Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tragedia rodzinna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tragedia rodzinna. Pokaż wszystkie posty
"Pięć toastów Hannigana" Anne Griffin

"Pięć toastów Hannigana" Anne Griffin

     Czy zdarzyło wam się kiedyś, że po zaledwie kilkunastu stronach książki, żałowaliście że nie sięgnęliście po nią wcześniej? "Pięć toastów Hannigana" trafiło do mnie już jakiś czas temu, lecz ciągle sobie powtarzałam, że jak główny bohater mógł czekać 84 lata by w końcu opowiedzieć nam swoją historię, to nic się nie stanie jak ja również poczekać z jej wysłuchaniem. Teraz żałuję. Książka Anne Griffin, jest jedną z lepszych pozycji w mojej czytelniczej karierze, choć nie przypuszczałam że miano to kiedykolwiek dostanie się powieści obyczajowej. Jak dobrze wiecie od 12 lat mieszkam w Irlandii. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Zakochałam się w klifach, przyrodzie, krajobrazie, ludziach, jedyne co do tej pory mnie drażni to pogada. No i jedzenie, ale tylko troszkę. Jednak nie ważne jakich słów bym użyła by wyrazić moją fascynację Irlandią, i tak będą one niewystarczające i nieodpowiednie bowiem jedynie Irlandczyk potrafi słowami oddać to szczególne uczucie bliskości i przynależności do ziemi, tradycji i kultury. Choć książka Griffin nie jest traktatem o Irlandii, tak pomiędzy wierszami potrafimy wyczytać miłość do tego wiecznie zielonego, wietrznego i pełnego magii kraju. A sam Hannigan? On jeszcze dodaje temu dziełu kolorytu i treści. 

Gdybyście musieli wybrać pięć osób, które podsumowałby wasze życie, kogo byście wybrali? W hotelowym barze w małym irlandzkim miasteczku 84-letni Maurice Hannigan zamawia pięć drinków. Przy każdym z nich wznosi toast za najważniejsze osoby w swoim życiu: ukochanego starszego brata, nietuzinkową szwagierkę, córkę, z którą spędził zaledwie piętnaście minut, syna mieszkającego w Stanach Zjednoczonych i za zmarłą, żonę, z której odejściem nie umie się pogodzić. Z historii ludzi, którzy go opuścili układa opowieść o swoim burzliwym życiu, o tym czego żałuje, o tragediach, miłościach i małych zwycięstwach.

Kiedy pierwszy raz wylądowałam na lotnisku w Shannon, wiecie na co najpierw zwróciłam uwagę? Na ciszę. Na warszawskim Okęciu był tłum, gwar i hałas, a tutaj spokój, marazm i lenistwo. Spod terminala odjeżdżał jeden autobus na godzinę, stewardessy spokojnie paliły papierosy, podróżni siadali na walizkach i czekali na transport, rodzinę czy kolegów. Muszę przyznać, że po paru minutach i mnie udzielił się ten błogi spokój. Przestałam się denerwować tym, że nie mam zabukowanego pokoju w hotelu, nie wiem gdzie znajduje się mój Uniwersytet czy też tym, że nie mam nic na kolację. Siedząc na mojej torbie podróżnej wiedziałam, że wszystko musi się dobrze skończyć. Przez te wszystkie lata jakie tu jestem, coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że Irlandczycy to zupełnie inni ludzie od Polaków czy innych obywateli Europy. Choć historia ich kraju jest równie bolesna i skomplikowana jak Polski (przez kilkaset lat byli pod brytyjskim zaborem, przeżyli czas Wielkiego Głodu i masowego wymierania, poszli na dno wraz ze statkami płynącymi do amerykańskiego Eldorado) tak pozostał w nich spokój, optymizm i wiara w to, że szklanka zawsze jest do połowy pełna. Irlandczyk dba zarówno o swoją duszę jak i ciało. Jest to jedyny naród, który traktuje pracę z pobłażaniem, nie ta to będzie następna. Nie ważne czy pracuje się na zmywaku czy jako kierownik banku, czas po pracy jest świętością, work-life balance jest świętością, rodzina jest świętością. Mieszkańcy Dublina i Kerry, Donegal czy Meath prosto z fabryki czy pola idą do baru. Nie zawracają sobie głowy przebieraniem się, prysznicem czy jedzeniem obiadu. I właśnie w jednym z takich barów spotykamy Maurica Hannigana. Maurice włożył swój odświętny garnitur, wypastował buty i zawiązał krawat i teraz, zamierza spełnić pięć toastów, wypić pięć trunków za osoby, który najwięcej znaczyły w samym jego życiu. Muszę tutaj nadmienić, że irlandzkie puby, są inne od tych, które znamy z naszego polskiego podwórka. To miejsca gdzie spotyka się cała rodzina, gdzie gra się w bingo i różnego rodzaju loteria czy quizy. Często właściciele takich lokali wyznaczają specjalne strefy do zabawy dla dzieci, jednak te muszę zniknąć z baru, do godziny 21. Jeśli kiedykolwiek odwiedzicie takie miejsce, zapamiętacie je już do końca życia. Zapach przesiąkniętych piwem dywanów, dymu z fajek i tak charakterystycznego Mr. Sheen, którym czyszczone są drewniane powierzchnie. Gdzieniegdzie (nawet w centrum Limerick), właściciele lokali wysypują podłogę słomą, by wchłaniała wilgoć z dworu. Jest naprawdę klimatycznie i niesamowicie. Anne Griffin, stworzyła miejsce, którego nie powstydziłaby się żadna irlandzka miejscowość. Bar w hotelu, pełen szkła, alkoholu, stałych bywalców, wielkich luster i drewnianych mebli, gdzie można zjeść, wypić a nawet się przespać. Podczas czytania książki "czułam" ducha tego miejsca i potrafiłam sobie wyobrazić ponad osiemdziesięcioletniego staruszka, który z werwą próbuje zeskoczyć z barowego stołka. Byłam zachwycona. Pomysł na wypicie pięciu drinków w imię bliskich i snucie przy tym opowieści był tak typowo irlandzki, że autorka nie mogła lepiej trafić. Ci wyspiarze są mistrzami w snuciu opowieści, sklecą ciekawą historię nawet z najmarniejszego życiorysu. Jednak nie martwcie się życie Maurica Hinnigana wcale nie było byle jakie i nudne. Było tragiczne lecz jednocześnie bardzo prawdziwe, smutne lecz przepełnione momentami wielkiego szczęścia. I choć od samego początku wiemy, jakie są zamiary naszego głównego bohatera, a tym samym koniec książki, to zupełnie nam to nie przeszkadza, bo tym razem to przeszłość gra pierwsze skrzypce. Bo przyszłości już nie ma a teraźniejszość nie ma znaczenia. 

Maurice Hannigan umrze. Oczywiście nie wiemy tego na pewno, przecież zawsze może zmienić zdanie w ostatniej chwili, lecz to przeczucie towarzyszyło mi przez cały czas trwania powieści jak stała niezmienna. Przed śmiercią nastał czas na szczerą rozmowę, jednak jak to zrobić skoro najbliższa nam osoba znajduje się tysiące kilometrów dalej? Za wielką wodą? Pozostaje nam pożegnanie w myślach, ostatnie nagranie, rozmowa z duchami. Pewne rzeczy muszę zostać powiedziane, wyjaśnione, przebaczone inaczej nie będziemy mogli odejść w spokoju. Maurice Hannigan jest człowiekiem pełnym sekretów, które skrywał praktycznie przez całe swoje życie. Jednak tak naprawdę to zaledwie jedno wydarzenie z dalekiej przeszłości miało największy wpływ na losy dwóch "skłóconych" ze sobą rodzin. Przez jedną monetę cierpiało wielu, płakało kilku, zwariował jeden. A może każdy uwikłany w tę historię był szaleńcem? 
Hannigan zajmuje jeden z barowych stołków i zaczyna od butelki stauta. Choć odbiorcą jego wewnętrznego dialogu jest jego mieszkający w Stanach Zjednoczonych syn, tak czytelnicy mają wrażenie, że starzec zwraca się również do nich. Najpierw pijemy za starszego brata naszego bohatera, Tonego, który w młodości umarł na gruźlicę. Wraz z pierwszym łykiem, autorka przenosi nas z hotelowego baru do Irlandii w latach czterdziestych. Kiedy cała Europa żyła w cieniu wojny, tutaj salwy z karabinów nie doszły. Ważna jest praca na roli, życie z dnia na dzień i małe radości i smutki dnia codziennego. Opowiadając o swoim bracie Maurice opowiada nam tym samym o swoim dzieciństwie. I właśnie na takich retrospekcjach zbudowana jest ta powieść. 
Kolejny toast wypijamy za "szaloną" szwagierkę Maurica, kobietę , która sporo namieszała w jego życiu, a jednocześnie naprowadziła go na dobrą drogę. Trzeci toast jest wzniesiony za córeczkę bohatera, czwarty za jego syna a ostatni za zmarłą dwa lata wcześniej żonę. I w moim odczuciu to właśnie ten ostatni jest najważniejszy, gdyż Sadie była jedyną miłością życia Maurica, osobą po której śmierci nadal nie potrafi się otrząsnąć i pragnie jak najszybciej do niej dołączyć. 

Bohater na 360 stronach opowiada nam historię całego swojego życia. Zwierza się z trudnych początków w szkolnej ławie, pracy na farmie u bogatych sąsiadów, która to "naznaczyła" go na całe życie, poznania Sadie, narodzin dzieci, śmierci najbliższych i narodzin samotności. Choć na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, iż jest to fikcyjna książka biograficzna połączona z sagą rodzinną, to tak naprawdę ma ona dużo więcej do zaoferowania czytelnikom niż historię. Jest to cudowna opowieść o dojrzewaniu, dorosłości i starzeniu się. Autorka przeprowadza nas przez cykl życia, jednak nie ten fizyczny a emocjonalny. Byłam zachwycona tym w jak  wnikliwy sposób Griffin uchwyciła niuanse psychiki swojego bohatera, jak subtelnie przeprowadziła jego metamorfozę i jak sprawnie poradziła sobie z jego emocjami. Jest to również opowieść o samotności, która mnie osobiście wzruszyła do łez. Do tej pory nie zastanawiałam się nad tym, co będzie za kilkanaście lub kilkadziesiąt lat a przecież to już "niedługo" ( w każdym razie jak na matczyny czas) jak moje pociechy wyfruną z gniazda. Zostanę sama z mężem. Będzie cicho i pusto. A później będzie tylko gorzej, jak zaczną powoli odchodzić Ci, których znam i kocham. Lecz najgorszym scenariuszem może być to co spotkało Hannigana, samotne picie za zmarłych i tych "co za morzem". Picie do lustra, do przechodniów i własnych myśli. 

Moja półka z ulubionymi książkami składa się z zaledwie kilkunastu woluminów. Nie znajdziecie tutaj klasyki, książek głośnych i nagradzanych lecz powieści, które mnie wzruszyły, zafascynowały, zaskoczyły czy po prostu zszokowały. Na okładkach możemy wyczytać takie nazwiska jak Tolkien, King, Crouch czy Martin i dziś do tego zacnego grona dołączy również Anne Griffin. Aż ciężko uwierzyć w to, iż ta dojrzała, irlandzka autorka jest literacką debiutantką, chciałabym żeby każdy początkujący miał takie pióro, taką rękę i styl. W posłowiu do książki Griffin przyznaje, iż w historii wykorzystała opowieści zasłyszane od swoich bliskich i znajomych. Ciekawa jestem ile z nich opowiedzianych zostało w lokalnym pubie przy szklance Guiness i dźwiękach ludowych piosenek. Bo tak właśnie wyobrażam sobie irlandzki proces twórczy. Polecam wszystkim bez wyjątku, nie będziecie zawiedzeni. 


Tytuł : "Pięć toastów Hannigana"
Autor : Anne Griffin
Wydawnictwo : Czarna Owca
Data wydania : 14 sierpnia 2019
Liczba stron : 460
Tytuł oryginału : All that I have been [When All Is Said]


Za możliwość przeczytania książki i jej zrecenzowania serdecznie dziękuję wydawnictwu :  

https://www.czarnaowca.pl/



Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html

"Układanka" Karin Slaughter

"Układanka" Karin Slaughter

     "Slaughter" w języku angielskim oznacza : rzeź, masakrę, pogrom. I właśnie z tym kojarzą mi się książki autorki o tym samym nazwisku. Jako jedna z nielicznych potrafi jednak utrzymać cienką granicę pomiędzy thrillerem a horrorem. Jej powieści przesiąknięte są klimatem gore, pełne latających kończyn i morza krwi, jednak pomimo całej tej makabry autorka nie zapomniała o jej uczestnikach. Bohaterowie książek Slaughter to postaci pełnowymiarowe, wyraziste i prawdziwe. Ich problemy naprawdę interesują czytelnika, który bardzo szybko  angażuje się w fabułę. Częstym motywem książek autorki były trudne relacje pomiędzy ojcami i córkami. Tym razem schemat ten został zmieniony i na miejsce ojca podstawiono rodzicielkę. Czy i z tym tematem autorka poradziła sobie równie dobrze? Czy skomplikowane relacje na linii matka-córka można w ogóle poddać analizie?

Pewnego dnia Andrea umawia się ze swoją matką Laurą w restauracji by świętować urodziny. Nagle, do położonego w centrum handlowym lokalu, wpada uzbrojony mężczyzna i zaczyna się strzelanina. Na dźwięk strzałów w Laurze budzi się instynkt zawodowego żołnierza. Kobieta bierze sprawy w swoje ręce. Upewniwszy się, że jej córka jest bezpieczna, z zimną krwią zabija napastnika. Andrea nie może uwierzyć własnym oczom. Wydawało jej się, że zna swoją rodzicielkę, spokojną doktor logopedii, mieszkającą w małym nadmorskim miasteczku, która niczym szczególnym się nie wyróżniała wśród lokalnej społeczności. Okazało się, że Laura przez ponad trzydzieści lat ukrywała swoją poprzednią tożsamość. W całą sprawę angażuje się policja, jednak kobieta nie chce z nikim rozmawiać, nawet z własną córką. Każe jej się  wyprowadzić z domu. Andrea za wszelką cenę pragnie poznać sekret matki i udaje się w desperacką podróż śladami przeszłości.

Miłośnicy twórczości autorki wiedzą, czego spodziewać się po jej powieściach. Zdecydowanie nie jest to literatura dla grzecznych, ułożonych dziewczynek. Wszystkie książki Slaughter, które do tej pory czytałam, były zdecydowanie dla dorosłych czytelników, i to tych którzy nie boją się brutalnych, wręcz rzeźnickich scen, zmasakrowanych zwłok, gwałtów, molestowania  oraz skomplikowanych zagadek. Tym razem oprócz zbrodni, morderstwa i przemocy fizycznej mamy całkiem ciekawy wątek psychologiczno-obyczajowy. Głównymi bohaterami, a zarazem narratorami w powieści, są matka i córka. Wydawać by się mogło, że kobiety znają wszystkie swoje sekrety, w końcu przez trzydzieści lat żyły pod jednych dachem i nie raz zwierzały się sobie nawzajem z problemów. Rzeczywistość okazuje się jednak bardziej skomplikowana. Laura przez cały ten czas ukrywała przed córką swoją przeszłość, i nawet teraz, w obliczu tak tragicznych okoliczności, nie chce powiedzieć prawdy. Zastanawialiście się kiedyś, jak może się czuć osoba okłamywana przez całe swoje życie? I to przez najbliższą sercu osobę? Jak wy byście zareagowali jakby wasza matka okazała się kimś obcym, tajemniczym a do tego niebezpiecznym? Ponieważ autorka daje nam wgląd w myśli Andrei, poznajemy odpowiedzi na wszystkie pytania. Dziewczyna nie wie jak ma się zachować, z jednej strony jest przerażona i zrozpaczona a z drugiej zdeterminowana by odkryć wszystkie sekrety. Wraz z nią cofamy się do roku 1968 kiedy to wszystko się zaczęło. Jednak droga do odkrycia prawdy jest długa i wyboista. Andrea jest w szoku, nie może sobie poukładać w głowie tego czego się dowiedziała o swojej rodzicielce, a przecież pozostało jeszcze tyle klocków do dopasowania. Duża część powieści to monologi wewnętrzne bohaterki, momentami przydługie, momentami irytujące, jednak wszystkie one były prawdziwe. Cieszę się, że po zdarzeniu w restauracji, nieśmiała Andrea, nie przeistoczyła się w superbohaterkę która po trupach chciała dogrzebać się do przeszłości. Dziewczyna zachowywała się dokładnie tak, jak po niej oczekiwałam. Miotała się, gubiła drogę, analizowała, rozważała, wchodziła w ślepe zaułki. Dość dużo czasu jej zajęło by sobie to wszystko poukładać w głowie. Było tutaj sporo rozmyślań i powtórzeń, które sprawiły że fabuła momentami traciła na dynamiczności. Jednak nawet to nie miało wpływu na mój odbiór Andrei, której współczułam, polubiłam i z całego serca dopingowałam. Zresztą "Układanka" to powieść pełna mocnych, wyrazistych i odważnych kobiecych sylwetek, tak rzadkich w literaturze kryminalnej.

Kolejną z nich jest matka Andrei, kobieta która kilkadziesiąt lat temu przeżyła piekło na ziemi. Wszystko rozpoczęło się w 1986 roku. Właśnie wtedy poznajemy młodą Laurę, która straciła wszystko co miało dla niej jakąkolwiek wartość. Wiedząc, kto jest sprawcą jej nieszczęścia, kobieta wybiera się do Oslo by dokonać zemsty. Ze spokojnej obywatelki przeistacza się w zdeterminowaną terrorystkę. W rozdziałach "Laury" poznajemy bogatego amerykańskiego biznesmana i jego dysfunkcyjną, patologiczną rodzinę, która jest niczym sekta. Autorka dużo czasu poświęca na analizę stosunków rodzinnych, procesu manipulacji oraz kontroli nad ludzkimi umysłami. Siedząc bezpiecznie w fotelu pewnie zastanawiamy się, jakim cudem tak silna bohaterka, mogła być tak łatwowierna i podatna na sugestię. Zapominamy jednak, że przywódcy sekt czy psychopaci są ludźmi obdarzonymi charyzmą, znającymi techniki manipulowania. Przeraża mnie fakt, że każdego dnia powstają nowe stowarzyszenia religijne, tworzą się różnego rodzaju ugrupowania czy fankluby, których głównym celem jest wykorzystanie członków, zmanipulowanie i wypranie ich mózgów. Choć Laura dokonała strasznego czynu, w głębi serca byłam w stanie zrozumieć i ją i jej pobudki. 
Oprócz manipulacji autorka podejmuje kolejny ważny temat jakim jest zmieniająca się rola kobiety na przestrzeni lat. Muszę przyznać, że cieszę się z faktu, iż nie urodziłam się w czasach mojej mamy, albo jeszcze gorzej, babci. Był to okres kiedy przedstawicielki płci pięknej traktowane były z przymrużeniem oka. Nie wymagało się od nich fachowej wiedzy, do szkoły uczęszczały jedynie pro forma. Wierzono, że matematyka, fizyka i ogólnie nauki ścisłe, nie będą im do niczego potrzebne, gdyż kobietom nie wypada być inżynierem czy innego rodzaju specjalistą. Mają na to za małe "móżdżki". Najlepiej wypadały w roli pielęgniarek, bibliotekarek czy ekspedientek, czyli w typowo kobiecych zawodach. Jeśli od najmłodszych lat słyszycie, że nie nadajecie się do sportu czy zajęć technicznych, to chcąc nie chcąc w końcu zaczynacie w to wierzyć. Młodzi ludzie starszych pokoleń byli zdeterminowani by się wykazać przed rodzicami i społeczeństwem. Pewnych rzeczy im po prostu nie wypadało, jak zbyt długo mieszkać z rodziną czy być bezrobotnym. Młode dziewczyny wychodziły za mąż, chłopcy imali się zajęć do których niekoniecznie pałali miłością. Dla kontrastu mamy tutaj nowoczesną, choć nieśmiałą i zwyczajną, przedstawicielkę pokolenia XXI wieku. Ma ponad 30 lat i nadal mieszka w domu rodzinnym. Jej matka zadbała o to by dziewczyna miała lekkie życie, bez większych trosk i problemów. W języku angielskim, takich nadmiernie zainteresowanych życiem swoich pociech rodziców, nazywają "helicopter parents". Andrea balansowała na granicy dorosłości nigdy tak naprawdę się w niej nie zanurzając. Odkrywając prawdę o swojej matce, dziewczyna musiała dorosnąć i wziąć odpowiedzialność za własne czyny, poznać siebie. Nigdy nie przypuszczałam, że krwawy thriller będzie tak znakomitą książką psychologiczną.

Choć "Układanka" jest książką zdecydowanie różną od poprzednich dzieł autorki, to muszę przyznać, że na ich tle wypadła niczym barwny ptak. Oczywiście nie chcę przez to powiedzieć, że cykl o Willu Trencie czy Hrabstwie Grant, były gorsze. Były po prostu inne. "Układanka" jest zdecydowanie mniej krwawa niż jej poprzedniczki. W przypadku kiedy poziom krwi w "Dobrej córce" wyniósł by 10/10 punktów, tak tutaj jest on niższy o połowę. Kiedy tempo akcji w "Mieście glin" pędziło na łeb na szyję, tak tutaj prym wiedzie dialog wewnętrzny i retrospekcje. Nadal jednak jest ciekawie, zwroty akcji są przemyślane a fabuła dopracowana, choć momentami niewiarygodna. Już kolejny raz autorka stworzyła dzieło od którego nie idzie się oderwać, ostrą jazdę z zakręconymi postaciami, morderstwami, zemstą, bólem, chorobą i miłością. Zdecydowanie polecam. 


Tytuł : "Układanka"
Autor : Karin Slaughter
Wydawnictwo : HarperCollins Polska
Data wydania : 3 października 2018
Liczba stron : 480
Tytuł oryginału : Pieces of Her



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :   



http://www.harpercollins.pl/

[PRZEDPREMIEROWO] "Ostatni obraz Sary de Vos" Dominic Smith

[PRZEDPREMIEROWO] "Ostatni obraz Sary de Vos" Dominic Smith

     Sztuka od zawsze była ważnym elementem mojego życia. Choć sama raczej jestem pozbawiona talentów artystycznych to już od najmłodszych lat lubiłam pogłębiać swoją wiedze. Historia sztuki w szkole, warsztaty na studiach oraz mnóstwo przeczytanych książek i obejrzanych filmów sprawiły, że z powodzeniem daję sobie radę w dyskusjach o tematyce kulturalnej. "Ostatni obraz Sary de Vos" to książka, która z pewnością zachwyci wielbicieli malarstwa. Wiedza na temat podstawowych technik malarskich oraz historii, będzie z pewnością ułatwieniem, jednak nawet totalni laicy sporo wyciągną z tej znakomitej powieści. To absolutnie powalająca historia o stracie, bólu istnienia oraz żalu, za decyzje które podjęliśmy w przeszłości. 

Jest rok 1631. Sara De Vos, jako pierwsza kobieta w historii Holandii, przyjęta zostaje do cechu malarskiego. Po tragedii, która dotknęła jej rodzinę, maluje obraz zatytułowany "Na skraju lasu", który okazuje się absolutnym arcydziełem. 
Jest rok 1957. Marty de Groot, bogaty spadkobierce jednego z najzamożniejszych holenderskich rodów odkrywa, że wielbiony przez niego obraz Sary de Vos, jest falsyfikatem. Udaje mu się poznać autorkę kopii, którą okazuje się biedna australijska studentka, Ellie.
Jest rok 2000. Ellie została uznawanym na całym świecie historykiem sztuki oraz organizatorem wystaw. Na jednej z nich, poświęconej malarkom holenderskich schyłku XVII wieku, pojawiają się dwa takie same obrazy " Na skraju lasu" oraz jego wierny sobowtór. 

Książka zaczyna się od dokładnego opisu obrazu Sary de Vos, który będzie nam towarzyszył przez cały czas trwania lektury. I jest to opis niezwykle sugestywny. Choć dzieło to nigdy nie powstało, autorowi udało się go namalować słowami. Rzadko, który pisarz ma taką zdolność do opisywania rzeczywistości, która sprawia, że jego słowa "żyją", a czytelnik wciągnięty zostaje w fikcyjny świat. Z jednej strony Dominic Smith skupia się na detalach, pokazuje krok po kroczku w jaki sposób odrestaurowywano ramy obrazów czy jakich technik używano kilkaset lat wcześniej, a z drugiej potrafi przedstawić szarszy rys historyczny, namalować społeczno-polityczne tło powieści używając takiego języka, który będzie zrozumiały dla przeciętnego czytelnika. Jego powieść kojarzy mi się zarówno ze "Szczygłem" Donny Tart, ze względu na obecność głównego bohatera, którym jest obraz, oraz "To ja byłem Vermeerem" Franka Wynne, niezwykle realistyczną powieścią opowiadającą o życiu największego kopisty wszech czasów. Obie te powieści znalazły miejsce w moim sercu. 
Czytając "Ostatni obraz Sary de Vos" nie mogłam oprzeć się wrażeniu pojawiających się znienacka zapachów, dźwięków, obrazów, które wydawały się niezwykle rzeczywiste. Czułam zapach ziemi, jej wilgoć i strukturę, słyszałam utwór kapeli jazzowej, podczas wędrówki ulicami Nowego Jorku, ramiona mi marzły od wiatru wiejącego znad rzeki Hudson. Widziałam setki obrazów z bliska i z daleka, byłam przy ich narodzinach, wędrówce przez życie ku ostatecznemu przeznaczeniu. Niezbyt się pomylę jeśli powiem, że najważniejszym bohaterem tej powieści jest właśnie obraz. Spłodzony w cierpieniu, narodzony w bólach, skrywający tajemnicę miłości. Choć jest to powieść pełna detali i opisów to nie zabrakło w niej suspensu i dynamicznej akcji, która rozwija się w odpowiednim tempie. Często autorzy popełniają mnóstwo błędów próbując połączyć historię, sztukę oraz zagadkę. Smith doskonale wiedział co robi. Jest to idealny przykład dobrze wyważonej powieści, gdzie każdy wyraz, każda przekazana przez autora myśl, znajduje się na swoim miejscu. Jestem jednocześnie oczarowana i zawiedziona tym, że moja przygoda już się skończyła. 

Oprócz suspensu i oszustwa niemalże doskonałego, książka dostarcza nam ciekawej lekcji historii malarstwa niderlandzkiego i Holandii. Sara de Vos żyła w czasach kiedy kobiety traktowano jako ładne obiekty a nie współtwórczynie kultury. Odmawiano im pełnego uczestnictwa w edukacji artystycznej czy studiowania ciał nagich modeli. Sztuka wysoka zarezerwowana była dla mężczyzn, kobietom pozostawało więc szkicowanie martwej natury i swojskich krajobrazów. Choć bywały wyjątki. Nasza główna bohaterka tylko z pozoru jest postacią fikcyjną. Podczas rocznego pobytu w Amsterdamie autor dowiedział się, że w XVII wieku około 25 kobiet przyjętych zostało do Gildii Świętego Łukasza, instytucji zrzeszającej malarzy. Nazywa je zapomnianymi malarkami holenderskimi. Sara de Baalergen czy Judith Leyster żyły naprawdę i to właśnie one stały się inspiracją dla autora. Można więc powiedzieć, że książka ta jest swoistym hołdem ku czci tych zapomnianych malarek, których obrazy zaginęły na przestrzeni wieków. 
Holandia XVII wieku była państwem, który opanowała tak zwana "gorączka tulipanowa", wiążąca się z ogromnym wzrostem cen cebulek tulipanów oraz niebywałą modą na te kwiaty. Wzmożony popyt sprawił, że wielu Holendrów zaczęło spekulować , licząc na zwielokrotnienie włożonego kapitału. W 1637 r. doszło do załamania rynku, co było spowodowane zbyt wygórowanymi cenami cebulek, na które nie było już chętnych. Kraj zaczął popadać w ruinę, wiele wielkich rodzin straciło wszystkie pieniądze, holenderski handel potrzebował jeszcze wielu lat by wrócić do normalności.
W książce poznajemy również Ellie, która jest przeciwieństwem holenderskiej malarki. Ta zbuntowana, inteligentna i niezwykle odważna kobieta jest najbardziej barwną postacią w całej powieści i jednocześnie moją ulubioną bohaterką. Pomimo przeciwności losu z jakimi borykała się w młodości oraz popełnionych błędów jej ambicja i upór pozwoliły osiągnąć wysoki status społeczny, uznanie i sławę w kręgach artystycznych. Jest doskonałym przykładem osoby, która od samego początku wiedziała czego chce. 

"Ostatni obraz Sary de Vos" jest z jednej strony książką zbudowaną na kontrastach a z drugiej naszych bohaterów, pomimo faktu że żyją w zupełnie innych rzeczywistościach, wiele łączy. Jest to książka pełna melancholii i smutku, powieść która chwyta za serce. Choć autor raz zabiera nas w przeszłość by w następnej chwili poszybować w przyszłość, było to zrobione w tak mistrzowski i dopracowany sposób, że te "skoki czasowe" nie były chaotyczne i muszę przyznać, że ani razu nie straciłam wątku. Jest to powieść, z której sporo dowiemy się o technikach fałszowania obrazów, poznamy wykłady Shipleya na temat holenderskich artystów oraz różne teorie sztuki. Jednak nie możemy zapomnieć, że przede wszystkim musimy odpowiedzieć na pytanie dlaczego powstała kopia obrazu? Kto za tym stał? I jakie to zdarzenie będzie mieć reperkusje. W końcu mamy do czynienia z literaturą suspensu. 

Elegancki i elokwentny styl oraz płynność narracji sprawiły, że książka, w moim odczuciu, jest literackim majstersztykiem. Nie sposób było się od niej oderwać. Nie chciałam rozstawać się z tymi trzema cudownymi postaciami, które walczyły o zachowanie własnej tożsamości. Jest toopowieść o tym, że często jedno małe wydarzenie z przeszłości może mieć tragiczne konsekwencje, a żal za popełnione błędy może boleć całe życie. Czas kiedy te trzy historie złożyły się w jedną całość był dla mnie momentem objawienia a zakończenie doprowadziło mnie do łez. Jednym słowem : arcydzieło. Polecam


Tytuł : "Ostatni obraz Sary de Vos"
Autor : Dominic Smith
Wydawnictwo : Rebis
Data wydania : 4 września 2018
Liczba stron : 400
Tytuł oryginału : The Last Painting Of Sara De Vos


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :




https://www.rebis.com.pl/
 
Copyright © 2014 CZYTANKA NA DOBRANOC , Blogger