Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyzwania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyzwania. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 października 2015

Uwolnij Skrzata- chwalimy się skarpetami

Wreszcie! Wyczekany (przynajmniej przeze mnie) Skrzaci post. Trzy dni temu minął termin Skarpetkowej zabawy, ale dopiero teraz będzie najlepsza część. Ja już nie mogę się doczekać cóż tam pięknego zmajstrowaliście. Wzory, włóczki, kolory- co osoba to interpretacja. Liczę, że udało mi się zainspirować, namówić kogoś do zaczęcia swojej przygody z dzierganiem fuzekli. A może i znajdzie się ktoś kto dzieki mojej zabawie powrócił do tej super robótki? Ja nie mogę przestać wciskać w kolejkę kolejnych par.
Przypominając: zabawa polegała na zrobieniu min. jednej pary skarpetek. Należało wydziergać je między 3 sierpnia a 17 października, napisać o nich notkę, a następnie pochwalić się nią pod tym postem. Każdy taki post, który się w tym zestawieniu pojawi weźmie dodatkowo udział w losowaniu nagrody.

A przygotowałam dla Was: jeden z moich wzorów (zwycięzca będzie sobie mógł wybrać co podoba mu się najbardziej), do tego zestaw przydasiów- 5 markerów i 1 znacznik rzędów, robione również przeze mnie.
No i oczywiście włóczkę: dwa motki pięknie czerwonej, bardzo kobiecej czerwieni w wydaniu Jawoll od Lang Yarns- na żywo jeszcze piękniejszej, idealnej na np. kolejne skarpetki. Ja właśnie z tej włóczki tworzę kolejną parę. Oczywiście możecie przerobić ją na co tylko chcecie, metraż pozwala na wydzierganie czapki, łapek, a nawet mniejszej chusty czy komina. 
Już tuptam z niecierpliwości, aby zobaczyć wasze cuda. ^^ Czas linkowania ustawiam do 24 końca października, aby każdy miał dłuższą chwilę aby dopisać się ze swoim postem. 
A ja? będę cichutko czekać dłubiąc swoje kolejne skarpetki. Cudownie pastelowe, delikatne, na moich nowych (różowych) drucikach. I świętować jednocześnie setny post na blogu. ;)

sobota, 5 września 2015

Uwolnij skrzata cz. II - Skarpetkowe inspiracje

Jakiś czas temu rzuciłam Wam małe wyzwanie skarpetkowe. :) Chyba felernie wybrałam jednak czas, bo frekwencja jest bardzo niska (niezmiernie dziękuję tym osobom, które jednak dołączyły). Jako, że jesień dopiero się zaczyna, a ponure dni są już coraz bliżej, to nastrój i pogoda do dziergania ciepłych rzeczy powinna wzrastać. Postanowiłam więc przedłużyć zabawę, aby więcej osób miało teraz szansę na wzięcie w niej udziału.
Dla zachęty chcę podzielić się z Wami moimi inspiracjami z ravelry. Głównie są to projekty, które skradły moje serce już dawno, zanim zabrałam się za dzierganie swojej pierwszej pary. Niejeden z nich mam w swojej kolejce do dziergania- począwszy od warkoczowych, ażurowych, przechodząc przez paskowe, aż na żakardowych kończąc. Wszak osobiście uważam, że skarpetki nie mogą być zbyt szalone! A szczególnie te domowe, czy te do spania [jeśli marzniecie tak jak ja]. Tym bardziej w zimne, ponure wieczory, kiedy marzy się jedynie o gorącej herbacie/czekoladzie i schowaniu się pod pięcioma kocami.

Zaczynajmy!

1. Rumpelstiltskin - chyba mój numer jeden. Piękny wzór, w jednym z moich ukochanych kolorów. A do tego w cudownie bajecznej nazwie.

2. Pendragon Socks - coś w trochę innym stylu. Delikatne i misterne plecionki na gładkim tle ściegu pończoszniczego.  +10 do elfickości
3. Bláthnat - to coś co zapewne nosiłyby kruche elfy, jeśli przyszłoby im ukrywać się w naszym ludzkim świecie. 
4. Rainy Day Socks - kobiece, romantyczne i niezwykle proste. [wzór darmowy!]
5. Sybaritic - cudownie jesienne i liściaste!
6. Elske - po prostu urocze. ^^
7. Arrow Socks - bo czasem człowiek się gubi i potrzebuje drogowskazu.
7. LoveSocks - i paski i serduszka, ah. [wzór darmowy!]
8. Jumping Jacks - czyli moje ulubione wydanie pasków: czarno- białe. W dodatku z energetycznym żółtym! Bomba! a popatrzcie na te teksturki!
9. Catherine Bed Socks - domowe, ciepłe i bardzo urocze. Ah, ta kokardka! ^^
10. ... a na koniec nie żaden wzór, tylko moje własne pierwsze i najulubieńsze, na dowód tego, że oprócz gderania o skarpetkach, sama je tworzę. Z tego co miałam pod ręką. Do sesji zdjęciowej im jeszcze daleko, ale mogę się podzielić 'insta fotką', którą zrobiłam dosłownie prosto po zdjęciu z drutów - na plażowym wakacjowaniu prawie miesiąc temu. 
Tak się bałam [mikro druty] i dumałam czy kiedykolwiek je skończę. A jak zaczęłam to nie mogłam się oderwać. A przecież nie znoszę dziergać rękawów... hmmm... do tego druga para też już prawie za mną.

Pomysłów, wzorów i inspiracji jest mnóstwo. To czym się podzieliłam to zaledwie nikły procent tego co na samym 'ravie', a przecież jest do tego cały internet i własna wyobraźnia. Nic tylko dziergać!

Tym razem czas ustalam do 17 października [jeszcze dodatkowe 1,5 miesiąca]. W okolicach terminu pojawi się post, do którego będziecie mogli doczepiać swoje posty z ukończonymi stópkogrzejkami. Myślę, że tak będzie wygodniej, bo ten 'program' do linkowania narzuca pewne ograniczenia. A potem zabawa w losowanie nagrody- jeden z moich wzorów, jakieś niespodziankowe przydasie i... włóczka.

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Uwolnij Skrzata!

Wiecie co? Mam prawie za sobą swoje pierwsze skarpetki! Radość ogromna i nieopisana. Zabierałam się do nich jak pies do jeża. Aż pewnego dnia, a w zasadzie to bardzo późną nocą, coś mnie tknęło, zaczarowało i już. Największa ekscytacja była na samym początku, bo wszystkie techniki nowe. Począwszy od dziergania pierwszych stópko-grzejków, przez zupełnie nowe nabieranie oczek, aż do momentu jak miałam już co przymierzyć... i okazało się, że pasuje idealnie i pięknie prezentuje się na palcuszkach. Drugi dzień przesiedziałam prawie cały przy jednej skarpecie, bo oderwać się nie mogłam. I tak sobie dziergam z doskoku z tego co od dawna zalega gdzieś w pobliżu.
Takie coś to cudowna robótka. Można 'pozbyć' się tych malutkich kłębuszków, które zostają po sweterkach, chustach czy tym podobnych. Mieszanie kolorów to wspaniała zabawa, a jeśli robimy np. skarpetki do spania, albo do wysokich butów, to mogą być tak szalone jak tylko da się wyobrazić. :) Coś wspaniałego.
Do tego to tyci robótka, która mieści się prawie, że w kieszeni i można zabrać ją wszędzie. Ja się wkręciłam i to dosyć mocno. Chwalę się więc tym co do tej pory udało mi się wydłubać na 2 mm drutach.

A Was zapraszam do... ratowania skrzatów! 
Tak dla mniej wtajemniczonych- akurat ponownie jestem 'w temacie', bo co tydzień przenoszę się do Hogwartu (na pewnym kanale lecą od miesiąca wszystkie części H.Pottera- a do tego podczytuję sobie od nowa całą sagę). Jak wiadomo Zgredek stał się wolny właśnie przez skarpetkę [w skrócie], a do tego sam też je dziergał. Stąd te skrzacie pomysły. Co prawda najpierw musielibyśmy mieć takich małych pracowników mieć, aby ich uwolnić... no ale podziergać zawsze można. Czy dla nich, czy dla siebie- zawsze się przyda! My też możemy być skrzatami, no nie? Przez drutowanie uwalniamy więc ich/siebie od zimna/ nudy/ stresu/ (co kto woli i co wpisze) a nasze małe lub większe kłębuszki od porzucenia i zapomnienia.

Tym dziwnym postem zaczynam więc małą zabawę 
pt. "Uwolnij Skrzata! Skarpetkowy KAL."
art by: Eminina (from deviantart)

Wszystkich chętnych mniej lub bardziej, gorąco zapraszam! ^^
Pod tą notką jest miejsce na wasze linki do skarpetkowych postów. Wrzucajcie tam swoje stópko-grzejki, najchętniej te zaczęte od lipca. Póki co nie narzucam ilości, bo sama nie wiem ile mi się uda ich wydziergać. Byłoby super gdybyście skrzaci bannerek z linkiem umieścili też na swoich blogach, jeśli bierzecie udział w zabawie- wszak im nas więcej tym lepiej. Dodawanie postów pod tą konkretną notką będzie działać do 3 września (InLinkz ogranicza)- po tym czasie może przedłużymy termin jeśli będzie potrzeba. EDIT: mamy czas do 17 października. Potem pojawi się notka, w której będdziemy chwalić się swoimi udziergami. :)
A potem, kto wie? Może jakiś chochlik wylosuje szczęśliwą skarpetkową parę, która dostanie wzór i inne przydasie?

To co, dziergacie z nami, skrzatami? ^^

An InLinkz Link-up

piątek, 10 kwietnia 2015

Holst i Chłopaki od Anansiego

Od wczoraj na niebie prawie ani jednej chmurki. Z samego rana słychać zza okna ptasie radio. (A zaraz potem koszmarne odgłosy wielkich, mechanicznych potworów - budowa tuż za płotem, z każdej strony. Grrr!)  Wiosna to moja ulubiona pora roku i mimo śniegu i gradu w miniony weekend ja dziergałam sobie swoją. Faza 'dziewczyńskiego' koloru czyli różu ominęła mnie skutecznie jako mini człowieka. Trwała sobie długo, aż do tego roku. Jak zobaczyłam kolor Opera włóczki od J.Asselin to przepadłam. Planowałam chustę z jednego motka, a teraz po głowie chodzą mi swetry... Potem zaczęłam się rumienić do pastelowego różu Shy od DiC (Ah ta Aurora od Pikotka). W międzyczasie kupiło mnie metalowe pudełko cukierków w kolorze 'neon pink/magenta', w którym obecnie trzymam markery itp. A potem nabyłam kalendarz w naprawdę babskim odcieniu. 
Do loopa pojechałam po siwy i grafitowy, a jako, że te kolory wychodzą jako pierwsze to na mnie już nie poczekały. Za to zamiast tego ja też wyszłam... z różowym. Kolor oczywiście nieco inny niż w rzeczywistości, ah te moje 'umiejętności' fotograficzne, haha. (gdyby kogoś ciekawiło- to kolor Redcurrant)
I tak sobie pomału knituję od świątecznego weekendu w takim właśnie bardzo dziewczyńskim kolorze. Z tęsknoty do chust próbuję coś wydumać, czego jeszcze nie miałam, a z niechęci do lewych oczek działam tylko na ściegu francuskim. Ale jakie to mięciuchne, jak poduszeczka! ;)

Akurat w tym roku coś mi nie po drodze z czytaniem. Dwie książki doczytałam do połowy, trzeciej nawet nie otworzyłam przez dwa miesiące. Widocznie musiałam trafić na coś naprawdę ciekawego. Pan Gaiman spisał się wyśmienicie i dzięki niemu mogę dopisać sobie na listę przeczytanych "Chłopaków Anansiego". Jakoś nie przepadam za fantasy we współczesnych realiach, ale twórca "Koraliny" to już co innego. Teraz inaczej patrzę na pająki [Ah, Spider...] i guziki. Polecam i już.

czwartek, 5 lutego 2015

Suszki i dylematy

W małym i szybkim poście daję Wam znak dziewiarskiego życia. Na chwilę obecną jestem ponownie w momencie pt. 'brak czegokolwiek na drutach'. Ale za to mam dwie suszki- czyli robótki w trakcie schnięcia. :)


Ukończony sweter z Riosa, który wyglądał kilka dni temu o tak.
I czapka czekająca na pompony.
Teraz sobie dumam co i z czego robić. Chyba najbliżej mi teraz do grubego ogoniastego z jakimś dodatkiem. A zajmuje mi to znacznie więcej czasu niż myślałam, do tego stopnia, że jak byłam już prawie gotowa nabyć włóczki [szare peruvianki], to nagle sklepowa półka opustoszała. Akurat w tych dwóch kolorach jakie rozważałam.  Czuję się bardziej niezdecydowana niż stereotypowa kobieta. To za cienkie [holst], to nie w tym kolorze, to za mocno gryzie i ma włoski [lima] a tamto za drogie [malabrigo]. Weź człowieku się tutaj zdecyduj...

Może z racji braku robótki skuszę się na czytanie? Wszak "Pani Bovary" leży u mnie już chyba drugi tydzień i nijak nie chce się sama skończyć. A zaraz po niej gościć będę słowiańskie heroic fantasy.

środa, 7 stycznia 2015

Słuchanie i dzierganie

Ah, gdyby posty pisały się same. W zasadzie mogłyby się same zaczynać, potem mogę już pisać. Dokładnie tak jak z bransoletkami z koralików. Nie znoszę tej bezkształtnej, poplątanej maliny. Ale się nie dam (chyba) i zasiąde do tego 5 raz. Wczoraj z braku laku, a dokładniej pustki na drutach chwyciłam za toho i szydełko. Oczywiście żeby nie było za łatwo to działałam na czarnej nitce, siedząc na łóżku (czyli brak dobrego światła) i jednocześnie bawiąc się z psem. No i tak sobie robiłam dobre kilka godzin, zaczynając od nowa dokładnie 4 razy. Cóż, no muszę i już. W końcu mam koraliki nawleczone na conajmniej dwie bransoletki, ale motywacji brak. Powiedziałam sobie, że wypadałoby wreszcie dorobić zapięcia w starych, a skoro nie muszę bawić się w nawlekanie, to aż głupio, że sznurki leżą zapomniane. Jakaś odskocznia od drutów też się przydaje.
Chociaż muszę przyznać, że póki co raczej przymusowa przerwa w dzierganiu- brak pomysłu. No ok, dobrego pomysłu. Mam taki jeden albo i dwa, ale w zasadzie im dłużej go obmyślam, tym mniej mi się podoba. Skutkiem tego jestem rozdarta między dzierganiem z cudownego riosa, co mogłoby się skończyć tworzeniem byle czego, a cierpliwym czekaniem, szukaniem inspiracji, planowaniem itd.
Z frontu dziewiarskiego informuję, że obecnie posiadam już drugą z trzech części kompletu zimowego i to tą, która zajmuje najwięcej czasu i włóczki. Ale przyznam się, że podoba mi się niezmiernie i to chyba wyszła o dziwo lepiej niż sobie wyobrażałam (no może poza kilkoma chochlikami). Czeka mnie teraz wielkie blokowanie- czyli jak znaleźć miejsce na całkiem spory udzierg wymagający 'chamskiego' rozciągnięcia no i czy wystarczy mi szpilek.
Tymczasem gdyby nadal nie pojawił się super pomysł na sweter mogę dokończyć zimowy komplet. A co tam. :) Tylko nie wiem jak przeboleję czapkę nie skarpetkę- został mi tylko 1 motek peruvianka...
foto przed blokowaniem (wybaczcie psiakową sierść :p - u mnie wszystko jest psem albo/i kotem)
Nawiązując do pewnej tradycji, pojawiającej się u mnie niestety za rzadko, ale za to u Maknety równo co tydzień- czas na książki. Skoro było już o drutach teraz słówko o czytadłach, a dokładniej mówiąc o słuchaniu. Bo tym razem skusiłam się na krótkiego audiobooka tak na próbę - w głośnikach "Zabójstwo Rogera Ackroyda" A. Christie. Nie idę zupełnie w ciemno, bo autorkę znam i uwielbiam, więc czemu ktoś nie ma mi poczytać? A ja sobie będę dziergać, albo koralikować.

środa, 17 grudnia 2014

Średniowieczny rycerz

Środa, środa, każdej chwili szkoda, lalala. :) 
Ale niestety w tych chwilach uskuteczniam głównie dzierganie, szperanie, siedzenie na ravie itd. Książka- "Opactwo Northanger" leży zostawiona sama sobie i może w końcu kiedyś się przeczyta. Może Makneta się nie obrazi, że ze mnie ostatnio taki czytelniczy leń.

Mam powód do radości, bo udało naprawić się tamtą wredną żyłkę. Jak się okazało wystarczyła szpilka, scyzoryk i kropelka. No i trochę manualnych zdolności oczywiście. Nie wiem ile jeszcze życia jej zostało, ale dziś nadal pracowała całkiem przyzwoicie. I dzięki temu mogłam skończyć pierwszą rękawiczkę. Szczerze mówiąc kiedy zaczynałam, nie byłam do końca przekonana. Podczas pracy zapał słabł z każdym rządkiem, więc dla wzmocnienia morali przymierzałam co chwilkę. Dopiero jak dobrnęłam do końca, gdzie chyba z 4 razy próbowałam ładnie odejmować oczka i dorobiłam kciuk, mogę powiedzieć, że jestem z siebie prawie dumna. Duża zasługa oczywiście we włóczce, która pięknie podkreśla wszelkie teksturowe i warkoczowe sploty, a do tego ten boski, królewski kolor. Ah!
Czeka mnie jeszcze druga do pary, dłuugi szalik do omotania na conajmniej 2/3 razy i czapka, obowiązkowo z pomponem tym razem. Oby starczyło mi motywacji, bo pewnie lada dzień ta jesienna i całkiem angielska pogoda (+8 stopni na termometrze, szaro, buro, mokro i mgliście) ustąpi miejsca prawdziwej, mroźnej zimie. Brr...

Tymczasem mogę pokazać to co skończyłam na niedzielnym spotkaniu- kominiarkę. Czyli pozycja nr 2 z 'życzeniowej listy' udziegów. W tym 2 na 3 z przeznaczeniem na zimowe bieganie. Robótka łatwa, szybka i całkiem przyjemna- jeśli wziąć pod uwagę, że nie trzeba się przy niej koncentrować, więc można gadać, a tym samym jednym okiem rzucać na ściany z boskimi, kolorowymi motkami, a drugim na robótki wszystkich zebranych dookoła. Zdjęć na ludziu brak- bo szczerze mówiąc to zupełnie nie twarzowy strój. Wygląda się w tym niczym w burce, albo co ciekawsze i śmieszniejsze (dla patrzącego) jak średniowieczny rycerz. Nie wiem, może to przez ten kolor? Dlatego dla dowodu i dokumentacji kolejnej rzeczy, która zeszła z moich drutów pokazuję oblicze tego czegoś.

wzór: na podstawie Balaclava
włóczka: Filcolana Peruvian Highland Wool; k.954
druty: 4,5 mm

Zużyłam równe dwa motki Peruvianka i podebrałam trochę podwójnie złożonej Arwetty z zapasów z odzysku po felernym swetrze. Kominiarka może nie była bardzo ambitnym ani wyjściowym projektem, ale cieszę się, że udało mi się zrobić coś czego jeszcze nie miałam okazji spróbować.

środa, 3 grudnia 2014

Chorowanie na ekranie

Wredne, grypowe chorowanie zabrało mi wszelkie siły. Z dnia na dzień pojawiały się nowe dolegliwości, a jeśli coś szczęśliwie odchodziło to miało swoje godne zastępstwo. I tak od dwóch tygodni... Pierwszy był całkowicie wyrwany z życia. Brak energii i sił na cokolwiek. Na szczęście zaczyna już przechodzić, więc od poniedziałku mogłam włączyć już druty i czytanie. W międzyczasie zachorował i mój laptop, który wymagał niemalże natychmiastowego formatowania. Pewno ze starości, ale mam nadzieję, że po tym porządnym odkurzaniu posłuży mi jeszcze trochę.

Dziewiarsko jestem prawie na finiszu czerwonego swetra, no brakuje mu już tylko rękawa i guzików. ^^ I będę miała kolejny w swojej kolekcji. Przynajmniej na liście stworzonych przeze mnie, bo właściciel będzie płci piękniejszej- czyli męskiej.

A książkowo wreszcie [!] skończyłam "Rany kamieni" Simona Becketta. Zachwycać się nie będę, bo z trudem dobrnęłam do końca. Nie wiem czy to przez moje rozwlekłe czytanie (naście stron na raz od czasu do czasu) czy ta pozycja taka jest sama w sobie, ale się wynudziłam. Przyznaję, że część zwyczajnie przekartkowałam. Na początku zaczynało się całkiem fajnie, nawet ciekawie, ale im dalej tym nudniej. Aż do zakończenia, które mnie nie zaskoczyło, a w dużej mierze było przewidywalne. 
Wczoraj zaczęłam coś zupełnie innego- czyli "Opactwo Northanger" Jane Austen. Trzeba w końcu zabrać się za klasykę. :)
Do tego udało mi się dziś skończyć rękawiczki zwyklaki. Najprostsze, te 'jednopalczaste'- 'takie do biegania, żeby nie było zimno'. Miałam nakaz, żeby wydziergać je z tego co mam, z jakichś starych motków i nawet jeśli byłyby różowe. Bo przecież w nocy jest ciemno i nikt nie widzi w czym kto biega. Aż tak to nie ze mną, a i różu u mnie całkowity brak. Są więc siwe i o dziwo nie akrylowe, mimo, że ta sztuczna potwora stanowi ponad 90% moich starych motków, schowanych gdzieś na sam koniec szafki. Zima już zadomowiła się na dobre, a mróz siedzi tu codziennie, łapki były potrzebne na wczoraj. Odpuściłam więc sobie wszelkie wzorki, tekstury itd. Zaraz obcinam nitki i siup do prania. :)

Tymczasem ciągle dumam nad wzorem kompletu zimowego, bo wszystko mam od czapy, a porządnych rękawiczek i komina prawie totalny brak. Mam teraz trudną decyzję czy piękne karminowe motki przerobić na zimowe akcesoria czy jednak tak jak pierwotnie- na kolejny sweter.
Hmm...

czwartek, 13 listopada 2014

Dzierga się i czyta

Naginając czasoprzestrzeń [kolejny raz] udajmy, że dziś nadal jest środa. Dzięki temu jest teraz chwila na pokazanie kolejnego odcinka akcji z Maknetą.
O dziwo u mnie cichutko i krótko, bo jak siądę do książki to na chwilkę. Zwykle wolne przeznaczam na druty, za każdym razem. :) I tak zamiast czytać "Jane Eyre" to dziergam. Po skończeniu Bamboszków Sowiej Wróżki pogrążyłam się ponownie w pracy nad czerwonym swetrem. Przybywa sobie powoli, ale póki co nigdzie mi się nie spieszy. Do świąt zdążę. Inaczej sprawa ma się z tajemniczym udziergiem, który tyle czekał na zapięcie- i czeka nadal. Ilekroć nie siadłam do ręcznego wszywania suwaka musiałam zaczynać od nowa. A to krzywo po jednej stronie, a to po drugiej, nagle kawałek dobrze, a potem hop i zbyt blisko ząbków. Póki co dałam sobie spokój, bo moja frustracja rosła z każdym kolejnym podejściem. Zamiast tego zrobiłam swój pierwszy ocieplacz na kubek, który dziś poleciał hen hen daleko i pochwalę się nim jak obdarowana da znać, że doszło. Oczywiście według własnego pomysłu, całkowicie improwizowanego, nawet bez obliczeń, próbek itd. Przy okazji nauczyłam się i-cordowych sznurków, które już bardzo polubiłam. Stąd plany nabycia skrpetkowych drutków, bo ileż można przesuwać 3 oczka na żyłce.

Przy okazji wczorajszego spotkania z Caitlin w MagicLoopie nabyłam kolejne motki i dziś mam skończone specyficzne 'łapki'. Dziś w południe udało mi się ustrzelić im zdjęcie, gdzie widać ten dziwny nieokreślony kolor, taki nieoczywisty. W zależności od światła bardziej szary lub brązowy. Jak ja lubię takie szybciutkie robótki. ^^


A przechodząc do książkowej części posta informuję iż w najbliższej przyszłości zabieram się za "Rany Kamieni" Simona Becketta. Mały odpoczynek od 'spokojnej' obyczajówki. Bo cóż to za emocje kiedy nikt nie ginie? hihihi...

edit: Czytanie "Jane Eyre" skończone, co śpieszę donieść. Dla fanów klasyki i dawnych powieści polecam. Ja lubię ją za ten lekko mroczny, szary i zamglony, wiktoriański klimat. (przymykam jednak oko na wielką miłość do człowieka lekko ponad 20 lat starszego, którego zna się kilka tygodni...)


Czytaliście którąś z tych książek?
Co o nich sądzicie?

środa, 5 listopada 2014

Książkowa środa

Zaczynając od początku [haha] donoszę iż nadal dziergam. Blogowa cisza spowodowana jakąś niechęcią do aparatu i brakiem światła, czyli nadchodzącą zimą. Skoro pogoda robi się iście 'północna' winnam mieć już sporo mocno grzewczych dodatków. A tu ni widu ni słychu poza tamtymi trzema czapkami- ostatnia do sfocenia. Skandal! Zważając na moje super skrajne odczuwanie zimna chyba czeka mnie dzierganie z 'super extra chunky bulky' włóczki i to pewnie w dwie nitki naraz XD chyba zacznę poszukiwania czegoś totalnie wielkiego i grubego, więc nie zdziwię się jeśli wyjdzie mi coś rodem iście z wybiegu high fashion. To w kwestii dodatków, bo sweter się w głowie robi, a nawet dwa, ale im dłużej siedzę z tą wizją to tym bardziej wydaje mi się banalna, nudna itd. W robocie aktualnie swetrzysko na szóstkach, które rośnie sobie naprawdę powoli, bo wbrew pozorom im grubsze druty, tym ciężej mi się z nimi pracuje. Dodatkowo zważając na inne pilne sprawy na już, jak np. wykańczanie zapięcia poprzedniego udziergu, albo tworzenie domowych bamboszków.


Książkowo stoję w miejscu. Tak sobie dawkowałam "Jane Eyre" ze strachu przed zbyt szybkim skończeniem, że nie ruszyłam jej przez kilka dni. Ze skrajności w skrajność. A w kolejce czekają już kolejne dwie pozycje i ściga mnie pomału biblioteczny termin. Aj!

Chyba powinnam mniej spać, a jeszcze więcej dziergać, szczególnie, że zaczęły śnić mi się niewidzialne duchy albo wielkie muchomory.


W jakimś tam przyszłym czasie planuję oswoić się z aparatem, a w zasadzie 'zaadoptować' jakiegoś nowego. Szczególnie, że gwiazdka tuż tuż. ;) Póki co działam na siostrzanym sprzęcie, ale nijak dogadać się z nim nie mogę. W związku z tym byłabym wdzięczna za rady odnośnie czego szukać itp. Zależy mi przede wszystkim aby móc fajnie złapać ostrość- ręcznie (?), rozmazać tło, nie przekłamać [aż tak] kolorów i fajnie by było gdybym nie musiała robić wszystkiego jedynie na dworze lub prosto na parapecie. Próbowałam cudować z tym co mam, ale ni w rzyć ni w oko. Sukcesem jest ostre zdjęcie 1 na 10...
ah no i wiadomo, im taniej tym lepiej :p żaden pro ze mnie nie jest a fotograf tym bardziej, więc aparat będzie mi służył pewno jedynie na blogowe potrzeby.

Pomożecie? ;)

środa, 29 października 2014

Zmiana klimatu

Wraz z ciepłą pogodą chyba odchodzi moja dobra passa dziewiarska. Z tego wszystkiego mam obecnie na drutach jedno wielkie nic. Próbowałam przełamać próbkami. Potem wzięłam się za sweter, który jednak potrzebuje innej włóczki. Siadłam nawet do tej wymagającej koncentracji chusty, ale i ta mnie pokonała, kiedy po 1,5 h roboty zniknęły mi 2 oczka, których nie mogłam się nigdzie dopatrzyć. Błędu nie udało mi się zlokalizować i naprawić, a sensu robienia dalej z nim nie było, więc sprułam do zera. Ponownie.
Dla odegnania tego koszmarku zrobiłam resztkową czapkę, częściowo w paski. Zwykła, gładka i już. Do pokazania pewnie w okolicach weekendu, bo zważając na przestawioną godzinę, ciemność rozpoczyna się zbyt szybko.

Rozpaczać i rozwodzić się nad tym wszystkim jakoś nie mam [tym razem XD] zamiaru, więc umilam go sobie książką. Próbowałam zajrzeć do [serialu] Downton Abbey, ale niestety chyba mi nie dane nic obejrzeć. A mówią, że w sieci jest wszystko...

Było to tak, że skończyłam poprzednią książkę i jawił się przede mną weekend bez powieści. Byłam do tego na głodzie, szczególnie iż sobie zaplanowałam czytanie czegoś innego niż kryminały i thrillery. Zmuszona więc tą straszną okolicznością, sięgnęłam naprawdę z ostatku i przymusu po takie dziwne coś- siostrzany tablet. Nie uśmiechało mi się czytać na komputerze, bo co to za wieczorne czytanie gdziekolwiek poza łóżkiem przy grzejniku. Do tego format musiałbyć jak najbliżej zbliżony do 'podręcznego'. Głód książkowy wygrał więc ze wstrętem do nowoczesnych, zbyt zbędnych urządzeń. Na całe szczęście "Jane Eyre" Ch. Bronte sprawiła, że nawet chwilami udawało mi się zapomnieć z czego czytam. 


Nie ukrywam jednak, że to nie dla mnie. Świeci po oczach jak reflektor, ciąży w dłoniach za mocno i nic a nic nie ma tej przyjemności z dotykania i wąchania [haha :p ] kartek. Nie ma tego cichego szelestu przewracanych coraz szybciej stron. Osobiście przjemność z tego żadna [prócz samych słów] i skutkiem moje czytanie na czymś takim jest co najmniej o połowę wolniejsze. Ale już cicho siedzę, bo dorwałam w bibliotece normalną, tradycyjną wersję. Ah! Do tego zaspojlerowałam sobie całkiem świadomie mini serialem od BBC- szczęściem powstrzymałam się zaraz przed ostatnim odcinkiem i nie dokończę oglądać póki nie doczytam. W nagrodę będę mogła obejrzeć sobie jeszcze film! Albo nawet dwa- bo są co najmniej dwie ekranizacje. :)

Wracacjąc do poprzedniej książki będzie krótko i treściwie, czyli czy polecam "Niewinnego" H.Cobena. I tak i nie. Powieść sama w sobie całkiem dobra, wciągająca, nie nudząca. Ale jeśli ktoś chce zacząć przygodę z tym autorem [i się nie zrazić lub się zarazić] albo ma do wyboru inne jego powieści to już radziłabym co innego, np. "Jedyną szansę". Do tej pory to moje jedyne dwa spotkania z tym panem, ale w tym starciu zdecydowanie 'żywsza' i zaskakująca była ta poprzednia historia.


A Wy wolicie elektroniczne nowości,
czy zostajecie przy tradycyjnych wydaniach?

środa, 22 października 2014

"Kleo i ja" i "Niewinny"

Podczas kilku ostatnich dni, jakoś od czasu skończenia lawendowej czapki,  a potem końcówki swetra, czyli od 17 października nie miałam nic na drutach! Dacie wiarę? Prawie jak odwyk dziewiarski. W planach 3 rzeczy do rozpoczęcia, ale żadna z nich nie jest robótką hop siup. Zaczynając od ażurowej chusty, której wzór jest mocno wymagający- więc pilnowanie każdego oczka to podstawa. Potem sweter mój, który dopiero w głowie powstaje, bo póki co przeplatają się na niego różne pomysły, ale konkretnie jasnej całości nadal jeszcze brak. Aż po kolejny sweter, w którym jestem zakochana od dawien dawna, ale jak udało mi się nabyć włóczkę, to próbka różni się o 4 oczka od tej zalecanej we wzorze. Byłam tego jak najbardziej świadoma, ale boski czerwony kolor, miękkość i cena przekonały mnie, aby ponownie zaufać Peruvianowi od Filcolany. Tym razem z przeznaczniem na coś znacznie większego kalibru niż czapki. Czekało mnie więc przeliczanie wzoru. Ile się nie nagłówkowałam, nie napytałam itd. itd. to ja wiem. Myślałam też o robótce 'bezmyślnej' czyli takiej przy której można coś oglądać albo grać w karcianki, ale jakoś nie umiem sobie teraz wciskać takich zapychaczy jeśli nie są wcześniej ustawione w kolejce 'koniecznie do dziergania'.
Dziś się przemogłam i zaczęłam ten obliczeniowy sweter. :) Przyjemność ogromna, bo jestem pod wrażeniem tego mięciuśkiego ściągacza.
Pewnie czekają mnie jeszcze dalsze przeróbki odnośnie tego wzoru, ale nie dam się! ^^

A dzięki akcji Maknety książkowo też trochę do przodu, a przynajmniej bez obsuwy. W zeszłym tygodniu skończyłam "Kleo i ja" i jestem niezmiernie z tego zadowolona... bo już dłużej nie mogłam. 


Wybaczcie, ale naprawdę ta książka mnie męczyła, mimo, że jestem ogromną kociarą. Głównej bohaterki- kotki Kleo- o której miała być ta historia, było według mnie rzeczywiście tyle 'co kot napłakał'. I tak więcej niż w jakiejkolwiek innej do tej pory przeze mnie czytanej, ale jak na powieść "O kotce, która uratowała rodzinę" było zdecydowanie za mało. Mam wrażenie, że jedynie pojawiała się gdzieś w tle. Wydawało mi się, że miejscami było sporo naciągania, a w dodatkową irytację wpędzały mnie skoki czasowe: tratata cośtam... "a pięć lat później..."... "dziesięc lat później". Czytam a tu nagle okazuje się, że ni stąd ni z owąd akcja nagle toczy się dobre kilka lat do przodu. W zasadzie czułam się znudzona i nic mnie tam nie zaskoczyło, ani nie wciągnęło. Gdyby nie to, że siedziałam dobre kilka godzin w poczekalni u lekarza to pewnie bym jej nie skończyła. Czuję się zawiedziona tą książką.


Ale liczę, że odbiję sobie z Cobenem. ^^ Tym razem będzie to "Niewinny", który jest póki co mocno wciągający i nawet przestały mi przeszkadzać te przeskoki - rozdział taki bohater, w innym kolejny- bo oba wątki są równie interesujące.

Trzymajcie się ciepło- u mnie już idą przymrozki. 
Aż zastanawiam się nad wydzierganiem komina...

środa, 15 października 2014

Zapowiedź finiszu i kot. :)

Podobno mamy już dawno jesień. Nie da się zaprzeczyć patrząc na morze złotych i rdzawych liści tworzących puchate dywany pod nogami. Temperatura o dziwo wyjątkowo wysoka jak na taki miesiąc. Ja się cieszę. Ale mimo to od miesiąca szykuję zimowe dziergadła. Jak stworzyłam pierwszy sweter, poszłam za ciosem i miałam ich w kolejce coraz więcej. Teraz prawie finiszuję już z trzecim z kolei, a dwa kolejne czekają póki co w postaci motków. Oprócz rozwijającego się u mnie chustomaniactwa, o którym wspominałam nie raz, teraz dołączą do manii swetry. Nie mogę zapomnieć też o... czapkach! Robótki przyjemne, bo błyskawiczne. Ot co. Ostatnio udało mi się popełnić jedną taką w 1 dzień. :) Zużycie materiału nie nadwyręża zbytnio portfela [przy włóczkach od Filcolany] a po skończeniu takiego tworu morale rosną jak grzybki po deszczu. Uwielbiam takie przerywniki. O ile sztrykowanie wielkiej rzeczy jest fascynujące, o tyle efekt nie jest tak szybki jakby się chciało. Kiedyś dziergałam tylko łapki, czapki, szaliki. Potem chusty, które uchodziły wtedy za już sporo większe i wymagające. Kiedy przyszedł czas na swetry zrozumiałam co to znaczy dziergać jedną rzecz tygodniami. Ciągle to samo... dzień za dniem. Dlatego dobrze czasem odpocząć od wielkoformatowców. :)

Na dziś końcówka trzeciego, dorosłego swetra w tle. Z najkochańszym Kocurrrem na pierwszym planie.


Tradycyjnie środowo Maknetowo mam pokazać tu książkę i aktualną robótkę, co następuje.
Czytanie u mnie się wlecze. Nadal więc zamieszkuje u mnie "Kleo i ja", która pojawiła się w poprzednim poście. Póki co jestem prawie w połowie, więc na mini recenzję przyjdzie jeszcze czas. Coś mi nie po drodze, a to film, a to druty, a to spotkanie czy wyjazd do dalszej rodzinki. Do tego po zębowych bólach trwających od półtora tygodnia czeka mnie chirurg szczękowy... a mówią, że ósemki to zęby mądrości. Czemu więc rosną tak idiotycznie?
Robótkowo jak widać, również to co ostanio, ale za to już mocno posunięte w pracy. :) Jeszcze dzień/ dwa, wykończeniówka i kąpiel! Ha! I znowu zdjęcia...
Na dniach powinno udać mi się obfocić czapkę. No może bardziej zaprezentować, bo zwykle jestem stroną pozującą. A tymczasem zmykam do dalszego pisania wzoru na nią. :)

A Wy? Robicie przerwy na małe robótki? 
Czy dzielnie sztrykujecie tylko coś zdecydowanie większych rozmiarów?

czwartek, 9 października 2014

Sweter, czapka i Hannibal

Ostatnio miałam awarię sprzętu o czym tu pisałam. Okazało się, że sweter, który wydziergałabym w 2 tygodnie [patrząc na przyrost robótki na dzień] musi poczekać. Szczęściem będzie to dopiero zimowy sweter, mimo, że w jesiennym klimacie. Aczkolwiek patrząc po moim odczuwaniu zimna nie zgrzałabym się w nim i teraz. Czas jego końca wydłuża się zamiast skracać. Z braku drutków robótka leżała prawie tydzień odłogiem. Za to nadrobiłam sobie ostatni sezon "X files". :)

Wspominałam też jak to bez dziergania nie mogę, więc zaczęłam czapkę. Po nastu próbach: za mała, za duża, wzór brzydko wychodzi itd. itd. w końcu wczoraj przysiadłam, skończyłam i zrobiłam jej kąpiel. Miało mi to zająć góra 2 dni... w rzeczywistości wyszło co najmniej 3 razy dłużej. Trudno.
Dzisiaj spędziłam dobrych prawie 7 godzin nad spisywaniem wzoru. A nadal nie koniec. Niby takie proste, ale ile się nagłowiłam i naklikałam przy 'charcie' to głowa mała. Do tego odejmowanie oczek... koszmar! Najpierw robię tak jak leci, ale jeśli wzór puszczam w świat to fajnie byłoby napisać tak, aby było ładnie i symetrycznie. Guzik! Oczopląsu dostaję od tych skrótów, zabazgranych numerkami kartek.
Czapka leży nadal mokra, już ponad dobę i czeka sobie na zdjęcia.


A ja wieczorem nadganiam książki. "Czerwony Smok" T. Harrisa zupełnie mnie nie zawiódł. Może poza irytującym Willem G. Jak to się złożyło, że historia niby o dr Hannibalu a o dziwo są o nim jedynie może ze 3 wzmianki i koniec. Za mało, za mało. Mimo to opowieść wciągnęła mnie porządnie i mogę z czystym sercem polecić. Więcej nie ma co pisać, bo moim zdaniem te książki mówią same za siebie. Całą serię z Lecterem uwielbiam i stawiam ją w swojej czołówce, [jeśli chodzi o serie] może nawet na podium. ^^
Nie wiem czemu ale fascynuje mnie czytanie o seryjnych mordercach... znacie jeszcze jakieś książki o takiej tematyce?

Po takich mroczniejszych powieściach poczytam sobie coś lżejszego. I o kocie!
"Kleo i ja" Helen Brown to pozycja, którą miałam od dawna zapisaną na swoim profilu [na www.lubimyczytać.pl] i bez namysłu spakowałam ją do torby kiedy tylko ujrzałąm ją niespodziewanie w nowościach bibliotecznych. Nie mogę przepuścić kociej historii. ;)

Mam nadzieję, że następnym razem pokażę już coś gotowego, bo ostatnio jedynie książki i robótki w trakcie. Za rzadko piszę, oj, oj.


Macie już zimowe robótki? 
Czy robicie jeszcze przejściówki na jesień?

środa, 1 października 2014

Buntowniczy drut i "Czerwony smok"

Aby środa była naprawdę środą [czyli tradycyjnie z akcją Maknety] zdaję dziś krótką relację co u mnie na tapecie.

Dopadł mnie problem techniczny, a raczej sprzętowy. I to nie pierwszy raz. Kiedyś złamał mi się drut. Tym razem jeden z pary wymiennych drewnianych rozpoczął strajk. On twierdzi, że nie chce pracować ze mną przy tym swetrze. Wziął się uparł i nie chce się dokręcić. Początkowo sprawdzałam czy to na pewno jego wina, przykręcając go do innej żyłki, ale o dziwo pasuje na jej jedną stronę. W obecnej [tej potrzebnej] nie chce się dogadać z żadną. Próbowałam jednak dziś zdziałać coś delikatnie, ale po pierwszej próbie kiedy nagle po przerobieniu ok 30 oczek połowa z nich zleciała uznałam, że chyba nie da rady. Nie ważne jakbym się starała będzie bez sensu. Sklejać nie ma co, bo to mija się z przeznaczeniem drutów wymiennych. 
Jak to u mnie bywa druty mam raczej pojedyncze, więc nijak nie mam czym w tej chwili dziergać. Muszę zamówić nowe i czekać... eh. A planowałam dziś podgonić swetrzycho noo...

Nie lubię nie dziergać wcale więc zabrałam się późnym popołudniem za nową czapkę... Dziś jest zły dzień. Jest i już. Po trzech próbach okazało się, że i tak nie jest do końca dobrze, a przeliczenia mnie dobiły. Zmarnowane kilka godzin. Weny brak totalnie do tworzenia. Jutro musi być lepiej! :D


Książkowo udało mi się skończyć "Niemego świadka" A. Christie. Wreszcie! Nie żeby mnie nudziło, ale o dziwo zupełnie nie miałam ochoty na czytanie. Zwykle pochłaniało mnie mocniej grzebanie w odmętach dziewiarskiej części internetu albo dzierganie łączone z oglądaniem. Doczytałam jednak do końca i mogę wyrazić swoją opinię. Czytało się miło i przyjemnie, ale niestety urywkowo. Jeśli udało mi się siąść do niej to raczej na krótką chwilę. Może to sprawiło, iż nie mogłam się jakoś szczególnie wkręcić ? Ogólnie nie jest źle, wiadomo, klasyka. Ale zabrakło mi jakiegoś 'wow'. Szczerze jeśli miałabym polecać to wybrałabym zdecydowanie inne powieści tej autorki. Ta nie zaskoczyła mnie szczególnie zakończeniem...


Nagrodą i pocieszeniem będzie teraz dla mnie [mam nadzieję...] tak bardzo wyczekany "Czerwony Smok" T. Harrisa. Czyli proszę państwa dr Hannibal Lecter we własnej, intrygującej osobie! Ah, ah, ah. Kiedy czytałam "Milczenie Owiec" nie wiedziałam iż było przed nimi coś jeszcze. Wyszperałam, że wszystko zaczyna się od tego smoka no i... czekałam. O dziwo w bibliotece było, ale nie było. Haha- w katalogach widniało jako dostępne, na półce brakowało. Straciłam nadzieję, aż któregoś dnia przypadkowo postanowiłam sprawdzić z ciekawości. No i czekało na mnie. :)

A u Was zdarzają się jakieś usterki sprzętowe?
Macie sposoby jak je naprawić?

środa, 17 września 2014

Jupiter czaruje

Podniosłam sobie dziewiarskie morale. Od dawna miałam w głowie pomysł na czapkę, ale zakonfiskowane włóczki i szlaban na rozpoczynanie nowej robótki działa jak trzeba. Zawzięłam się w sobie i dodziergałam beżowy sweter. Tutaj się przyznam, że brakuje mu jedynie plisy na guziki i schowania nitek... oj tam. W piątek skoczyłam do magicloop po towarzysza dla samotnego motka z poprzedniego posta, aby stworzyć z nich tą tajemniczą czapkę. Nie obyło się bez oglądania tej włóczkowej tęczy i podziwiania coraz to piękniejszych precelków. Planowałam wybrać sobie przy pomocy towarzystwa kolorki na kolejny sweter- "ten? czy tamten? aaa patrz, tutaj jest jeszcze o taki, ale śliczny... w którym ładniej? napewno?". Zakupy odłożyłam w czasie, bo jak zwykle muszę się namyśleć a i w kolejce miałam wtedy całe trzy, jeszcze nawet nie rozpoczęte róbótki. Miałam pójść tylko po jeden motek...
...ale przepadłam. Po raz pierwszy w życiu poczułam się tak zauroczona, że nie mogłam wyjść bez niego. Stając przed ścianką z Malabrigo Arroyo moją uwagę przykuł ostatni, samotny motek Jupiter, który aż do mnie krzyczał: "patrz! jestem piękny, najpiękniejszy, musisz mnie mieć!". Rzucił czar i już. ;) Projekt na niego miałam zanim go zobaczyłam, haha. Teraz kolej na mini odpoczynek od swetrów, więc wracam do chust. A jak to z nimi bywa jeden motek to mało (w przypadku grubszej włóczki), więc tutaj z pomocą przyszła mi TupTup, która wyciągnęła z czeluści przepastnego pudła niczym królika z kapelusza ostatni motek [jakimś cudem zachomikowany nie wiadomo czemu]. Radość ogromna i już. :) Tak oto zamiast z jednym brakującym wyszłam z trzema, ale za to jakimi!

Podczas sobotniego, jednodniowego wypadu do Torunia zaczęłam dziergać sobie czapkę. Bez prucia się nie obeszło, mimo, że było próbkowanie, liczenie, przymierzanie itd. itd. Zmotywowana do jak najszybszego ukończenia [no przecież chcę już zaczać moje arroyo... :p] podganiałam nawet w herbaciarni, na rynku, przed Planetarium a po powrocie przy oglądaniu z napisami. Nie był to prawda ekspres taki jaki by mógł być, czyt. czapka w 1 góra 2 dni, ale zważając na nastrój, inne obowiązki i ogólnie wszystko i nic, uważam, że i tak jest dobrze. Wczoraj był dzień rozpisywania, więc usiadłam, spięłam się i popijając Mogo Mogo [zieloną herbatkę z Torunia] uwinęłam się w kilka wieczornych godzin. Czapeczka poszła do testowania i za lekko ponad tydzień powinna być dostępna. ;)
Zdjęcia czekają na powstanie, bo cyknęłam sobie jedynie super-szybkie 'selfie', całkowicie niewyjściowe. Teraz moje dwie najnowsze robótki czekają na sesję, już zblokowane i wyschnięte [no dobra, jednej odrobinkę brakuje, ale się zrobi]. :)


Wracając na chwilkę do takich Toruńsko-włóczkowych smaczków- całkiem dziwne uczucie jak motki same pchają się do ręki w określonych kombinacjach a później przychodzi inspiracja. Jakby mówiły "weź nas, jesteśmy piękną parą. Jutro się sama przekonasz!". Tak to właśnie było kiedy zachwyciłam się nowymi zakupami i jeszcze pamiętam jak z artystycznym upojeniem w oczach mówiłam w sklepie "oooo jakie piękne połączenie kolorów!". A następnego dnia podczas spaceru po seansie w Planetarium (hahaha, a motek Jupiter :p) zobaczyłam 'inspirację'...


Zdjęcie dolne oczywiście przekłamuje kolory motków, które o dziwo są dosłownie takie same jak okiennice powyżej. ;) Chyba powinnam tam kiedyś wrócić ubrana w te kolorystycznie magiczne dziergadła...

Z tych kilku powodów czytanie trochę kuleje, bo chyba tylko ze dwa razy tknęłam książkę, oczywiście prosto przed snem. Zmorzyło mnie szybciej niż myślałam, więc nawet nie mam co opisywać. Dalej przy łóżku leży "Niemy Świadek" A. Christie.


Mieliście kiedyś taki spontaniczny zakup włóczki,
która jakby do Was krzyczała? Co to był za szczęśliwy motek?

środa, 10 września 2014

O czapce, grzybach i książkach.

Mam wrażenie, że dni uciekają mi przez palce. Czas leci jak szalony i jak zawsze tylko do przodu zamiast wstecz. Jestem już uzbrojona w jesienne 'trzewiczki', luzacki sweter zdobyty w mniej sieciowych sklepach, akurat na okres kiedy ten mój nie chce jeszcze zejść z drutów. Samotny motek peruwiańskiej wełny doczekał się w mojej głowie pomysłu na jego przeznaczenie. Plan i wzór już mam w myślach. Na dniach sprawię mu towarzystwo i zobaczymy, może uda się zrobić coś przynajmniej w miarę ładnego. Aby nie być aż taką tajemniczą [ah, tak bardzo...] wyjawię iż zamierzam przekształcić je w czapkę. O dziwo mam tylko jedną, w dodatku mimo składu niewiele mnie grzejącą. Starą i klimatycznie bardziej zimową niż jesienną... Druga należy bardziej do siostry, mimo iż uważam, że jest naprawdę śliczna w ogóle i w szczególe, tylko, że ja takich nie noszę. Zwykle [w 99% przypadków] chodzę w związanych włosach, dla wygody w tak zwanej przeze mnie pieszczotliwie 'cebuli', co jest niczym innym jak kokiem/ ślimakiem. I nijak nie dałabym rady upchnąć swojego włosiwa pod zwykłą, nie smerfetkową czapką...
Wyjścia nie mam, prawda? Muszę wydziergać kolejną. :)

Jesienny klimat zaczął ostatnio sprzyjać mocniej czytaniu niż robieniu na drutach. Chyba dlatego, że obecna robótka idzie jak krew z nosa, bo ileż można siedzieć przy jednym. Z kolei mój osobisty szlaban na rozpoczynanie nowych jak najmocniej uskuteczniam. W weekend wyskoczyłam nawet na pierwsze w tym roku grzybkobranie. Co ciekawe nie robiłam tego od naaastu lat, a tak naprawdę to w całym życiu miałam przyjemność może ze dwa razy. :p Z nagłego spontanicznego napadu tego właśnie pomysłu miejsce i godzina sprawiła, że był to raczej leśny spacer wokół drzewek, po mszystym dywanie wyrytym przez stadko dzików. Wróciłam do domu bogatsza o jadalne mini grzyby w liczbie sztuk dokładnie jedenastu. W lesie pięknie jak zawsze. :) Jedyne czego brakowało [prócz ciszy- bo nie ma to jak wypas wrzeszczących dzieci w środku lasu...] to muchomorki, które chciałam uwiecznić na zdjęciach i zobaczyć na żywo w jak największej ilości. Udało mi się upolować aż jednego! :p Ale liczę, że nie był to jedyny taki wypad, więc nadzieja zostaje. Polowanie na Amanity jeszcze nie skończone!


Wracając do czytania [toż to dzisiaj tradycyjnie książkowa środa]- mogę wpisać kolejną pozycję na listę przeczytanych. I ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu również udanych. :) "Jedyna szansa" jaką dałam H. Cobenowi została wykorzystana. Pierwszą połowę przeczytałam na spokojnie, bez większych nadziei, męczących chwil i nerwów sugerujących odłożenie tego na półkę. No może poza mnożącymi się fragmentami o wszystkim i o niczym. Kiedy przebrnęłam przez te ponad 200 stron akcja zaczęła się rozwijać i zawracać w tę i nazad. Zaczęłam się wciągać do tego stopnia, że ciężko było mi pójść spać i co kilka stron mówiłam sobie 'oj, jeszcze tylko do następnej przerwy... oj, do następnego rozdziału'. W ten sposób zaczytałam się pewnej nocy do godziny 1, a następnego dnia całkiem szybko po przebudzeniu chwyciłam by jak najszybciej skończyć. Tym razem przyznaję rację- cytatowi z okładki: "Zakończenie jakiego się nie spodziewacie". Co tu dużo pisać... polecam i już. Trochę wymęczyłam się na początku, ale teraz uważam, że było warto. :)

A kolejna książka będzie... znowu kryminałem A. Christie. Ciekawe jak pomoże w śledztwie "Niemy świadek".


ps. będę na 1 dzień w Toruniu- znacie ciekawe miejsca do polecenia? Herbaciarnie, ładne zakątki, sklepy z włóczką?

A Wy chodzicie na grzyby? 
Jakie są wasze ulubione, typowo jesienne rozrywki?

niedziela, 7 września 2014

Jedyna szansa


Przygoda dziewiarska nadal toczy się u mnie w towarzystwie swetra. Tak... nadal tego beżowego. :p
Przyznaję się bez bicia, że trochę mi obrzydło i zrobiłam sobie od niego małą przerwę, no taką 2-3 dniową. Nie tykałam go nic a nic. Oczywiście dlatego, że przede mną rękawy... mam chyba do nich uraz, bo jeden miałam już prawie gotowy, ale rozum podpowiadał mi unicestwienie tej szerokiej rury. Tak też się stało i obecnie zbieram siły do walki z ostatnią [no może przed ostatnią] częścią swetra.
Motywacja do kończenia jest całkiem duża, bo będę mogła wreszcie zacząć coś nowego. Póki co paczka z kłębkami została mi zakonfiskowana [spokojnie- za moim przyzwoleniem ;)] i nie odzyskam jej jeśli nie skończę obecnej robótki. Ostatnio takie coś podziało, więc tym razem też dałam się w to wplątać. Moja 'silna' wola nie dawała rady i prędzej czy później sięgałam po czekające włóczki, aby chociaż zrobić próbkę, coś przeliczyć z dziesięc razy, później kawałek następnej próbki, którą prułam po kilku rzędach i tak w kółko...
W głowie kołaczą mi się myśli o kolorach nowej, przyszłej robótki i nijak nie mogę się zdecydować ostatecznie. Tak nie, bo się zlewa, tak nie, bo nie pasuje, inaczej też nie, bo zbyt pstrokato... Pomijając wybieranie motków, które zajęło mi 2 dni. Eh.


W kwestii czytelniczej też wypadało by coś napisać, no chociaż raz na tydzień. Akcja Maknety kiedyś bardzo mnie mobilizowała do czytania i informowania Was o tym równo co środę, ale obecnie nie wiem co się dzieje i często czuję totalną niemoc do pisania... i książek czasami niestety też.
Akurat kilka dni temu skończyłam kolejny kryminał mistrzyni tego gatunku i mogę co nieco skrobnąć. :)
"Godzina zero" A. Christie, o której pisałam w poprzednim odcinku akcji, to kolejna książka, którą mogę zaliczyć do udanych. Osobiście pozycje tej autorki czytam głównie dla samej fabuły i zabawy w odgadywanie winnych. Niemalże za każdym razem jestem zaskakiwana zakończeniem. Podejrzenia zmieniam co chwile, a okazuje się na końcu jeszcze inaczej niż mogłoby się komukolwiek wydawać. I to najbardziej mnie w tym wszystkim bawi. Na plus zaliczam jak najbardziej ten klimat minionej epoki i fabułę opisywaną tyle ile trzeba. Nie ma tutaj wtrąceń nikomu do niczego niepotrzebnych, ciągnących się jak spaghetti o tym czy o tamtym rozpychając książki do wielkich tomiszczy w 3/4 o niczym. Wszystko prosto, jasno, powiedziane tyle ile trzeba. A i tak wystarczy. :)

Aktualnie 'testuję' nowego autora, pewnie doskonale niektórym znanego. Moje upodobanie do kryminałów i thrillerów ciągle rośnie. Tym razem padło na coś bardziej nowoczesnego- "Jedyna szansa" H. Cobena to moje pierwsze spotkanie z tym panem. Chwyciłam na chybił trafił, pierwszą lepszą, kieszonkową wersję, która stała na bibliotecznej półce. Te przeczytane już blisko 200 stron na razie oceniam jako całkiem udane. Jedyne co mi się nie podoba, a szczerze mówiąc tego nie trawię... to to czego brak zachwalam np. u A. Christie. Czyli wtrącenia o byle czym, które moim zdaniem jedynie powiększają obiętość powieści, zupełnie nic nie wnosząc do historii. No i ten 'amełykansky' klimat, który gra mi na nerwach... ale to tylko moje jak najbardziej subiektywne odczucia. Sama znam fanów tego stylu, którzy zaczytują się w entej powieści bardzo podobnie piszącego np. S. Kinga, przez którego nijak nie mogłam 'dzięki temu' przebrnąć. 
Zobaczymy czy to będzie naprawdę "Zakończenie jakiego się nie spodziewacie".
Póki co jest to dla niego naprawdę jedyna szansa...


A Was co najmocniej denerwuje w książkach?

poniedziałek, 1 września 2014

Tauremorna Mitts

Wraz z pierwszym dniem września przyszedł czas pochwalenia się skończonymi łapkami.
Wreszcie! Radość ogromna, bo pokonałam samą siebie dziergając na tych szpikulcach. Dotrwałam do samiuśkiego końca, nie odkładając na później nawet chowania nitek. No dobra, przede mną tylko blokowanie, a nawet samo 'pranie' bo w łapkach nawet nie ma co przyszpilać. :)
Najważniejsze też to, że wyrobiłam się do testowego deadlinu.


Cieszę się, bo moje morale dziewiarskie nieco wzrosły, wszak już daawno nic nie udało mi się skończyć. Niby para drobnych 'rękawiczek', ale za to z pięknym wzorem, z jednej z moich ulubionych włóczek, no i pierwszy raz na 2mm patyczakach. I to zakończony sukcesem!


projekt: Tauremorna
wzór: Tauremorna Mitts by Orinskye
włóczka: Araucania Botany Lace [1652], 
Malabrigo Sock [Turner]- razem 40g
druty: metalowe 2mm

Teraz mogę wracać do beżowego swetra bez najmniejszych wyrzutów sumienia, że w tym czasie powinnam przecież dziergać projekt testowy... ^^

Przede mną kilka cm dołu, plisa na guziki no i rękawy. Tutaj podjęłam męską decyzję i sprułam prawie cały gotowy już rękaw, a w zasadzie to dziergam sobie bezpośrednio z niego dolny ściągacz. A co, czas i nerwy zaoszczędzone. Wszak nie muszę patrzeć jak niknie w oczach efekt mojej pracy. Chowam sobie gdzieś pod robótką ten 'uciekający' rękaw i podziwiam jak z tego przyrasta mi końcówka najnowszego swetra. :) Na który swoją drogą nie mogę już patrzeć, tyle godzin, dni, tygodni, a on nadal nie chce zejść mi z drutów... razi szczególnie, że wkradł mi się gdzieś błąd... pruć już szkoda, ja wiem, że on tam jest... ale przypuszczam, że pewnie będzie to sweter bardziej domowy niż wyjściowy, więc chyba może tak zostać.

Powinnam się pospieszyć, bo na dniach powinny zawitać do mnie nowe motki. Na kolejny... sweter. ^^


ps. baardzo chciałam Wam wszystkim podziękować za tyle komentarzy i rozwinięcie dyskusji o szybszym dzierganiu. To niesamowicie miłe kiedy człowiek dostaje taki odzew. Tyle uśmiechów. :) Ah!