili kiedy ogłoszono decyzję o kanonizacji Jana Pawła II. Jego zagładą zainteresowany jest pewien wschodnioazjatycki przywódca, który posiada całkiem spory arsenał broni jądrowej i chętnie ją odsprzeda, ale tylko komuś, kto uderzy w konkretny cel. Taki chętny fanatyk znajduje się w Afganistanie i w kierunku Europy wyrusza specjalna przesyłka nadzorowana przez pułkownika Paka Li. Tylko przypadek sprawia, że dowiadują się o niej amerykańskie służby wywiadowcze. Świat staje u progu zagłady...

Tak jak w poprzednim tomie wykazał się autor wiedzą na temat tego co pisze (jeśli wierzyć okładkowej notce, sam kiedyś pracował w tajnych służbach), a uważny czytelnik znajdzie sporo informacji na temat akcji CIA w Europie w okresie "zimnej wojny" - wspomniane są m.in. okoliczności ucieczki z Polski pułkownika Ryszarda Kuklińskiego i jego rodziny. 
Bohaterowie powieści, chociaż mają potężne zaplecze techniczne i wsparcie logistyczne są zwykłymi ludźmi, którym zdarzają się pomyłki a ostateczny sukces prowadzonej operacji często zawdzięczają szczęśliwemu przypadkowi. I to stanowi o ich autentyzmie, o tym, że czytelnik z zapartym tchem czeka co będzie dalej - czy akcja się powiedzie, czy wszyscy przeżyją, czy uda się schwytać groźnego i świetnie zakamuflowanego przestępcę.

Po raz kolejny serdeczni polecam wielbicielom literatury sensacyjnej powieść tego autora, a sama czekam na kolejny tom przygód agenta Franka Sheparda. 

wtorek, 6 maja 2014

Wyścig z czasem

Jednym z kilku dni mojego życia, które zapamiętałam z fotograficzną wręcz dokładnością był 11 września 2001 roku. Wróciłam z pracy i wchodząc do domu odruchowo włączyłam telewizor (to był jeszcze czas kiedy byłam od TV co nieco uzależniona). Na ekranie pojawił się samolot wbijający się w wieżowiec, a ja się trochę zdziwiłam, że o trzeciej po południu jakiś fajny sensacyjny film jest nadawany (od sensacji też byłam uzależniona) i dopiero po kilku chwilach dotarło do mnie, że to nie film tylko "Wiadomości"...
Kiedy emocje po zamachu na WTC nieco opadły pojawiły się głosy, że tę tragedię można było przewidzieć, że rozmaite służby miały informacje o zwiększonej aktywności islamskich ekstremistów, że ktoś tam coś zaniedbał...

Martin ZeLenay to pseudonim literacki pod którym ukrywa się Amerykanin polskiego pochodzenia, historyk sztuki, od kilku lat konsultant CIA. Kilka tygodni temu do polskich księgarń trafiła jego książka "Tajny raport Millingtona", będąca pierwszą częścią trylogii opowiadającej o kulisach współczesnej walki z terroryzmem. 

Tytułowy bohater to analityk, który przewidział zamach z 11 września. Co więcej napisał raport w którym przeanalizował system obronny USA i ukazał jego słabe punkty. Niestety dokument ten został zlekceważony, samoloty runęły na WTC i Pentagon, a prezydent dopiero po fakcie przyznał rację Millingtonowi. Jako, że większość z nas uczy się na swoich błędach, tak było i tym razem - została powołana specjalna komórka w strukturach CIA, której zadaniem stało się zapobieganie  takim katastrofom jak ta w 2001 roku.
Minęło kilka lat i oto po raz kolejny Stanom Zjednoczonym grozi zamach terrorystyczny na niebywałą skalę. Andrej Serov, były pracownik CIA, jeden z lepszych agentów jakimi mogła poszczycić się ta firma, od kilku lat uznany za zmarłego przypadkowo zostaje sfotografowany w Europie. Drobiazgowe poszukiwania ujawniają, że jest jedną z najważniejszych postaci światowego terroryzmu, a jego podwładni mają dostęp nie tylko do polityków, ale również do kierownictwa Centralnej Agencji Wywiadowczej. 
Millington tworzy zespół fachowców (dosyć ekscentrycznych), którzy mają za zadanie rozpracować plany terrorystów. Niestety nie wszystkie działania da się przeprowadzić przez ekran komputera, bardzo często konieczne jest działanie w terenie, dlatego do akcji rusza agent operacyjny Frank Shepard. Rozpoczyna się wyścig z czasem...

"Tajny raport Millingtona" to typowa powieść sensacyjna - walka wywiadów, brawurowe akcje, splot szczęśliwych (bądź całkowicie pechowych) przypadków, czarodzieje komputerów i odważni agenci - jest tu wszystko. Typowi są również bohaterowie - pracują dla Firmy już od kilku bądź kilkunastu lat, wiele razem przeszli, mają pokręcone życie rodzinne  i bywają przeraźliwie samotni.
Niemniej czyta się tę książkę z przyjemnością, i chociaż wiadomo, że musi się dobrze skończyć, to jest niezwykle wciągająca.

Serdecznie polecam, a ja z niecierpliwością czekam na kolejne tomy tej serii.

piątek, 6 grudnia 2013

Między policją a rosyjską mafią

Po sporej dawce współczesnego rosyjskiego kryminału postanowiłam zapoznać się ze współczesną powieścią sensacyjną z tamtego regionu. Odpowiedni tom od jakiegoś czasu stał na mojej półce, więc dwa ostatnie wieczory (zamiast uczyć się do egzaminu...) spędziłam w towarzystwie trójki młodych mieszkańców Moskwy, którzy przypadkiem stali się zwierzyną ściganą przez mafię, milicję oraz służby specjalne.

Tania pracuje w agencji reklamy, a jej hobby to skoki spadochronowe - właśnie wyjeżdża na tydzień do Archangielska, gdzie jej aeroklub planuje kilka dni skakania w zimowych warunkach. Dima jest dziennikarzem i ma zrobić reportaż o tych skokach, naczelny wybrał jego, bo ma pewne doświadczenie spadochroniarskie. Zbieg okoliczności sprawił, że Tania i Dima nie zdążyli na swój lot i do Archangielska wyruszają następnym samolotem. Kilkadziesiąt kilometrów przed Leningradem w samolocie wybucha bomba, tylne drzwi się rozszczelniają i jednemu z pasażerów grozi wypadnięcie na zewnątrz. Tania i Dima ledwie zdążyli założyć spadochrony (przemycone na pokład samolotu) i razem z pechowym pasażerem wypadają z samolotu. Udaje im się wylądować na leśnej polanie i już razem z Igorem próbują znaleźć drogę do cywilizacji. 
Szybko okazuje się, że to dopiero początek ich kłopotów...

Autorami "Wycieczki na tamten świat" są Anna i Siergiej Litwinowie, rodzeństwo pisarzy, które zadebiutowało w 1999 roku. Są autorami ponad 40 powieści i kilku zbiorów opowiadań - w Polsce dostępne są jak na razie tylko dwie z nich, których główną bohaterką jest Tania Sadownikowa. Anna Litwinowa jest dziennikarką, a jej hobby to spadochroniarstwo, natomiast jej brat (inżynier energetyk) interesuje się archeologią - swoje doświadczenia wykorzystali przy tworzeniu postaci bohaterów powieści oraz całej intrygi.

Akcja powieści toczy się zaledwie w ciągu kilku dni i jak na powieść sensacyjną przystało pełno tu ucieczek, samochodowych pościgów i szczęśliwych zbiegów okoliczności. Tania i Dima nie bardzo rozumieją czego chce od nich mafia, bo zainteresowanie policji dałoby się jakoś wytłumaczyć, w końcu wyskoczyli z samolotu, w którym wybuchła bomba. Ale gangsterzy? Na rozmyślania nie ma jednak za wiele czasu, najpierw trzeba wynieść cało głowę z tej opresji.

Powieść czyta się całkiem gładko, chociaż bez fajerwerków. Jest dosyć przewidywalna, choć na plus autorów należy zapisać, że postarali się stworzyć ciekawych, zindywidualizowanych bohaterów - każdy ma swoją historię, dowiadujemy się jakie są motywy ich postępowania i reakcje na poszczególne wydarzenia. 

"Wycieczka na tamten świat" to lekka powieść sensacyjno-przygodowa, w sam raz na długie zimowe wieczory. 

piątek, 15 listopada 2013

Przeczytane w busie - część pierwsza

Przez większość życia cierpiałam na swego rodzaju chorobę lokomocyjną - mogłam jechać na każdą dowolną odległość, każdym środkiem lokomocji i nic mi się nie działo dopóki nie zaczynałam czegoś czytać. Nie wiem czy to była kwestia dziurawych dróg, byle jakich pojazdów czy jeszcze jakichś innych powodów - nie dawałam rady i już...
Od kilku tygodni (z racji pobierania nauk) soboty i niedziele spędzam w Krakowie i sporo czasu zajmuje mi podróżowanie "tam i z powrotem" - około godzinę w jedną stronę. Ogromna strata czasu... Kiedy jechałam na pierwsze zajęcia zabrałam (bez większego przekonania) książkę i albo mi się organizm przestawił, albo okoliczności przyrody się zmieniły, dość na tym, że udało mi się kilkadziesiąt stron przeczytać. 
I tak oto, dzięki tym wyjazdom, kilka książek, które od jakiegoś czasu na swoją kolej czekało, zostało przeczytane. Oczywiście nie każda literatura nadaje się do busa relacji "Miechów-Kraków" - zdecydowanie najlepiej się sprawdzają kryminały i sensacje. 

Jako, że czasu mi nie starcza na jakieś długie elaboraty to w skrócie o trzech książkach przeczytanych w autobusie będzie - chociażby dlatego, że wszystkie zasługują na uwagę. Dwie z nich to świeżynki są, jedna ma już trochę wieku, autorzy są różnej płci i narodowości, prezentują różne style - tak więc do wyboru do koloru.

Kolejność nieprzypadkowa, bo alfabetyczna;)

******************************************

Czy jest ktoś, kto przynajmniej nie słyszał o Danie Brownie? Podejrzewam, że nikt, albo bardzo niewiele osób. Nawet jeśli nie pałacie jakimś specjalnym nabożeństwem do książek tego autora, to może widzieliście filmy nakręcone na podstawie dwóch jego powieści, gdzie główną rolę profesora Roberta Langdona gra Tom Hanks. Brown łączy w swoich powieściach wątek sensacyjny z historią, akcja toczy się w zawrotnym tempie, a czytelnik oprócz rozrywki może się również czegoś ciekawego dowiedzieć - ja tak miałam na okoliczność włoskiego rzeźbiarza Berniniego, o którym pojęcie miałam dosyć mętne, a którego dzieła są motywem przewodnim "Aniołów i demonów". Oczywiście wspomniana książka nie stała się dla mnie jedynym źródłem wiedzy na temat artysty, ale stanowiła inspirację do poszukania bardziej fachowej literatury.
Tym razem Robert Langdon znajduje się we Florencji do której sprowadziła go sprawa... No właśnie, nie do końca wiadomo kto, dlaczego i w jaki sposób przemieścił pana profesora przez pół świata, w jednym ubraniu i bez dokumentów - niemalże na początku pobytu, w wyniku napadu Langdon traci pamięć. Przed oczami pojawiają mu się koszmarne wizje inspirowane jednym z najsłynniejszych dzieł literackich, a mianowicie "Boską Komedią" Dantego, a konkretnie pierwszą jej częścią noszącą tytuł "Piekło". Skojarzenie jest jak najbardziej na miejscu - Florencja to rodzinne miasto tego pisarza. Ze strzępków wspomnień wyłania się straszna prawda - ktoś spróbuje rozprzestrzenić niezwykle groźnego wirusa, aby za jego pomocą rozwiązać problem przeludnienia na świecie.
Profesor Langdon w (jak zwykle) atrakcyjnym damskim towarzystwie po raz kolejny rusza na ratunek, tyle, że tym razem nie będzie to akcja ku czci jednej lub kilku osób, a całej ludzkości...

"Inferno" to czwarta z kolei książka o Robercie Langdonie. "Anioły i demony" oraz "Kod Leonarda da Vinci" podobały mi się, "Zaginiony symbol" przeczytałam właściwie tylko siłą woli i przyznam szczerze, że przed lekturą tego tomu miałam pewne obawy - tym bardziej, że książka stanowiła prezent na Dzień Nauczyciela od mojej kochanej klasy IIIB. Na szczęście "Inferno" wpisuje się w klimat dwóch pierwszych tomów i czyta się go z przyjemnością. 
Uczciwie trzeba przyznać, że Dan Brown stworzył sobie pewien schemat i jest on w tej książce widoczny, ale z drugiej strony, jeśli coś się sprawdza, to dlaczego tego nie wykorzystać?

Jak dla mnie całkiem sprawnie napisany i wciągający kawałek literatury sensacyjnej.

******************************************************

O Tatianie Polakowej już zdarzyło mi się już pisać dwukrotnie na okoliczność jej cyklu o przygodach dwóch zwariowanych przyjaciółek Żeni i Anfisy, a teraz kolejna, trzecia już odsłona serii, czyli "Niezidentyfikowany obiekt chodzący".
Anfisa w dalszym ciągu pozostaje małżonką pułkownika specnazu Romana, który to mąż jest o swoją żonę niezwykle zazdrosny, co utrudnia jej życie i kontakty towarzyskie (nawet najbardziej niewinne) z płcią przeciwną. Po kolejnej awanturze w miejscu publicznym Anfisa ma już tego dosyć i postanawia zazdrośnika ukarać - ucieka z domu i razem z Żenią szuka miejsca gdzie mogłaby się ukryć na kilka dni. Jakby na zamówienie Żenia, pracująca w jednej z miejscowych gazet, zostaje wysłana w teren, do wioski gdzie mówiąc obrazowo "diabeł mówi dobranoc". 
Lipatowo jest dosłownie odcięte od świata - położone między rzeką a bagnami, zupełnie niedostępne dla normalnych samochodów (można się do niego dostać wozami terenowymi, a i to z wielkim trudem), pozbawione łączności telefonicznej, a żeby było jeszcze weselej, w dniu kiedy docierają do niego nasze przyjaciółki ktoś kradnie fragment trakcji elektrycznej i wieś zostaje bez prądu.
Tymczasem w okolicy dzieją się dziwne rzeczy - giną ludzie, na bagnach straszą upiory, a po wsi błąka się nocami tajemniczy zwierz (Anfisa uważa, że to zdziczały owczarek kaukaski, ale autochtoni upatrują w nim wilkołaka). Do tego coś się dzieje w pensjonacie w którym zamieszkały kobiety, a wszyscy jego goście mają coś do ukrycia...

Jako, że mam już pewne porównanie jeśli chodzi o książki tej autorki muszę przyznać, że jakoś mnie ta książka nie rzuciła na kolana - tzn. całkiem niezła, jest kilka fajnych momentów, czyta się gładko i sprawnie, ale brak tego czegoś co zachwyciło mnie w poprzednich tomach. 
Mam nadzieję, że to tylko chwilowy spadek formy tej autorki i kolejne jej książki trafią w moje czytelnicze gusta;)

***********************************************

Kilka dni temu pisałam o przedostatniej książce Joanny Chmielewskiej, a dzisiaj słów parę o ostatniej, noszącej tytuł "Zbrodnia w efekcie".

Była sobie działka. Taka zwykła, pracownicza, na której  rosły sobie kwiatki i krzewy owocowe, ktoś od czasu do czasu posiał marchewkę i buraczki a w altance trzymano rozmaite narzędzia ogrodnicze. Sprawa własności działki była nieco zagmatwana, ale ponieważ całe stado użytkowników egzystowało we względnej zgodzie nie zachodziła konieczność stosowania sankcji prawnych. Jedną z użytkowniczek działki była niejaka Marzenka, dziewczę zafiksowane na ziołolecznictwo oraz z dobrą ręką do roślinek. Zdarzyło się jej zasadzić na owej działce kawałek bambusa, który jest rośliną niezwykle inwazyjną i kiedy w pośpiechu usiłowała go usunąć okazało się, że pod korzeniem spoczywają jakieś zwłoki... Co dziwne, był to tułów pozbawiony głowy (że o dokumentach nie wspomnę) w związku z czym nie było możliwości identyfikacji denata.
Kilka lat później Barbara Rościszewska, właścicielka działki leżącej naprzeciwko miejsca pochówku bezgłowego tułowia postanowiła sprzedać swój areał i w czasie trzebienia zaniedbanych krzewów dokonała makabrycznego odkrycia - w krzakach leżała ludzka czaszka...
Zawezwani stróże prawa szybko dodali do siebie te dwa znaleziska i wreszcie można było ruszyć śledztwo z miejsca - odtworzyć rysy twarzy zamordowanego osobnika, ustalić personalia, motyw zabójstwa i odnaleźć sprawcę. Niestety, śledczy prowadzący sprawę szybko doszedł do wniosku, że nadmiar świadków może być gorszy niż niedobór. A że jedną ze znajomych denata była Joanna to już wiadomo, że problemy będą się mnożyć lawinowo.

Trochę trudno pisać krytycznie o książce kogoś, kto zmarł ledwie kilka tygodni temu, kogo wszystkie powieści pochłaniało się niemal jednym tchem, kto miał znaczący wpływ również na nasze życie - niektóre określenia pani Joanny, chociażby słynny "mężczyzna wzrostu siedzącego psa", na stałe zagościły w moim słowniku, a kiedy mam chandrę biorę "Wszystko czerwone", otwieram na przypadkowej stronie i po kilku zdaniach humor się poprawia i płaczę, ale ze śmiechu.
"Zbrodnia w efekcie" nie jest złą książką, ale niestety arcydziełem też nie jest. Mam nadzieję, ze duch pani Joanny, który tam pewnie szaleje gdzieś w niebieskim kasynie, wybaczy mi, ale mam wrażenie, że powieść jest trochę na siłę pozlepiana z wątków obecnych w innych jej kryminałach - przykład pierwszy z brzegu: postać Feliksa ze wszystkimi jego obsesjami jest niezwykle podobna do kreacji Przemysława z "Szajki bez końca". Dlatego przy czytaniu miałam odczucie pewnej wtórności i braku nowych pomysłów.
Książkę czyta się jednak całkiem przyjemnie - dla fanów Joanny Chmielewskiej pozycja zapewne obowiązkowa, dla nie-fanów całkiem zbędna, dla wahających się... No cóż, wahającym się (w sensie "być albo nie być" fanem Chmielewskiej) doradzałabym zapoznanie się z tą akurat powieścią dopiero wtedy, kiedy zostaną zdeklarowanymi wielbicielami pisarki;)


A ponieważ jutro i pojutrze znów jadę do szkół, więc idę szukać kolejnej busowej lektury...