Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadania. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 stycznia 2018

W świecie sztuki

Od lat gnębi mnie pewna sprawa a mianowicie podejście szkoły do nauczania przedmiotów oficjalnie nazywanych artystycznymi, a zwyczajowo określanych "michałkami". Uznawane za mniej ważne, bo przecież egzaminu na koniec szkoły z nich nie ma, często przydzielane komuś, kto nie do końca je czuje, ale przecież trzeba czymś dopełnić etat, a specjalista do małej szkółki na 1-2 godziny raczej nie będzie dojeżdżał, bo mu się to najzwyczajniej na świecie nie kalkuluje. Tymczasem obcowanie z kulturą i tworzenie własnych "dzieł sztuki" jest niezwykle ważne w prawidłowym rozwoju dziecka. Dlatego, kochani rodzice, jeżeli szkoła nie zapewnia takiego kontaktu waszym dzieciom musicie zadbać o to sami.
Oto książka która wam z pewnością pomoże.

"Gwiaździsta noc Vincenta i inne opowieści" Michaela Birda to niezwykłe kompendium wiedzy o sztuce i jej najważniejszych twórcach. Na ponad 300 stronach autor prowadzi czytelnika poprzez 40 tysięcy lat historii ludzkiej twórczości. Od rysunków naskalnych poprzez gotyckie katedry, renesansowe i barokowe malowidła, rewolucyjne dzieła impresjonistów aż po szeroki wachlarz stylów powstałych w XX i XXI wieku poznajemy najsłynniejsze dzieła i artystów, którzy je stworzyli.
Autor swoją książkę kieruje do najmłodszego czytelnika i stara się zadziałać na jego wyobraźnię. Nie znajdziemy więc tutaj specjalistycznych określeń, czy rozbierania dzieła na czynniki pierwsze - nic z tych rzeczy. Są natomiast nastrojowe opowieści przedstawiające artystów przy pracy, ukazujące ich jako zwyczajnych ludzi - czasem wesołych, czasem smutnych, ale zawsze z pasją oddających się swojej twórczości. Opowieści są krótkie, zaledwie trzy strony tekstu oraz ilustracja - reprodukcja obrazu bądź fotografia rzeźby, instalacji czy budynku, czyli dzieła o powstaniu którego opowiada dana historia.
Świetnym dopełnieniem tekstu są również urokliwe ilustracje, które wyszły spod ręki Kate Evans. Obrazki (moim zdaniem akwarelki) przedstawiają artystów przy pracy, pejzaże, ludzi, zwierzęta i przedmioty, które stanowiły inspirację dla twórców.

Książka jest przepięknie wydana - na grubym papierze, w twardej okładce, niezwykle barwna i przyciągająca oko. Może stanowić wspaniały prezent dla każdego młodego miłośnika sztuki. Ważne jest to, że nie trzeba jej czytać po kolei - dziecko może wybrać dowolny tekst i poznawać dzieje kultury materialne w dowolny sposób. Może również próbować swoich sił tworząc obrazy mniej lub bardziej zainspirowane poznaną tematyką.
Jeśli chodzi o grupę wiekową do której skierowana jest ta pozycja, to sądzę że spokojnie można ją polecić już dziesięcio- jedenastolatkowi, chociaż nie wykluczam, że młodsze dziecko również się nią zainteresuje. Górnej granicy nie określam, bo nawet osoby dorosłe mogą tu znaleźć coś ciekawego dla siebie.

A na koniec taka historia.
Zdarzyło się to lat już wiele temu, kiedy zaczynałam moją szkolną karierę. Zostałam zaproszona przez jedną z moich koleżanek na jakąś towarzyską nasiadówkę. Jako że wszyscy obecni byli w mniejszym lub większym stopniu związani ze szkołą (bądź poprzez pracę, bądź też poprzez progeniturę) to rozmowa szybko zahaczyła o tę tematykę. I oto jedna z obecnych mam zaczęła wyrzekać na pomyloną siksę, która uczy dzieci plastyki i wymyśla niestworzone rzeczy - m.in. wymaga aby praca była robiona wyłącznie w szkole a także każe dzieciom malować muzykę (tzn. puszcza jakiś utwór klasyczny i każe malować to co się komu z danym fragmentem skojarzy). Konsternacja gospodyni wieczoru była ogromna, bowiem ona (i kilka innych osób również) doskonale zdawała sobie sprawę, że ta krytykowana siła pedagogiczna siedzi przy stole. Bo to ja byłam...
Co najważniejsze dzieciaki świetnie się na tych moich lekcjach bawiły - o wiele bardziej lubiły malować kolorowe maziaje w rytm "Tańca ognia" (Manuel de Falla) niż nieśmiertelny "Widok z okna mojego pokoju"...

środa, 4 maja 2016

Trochę spóźniona trylogia kwietniowa

Nie ma to jak przeleżeć majowy weekend w towarzystwie wyjątkowo paskudnej infekcji, takiej co to wiecie: ani ręką, ani nogą człowiek nie jest w stanie poruszać...

Trójksiąg zaplanowany na kwiecień nie jest trylogią w dosłownym znaczeniu - to raczej trzy zbiory opowiadań połączone tematyką i częścią bohaterów. Ale po ich lekturze stwierdzam, że wzajemnie się dopełniają i stanowią konkretną całość.

Trzy lata temu wręcz pochłonęłam dwie przecudowne książki autorstwa Karola Olgierda Borchardta, a mianowicie "Znaczy kapitan" oraz "Szaman morski". Już wtedy rozmaite autorytety, m.in. ZwL, doradzały przeczytanie trzeciej morskiej opowieści czyli "Krążownika spod Samosierry", tyle, że niestety znikąd nie mogłam tej książki zdobyć. Udało się to dopiero teraz, więc z niekłamaną przyjemnością przeniosłam się w czasie i przestrzeni by po raz kolejny wejść w świat wspaniałej morskiej przygody.

Chociaż na kartach "Krążownika" po raz kolejny odżywają wspomnienia ze Szkoły Morskiej w Tczewie, pojawiają się nietuzinkowe postacie prawdziwych wilków morskich, a marynarze i oficerowie wykazują się odwagą, lojalnością jak również poczuciem humoru, to jednak różni się ta książka zasadniczo od swoich dwóch poprzedniczek. Większość opowiadań poświęcona jest wojennym dziejom naszej floty, konwojom morskim, walce z nieprzyjacielem i, niestety, niejednokrotnie ostatnim chwilom okrętów i ich załóg. Ale nawet te trudne czasy nie były w stanie zabić ducha w marynarskich piersiach. Pojawia się też iskierka nadziei, że to co zapoczątkowała tczewska szkoła i stary szkolny żaglowiec "Lwów" nie zginie, a nowe kadry dla przyszłej powojennej floty rozpoczęły naukę w szkole morskiej w Southampton.

"Krążownik spod Samosierry" składa się z 26 opowiadań ułożonych w kolejności chronologicznej. Serdecznie ubawił mnie "Egzamin" (które to opowiadanie uczy jak zdać egzamin z języka angielskiego bez jego znajomości), rozczulił "Kazio" (dzieci to bardzo wdzięczny temat), wzruszył "Pikrat! Pikrat! Wylecimy w powietrze" (ostatnie chwile statku "Chrobry" pływającego w konwojach do Norwegii). Ale hitem, przynajmniej moim skromnym zdaniem, jest "Nie dokończony reportaż" o przyjęciu jakiego doznał warszawski żurnalista na pokładzie jednego ze statków w porcie w Gdyni - kto czytał ten wie, kto nie czytał niech przeczyta - chociażby dla tego jednego opowiadania warto sięgnąć po tę książkę.

Nieustająco polecam wszystkie trzy książki Karola Olgierda Borchardta - bo chociaż powstały wiele lat temu i opisują świat, którego już nie ma to w dalszym ciągu są ciekawe i wciągające.

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Przeczytane w busie - część trzecia

Jestem już na półmetku mojego kursowania do Krakowa i z powrotem - ciekawe ile jeszcze książek w drodze przeczytam?
Dzisiaj będzie o kryminale, powieści obyczajowej z wątkiem kryminalnym oraz o zbiorze opowiadań.

Żenia i Anfisa to bohaterki cyklu kryminałów autorstwa Tatiany Polakowej. Dziennikarka i autorka kryminałów mają wyjątkowy talent do pakowania się w podejrzane znajomości i niebezpieczne historie z których nieodmiennie ratuje je Roman, mąż Anfisy i pułkownik specnazu. Tym razem przyjaciółki wyjeżdżają na kilkanaście dni do posiadłości pewnego biznesmena, który zlecił Żeni napisanie swojej biografii.
Posiadłość leży na jednej z wysp na jeziorze Ładoga, właściciel zbudował tam replikę średniowiecznego zamku a dotrzeć tam można tylko kutrem. W zamku oprócz gospodarza przebywa jeszcze jego adwokat, jeden z partnerów biznesowych, szef ochrony, kilku ochroniarzy oraz stara gospodyni. Z pobliskiej wsi dochodzą jeszcze dwie pokojówki oraz ogrodnik.

Wyjazd od samego początku jest pechowy - w Petersburgu ktoś kradnie samochód Anfisy (oczywiście ze wszystkimi bagażami), gospodyni, Olimpiada Nazarowna, jest bardzo nieprzyjaźnie nastawiona do młodych kobiet, Rusłan, szef ochrony wyraźnie chce zaciągnąć Anfisę do łóżka a adwokat imieniem Mścisław jest czymś śmiertelnie przerażony. Jakby tego było mało w zamku dzieją się jakieś dziwne rzeczy - w nocy słychać jęki i płacz, po korytarzach snują się jakieś postacie w bieli (czyży duchy?), a wokół zamku snuje się jakiś tajemniczy mężczyzna z brodą.
Czy muszę mówić, że Żenia i Anfisa postanawiają rozwiązać zagadkę dotyczącą zamku i jego właściciela?

Po trochę słabszej trzeciej części cyklu zabierałam się za tę książkę z pewnymi obawami. Na szczęście okazały się one nieuzasadnione - autorka wraca do poziomu prezentowanego w pierwszym i drugim tomie, szalone pomysły Żeni doprowadzają nieco bardziej odpowiedzialną Anfisę do rozpaczy, dużo tu humoru sytuacyjnego (scena składania zeznań po kradzieży samochodu jest cudna) oraz dosyć ciekawe rozwiązanie całej intrygi. Aczkolwiek część kryminalnych problemów (bo kilka ich się zdarzyło) udało mi się dosyć szybko rozwiązać. Z drugiej strony wydaje mi się, że Tatiana Polakowa nie ma ambicji bycia drugą Agathą Christie i w jej powieściach bardziej chodzi o dobrą rozrywkę niż o dedukcję.

"Pogoń za duchami" to ostatnia książka z cyklu o Żeni i Anfisie, chociaż mam nadzieję, że autorka jeszcze wróci do tego duetu domorosłych detektywów (detektywek?). Ja w każdym razie będę czekać na kolejne spotkanie.

*****************************************************

Eduardo Sacheri to argentyński pisarz, autor trzech książek, z których najbardziej znany jest "Sekret jej oczu" - ekranizacja tej powieści zdobyła wiele prestiżowych nagród, w tym Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny w 2010 roku.

Benjamin Chaparro jest urzędnikiem jednego z sądów w Buenos Aires. Właśnie przeszedł na emeryturę i za namową wieloletniej znajomej postanawia napisać książkę. Tematem powieści jest sprawa kryminalna sprzed ponad 30 lat, która wywarła ogromny wpływ na życie Benjamina. 
Sama historia zaczyna się dosyć banalnie - zostaje zamordowana młoda kobieta, żona pracownika banku. Przypadek sprawia, że z ramienia sądu prowadzi ją Chaparro - gdyby zgłoszenie przyszło pięć minut wcześniej sprawę dostałby inny urzędnik. Młody człowiek angażuje się w śledztwo bardzo osobiście - do tego stopnia, że nagina procedury sądowe i pomimo upływu określonego w przepisach czasu nie zamyka dochodzenia. Sprawcę udaje się wreszcie odnaleźć i osądzić, ale to nie koniec sprawy bowiem zawirowania polityczne w Argentynie w latach siedemdziesiątych sprawiły, że sprawiedliwości nie stało się za dość... W swojej książce Chaparro snuje opowieść o tym co stało się później z osobami zaangażowanymi w sprawę.

Jednak historia zabójstwa Liliany Morales to tylko jeden z problemów, które dręczą Benjamina. Przy okazji odgrzebywania tej sprawy Chaparro musi przyznać się do tajemnicy, które dręczy go od wielu lat - od trzydziestu lat jest beznadziejnie zakochany w koleżance z pracy. I ta analiza własnych uczuć jest dla niego o wiele trudniejsza niż rekonstrukcja dziejów zabójcy Liliany Morales. 

Nie przepadam jakoś specjalnie za literaturą iberoamerykańską (chociaż ją czytuję) - przyczyną jest chyba specyficzny styl większości autorów z tamtego obszaru geograficznego. Tym razem czekała mnie miła niespodzianka - książkę czytało mi się wyjątkowo szybko i sprawnie. Autor zadbał o psychologiczną stronę powieści, jego bohaterowie są pełnowymiarowi, mają wady i zalety, nawet ci "dobrzy" (bo nie ustrzegł się Sacheri pewnej schematyczności) popełniają czyny nie do końca moralne - przez co są jeszcze bardziej wiarygodni.
Może nie jest to powieść na miarę literackiego Nobla, ale zdecydowanie warto po nią sięgnąć, o to kawałek naprawdę dobrej literatury. 

***************************************************

Marek Ławrynowicz znany był mi przez wiele lat jako satyryk tworzący radiowy "Zsyp", z pewnym zdziwieniem odkryłam, że jest współtwórcą jednego z najdłużej trwających słuchowisk-seriali czyli "W Jezioranach" oraz współautorem scenariusza serialu TVP pt "Blondynka" (to może nie jest jakiś wielki powód do chwały, bo serialik taki mocno średni, ale dla pełnego portretu autora wspomnieć trzeba). Zupełnie natomiast nie miałam przez  długi czas pojęcia o jego twórczości literackiej. Teraz, dzięki wędrującym biblionetkowym książkom miałam okazję zapoznać się ze zbiorem opowiadań pt. "Korytarz".

Tematyka zbioru, biorąc pod uwagę satyryczną stronę twórczości autora, jest nieco zaskakująca, bowiem zajął się tu Marek Ławrynowicz przemijaniem i śmiercią. 
I po lekturze tego zbioru mogę powiedzieć, że można śmierć oswoić, można się z nią na swój sposób zaprzyjaźnić. Co więcej  można o niej pisać z przymrużeniem oka, bo nawet ona nie jest w stanie zlikwidować absurdów codzienności. Szczególnie jest to widoczne w opowiadaniu otwierającym książkę, noszącym tytuł "Czarne oczy nie chcą spać" - umiera dziadek narratora opowiadania, wnuk chce mu urządzić pogrzeb, ale na skutek zmian w rejonizacji kostnic miejskich są problemy z odnalezieniem ciała. Próby załatwienia czegokolwiek rozbijają się o mur biurokracji i bezduszności.

Gdybym miała wybrać opowiadanie, które mnie najbardziej przypadło do gustu to byłby to utwór pt. "Miejsce" - opis podchodów czynionych przez rozmaite osoby, aby zdobyć szczególnie eksponowane miejsce pochówku przy skrzyżowaniu dwóch cmentarnych alejek. Pokazuje fałsz, obłudę, manię wielkości, pieniactwo w imię wyższych celów - zachowania, które całkiem nie przystają do miejsca i problemu. 

Opowiadania zawarte w książce są bardzo różnorodne - groteskowe, ocierające się o czarny humor, ironiczne, ale zdecydowanie (no może poza tytułowym "Korytarzem") nie są smutne. 
Pomimo tej, może niezbyt zachęcającej tematyki, warto sięgnąć po tę książkę. A ja z pewnością będę się starać poznać inne pozycje, które wyszły spod pióra Marka Ławrynowicza.


wtorek, 29 października 2013

W kuchni z bohaterkami Katarzyny Michalak

Zdarza mi się bardzo często (a podejrzewam, że i innym czytelnikom również), że kiedy odkładam jakąś książkę od razu rodzi się pytanie: "Ciekawe jak potoczą się dalsze losy osób opisanych w tej powieści?". Niektórzy autorzy też chyba tak mają, dlatego często wracają do swoich bohaterów i fundują nam kolejną, i kolejną powieść z naszymi ulubieńcami - pozostaje mieć nadzieję, że kolejne tomy dorównają, lub nawet przewyższą oryginał.

Nie jest tajemnicą, że bardzo lubię powieści Katarzyny Michalak. Mam je wszystkie na swojej półce i jak się tylko jakaś nowa pojawi to się w nią zaopatruję - i tak kilkanaście dni temu dotarł do mnie "Przepis na szczęście", kolejna książka, która zdecydowanie odbiega od tego do czego w ciągu kilku poprzednich lat pisarka przyzwyczaiła swoje czytelniczki.

Na czym polega nowatorstwo? A chociażby na tym, że po raz pierwszy próbuje Katarzyna Michalak krótkiej formy literackiej, czyli opowiadania. Bohaterkami czterech historii są kobiety znane z poprzednich książek tej autorki: Lilianna z "Nadziei", Bogusia ze "Sklepiku z niespodzianką", Danusia z "Wiśniowego Dworku" i Ewa z "Roku w Poziomce". Wszystkie starają się prowadzić w miarę ustabilizowane życie, choć raczej nie można powiedzieć, żeby to było bajkowe "i żyli długo i szczęśliwie" - miewają kłopoty, czują się osamotnione, nie wszystko toczy się po ich myśli, ale starają się patrzeć na świat z optymizmem i nadzieją. I oto każda z nich przeżywa coś co zmieni ich życie - Liliana musi zdecydować czy jest gotowa na nowy związek, Bogusia zaangażuje się w rodzinne kłopoty jednej ze swoich przyjaciółek, Danusia będzie walczyć o szczęśliwą przyszłość pewnej małej dziewczynki, a Ewa... Cóż, Ewa przy całym swoim szaleństwie będzie musiała wreszcie dojrzeć i  porzucić nierealne mrzonki, aby zachować rzecz najcenniejszą - przyjaźń.

Myliłby się jednak ten, kto po tych kilku zdaniach doszedłby do wniosku, że książka składa się li tylko z tych czterech opowiadań. Co więcej, powiem, że owe opowiadania stanowią zaledwie niewielką część "Przepisu na szczęście", natomiast głównym tematem są przepisy kulinarne. Tak, tak moje drogie panie - Katarzyna Michalak popełniła książkę kucharską...

Przepisy podzielone są na cztery części, zgodnie z porami roku i produktami sezonowymi. Znajdziemy tam dania proste w wykonaniu, ale również takie, które wymagają już trochę więcej kuchennej praktyki; potrawy nadające się na śniadania, obiady i kolacje ale też ciasta, napoje i desery; potrawy, których przygotowanie trwa kilka dni, ale też i takie, które zrobimy w ciągu kilku minut - czyli dla każdego coś fajnego. Z większością potraw wiążą się jakieś prywatne wspomnienia autorki - część przepisów pochodzi od jej rodziny i przyjaciół, niektóre są jej własnym dziełem a jeszcze inne zdobyła w czasie wędrówek po Polsce, goszcząc w różnych hotelach i pensjonatach. Powstał w ten sposób zbiór sprawdzonych receptur, które z pewnością zainspirują niejedną panią domu. 
Bo wyobraźcie sobie taki obrazek: na dworze ciemno i zimno, a my w domu przy kominku (wersja ekskluzywna), zapalonej lampie (wersja podstawowa) lub świeczce (wersja energooszczędna) rozkoszujemy się sernikiem z konfiturą morelową, popijamy rozgrzewającą płynną czekoladę i czytamy książkę naszej ulubionej autorki. Hmm... Może "Ogród Kamili"?

Smacznego:)

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Księgarni Gandalf


piątek, 26 lipca 2013

Ostatni co tak potrafił zaczarować morze, statek i jego pasażerów...

Kiedy w 1918 roku Polska odzyskała niepodległość wiadomym było, że praktycznie wszystkie działy gospodarki trzeba będzie budować od podstaw. 
Nie inaczej było z żegluga morską - nie było statków, brakowało wyszkolonych marynarzy i właściwie nie istniała polska kadra oficerska.  Jednak entuzjazm, który towarzyszył pierwszym latom odbudowy szybko przełamał te trudności - w 1920 powstała Szkoła Morska w Tczewie szkoląca przyszłych mechaników i nawigatorów, a w 1927 roku wybudowane we francuskich stoczniach SS "Wilno", SS "Kraków", SS "Katowice", SS "Poznań" i SS "Toruń" dały początek Polskiej Marynarce Handlowej. W tym samym roku wzbogaciła się Żegluga Polska o dwa statki pasażerskie SS "Gdańsk" i SS "Gdynia", które pływały po Bałtyku. Do pełni szczęścia brakowało jeszcze tylko wielkich transatlantyków...
Trzy lata później Polskie Transatlantyckie Towarzystwo Okrętowe zakupiło od duńskiego armatora trzy statki, które pływały pod polską banderą jako SS "Polonia", SS "Pułaski" i SS "Kościuszko".   Dowódcami tych statków zostali ludzie, którzy doświadczenie i oficerskie szlify zdobywali we flotach państw zaborczych - Zdenko Knötgen, były oficer marynarki wojennej Austro-Węgier został kapitanem "Pułaskiego", "Polonię" objął kpt. Mamert Stankiewicz, wychowanek Morskiego Korpusu Kadetów w Petersburgu, natomiast SS "Kościuszko" miał się stać przez kilka następnych lat polem działania kapitana Eustazego Borkowskiego. Sylwetkę tego ostatniego przybliża Karol Olgierd Borchardt w swojej książce "Szaman Morski".

Kpt. Eustazy Borkowski
Jeżeli wierzyć obiegowej opinii, że ludzie morza mają wyjątkową wręcz fantazję, to trzeba przyznać, że kapitan Borkowski swoimi pomysłami mógł obdzielić kilka osób i jeszcze sporo by mu zostało...
Początki jego kariery są dosyć tajemnicze - wiadomo, że był z pochodzenia warszawianinem, że w wieku 14 lat rzucił szkołę i uciekł na morze gdzie rozpoczął karierę od "posady" chłopca okrętowego. W późniejszych latach ukończył Szkołę Morską w Rydze i pływał w rosyjskiej marynarce handlowej. Po I wojnie światowej przez 10 lat był taksówkarzem w Paryżu, aż wreszcie w 1929 roku wrócił do Polski i został zatrudniony przez Polskie Transatlantyckie Towarzystwo Okrętowe, początkowo na  parowcu, a od 1931 roku jako kapitan SS "Kościuszko". 

I tu wreszcie mógł rozwinąć pan Eustazy pełnię swojego talentu i fantazji. 
Po pierwsze trzeba pasażerom udowodnić, że na żadnym innym statku nie będą tak bezpieczni jak na "Kościuszce i, że żaden inny kapitan tak o nich nie zadba jak kapitan Borkowski. I oto pasażerowie w czasie obiadu są świadkami jak kapitan przyjmuje raport ociekającego wodą oficera wachtowego; wybrane grono odwiedza mostek, gdzie kapitan po sprawdzeniu wyznaczonego kursu odnajduje niewielkie odchylenie i każe sternikowi skorygować kurs o pół stopnia (rzecz w praktyce niewykonalna, ale przecież pasażerowie tego nie wiedzą); w czasie koktajlu z bardzo ważnymi osobistościami kapitan musi podyktować kilka niezwykle ważnych depesz we wszystkich niemal europejskich językach - to tylko kilka przykładów autopromocji kapitana.
Po drugie pasażerowie nie mogą się na jego statku nudzić - wymyśla więc kapitan wybory miss statku, urządza dla szczególnie ważnych gości kolacje w kajucie kapitańskiej połączone ze spektaklami poetycko-muzycznymi, w chłodni przechowywane są świeże kwiaty, które otrzymują pasażerki na zakończenie rejsu, przykłady można by mnożyć w nieskończoność. Największym chyba wyczynem w kwestii niekonwencjonalnego podejścia do pasażerów było urządzenie na statku chrzcin... czterech bizonic podarowanych Prezydentowi RP przez Polonię kanadyjską. Kapitanowi udało się nawet tak skołować kapelana, że chociaż był zdecydowanie przeciwny tej uroczystości ostatecznie sowicie pokropił wodą święconą cztery bizonie głowy.

O mniej lub bardziej szalonych pomysłach Szamana Morskiego można by opowiadać jeszcze długo, ale jedno jest pewne - aby mógł czarować władze, pasażerów oraz konkurencję musiał mieć Eustazy Borkowski solidne zaplecze w osobach swoich oficerów. Współpracownicy Szamana, oprócz tego, że mieli dużą wiedzę fachową, musieli nadawać na tych samych falach co kapitan - szczególnie widoczne stało się to w chwili kiedy Borkowski zastępował przez pewien czas chorego kpt. Stankiewicza. Załoga "Polonii" nie przyzwyczajona do ekstrawagancji kapitana nie do końca potrafiła się do niego przystosować i obydwie strony z ulgą powitały powracającego z urlopu Mamerta Stankiewicza.

"Szaman Morski" Borchardta to, podobnie jak "Znaczy Kapitan" zbiór opowiadań, gawęd przedstawiających tę niezwykle barwną postać. Początkowo opowiadań było 17 i opisywały te wyczyny Eustazego Borkowskiego, których autor był naocznym świadkiem. Jednak kiedy chciał wydać swoją książkę, okazało się, że jest ona "za chuda" - dodał więc Borchardt kilka historyjek o Szamanie, które poznał niejako z drugiej ręki. Oprócz opowiadań poświęconych Borkowskiemu zamieścił też kilka tekstów na temat kpt. Edwarda Pacewicza (będącego kapitanem "Kościuszki" po tym jak Borkowski przeszedł na zwodowanego w 1937 roku "Batorego"), a zakończył swoją książkę rozdziałem "Ostatnia parada" będącym krótkim podsumowaniem losów siedmiu transatlantyków, pływających pod polską banderą w okresie międzywojennym.

Dwóch bohaterów książek Karola Olgierda Borchardta, Mamerta Stankiewicza ("Znaczy Kapitan") i Eustazego Borkowskiego ("Szaman Morski") wiele dzieliło (jeśli wierzyć opinii autora nie przepadali za sobą), prezentowali zupełnie różne podejście do dowodzenia statkiem, mieli całkiem inne charaktery, jest jednak coś co ich łączyło - miłość do morza i statków na których przyszło im pływać. Pozostaje tylko żałować, że wraz z ich odejściem skończył się pewien okresw podróżach morskich, a kapitanowie dzisiejszych statków rzadko bywają osobowościami na miarę Szamana Morskiego czy Znaczy Kapitana...

wtorek, 23 lipca 2013

Morskie opowieści

Kpt. Karol Olgierd Borchardt
Sto lat temu żył sobie w Wilnie pewien chłopiec, który bardzo chciał zostać Indianinem. Do realizacji tego marzenia solidnie się przykładał hartując swoje ciało i ćwicząc opisywane w książkach indiańskie umiejętności, jednak w pewnym momencie zrozumiał, że rzecz jest niemożliwa do przeprowadzenia. Mógł się nauczyć bezszelestnego poruszania, tropienia zwierzyny, strzelania z łuku i jazdy na dzikim mustangu, jednak jednej rzeczy nie był w stanie zrobić - nie mógł zmienić koloru skóry...
Na szczęście w jego ulubionej książce o Indianach była historia o hiszpańskich przemytnikach i ilustracja przedstawiająca żaglowiec i wspinającego się po linie marynarza. I tak niedoszły czerwonoskóry postanowił zostać marynarzem. Przez następne kilka lat wytrwale ćwiczył, rozwijał muskulaturę, trenował lekkoatletykę, gimnastykę i akrobatykę oraz podnoszenie ciężarów i zapasy. Uczył się też pilnie języka francuskiego, bowiem wybierał się do jednej z francuskich szkół morskich. Na szczęście zanim kandydat na wilka morskiego zdał maturę powstała pierwsza polska Szkoła Morska w Tczewie i do niej skierował swoje kroki młody wilnianin. Pomimo przeciwności losu (przy pierwszym podejściu nie przeszedł badań lekarskich) nie zrezygnował ze swojego marzenia i wreszcie w 1925 roku został przyjęty na wydział nawigacyjny tczewskiej szkoły. Tak rozpoczęła się morska przygoda Karola Olgierda Borchardta, kapitana żeglugi wielkiej i najwybitniejszego polskiego pisarza - marynisty.

Kpt. Mamert Stankiewicz
Pierwszym statkiem na który zaokrętowany został młody Karol był szkolny żaglowiec "Lwów", którego dowódcą był kapitan Mamert Stankiewicz. Po ukończeniu szkoły w 1928 roku pływał Borchardt na różnych jednostkach i z różnymi kapitanami, jednak większość jego oficerskiej kariery związana była ze statkami dowodzonymi przez Stankiewicza - "Polonią", "Piłsudskim" wreszcie "Batorym". W 1938 roku został Karol zastępcą dowódcy "Daru Pomorza", jednak wybuch wojny po raz kolejny połączył ścieżki kapitana Stankiewicza i jego starszego oficera, którzy na "Piłsudskim" przerobionym na transporter pływać mieli w konwojach. Niestety, w listopadzie 1939 roku statek został zatopiony, a jego kapitan zmarł ratując członków załogi...

Karol Borchardt został ranny w tej katastrofie, a kiedy po wyzdrowieniu udał się na grób swojego wieloletniego dowódcy złożył mu obietnicę, że napisze o swoim kapitanie serię opowiadań - utworów miało być 37, bowiem 3 i 7 to były ulubione liczby kapitana Stankiewicza.
Przyrzeczenia swojego dotrzymał, wspomnienia o kapitanie Stankiewiczu ukazywały się początkowo w prasie, aż wreszcie doczekały się wydania książkowego: w 1960 roku światło dzienne ujrzała książka  "Znaczy Kapitan" - tytuł nawiązuje do słowa, którym kapitan Stankiewicz zaczynał niemal każdą swoją wypowiedź.

"Znaczy Kapitan" to książka o morzu i ludziach, którzy pokochali je bezgraniczną  miłością. To opowieść o wielkiej przygodzie, która czeka za horyzontem ale też o ciężkiej i często niebezpiecznej codziennej pracy marynarzy. Jako, że pisał ją oficer nawigator nie ustrzegł się od zamieszczenia w niej szczegółów technicznych dotyczących jego specjalności, są też fragmenty mówiące o sprzęcie i maszynach dzięki którym statki mogą poruszać się po morzu, ale te opisy są na tyle rzadkie, że nie nudzą, a wręcz pomagają poczuć atmosferę panującą na mostku transatlantyku.
Autor miał to szczęście, że rozpoczynał swoją karierę jeszcze na żaglowcu i pierwsze 11 opowieści dotyczy rocznego pobytu na szkolnym "Lwowie" - romantyzm, przyjaźń, praca ale i zabawa, ogromny entuzjazm to najważniejsze cechy tej części zbioru. Duża część załogi to uczniowie, trzymają się ich psoty i kawały, ale w razie potrzeby potrafią stanąć na wysokości zadania, nieważne czy chodzi o walkę ze sztormowym wiatrem czy o wizytę u króla Szwecji.
Pozostałe teksty dotyczą już statków motorowych, które obsługiwały linie europejskie oraz transatlantyków. Tu już większość pracy wykonywały maszyny, jednak nawet najbardziej zaawansowana technologia nie mogła zastąpić kompetentnych oficerów. A kompetencje te zawdzięczali po części szkole ale przede wszystkim dowódcy - mieli bowiem możliwość uczyć się zawodu od jednego z najlepszych. kapitanów tamtego okresu.

Literacki portret kapitana Stankiewicza stworzony przez Borchardta ukazuje nam człowieka niezwykle opanowanego, poważnego, niemal zupełnie pozbawionego poczucia humoru, wymagającego ale równocześnie sprawiedliwego wobec podwładnych, fachowca i służbistę (w tej akurat sytuacji to nie jest wada - od przestrzegania regulaminu zależało często życie załogi i pasażerów) nie spoufalającego się z załogą. Na podstawie tej krótkiej charakterystyki można wysnuć przypuszczenie, że taki dowódca to istny dopust boży. Tymczasem czytając kolejne teksty szybko dojdziemy do wniosku, że podwładni darzyli swojego kapitana ogromnym szacunkiem i sympatią, i robili wszystko aby zasłużyć na jego akceptację. Pływanie z kapitanem Mamertem Stankiewiczem to była swego rodzaju nobilitacja, której dostąpić mogli tylko najlepsi.

Karol Borchardt przyznaje w kilku tekstach, że nie posiada talentu literackiego, szkolne wypracowania pisał w stylu telegraficznym i zadanie jakiego się podjął jest dla niego poważnym wyzwaniem. Być może niektórych razić będzie nieco naiwny styl tych opowieści, nadmierny entuzjazm autora i koloryzowanie rzeczywistości. Ale cytując słowa pewnej szanty:

Może ktoś się będzie zżymał,
Mówiąc, że to zdrożne wieści,
Ale to jest właśnie klimat
Morskich opowieści"


I taki klimat udało się autorowi odtworzyć na kartach tej książki. Serdecznie polecam tę lekturę, a sama zabieram się za kolejną morską opowieść, która wyszła spod pióra Karola Olgierda Borchardta pt. "Szaman morski".


poniedziałek, 22 lipca 2013

Opowiadania w sam raz na lato

"Opowiadanie to najtrudniejszy z pisarskich gatunków." - słowa pisarki Katarzyny Bondy, które znajdzie czytelnik na okładce antologii "Lato moralnego niepokoju" to bardzo trafna opinia o tej formie literackiej ekspresji. Bo niby wszyscy uczymy się jeszcze w szkole tworzyć takie utwory, ale tak naprawdę napisanie dobrego opowiadania to sztuka trudniejsza niż popełnienie kilkutomowej powieści. Trzeba na kilkunastu stronach zawrzeć akcję, kreację bohaterów pierwszoplanowych i epizodycznych, dołożyć do tego garść opisów, dobrze byłoby się pokusić o jakąś refleksję i oczywiście (moim zdaniem to najtrudniejsza część pracy) stworzyć w miarę spójne i ciekawe dialogi. 

Wspomniana antologia to zbiór zawierający 13 opowiadań, których autorzy zawodowo zajmują się różnymi rzeczami, ale wszyscy mają jedną pasję - pisanie. 
We wstępie do zbiorku pisarz i nauczyciel pisania jakub Winiarski pisze: "Założenie było proste: teksty miały być lekkie, przyjemne, dobre do czytania latem. Owszem, szczypta >moralnego niepokoju< lub niezwykłości dającej do myślenia nie zaszkodzi, najważniejsze jednak, by czytelnik dobrze się bawił.". I ja jako czytelnik mogę zaświadczyć, że bawiłam sie całkiem nieźle, pomimo, że opowiadanie nie jest bynajmniej moim ulubionym gatunkiem literackim.

Utwory zawarte w zbiorze  mają różną formę - znajdziemy tu zarówno opowiadania realistyczne jak i fantastyczne, bogate w środki wyrazu artystycznego ale i bardzo ascetyczne, trochę romansu, sensacji, magii, radości i smutku - jak w życiu.

Pisanie o wszystkich utworach zajęłoby pewnie dużo miejsca i niejeden czytelnik tego wpisu zwyczajnie nie dotrwałby do końca, dlatego słów kilka na temat trzech opowiadań, które zrobiły na mnie największe wrażenie.

"Przeniesieni" Doroty Bury to wizja zawierająca spełnienie mniej lub bardziej pobożnych życzeń dużej części naszych rodaków. Oto cały sejm i senat zostaje przeniesiony (nie, nie w kosmos...) na tajemniczą i bezludną wyspę. Jak sobie poradzą politycy różnych opcji, czy niecodzienna sytuacja wpłynie na ich wzajemne stosunki, zjednoczą się, czy przeniosą swoje bagienko z Wiejskiej do nowej lokalizacji? Satyra, aczkolwiek z nutką goryczy...

"Noc na plaży" Pawła Michała Szymańskiego - historia mężczyzny, który cierpi po stracie ukochanej osoby. Przypadkowo spotkany staruszek wybija go z jego rozpaczy i skłania do poważnych życiowych decyzji. Może one pomogą uporać się z bólem i tęsknotą? Oszczędna forma i poruszający tekst.

"All inclusive" Magdaleny Woźniak - podróż do źródeł pozwala Beacie spojrzeć z boku na swoje życie i zastanowić się co jest naprawdę ważne. Sielski obraz białoruskiej wsi, gdzie czas stanął w miejscu zderzony z zagonioną, zorganizowaną co do minuty codziennością - tak niewiele trzeba aby osiągnąć spokój ducha...

Oczywiście każdemu może się spodobać coś innego, te trzy tytuły to mój subiektywny wybór. 
Lato trwa w najlepsze więc ten zbiór opowiadań to wymarzona lektura na ten czas:)

sobota, 29 września 2012

Dwa w jednym czyli klasyka literatury rosyjskiej

Książeczka o której dzisiaj słów parę chcę napisać stanowi realizację dwóch wyzwań - na okoliczność Trójki e-pik miałam przeczytać coś z klasyki obcej, natomiast Book-trotter na tn miesiąc zalecał jakąś pozycję z literatury rosyjskiej. A obydwa te wyzwania spełnia... no "Anny Kareniny" ani "Wojny i pokoju" nie dałam rady przeczytać, ale niewielki zbiorek pt. "Śmierć urzędnika i inne opowiadania" autorstwa Antoniego Czechowa w obydwie kategorie się wpasowuje.

Antoni Czechow to jeden z najważniejszych pisarzy rosyjskich i aż wstyd się przyznać, że do ostatnich dni znany mi jedynie z nazwiska i skrótowej biografii. Z wykształcenia lekarz, z zamiłowania pisarz i dramaturg, żył zaledwie 44 lata ale zostawił po sobie całkiem sporą spuściznę - kilka dramatów ("Wiśniowy sad", "Wujaszek Wania", "Trzy siostry" - żeby wymienić te najbardziej znane), jedną powieść oraz  kilkadziesiąt nowel i opowiadań. W zbiorku, który czytałam znalazło się osiem utworów - tytułowa "Śmierć urzędnika" oraz "Kameleon", "Końskie nazwisko", "Kapral Priszibejew", "Dyplomata", "Romans w kontrabasie", "Bezbronna istota" oraz "Człowiek w futerale". Wszystkie historie (oprócz ostatniego utworu) są bardzo króciutkie, 3-4 strony, ponieważ autor uważał, że "sztuka pisania jest sztuką skracania a zwięzłość jest siostrą talentu".

Kierując się tą dewizą pomija Czechow w swoich utworach wszelkie opisy czy to przyrody, czy wnętrz w których toczy się akcja, nie znajdzie tam czytelnik właściwie żadnej charakterystyki bohaterów zarówno  zewnętrznej jak i  wewnętrznej, brak też jakiegokolwiek odautorskiego komentarza - to trochę tak, jakby ktoś opowiadał jakąś anegdotkę, bez zbędnego rozbudowywania wątku, bez większego zaangażowania w opowiadaną historią, najkrótszą drogą do puenty a ewentualne komentarze zostawia w gestii słuchacza, czy w tym wypadku czytelnika.
Czechow był doskonałym obserwatorem życia i ludzi - jego opowiadania to nieco ironiczny obraz ludzkich wad i śmiesznostek, głównie tych prezentowanych przez carskich urzędników, nadmiernie drobiazgowej biurokracji, zacofania, ludzkiej głupoty i podłości. Rosja w ktorej przyszło żyć pisarzowi to kraj ogromnych kontrastów - z jednej strony rozrzutność warstw posiadających a z drugiej skrajne ubóstwo chłopstwa i nienajlepsza sytuacja drobnego mieszczaństwa. 

Nie ukrywam, że do pewnego momentu opowiadania Czechowa mnie śmieszyły. Dopiero później przyszła refleksja, że autor pokazuje, może w nieco przerysowany sposób, prawdziwe życie mieszkańców imperium rosyjskiego końca XIX wieku. I że zwykli ludzie musieli stykać się z bezdusznymi, aroganckimi, leniwymi czy przekupnymi urzędnikami, że niżsi urzędnicy byli często pogardzani i prześladowani przez swoich zwierzchników, że policja brutalnie traktowała obywateli a sprawiedliwość wyroku była zależna od pozycji społecznej osób pośrednio lub bezpośrednio zainteresowanych w sprawie. I wtedy stało się to mniej śmieszne a bardziej straszne...

poniedziałek, 30 lipca 2012

Dlaczego nie przepadam za opowiadaniami?

Jak w tytule - nie lubię opowiadań... Dlaczego? A dlatego, że

  • zanim człowiek zacznie czytać, zanim się przyzwyczai do bohaterów, zanim ich polubi (albo wręcz przeciwnie) to opowiadanie się kończy;
  • ograniczenia z powodu cech gatunku sprawiają, że nie ma co marzyć o jakimś pogłębieniu psychologicznym opisywanych postaci;
  • z akcją jest krucho, ile można zmieścić na tych kilku, czy nawet kilkunastu stronach;
  • nawet najlepsi pisarze, którzy tworzą powieściowe hity nie zawsze odnajdują się w tej formie wypowiedzi i trochę przykro się robi, kiedy się tak "na drobne rozmieniają".
Chyba jedynym pisarzem, którego opowiadania czytam z prawdziwym zainteresowaniem jest Artur Conan Doyle. No ale on o Sherlocku pisze, a o nim to chyba nawet horror przeczytałabym z zachwytem.

Ale nie o Sherlocku miało być a o antologii opowiadań fantastycznych pt. "Miecze i mroczna magia". Antologia jest w moim posiadaniu już od dawna (ukłony w stronę Fenrira) ale jej lektura trochę opornie szła - raz, że nie powieść to nie usychał człowiek z ciekawości co będzie dalej, dwa, że rozmaite "dobre dusze" mi kilka razy z półki podprowadziły, więc nawet jak chęć miałam doczytać to nie miałam jak - wreszcie zobligowana lipcową "Trójką e-pik" zawzięłam sie w sobie i skończyłam. A po zakończeniu lektury uczucia mam mocno mieszane...

Jeśli spojrzeć na okładkę, to nawet taki laik, jeśli chodzi o fantastykę,  jak ja może popaść w zachwyt, bo autorami utworów zamieszczonych w antologii  są m.in. Glen Cook, Steven Erikson, Scott Lynch czy Robert Silverberg, czyli jakby nie było mistrzowie gatunku. Niestety jak się przekonałam znane nazwisko nie zawsze jest rękojmią sukcesu. Czytałam te opowiadania i jakoś tak nie do końca mi podchodziły. Właściwie spodobały mi się tylko dwa - "Tides Elba. Opowieść o Czarnej Kompanii" Glena Cooka oraz "Między regałami" Scotta Lyncha.
Szczególnie ten drugi utwór o sesji na magicznym uniwersytecie trafił do mojej wyobraźni - pokusiłabym się o stwierdzenie, że tak mogłaby wyglądać biblioteka na Niewidzialnym Uniwersytecie stworzonym przez Pratchetta, którego znam szczątkowo (ale mam nadzieję zmienić ten stan rzeczy) ale taka jest również opinia osoby znającej Świat Dysku na wylot;)

I jaki jest pożytek z tej lektury? A taki, że jak tylko wygospodaruję trochę wolnego czasu (ha!ha!ha!) to z Cookiem i Lynchem zawrę bliższą znajomość. Z innymi autorami z tej antologii? Nie mówię nie, ale nie będzie to sprawa priorytetowa.

Aha, i proszę aby fani fantastyki nie sugerowali się tą opinią - ja naprawdę nie znam się na fantastyce...

środa, 23 listopada 2011

Muzyczna terapia

Erica-Emmanuela Schmitta nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Wiele osób pewnie czytało jego "Oskara i panią Różę" lub którąś z pozostałych książek - jest to autor bardzo u nas popularny.
Do sięgnięcia po jego najnowszą książkę "Kiki van Beethoven" skłonił mnie tytuł - miałam nadzieję, że nazwisko mojego ulubionego kompozytora pojawiło się w nim nieprzypadkowo. I nie pomyliłam się.
 Na książkę składają sie dwa teksty - tytułowe opowiadanie oraz osobiste refleksje autora na temat muzyki i  wpływu jaki miała na jego życie, pod wiele mówiącym tytułem "Kiedy pomyślę, że Beethoven umarł, a tylu kretynów żyje...". Dodam jeszcze, że do książki dołączona jest płyta z fragmentami sześciu wielkich dzieł niemieckiego kompozytora, których można, a nawet należy słuchać w czasie lektury - są tak dobrane aby stanowić jak najlepszą ilustrację czytanego tekstu.

 Jak można się dowiedzieć z wypowiedzi samego autora "Kiki van Beethoven" to sztuka teatralna (właściwie monodram), którego główna bohaterka Christine, przez przyjaciółki nazywana Kiki, kupuje pewnego dnia w antykwariacie odlew rzeźby przedstawiającej głowę Ludwiga van Beethovena. Kiki jest starszą kobietą i mieszka w domu opieki a jej spontaniczny zakup będzie miał ogromny wpływ nie tylko na nią ale i na inne lokatorki. Rzeźba przywołuje dawno zagrzebane wspomnienia, sprawia, że starsze panie zaczynają zupełnie inaczej patrzeć na swoje życie i rożne osobiste dramaty. Wszak Beethoven znakomitą większość swoich dzieł stworzył jako osoba zupełnie głucha i nie załamał się. Co więcej, jedna z jego kompozycji powstałych w schyłkowym okresie życia czyli IX Symfonia i będący jej zakończeniem "Hymn do radości"to nieskrępowany, wręcz dziki entuzjazm i wola życia. Kiki oraz jej przyjaciółki uczą się samoakceptacji a także walczą z własnym strachem, kompleksami i samotnością.

Drugi tekst, jak już wspomniałam wyżej, to zapis tego jaki wpływ miał na autora kontakt z muzyką Beethovena - od młodzieńczej fascynacji, poprzez okres odrzucenia aż po ponowny kontakt w wieku dojrzałym. Każdy z tych etapów można odnieść do konkretnych dzieł kompozytora - tu szczególnie polecam lekturę połączoną ze słuchaniem. Wzbogaca to bowiem tekst książki aa z drugiej strony ukazuje mnogość interpretacji geniusza jakim niewątpliwie był Beethoven.

Muszę przyznać, że książki, chociaż objętościowo nie jest zbyt obszerna, nie da się przeczytać jednym ciągiem. I nie chodzi tu nawet o ewentualne przerwy na słuchanie muzyki, ale raczej o konieczność przemyślenia pewnych spraw i uporządkowanie emocji.

I jeszcze jedno - nie polecam tej książki osobom będącym w opozycji do muzyki klasycznej - bo co prawda dołączonej płyty słuchać nie musicie, ale trzeba pamiętać, że muzyka w tym tekście pełni rolę pierwszoplanową...

I na koniec przypomnienie o trwającej w Znaku promocji:
Każdy, kto do 15 grudnia złoży zamówienie na książki z oferty wydawnictwa i wpisze na zamówieniu kod rabatowy o treści Anek7 otrzyma 30% rabatu.

środa, 28 września 2011

Jak zmyliła mnie okładka i nazwisko autorki

Gdyby zapytać z jakimi książkami kojarzy się nazwisko pisarki Ursuli K. Le Guin to pewnie większość odpowiedziałaby, że to autorka książek z gatunku science fiction. Taka też była moja wiedza na temat tej osoby, kiedy z bibliotecznej półki wyjmowałam "Opowieści orsiniańskie" jej autorstwa. Jeżeli dołożyć do tego okładkę z jakimś skrzydlatym stworzeniem w nocnej scenerii i opis z okładki głoszący: "Dzieje się to w Orsinii, krainie średniowiecznych zamków strzegących miast otoczonych murami i torów kolejowych znikających w górach, gdzie wciąż mieszkają dawni bogowie; w krainie surowej rzeczywistości i łagodnych marzeń, której mieszkańcy podlegają potężnym siłom i odważnie walczą o swoje racje." to nie powinno nikogo dziwić, że szukałam w niej opowieści z pogranicza fantasy i science fiction (te tory kolejowe nie pasowały mi za bardzo do czystego fantasy). Szukałam, ale niestety nie znalazłam. 

"Opowieści orsiniańskie" to zbiór jedenastu opowiadań, których akcja toczy się gdzieś w środkowej Europie w bliżej nieokreślonym czasie - w większości z nich, mając niejakie pojęcie o historii, stawiałabym na lata 50-te i 60-te na Węgrzech. Są to teksty różnej długości i, niestety, różnej jakości, od dobrych do zdecydowanie słabych, pisane dosyć trudnym językiem (tu nie wiem czyja to zasługa - autorki, czy marnego tłumaczenia). O czym są te opowiadania? Najprościej powiedzieć, że o uczuciach - miłość, strach, wyobcowanie, samotność, to wszystko znajdziemy na kartach tego zbioru. I jeszcze o beznadziejnym ludzkim losie - bo wszystkie są mniej lub bardziej pesymistyczne. Nawet te które niby kończą się dobrze...
Co jeszcze mnie uderzyło w tych opowiadaniach to pewien schematyzm - zaczynając czytać kolejny tekst miałam wrażenie, że wiem jakie będzie zakończenie i raczej się nie myliłam.

I muszę powiedzieć, że po przeczytaniu nie bardzo wiem jak ocenić tę książkę. Bo jeśli brać pod uwagę to czego się spodziewałam i co sugerowała mi okładka, nazwisko autorki,opis oraz napis "Fantastyka" na grzbiecie to się niestety zawiodłam - bo fantastyki to tam nie ma (no chyba, że pod fantastykę podciągnąć fakt, że miasta o których mowa w tekście nie istnieją w rzeczywistości) ani za grosz. Ale otrzymałam za to solidną dawkę opowieści psychologicznych i to nawet niezłych.

Tyle, że nie szukałam rozważań o człowieku i jego smutnym, pogmatwanym losie a wciągającej baśni o elfopodobnej istocie, która ma jedno skrzydło motyla a drugie orła. I nawet nie wiem już czy polecam czy nie polecam tej książki...

środa, 13 lipca 2011

Nie tylko o starości

Gdyby zapytać czego w życiu boimy się najbardziej to usłyszelibyśmy pewnie kilka różnych odpowiedzi - biedy, choroby, samotności. Jednak mam wrażenie, że to czego obawiamy się najbardziej to starość i wszystkie związane z nią niedogodności. I właśnie temu tematowi poświęcony jest zbiór opowiadań pt. "Wbrew naturze", który ujrzał światło dzienne nakładem wydawnictwa AMEA. W antologii znalazły się utwory 17 autorów - część z nich już zaistniała na polskim rynku wydawniczym, ale kilkoro to debiutanci.

Poszczególne opowiadania ukazują różne spojrzenie na nieuchronny upływ czasu. Niektóre realistyczne aż do bólu, wstrząsające swym naturalizmem, inne poetyckie i bajkowe mają jedno zadanie - zmuszają do refleksji nad tym co nieuchronne. Bohaterami w większości są ludzie starsi, których życie zbliża się do kresu ziemskiej wędrówki, którzy robią jakieś swoje wewnętrzne podsumowania. Są też tutaj utwory, gdzie narrator jest człowiekiem jeszcze młodym, który wspomina swoje doświadczenia ze starszymi osobami lub sam wybiega myślą w przyszłość obawiając się tego co ona mu przyniesie. Wszystkie opowiadania są na swój sposób wstrząsające i dają mnóstwo materiału do przemyśleń, ale gdybym miała wybrać te, które mnie poruszyły najbardziej to pewnie byłyby to utwory "Stary, starszy, trup" Hanny Samson, "Poczwarka" Joanny Stróżniak i "Majówka" Izabeli Sowy. 
Bohaterką utworu Hanny Samson jest kobieta, która opiekowała się swoją niedołężną i chorą na Alzheimera matką, a po jej śmierci niejako podświadomie przygotowuje się do własnego odejścia. "Poczwarka" to z kolei poetycka baśń o młodej dziewczynie uwięzionej w ciele staruszki - Elizie została jej własna świadomość i dziewczyna dostrzega, niestety zbyt późno, ignorancję i nieświadome okrucieństwo, które było jej udziałem. Bohaterami "Majówki" są Halina i Wiesiek, para małżeńska w starszym wieku znana już czytelnikom innych książek Izabeli Sowy ("10 minut od centrum") - spotkanie z krewnymi, którzy lekceważą ich, bo mają niższy status materialny paradoksalnie wpływa na umocnienie ich związku.

Warto przy okazji wspomnieć o przepięknych fotografiach zdobiących tę antologię - to poetycki obraz przemijającej rzeczywistości uchwycony obiektywem jednego z autorów - Romana Lipczyńskiego. Nawiązują one z jednej strony do treści prezentowanych utworów ale jednocześnie stanowią pewną zamkniętą całość.

Nie ukrywam, że "Wbrew naturze" to książka piękna ale i trudna. Raczej nie nadaje się do czytania na plaży czy w przerwie między gospodarskimi zajęciami. Jednak serdecznie namawiam do sięgnięcia po nią i chwili refleksji - wszak dla większości z nas starość jest nieuchronną perspektywą...

Za książkę dziękuję Wydawnictwu



wtorek, 5 lipca 2011

Z "Włóczykijką" w... łóżku

W ostatni weekend z powodu niemal listopadowej pogody urządziliśmy sobie w domu "Dni Leniwca" czyli minimum ruchu, zagrzebanie się w kocyki i drzemeczka ew. jakieś nie wymagające nadmiernej aktywności zajęcia. Moi chłopcy mieli maraton filmowy z National Geografic a ja sobie czytałam ile wejdzie. Przeczytałam trzy książki, które przebywały w moim domu z krótką wizytą - dwie "Włóczykijki" i jedną wysłaną w Polskę przez pewną sympatyczną biblionetkowiczkę. Dwie z tych książek to debiuty - jedną jestem zachwycona,drugą doczytałam tylko i wyłącznie z poczucia obowiązku ale o nich będzie kiedy indziej. Dzisiaj kilka słów o trzeciej książce czyli o"Łóżku" Janusza Leona Wiśniewskiego.

Autora chyba nie trzeba specjalnie przedstawiać - większość zna go przynajmniej ze słyszenia jako autora "Bikini" i "Samotności w sieci". Dla mnie "Łóżko" było akurat pierwszym bezpośrednim spotkaniem z twórczością tego autora i nieco się tego spotkania obawiałam. Dlaczego? Ano dlatego, że zauważyłam już, że jest to pisarz dosyć kontrowersyjny - czytając recenzje jego powieści odniosłam wrażenie, że albo się Wiśniewskiego podziwia albo uznaje za grafomana... A do tego wszystkiego "Łóżko" to zbiór opowiadań, czyli forma za którą nie przepadam.
No ale wzięłam się do czytania i sama nie wiem kiedy pochłonęłam całą książkę...
Opowiadania zawarte w tym tomie w większości były publikowane już wcześniej a to co je łączy to motyw tytułowego łóżka. Najlepiej chyba charakteryzuje ten zbiór zdanie, które znajduje się na tylnej stronie okładki: "W łóżku ludzie doświadczają największej bliskości i w łóżku także bywają najbardziej osamotnieni."*
Bohaterki opowiadań Wiśniewskiego znajdują się w przełomowych momentach swojego życia. Przeżywają całą gamę uczuć od miłości do nienawiści, są kochane, okłamywane, zdradzane, niektóre mają nadzieję na lepsze jutro inne tej nadziei zostały pozbawione. Książka przeładowana jest taką masą emocji, że nie można koło niej przejść obojętnie. Wydaje mi się, że każda z czytelniczek znajdzie w niej jakąś cząstkę siebie, historię z którą w całości lub choćby w jakimś fragmencie będzie się mogła identyfikować. I dlatego właśnie uważam, że książka powinna wędrować dalej. Poza tym po raz pierwszy zdarzyło mi się czytać książkę o kobietach pisaną przez mężczyznę w taki sposób, że zapominałam o płci autora. Niestety niewielu mężczyzn potrafi tak pisać...

Ale o tym będzie w jednej z  następnych odsłonie tego bloga...

*Janusz Leon Wiśniewski, "Łóżko", wyd. Świat Książki 2011, tekst z okładki


Książka przekazana do akcji "Włóczykijka" przez Księgarnię Selkar 


wtorek, 14 czerwca 2011

Naga prawda o kobietach

Pomimo, że nie przepadam za opowiadaniami po raz kolejny chciałabym napisać parę słów o zbiorze opowiadań właśnie. Co więcej chciałabym bardzo Was zachęcić do sięgnięcia po ten właśnie zbiór, którego autorką jest Izabela Szolc - pisarka, nauczycielka kreatywnego pisania w szkole "Pasja Pisania", współpracująca z magazynem literackim "Bluszcz" gdzie zamieszcza swoje opowiadania i felietony.

Książka, którą mam przed sobą nosi tytuł "Naga" - nie chodzi tu jednak o nagość fizyczną, chociaż w tekście są do niej nawiązania. Moim zdaniem teksty obnażają kobiecą duszę i psychikę. Bohaterki opowiadań znajdują się w różnych sytuacjach życiowych, są w różnym wieku, mają różne doświadczenia życiowe. Inspiracją dla autorki były postacie historyczne (np. Maria Skłodowska-Curie, św. Teresa z Avila) jak również bohaterki literackie ( Alicja czy Rapunzel, bardziej znana jako Roszpunka) ale pokazała je jako zwykłe dziewczyny, kobiety - takie jakie spotykamy codziennie w szkole, pracy, na ulicy, takie jakimi same jesteśmy. Nie spotkamy tu plastikowych laleczek Barbie, którymi bombardują nas reklamy, nie ma też wzorowych matek-Polek znanych z telewizyjnych tasiemców. Bohaterki książki przedstawione są realistycznie a nawet wręcz naturalistycznie - lesbijka, ofiara gwałtu, narkomanka na głodzie, córka ponad wszystko nienawidząca własnej matki, zrozpaczona wdowa, kobieta zdradzona przez męża czy wreszcie mężczyzna, który psychicznie czuje się kobietą. Towarzyszymy im w mało komfortowych sytuacjach - w gabinecie ginekologicznym, na sali porodowej, w głuchej ciszy samotnego mieszkania czy w czasie spotkania ze "sponsorem". Widzimy ich emocje - smutek, rozpacz, rezygnację ale też radość i bardzo kruche i ulotne szczęście.
Ważną rolę w tych tekstach spełnia język - prosty, bez nadmiernej ilości środków stylistycznych. Sprawia, że bohaterki wydają nam się jeszcze bliższe i prawdziwe.

Książki, pomimo, że nie ma zbyt dużych rozmiarów, nie da się przeczytać w jedno popołudnie. Ja właściwie po każdym opowiadaniu musiałam sobie ułożyć w głowie swoje emocje, co więcej szukałam w swoim życiu podobnych sytuacji, wyborów czy przeżyć lub zastanawiałam się jak postąpiłabym gdym znalazła się na miejscu bohaterek. 

Na koniec dodam, że książka o kobietach siłą niejako rozpędu skierowana jest do kobiet, jednak wydaje mi się, że jest to również lektura dla mężczyzn. Nie wymagam, broń Boże, żeby utożsamiali się z bohaterkami tych opowiadań, ale wydaje mi się, że może po lekturze uda im się lepiej rozumieć nas kobiety oraz nasze decyzje i zachowania, które według nich są całkowicie irracjonalne.

Książkę przeczytałam dzięki Wydawnictwu Amea



poniedziałek, 6 czerwca 2011

Jest o czym mówić...

Kochani odwiedzacze tego bloga!
W ostatnim czasie krucho u mnie z czasem - no niestety koniec roku szkolnego ma swoje prawa i nie chodzi tutaj nawet o dopytywanie różnego rodzaju spóźnialskich, bo to robię w godzinach pracy, ale zawalona jestem tonami papierzysk do wypełnienia, mam jakieś sprawozdania do napisania i jeszcze kilka innych dziwnych rzeczy próbuję ogarnąć. Dlatego recenzje pojawiają się mocno nieregularnie a i na Wasze wpisy pod postami  nie zawsze odpowiadam:( Mogę Was tylko zapewnić, że wszystkie czytam i jest mi miło, że doceniacie to co robię i obiecuję, że za trzy tygodnie mam nadzieje wrócić pomiędzy żywych i normalnie funkcjonujących członków społeczeństwa:)


Leży przede mną książeczka - niepozorna, raczej z tych "szczupłych" w czarnoszarej okładce - zasadniczo nie ma o czym mówić...
I taki właśnie tytuł "Nie ma o czym mówić" ma wydana w 2010 roku przez Wydawnictwo AMEA debiutancka książka Marty Szarejko.

Gdybym musiała tę książkę jakoś gatunkowo sklasyfikować to miałabym ogromne trudności - nie jest to bowiem powieść ale trudno też nazwać ją zbiorem opowiadań. Przychodzi mi na myśl określenie "impresja" - bo utwory zawarte w tym tomiku to takie obrazki uchwycone i zarejestrowane przez wrażliwą obserwatorkę codziennego życia jaką niewątpliwie jest autorka.

Bohaterami tych literackich miniaturek są ludzie znajdujący się poza nawiasem "normalnego" życia - bezdomni, samotni, często z problemami psychicznymi, bywalcy schronisk i pensjonariusze zakładów opiekuńczych. Spotykamy ich często na swojej drodze, lecz staramy się nie zauważać, omijać miejsca gdzie się spotykają - udajemy, że ten problem nas nie dotyczy, często osądzamy, że "sami są sobie winni"...
Tymczasem autorka nie tylko zauważyła problem ale mam wrażenie, że szukała dla siebie inspiracji u źródeł - w spotkaniach i rozmowach z bohaterami swojej książki. Poznajemy ich historie, przemyślenia, codzienne kłopoty z jakimi się borykają ale również marzenia i plany - bo chociaż los ich nie oszczędził to nie przestali być ludźmi, przeżywać różnego rodzaju emocje i mieć uczucia. I to jest chyba w tej książce najważniejsze co chce nam przekazać autorka.

Osobną kwestią jest język utworu - niezwykle zróżnicowany, charakterystyczny dla danej postaci - czasem miałam wrażenie, że autorka odtworzyła magnetofonowy zapis wypowiedzi nagranej gdzieś na ulicy czy w schronisku dla bezdomnych.

"Nie ma o czym mówić" to jedna z tych książek o których nie da się powiedzieć, że się podobała lub nie. To jedna z książek, które trzeba przeczytać i przemyśleć. I może wtedy inaczej spojrzymy na tych, którym Marta Szarejko poświęciła swój czas i pióro...

Książkę przeczytałam dzięki Wydawnictwu AMEA



poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Powróćmy jak za dawnych lat w zaczarowany bajek świat...

Czy zastanawialiście się czasem jaki jest przepis na bajkę?
 Otóż trzeba wymyślić bohatera lub bohaterkę o kryształowym charakterze, miłym usposobieniu i przyjemnej powierzchowności (to akurat nie jest warunek niezbędny ale mile widziany). Kiedy już mamy naszą główną postać musimy wymyślić dla niej szereg życiowych perturbacji (co jedna to bardziej tragiczna), z których podniesie się z uśmiechem na twarzy i stanie się jeszcze bardziej, o ile to możliwe, doskonalszym człowiekiem. Na koniec jako nagrodę fundujemy jej/jemu księcia lub księżniczkę z bajki i kończymy sakramentalnym „I żyli długo i szczęśliwie”.

Karol Arentowicz pisząc swoja debiutancką książkę udowodnił, że nie tylko zna ten przepis ale również potrafi go zastosować. „Bajki dla niektórych dorosłych” to dwa baśniowe opowiadania o tym, że nie należy tracić nadziei i, że dobro zawsze zostanie nagrodzone.
Bohaterem pierwszej bajki jest Paweł S. – ja to S odczytałam jako „Samarytanin”. Ratuje napadniętą w parku dziewczynę, opiekuje się staruszką sąsiadką, jest wolontariuszem w Domu Dziecka, jest idealnym bratem i wujkiem małej Kasi a wszystko to i jeszcze parę innych rzeczy robi z potrzeby serca nie szukając sławy i poklasku. Życie nie szczędziło mu problemów – pierwsza dziewczyna wybrała innego, matka zmarła na raka, narzeczona utonęła ratując topiące się dziecko – większość by się załamała ale nie Paweł…
Druga bajka to historia Joanny D. – D jak „Dobry Duch”. Joasia podobnie jak Paweł przeżyła ogromną tragedię – jej ukochany mąż zginął w wypadku. Nie załamuje się, przezwycięża ból i rozpacz po tej stracie i staje się takim właśnie dobrym duchem dla swojej rodziny, przyjaciół ale i dla całkiem obcych ludzi.
Czy los wynagrodzi Pawła i Joannę? Czy będą żyli długo i szczęśliwie? A tego już nie zdradzę – kto ciekawy niech sięgnie po tę książkę.

Tytuł książki sugeruje, że nie jest to lektura dla wszystkich. Tu się z autorem zgadzam. Jeżeli ktoś szuka ambitnej literatury, na miarę literackich nagród niech sobie „Bajki” daruje. Natomiast jeżeli drogi czytelniku poszukujesz wzruszającej ale optymistycznej historii, gdzie ludzie są bezinteresowni a dobro jest nagrodzone to jest to książka w sam raz dla ciebie. Że to nieprawdziwe historie, że życie nie jest takie różowe? No przecież to bajki są!
Zaniepokoił mnie nieco dopisek na okładce – „Tylko dla kobiet”. Wydaje mi się, że trochę  deprecjonuje to tę książkę, gdyż z jakiegoś powodu utarło się u nas, że tzw. „literatura kobieca” jest jakoby mniej wartościowa. Czyżby panowie nie mogli czasem poczytać o miłości, szczęściu, poświęceniu dla innych? Ciekawe czy dopisek pochodzi od autora czy jest wymysłem wydawcy i chwytem marketingowym – kobiety ponoć częściej kupują książki niż mężczyźni.
Książkę połknęłam w ciągu dwóch godzin – to zasługa zarówno niewielkiej objętości jak i stylu pisarskiego prezentowanego przez autora. Bardzo mi się podobała, chociaż mam takie jedno zastrzeżenie – niektóre wypowiedzi Pawła i Joanny (szczególnie jej) były zbytnio przeładowane dydaktyzmem. Chociaż z drugiej strony bajka ma uczyć więc dydaktyzm jest w niej wskazany…
Historie opowiedziane przez Karola Arentowicza dzieją się tu i teraz – może w Twoim mieście, na Twoim osiedlu? Może opowiadają o Twoim sąsiedzie, przyjacielu, osobie mijanej na ulicy? Bo tak naprawdę wśród nas jest wielu takich ludzi, którzy rozsiewają dobro tylko strasznie trudno ich zauważyć w dzisiejszym zwariowanym świecie.

Książkę do recenzji otrzymałam od portalu Lubimy Czytać

niedziela, 10 kwietnia 2011

"Aleje wykolejeńców" Ilony Hruzik - recenzja i fotorelacja

Po raz kolejny zawitała do mnie „Włóczykijka”. Z koperty wyjrzała niewielka książeczka w brązowej, nieciekawej okładce. W księgarni pewnie bym na nią nawet nie zwróciła uwagi a szkoda by było bo pod nijaką okładką kryje się bardzo prawdziwy obraz naszej współczesności przepełniony ogromem emocji .

Książka Ilony Hruzik składa się z trzech opowiadań, których tematem przewodnim jest egzystencja rodzin dotkniętych alkoholizmem. Scenerię tych historii stanowi Bytom. Nie znajdziemy tu jednak opisu pięknego bytomskiego rynku czy ulic w centrum miasta. Autorka prowadzi nas do rozsypujących się familoków, do obskurnych mieszkań w zakazanych dzielnicach czy wreszcie do dworcowej poczekalni i  parkowych ławek okupowanych przez bezdomnych.

Tytułowe opowiadanie to historia Joli. Córka wiecznie pijanych rodziców nie ma żadnych szans aby wyjść ze swojego środowiska. Gwałt, wczesna ciąża, utrata dziecka odebranego jej zaraz po porodzie to zbyt duży ciężar z którym młoda dziewczyna nie jest sobie w stanie poradzić. Bez oparcia w rodzinie, bez pracy i mieszkania szybko znajduje się na marginesie społeczeństwa. Nikt nawet nie podejrzewa, że ta bezdomna, często podpita żebraczka ma w sobie ogromne pokłady wrażliwości i niesamowitą umiejętność obserwowania i opisywania otaczającego ją świata.

Drugie opowiadanie pt. „Życiorysy przeklęte” dotyczy problemu o którym ostatnio coraz głośniej się mówi a mianowicie nadużywania alkoholu wśród kobiet. Historia jakich wiele – przypadkowa znajomość, ciąża, szybki ślub pomimo ostrzeżeń przyjaciół i gorzka prawda: Barbara jest alkoholiczką. Pije pomimo ciąży, do porodu zgłasza się pod wpływem alkoholu a po urodzeniu Agatki potrafi zostawić wózek z kilkumiesięcznym dzieckiem na trzaskającym mrozie. Mąż próbuje walczyć z uzależnieniem żony jednak wszystkie metody zawodzą. Miota się w tym toksycznym związku, odchodzi i wraca, w pewnym momencie myśli nawet o samobójstwie. Przed ostatecznym rozwiązaniem powstrzymuje go tylko lęk o ukochaną córeczkę, która ma w nim jedyne oparcie.

„Tylko grudnia nie lubię” to z kolei historia spotkania dwójki młodych ludzi. Ona, z powodu alkoholizmu matki  wychowywała się w domu dziecka. On pochodzi z zamożnej ale rozbitej rodziny i właśnie przeżywa ogromną tragedię – u jego matki wykryto złośliwy nowotwór. Przypadkowe spotkanie w dworcowej poczekalni, kilkugodzinna, szczera „nocna Polaków rozmowa” pomogła nawiązać nić porozumienia i sympatii z której rozwija się prawdziwe i szczere uczucie.

Lektura tej książki w połączeniu z fatalną pogodą za oknem dosyć mocno mnie przygnębiła. Autorka opowiada w sposób bardzo realistyczny, nie upiększa swoich bohaterów, nie wymyśla cudownych Happy Endów ale nie pozbawia też zupełnie nadziei na zmianę losu. Jednak ta zmiana nie dokona się za pomocą magicznej różdżki czy szczęśliwego zbiegu okoliczności – trzeba o nią walczyć a i w takim wypadku wcale nie ma pewności, że wszystko się uda. Realizmu przedstawionym historiom dodaje sposób prowadzenia narracji. To ciąg retrospekcji, oderwanych obrazów z których wyłaniają się poplątane losy bohaterów ich tragiczne przeżycia i skromne marzenia.

Dlaczego  książka powinna dalej wędrować? Bo podejmuje bardzo poważny i ważny społecznie temat który może nas samych nie dotyczy osobiście ale pewnie w naszym otoczeniu znajdzie się przynajmniej jedna rodzina borykająca się z problemem alkoholowym i nie wolno nam być wobec nich obojętnym. Czasami wystarczy bardzo niewiele aby coś zmienić i dać szansę na nowe, lepsze życie…

Książka przeczytana w akcji "Włóczykijka"  dzięki wydawnictwu Telbit

A teraz będzie relacja z pobytu włóczącej się książki w moim domu:)

Otwieramy kopertę...

Książeczka i załączniki przesłane przez Tajemnicę:)

Przygotowania do lektury - papierowe ręczniki na wypadek "pocących się" oczu...

Dwie godziny i rolkę ręczników później...

niedziela, 20 marca 2011

10 minut od centrum

Z pisarstwem Izabeli Sowy spotkałam się już jakiś czas temu, była to Seria owocowa („Smak świeżych malin”, „Herbatniki z jagodami” i „Cierpkość wiśni”) oraz „Zielone jabłuszko” -  książeczki lekkie, łatwe i przyjemne, które miło mi się czytało ale jakoś specjalnie w pamięć nie zapadły. Kilka miesięcy temu, troszkę z przyczyn około zawodowych, przeczytałam „Agrafkę” książkę o gimnazjalistach dla gimnazjalistów i muszę powiedzieć, że dała mi trochę do myślenia i każdemu nastolatkowi ale i jego rodzicowi poleciłabym jej lekturę bo porusza kilka bardzo ważnych problemów z którymi borykają się dzisiaj młodzi ludzie. No ale nie o tym miało być.
W ramach powstałego w naszej Gminnej Bibliotece Klubu Książki przeczytałam powstały w 2006 roku zbiór opowiadań tej autorki pt. „10 minut od centrum”. Akcja opowiadań toczy się w ciągu jednego lipcowego tygodnia w Krakowie. Jednak nie w tych miejscach które większość z nas zna z wycieczek szkolnych, kolorowych folderów czy ilustracji w podręcznikach historii. Jak sugeruje tytuł są to miejsca oddalone o kilka lub kilkanaście minut jazdy tramwajem lub rowerem centrum miasta. Bohaterowie opowiadań to ludzie urodzeni i żyjący w „nieciekawych” dzielnicach – Nowej Hucie, Podgórzu, Kozłówce czy Dębnikach (bardzo  przepraszam wszystkich krakowian za takie zaszufladkowanie, tym bardziej, że sama przez kilka lat na krakowskich Dębnikach mieszkałam i bardzo miło ten okres wspominam).  Te tytułowe 10 minut to nie tylko odległość geograficzno-czasowa to również, a może nawet przede wszystkim odległość mentalna pomiędzy mieszkańcami obrzeży miasta, egzystującymi w anonimowych blokowiskach, nie mającymi większych szans na jakiś ogromny sukces zawodowy czy spektakularną zmianę w życiu a tymi którym udało się do tego centrum dotrzeć i wygodnie się tam zainstalować.
W czasie lektury po raz kolejny doszłam do wniosku, że nie ma co w życiu szukać sprawiedliwości i że w większości przypadków sukces nie staje się udziałem tych którzy na niego zasługują a także pomimo górnolotnych zapewnień naszego systemu społecznego nie istnieje coś takiego jak równość obywateli. Jeśli ktoś miał nieszczęście znaleźć się na początku swojego życia o te 10 minut od centrum bardzo rzadko zmniejsza te odległość. I nieważne czy z powodu braku talentu czy ambicji, ze strachu czy może z powodu braku wiary we własne siły i ogólnego marazmu i beznadziei.
Ale mam jeszcze jedną refleksję – może to życie z dala od centrum to nic złego? Bo kiedy porównuję bohaterów tej książki – tych z centrum i tych z obrzeży to moja sympatia jest zdecydowanie po stronie tych drugich. Bo może nie mają markowych ciuchów i kosmetyków ani nowocześnie urządzonych apartamentów, jeżdżą tramwajem czy starym maluchem a nie wypasioną terenówką, fascynują ich latynoskie seriale a nie wspólczesne kino irańskie ale kiedy spojrzą w lustro mogą zobaczyć ludzką twarz a nie wypielęgnowaną, zabotoksowaną a przede wszystkim fałszywą bo wykreowaną z pozorów maskę.