Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzeństwo. Pokaż wszystkie posty
"Uwikłana" Alicja Sinicka

"Uwikłana" Alicja Sinicka

 Twórczość Alicji Sinickiej poznałam już jakiś czas temu. Jej "Stażystka" skradła mi serce. W porównaniu do innych rodzimych pisarek autorka stworzyła coś innego od nudnych, oklepanych powieści obyczajowych , romansów, erotyków czy powieści komediowo-kryminalnych , jakich wiele na naszym rynku wydawniczym. Jej thrillery są wielowątkowe, rozbudowane, mroczne i dopracowane. Nie są to książki napisane wielką czcionką, które da się przeczytać w jedno popołudnie. Alicja Sinicka może jeszcze nie jest Stephenem Kingiem czy Grahamem Mastertonem gatunku , jednak jej proza zmierza w dobrym kierunku. "Uwikłana" jest tego doskonałym przykładem. 

Zuza Wilk, poetka i instagramerka, zaczyna poznawać smak sukcesu. Jej debiutancki tom poezji okazał się bestsellerem, w planach ma kolejny, a profil na Instagramie rośnie z dnia na dzień. Mimo że dziewczyna rozwija skrzydła w działalności twórczej, sprawy rodzinne nie pozwalają jej w pełni cieszyć się tym, co osiągnęła. Wraz ze swoim chłopakiem, Michałem, postanawia wyjechać do urokliwego domku położonego w spokojnej miejscowości Zadry. Ale nie będą niestety sami: są tam już brat bliźniak Michała oraz ich wspólna przyjaciółka. Postarają się nie wchodzić sobie w drogę.


"Uwikłana" to drugi tom cyklu "Uwikłane" jednak proszę się tym nie sugerować. Obie książki nie mają ze sobą kompletnie nic wspólnego i można je czytać jako samodzielne powieści. Tym razem naszą główną bohaterką jest Zuza-poetka, która wraz z chłopakiem postanawia wyjechać na wieś by tam poszukać weny twórczej do napisania kolejnego tomiku poezji, o który upomina się wydawca. Jednak Zuza nie jest taką zwykłą bohaterką. Jej przeszłość skrywa tajemnicę, która zostaje przed czytelnikami odkryta. Otóż dziewczyna miała kiedyś siostrę. Co prawda nie była to siostra rodzona, lecz podobnie jak ona, adoptowana, jednak dwie młode kobiety łączyła silna więź. Pewnego dnia, podczas imprezy w lesie, Zofia znika. Pomimo zakrojonych na szeroką skalę poszukiwań , nie zostaje odnaleziona. Wszyscy myślą, że padła ofiarą grasującego mordercy a jej ciało zostało zakopane. Zuza w to nie wierzy. Choć minęło już kilka lat wciąż nie może pogodzić się z zaginięciem traumy. Na dodatek męczy ją to, że nie pamięta wszystkich wydarzeń z "tamtej" nocy. Przeszłość wraca do niej w przebłyskach. Jest w nich krew, szło, las i ciało martwej kobiety. Czy to możliwe, żeby Zuza wiedziała co się stało z jej siostrą lecz nie jest w stanie sobie przypomnieć gdyż jej mózg blokuje przywoływanie traumatycznych wspomnień? Okazuje się, że nie tylko nasza główna bohaterka może wiedzieć co się wydarzyło w lesie. Jest ktoś jeszcze. I tutaj muszę wam powiedzieć, że autorka zainspirowała się jednym z moich ulubionych filmów "Koszmar minionego lata" w których bohaterka otrzymuje tajemnicze liściki z wiadomością "Wiem co zrobiłaś zeszłego lata" . Fabuła "Uwikłanej" opiera się na podobnym schemacie. Jednak tutaj wszystko odbywa się w internecie...jak widać pełna digitalizacji dokonuje się na każdej płaszczyźnie, nawet jeśli chodzi o zbrodnie. Nasz prześladowca ujawnia się w komentarzach na Instagramie , która to się pojawiają , to znikają, by w końcu doprowadzić ofiarę na skraj szaleństwa. 

Alicja Sinicka w rewelacyjny sposób tworzy mroczną atmosferę (aurę) swojej powieści. Wyobraźcie sobie srogą zimę i oddaloną od cywilizacji wiejską chatę, w której spotyka się czwórka ludzi, którzy nie do końca pałają do siebie sympatią. Mamy tutaj Zuzę, która ma początki paranoi, jej chłopaka (Michała) który stara się zachować trzeźwość umysłu oraz jego brata, który zrobił na mnie wrażenie dziwaka. Na dokładkę od czasu do czasu pojawia się była dziewczyna Michała, która okazuje się być teraźniejszą dziewczyną (czy może kochanką) jego brata.... troszkę jak w telenoweli prawda? I oczywiście jest jeszcze ktoś...ktoś kto czai się za drzwiami sypialni...szepcze, puka, dyszy i na dodatek wie co zrobiła Zuzanna. Muszę przyznać, że ja na miejscu głównej bohaterki spakowała bym manatki i uciekała gdzie pieprz rośnie już po pierwszej nocy. Już po tym jak zniknęła by moja maszyna do pisania . Nie wierzyłabym w zapewnienia o okolicznych pijakach, wiałabym tak szybko jak by mnie nogi poniosły. Ale dzięki temu, że Zuza była odważniejsza ode mnie miałam okazję troszkę się "pobać" czytając tę powieść. Naprawdę, momentami dostawałam gęsiej skórki. 3/4 książki było utrzymane w bardzo mrocznym klimacie co bardzo mi się podobało. Rozczarowało mnie jedynie samo zakończenie książki. Autorka krok po kroku budowała swoją fabułę, dokładała cegiełkę do cegiełki, opowiadała o wydarzeniach z przeszłości, malowała teraźniejszość i wybiegała w przyszłość. Wszystko było doskonale zbalansowane . Aż nagle coś się stało. Ostatnia część powieści spadła na mnie niczym lawina niosąca kamienie. Jednak punkt kulminacyjny nie zrobił na mnie takiego wydarzenia jak powinien ponieważ był zbyt pośpieszny. Choć wszystko zostało wyjaśnione to ja w te wyjaśnienia nie uwierzyłam. Moim zdaniem można było stworzyć lepsze , bardziej wiarygodne zakończenie. 

Alicja Sinicka jest z pewnością jedną z bardziej interesujących współczesnych polskich pisarek. Jej powieści są ciekawe, dopracowane i działają na emocje czytelnika. Trzeba naprawdę wielkiej siły woli by oderwać się od lektury. Jeśli lubicie mroczne kryminały czy thrillery z elementami stalkingu to zdecydowanie polecam. Podobnie jak poprzednie książki autorki. A ja już czekam na kolejne. 


Tytuł : "Uwikłana"

Autor : Alicja Sinicka

Wydawnictwo : Kobiece

Cykl : Uwikłane

Data wydania : 27 października 2021

Liczba stron : 360

 

Ten oraz wiele innych kryminałów i thrillerów znajdziecie na półce księgarni internetowej :

https://www.taniaksiazka.pl/

 
 

 

 

"Heart stopper" Michelle Hercules

"Heart stopper" Michelle Hercules

 Czy zdarzyło wam się kiedy całkowicie spalić pierwsze spotkanie? Podchodzi do was chłopak (albo dziewczyna) i zamiast podać rękę i się przywitać, to wylewacie na niego kieliszek wina? Albo przejeżdżacie mu hulajnogą po stopie (to mnie ostatnio spotkało)? Nie ważne co się mogło wydarzyć, to ta druga osoba, na pewno nie zapała do was sympatią. Jednak co się stanie, jeśli okaże się, że będziecie na nią skazani? Nasi bohaterowie spotkali się w katastrofalnych okolicznościach lecz zamiast się rozejść i pójść każdy swoją drogą to...zostali współlokatorami. Uwielbiam książki, które zbudowane są na schemacie "od wroga do przyjaciela" . A dlaczego? Bo wiem, że będzie się dużo działo. I tak było. Autorka zapewniła nam sporą dawkę emocji,  dużo przekomarzania i garść psikusów. No i oczywiście całe morze chemii i seksualnego napięcie. A czegóż więcej odczekiwać od romansu dla dorosłych?

Troy Alexander to uosobienie seksu i marzenie studentek z Uniwersytetu Rushmore. Tylko ja uważałam, że jest koszmarny. Nasze pierwsze spotkanie nie należało do miłych. Nazwał mnie kujonką, a ja oskarżyłam go o ociąganie się na boisku. Kiedy na skutek pechowego zbiegu okoliczności okazało się, że musimy zamieszkać razem, byłam naprawdę wściekła.Jednak by zachować dach nad głową, grałam grzeczną dziewczynkę. Problem w tym, że to zupełnie nie w moim stylu. Nasz układ od początku wydawał mi się piekłem na ziemi, ale z czasem zrozumiałam, że wyzwiska nie były najgorszym, co spotkało mnie z jego strony. Zaczęłam dostrzegać w nim coś więcej, niż wskazywały pozory. A im lepiej go poznaję, tym bardziej zdaję sobie sprawę, że z tej pułapki nie ma wyjścia. 


Jest coś tak satysfakcjonującego w obserwowaniu dwóch postaci, które się absolutnie nienawidzą, jednak z czasem te uczucia przechodzą diametralną metamorfozę. Chyba nigdy mi się to nie znudzi, podobnie jak schemat "przyciągających się podobieństw" albo współlokatorów. Dodaj do tego element romansu sportowego w college'u i będę w siódmym niebie. Ta książka zawierała wiele znanych tematów, słodyczy, humoru co sprawiło, że okazała się naprawdę świetną lekturą. W "Heart Stopper" Michelle Hercules poznajemy Troya i Charlie. Ich pierwsze wzajemne wrażenia są okropne. Kiedy są zmuszeni do zamieszkania razem po małym pożarze domu Charlie ( dziewczyna  nie ma dokąd pójść), zaczynają zdawać sobie sprawę, że może w każdym z nich jest coś więcej, niż na pierwszy rzut oka myśleli. Może sportowiec i "kujonka" mogą znaleźć wspólną płaszczyznę porozumienia ? Oczywiście będzie musiało to trochę potrwać , a po drodze będą figle i plany zemsty, ale wciąż możemy mieć nadzieję, że w końcu im się uda. Z pewnością fajnie było zobaczyć, jak się wzajemnie przekomarzają i przeciągają linę. Przypomniały mi się moje licealne czasy.  Muszę przyznać iż autorka stworzyła bardzo ciekawe i oryginalne postaci, które przyjemnie było poznawać. Każda z nich miała w sobie coś więcej, niż z początku się wydawało, , zwłaszcza Troy.  Kiedy po raz pierwszy go spotykamy , jest zwykłym palantem,  zarozumiałym dupkiem jednak  z biegiem czasu zaczyna się uspokajać a sposób w jaki się zmienia jest wręcz cudowny i bardzo przekonujący.  Naprawdę podobało mi się, jak bardzo jest opiekuńczy wobec swojej siostry. Za to Charlie od początku jest zadziorna i bardzo bezczelna, już od pierwszego spotkania pokazuje, że nie jest osobą, z którą można zadzierać i za każdym razem jej zemsta jest większa. Na szczęście zaczyna łagodnieć i mięknąć. 

Styl Hercules jest dobry, zdecydowanie widać że nie jest debiutantką. Język jest prosty, czyta się szybko, strony dosłownie się same przewracają. To co może wam się nie podobać to schematyczność, jednak jest to problem większości romansów - bardzo ciężko jest stworzyć coś czego jeszcze nie było. Jak pisałam wyżej mamy tutaj znany nam motyw przyjaciół-wrogów, którzy prędzej czy -później wylądują razem w łóżku. Powiewu świeżości tutaj raczej nie będzie. Nasi bohaterowie popełnią błędy , których dałoby się uniknąć, będą się kłócili w momentach kiedy kłótnie te są zbędne a momentami będą zachowywać się tak, jak by mieli schizofrenię. Był tutaj fragment jak Charlie popchnęła jedną dziewczynę, a ja się zastanawiałam czy to było konieczne i czy to w ogóle pasowało do naszej bohaterki. Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że stanęła w obronie swojego brata jednak on był prawie dorosłym mężczyzną, z pewnością poradził by sobie sam. Jednak pomimo takich drobnych, irytujących fragmentów, książka Hercules jest naprawdę dobra. Sięgnęłam po nią po to by poczuć rumieńce na policzkach i tak się stało. Było gorąco czyli dokładnie tak jak lubię.

 "Heart stopper" to książka w której było w zasadzie wszystko (a nawet więcej). Była to pierwsza powieść tej autorki , którą dostałam w swoje ręce, dlatego też byłam bardzo podekscytowana. Notka wydawnicza była intrygująca, a okładka idealna dla fanów gatunku. Jednak oprócz strony wizualnej otrzymaliśmy dużo więcej. Troy ma trudną historię, Charlie też. Od samego początku czuć między nimi chemię, która jest bardzo intensywna. Czytając bardzo dużo się śmiałam  ale jednocześnie bolało mnie serce.  Nie wiem dlaczego Michelle Hercules nigdy wcześniej nie była na moim radarze, ale z pewnością przeczytam jej kolejne powieści. Ta książka ma wszystko, czego potrzebujesz, aby zatracić się w stworzonym przez autorkę świecie. Zdecydowanie polecam. 

 
 
Tytuł : "Heart stopper"
 
Autor : Michelle Hercules 
 
Wydawnictwo : Kobiece
 
Seria : Niegrzeczne książki
 
Cykl : Buntownicy z Rushmore
 
Liczba stron : 392
 
Tytuł oryginału : Heart Stopper 
 
 

Tę oraz wiele innych książek dla kobiet znajdziecie na półce księgarni internetowej :

https://www.taniaksiazka.pl/

 
 

 

"Zachowaj to dla siebie" Monika Dworak

"Zachowaj to dla siebie" Monika Dworak

 
Fenomen potężnych więzi, które łączą bliźniaki jednojajowe, od dawna frapuje neurologów i psychologów na całym świecie. Odpowiedź na pytanie o przyczynę istnienia tak silnych związków sprawia ciągle dużo kłopotów. Dr. Frank Spinth z uniwersytetu w Saarland, przeprowadził ciekawy eksperyment. Otóż w ciągu dziesięciu lat prac badał on zachowanie mózgu bliźniaków w czasie, gdy sztucznie wprowadzano ich w stan zadowolenia lub troski. I w tym wypadku pobudzenie rejonów mózgu odpowiedzialnych za emocje miało takie samo natężenie. Przy okazji (badając grupy kontrolne) profesor doszedł do wniosku, że poziom szczęścia, jaki odczuwają bliźniaki jednojajowe, jest nieco wyższy niż u jedynaków lub „zwykłego” rodzeństwa.  Jak konkluduje w swoich pracach zespół Spintha, jeśli poziom szczęścia jest wyższy, to zapewne i poziom smutku oraz bólu musi być wyższy, szczególnie kiedy jednemu z bliźniaków przydarza się coś przykrego, złego czy wręcz tragicznego. No dobrze, ale dlaczego o tym piszę ? Ponieważ to właśnie rodzeństwo bliźniacze jest głównym bohaterem niniejszej powieści i zdaje się, że autorka , Monika Dworak, również zapoznała się z różnego rodzaju badaniami na temat bliźnią, bo w miarę rzeczywiście przedstawiła łączącą rodzeństwo wieźć. 

Trzydziestoletnia Ewa Dębska jest singielką, zaangażowaną w prowadzenie odnoszącego sukcesy studia projektowania wnętrz. Swój wolny czas spędza głównie w towarzystwie rodziny brata bliźniaka, Adama. Rodzeństwo łączy nie tylko szczególna więź, ale także coś, o czym oboje chcieliby zapomnieć. Odkąd Adam otrzymuje maila od nieznanego nadawcy, jego uporządkowane życie wywraca się do góry nogami. Z obawy przed konsekwencjami szuka wyjaśnień na własną rękę. Krok po kroku udaje mu się odsłonić skrywaną od lat tajemnicę, lecz za swój sukces płaci straszliwą cenę. Do tego wplątuje siostrę w skrywaną od lat spiralę kłamstw. 


Monika Dworak stworzyła powieść, która zaczyna się strzałem z Wielkiej Berty. Z początku wszystko wygląda sielankowo. Małżeństwo, wykorzystując resztkę urlopu, wybiera się z dziećmi na plażę. Tata postanawia zabrać pociechy nad wodę, gdzie bawi się reszta  młodych. W pewnym momencie jego córka traci oddech. Dziewczynka zaczyna się dusić. Mężczyzna bierze dziecko by szybko zawieźć ją do szpitala, jednak nigdzie nie dostrzega jej brata bliźniaka. Jego wzrok pada na wzburzone morze i już wie, że stracił syna...Muszę przyznać, że taki początek bardzo mną wstrząsnął , rzadko kiedy mam do czynienia z aż tak mocnym początkiem książki. Zresztą mało kiedy autorzy decydują się uśmiercić swoich bohaterów (do tego dzieci) już na pierwszych stronach. Nie wiem czy to wynika z samej wrażliwości twórców, czy też z tego że czytelnicy niezbyt lubią jak nieletni występują w roli ofiary. Ważne jest to, że Dworak udało się mnie zaskoczyć.Jednak po tym wstrząsającym otwarciu zrobiło się już spokojniej, nawet można by powiedzieć, że za spokojnie. W kolejnych rozdziałach przenosimy się w przeszłość. Nasi bohaterowie mają ponad trzydzieści lat i są spełnionymi zawodowo , szczęśliwymi ludźmi. Ewa ma swoje własne biuro architektoniczne, Adam pracuje w jednej z dużych firm, gdzie udaje mu się szybko awansować, pod okiem groźnego i antypatycznego szefa. Ewa jest zagorzałą singielką, Adam ma żonę oraz małą córeczkę. Podsumowując : oboje wiodą takie życie, jakie sobie wybrali. Do czasu. Pewnego dnia Adam otrzymuje maila, w którego załączniku znajduje się tajemnicze zdjęcie. Od tego momentu mężczyzna nie może przestać o tym myśleć. Odsuwa się od żony i siostry , pod pretekstem wyjazdu służbowego wybiera się do Koszalina by wyjaśnić sprawę fotografii. Kiedy już już , wszystko zaczyna wskakiwać na właściwe miejsce, zdarza się wypadek, który pokrzyżuje wszystkie plany. 

"Zachowaj to dla siebie" choć z początku myślałam, że to kryminał , jest tak naprawdę książką obyczajową z dość mocnym wątkiem dawnej historii rodzinnej. W skrócie mamy tutaj tajemnicę sprzed lat i głównego bohatera, który stara się ją odkryć. Z pomocą przychodzą mu obcy oraz znani ludzie i szybko okazuje się, że prawda nigdy nie umiera. Nie wiem czy to dlatego, że jestem doświadczonym czytelnikiem, czy też dlatego że autorka słabo zakamuflowała swój sekret, praktycznie od samego początku wiedziałam jakie będzie zakończenie tej książki. Oczywiście nie znałam wszystkich szczegółów jednak kontekst był dla mnie oczywisty. Troszkę mnie to rozczarowało, bo w końcu kto lubi czytać książki znając ich zakończenie? A tutaj po prostu nie dało się wymyślić innego końca,  gdyż cokolwiek by wymyśliła autorka byłoby tak samo wiarygodne jak lądowanie kosmitów. Niemniej jednak dość przyjemnie się tę książkę czytało.Monika Dworak to młoda pisarka a "Zachowaj to dla siebie" jest jej pierwszą książką i już samo to, że znalazła wydawcę jest ogromnym sukcesem, gdyż w praktyce oznacza, że ktoś (lub cały zespół) znający się na literaturze uznał, że powieść ta ma potencjał. I ten ktoś zna się na rzeczy zdecydowanie lepiej niż ja. Dlatego też moja krytyka jest czysto subiektywna i możecie się z nią nie zgodzić. Chciałabym jednak wspomnieć o stylu autorki. Dla mnie najważniejszą częścią książki są dialogi, to właśnie one sprawiają, że przerzucam strony nawiązując więź z bohaterami. Tutaj dialogi okazały się piętą achillesową autorki. Są za długie, przerysowane, niewiarygodne. Dorośli ludzie tak ze sobą nie rozmawiają. Są po prostu sztuczne i zdecydowanie odstają od ciekawych opisów . 

Myślę, że warto przeczytać debiut pani Dworak. To ciekawa książka obyczajowa w której tajemnica z przeszłości może zmienić przyszłość naszych bohaterów. To książka o miłości pomiędzy bliźniętami i tajemniczej więzi która ich łączy. Duża część tej powieści toczy się w szpitalu, gdzie jeden z naszych głównym bohaterów, wybudziwszy się z komy, cierpi na amnezję. Nie pamięta swojej rodziny, tego kim był ani gdzie pracował . Muszę przyznać, że autorka w ciekawy i profesjonalny sposób podeszła do tego zagadnienia a powrót do zdrowia odbywał się w snach, co było bardzo interesujące i nieco magiczne. Jeśli szukacie lektury na kilka wieczorów, czegoś lekkiego i niezobowiązującego to zdecydowanie polecam. Choć powieść pani Dworak nie jest najwyższych lotów tak warto poświęcić na nią trochę czasu. Można bowiem trafić gorzej. Polecam. 


Tytuł : "Zachowaj to dla siebie" 

Autor : Monika Dworak

Wydawnictwo : Kobiece 

Data wydania : 10 marca 2021

Liczba stron : 416

 

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 
 
 
 

 

 

 


"Dziecko znikąd" Christian White

"Dziecko znikąd" Christian White

Czy próbowaliście kiedyś napisać książkę? Czy usiedliście przed pustą kartką czy też arkuszem  Worda  i słowa same zaczęły do was przychodzić ? Ja jestem osobą wielu pomysłów. W mojej głowie roi się od scenariuszy, bohaterów,  intryg i zagadek kryminalnych jednak nie mam pojęcia jak przelać je na papier. Zdaje sobie sprawę, że każdy z autorów był kiedyś debiutantem i nie zawsze te pierwsze powieści okazywały się udane, jednak mimo wszystko się boję.  Christian White (jak możemy  dowiedzieć się z posłowia do książki miał więcej odwagi niż ja i postanowił wziąć sprawy we własne ręce. Jak widać do stworzenia oryginalnej i na dodatek dobrej książki wystarczy ... odrobina Stephena Kinga oraz wycieczka do Kentucky. Muszę przyznać,  że za poradnikami nie przepadam (Nawet jak są pisane przez moich ulubionych autorów) a "kurczakowy" stan , jest na jednym z ostatnich miejsc na mojej liście do zobaczenia w Ameryce, lecz jeśli wizyta w tym zapomnianym przez Boga miejscu miałaby mnie natchnąć i zainspirować do napisania tak rewelacyjnej książki to już kupuje bilety. Może i ja odkryje w sobie takie talent jaki ma Pan White ? Oby...

Do fotografki Kim Leamy z Melbourne podchodzi nieznajomy mężczyzna. Prowadzi śledztwo w sprawie dwuletniej dziewczynki, która zaginęła dwadzieścia osiem lat temu w Kentucky w USA. Mężczyzna uważa, że Kim to ta sama osoba. Kim z początku lekceważy jego słowa, ale kiedy stopniowo poznaje dzieje swojej rodziny w Australii, pojawiają się pytania, na które trudno znaleźć odpowiedzi… 

Stany Zjednoczone to ojczyzna wolności, demokracji, swobód obywatelskich a jednocześnie miejsce gdzie spotkamy się z największą liczą odmienności, zboczeń  i i kontrastów. Kiedy stany południowe są bardziej tradycjonalistyczne i konserwatywne, tak te północne mienią się barwami tęczy. Gdzieniegdzie można paradować  z bronią w ręku, a  gdzieś indziej za stłuczenie talerza dostać 24 godziny w więzieniu. Podobnie jest z religią. Jeśli wiecie jaki stan wybrać,  to możecie założyć sobie dowolny Kościół, z dowolnym obrządkiem i zasadami i nikt nie będzie was prześladował. W niniejszej książce mamy do czynienia z jednym z odłamów  zielonoświątkowców, Kościołem  Wewnętrznej Światłości.  Ponieważ lubię książki inspirowane prawdziwymi wydarzeniami, postaciami czy rzeczami, próbowałam znaleźć jakąkolwiek wzmiankę o tym zgromadzeniu wierząc, iż naprawdę istnieje. Niestety Internet milczał. Znalazłam mnóstwo informacji na temat samych Zielonoświątkowców, jednak albo akurat ten odłam  pragnie zachować anonimowość albo jest po prostu fikcja literacką. Jedno jest pewne , choć nazwa jest najpewniej wymyślona tak obrządki, zwyczaje a nawet sama msza bardzo przypomina to, co możemy spotkać w innych świątyniach tego odłamu  chrześcijaństwa. Wyznawcy trzymają w rękach jadowite  węże i piją trucizny wierząc że Bóg ich obroni przed wszystkim, nawet przed śmiercią. Jak większość małych Kościołów,  tak i ten bardziej przypomina zamkniętą sektę. Wierni są podejrzliwi, nie lubią obcych, nie żałują pieniędzy na "budowę" Kościoła i świecie wierzą w jego przywódców, bardziej nawet niż w samego Boga. Choć nasi główni bohaterowie,  nie należą do tych najbardziej bogobojnych,  w zasadzie można ich nawet nazwać "watpiącymi " tak sam Kościół gra tutaj zdecydowanie drugie, a momentami nawet i pierwsze skrzypce. Czytelnik czuje, że to właśnie w nim kryje się cale zło i wszystkie tajemnice.

Trzeba przyznać iż fabuła tej książki nie jest zbytnio skomplikowana i w pewnym momencie bardzo łatwo jest przewidzieć jej zakończenie. Ja domyśliłam  się o co chodzi już po przeczytaniu jednej trzeciej tekstu. Nasza główna  bohaterka dowiaduje się, że całe jej życie było kłamstwem A ona sama nie jest tym za kogo się uważała. Właśnie ten temat , czyli odkrywanie nowej tożsamości, psychiczna metamorfoza oraz radzenie sobie w nowych warunkach, miał największy potencjał. Miałam nadzieję,  że autor skupi się na psychice naszej bohaterki,  przeanalizuje jej uczucia , rozłoży ją na części pierwsze , niestety zamiast tego White postawił na zagadkę, tajemnice i powieść drogi. Tym razem, jako że jest to debiut literacki, jestem w stanie to wybaczyć,  jednak następnym będę czekać na coś głębszego. W końcu ludzie nie przechodzą od razu do porządku dziennego kiedy się dowiadują,  że całe ich życie było kłamstwem, dotychczasowa rodzina to zupełnie obcy ludzie a prawdziwi krewni nie chcą ich znać. Muszę przyznać iż podróż przez Amerykę w poszukiwaniu własnych korzeni bardziej wzruszyła mnie niż bohaterkę. Jej brata pokochałam,  matkę znienawidziłam, babkę obdarzyłam szacunkiem a siostrę niechęcią , jednak fascynujące było to jak odmienna była reakcja tych ludzi na fakt, że ich dawno zaginiony członek rodziny powrócił do żywych . Pod sam koniec książki, fabuła zaczęła się nieco komplikować.  Autor postanowił opuścić strefę komfortu, jaka jest powieść obyczajowa, i wszedł na grząski  grunt thrillera. Wyszło to całkiem sprawnie.  Pojawiło się więcej bohaterów, zaczęły wychodzić na jaw tragiczne wydarzenia z przeszłości a całość nabrała jeszcze większych rumieńców . Za to ostatnie zapewne odpowiada kontrowersyjny temat związków homoseksualnych połączonych z religią, rzecz która zawsze będzie elektryzować i szokować społeczeństwo, nawet to najbardziej demokratyczne .

Na pierwszy rzut oka bohaterami naszej książki są zwykli ludzie, normalne rodziny , które spotkało coś niesamowitego, tragicznego bądź też po prostu nieprawdopodobnego. Wiadomo że z wiekszością rodów związana jest jakaś tajemnica, jednak porwania i odnalezienia po kilkudziesięciu latach zdarzają się niezwykle rzadko. Właśnie dlatego książka ta mnie tak zafascynowała, bo było to coś nowego. Jednak przy bliższym poznaniu , rzeczywistość okazała się nieco bardziej skomplikowana. Jeden z głównych bohaterów skrywa sekret dotyczący swojej seksualności . Choć ma żonę, dzieci i stara się dbać o swoją rodzinę to w rzeczywistości jest homoseksualistą i do tego aktywnym . Natomiast jego małżonka to typowa nawiedzona  chrześcijanka,  dla której to religia  znajduje się na pierwszym miejscu. Jeśli do tej dwójki dodamy depresyjna  nastolatkę,  która pragnie śmierci swojej siostry oraz zagubionego chłopca, to będziemy mieć mieszankę iście wybuchową. Przestaniemy się dziwić, że to właśnie w tej rodzinie doszło do tragedii, bo była ona po prostu do przewidzenia.
Z drugiej strony mamy młodą Australijkę, której pomimo niezbyt młodego wieku , nie udało się założyć rodziny ani zrobić spektakularnej kariery. Jest ona zwykłą, szarą myszką, która niczym się nie wyróżnia spośród lokalnej społeczności. Dopiero odkrycie tajemnicy sprawia, że dziewczyna znajduje się w błysku fleszy. Więc jak widzimy autor książkę swoją oparł na kontrastach. Z jednej strony mamy fanatyków religijnych, mniejszości seksualne i zagubionych nastolatków , a z drugiej przedstawicielkę "normalnej" większości, której los spłatał figla. Moim zdaniem połączenie tych składników jest receptą na sukces.

Jak dobrze wiecie zawsze staram się przeczytać książkę od początku do samego końca, włącznie z posłowiem a nawet podziękowaniami. Tym razem notka od autora niesamowicie mnie wzruszyła. Może niektórym z was wydaje się, że napisanie powieści jest łatwe, wystarczy mieć pomysł, odrobinę talentu i sukces murowany. Okazuje się, że nic bardziej mylnego. Christian White owszem wymyślił i dopracował w głowie ciekawą historię, jednak przełożenie jej na papier nie było już takie proste. Z pomocą przyszedł mu dopiero Stephen King, a dokładniej jego poradnik "Jak pisać". Co prawda jeszcze nie przeczytałam tej książki, jednak jeśli to naprawdę dzięki wskazówkom mistrza White napisał tak dobrą, przemyślaną i interesującą powieść, to zdecydowanie muszę to nadrobić. I radzę to zrobić innym, początkującym (i nie tylko) pisarzom. Naprawdę warto korzystać ze wskazówek i podpowiedzi tych wielkich, których kochają czytelnicy na całym świecie. Panu White do samego szczytu jeszcze troszkę brakuje, jednak jeśli jego kolejna powieść utrzyma poziom lub będzie choć odrobinkę lepsza, to liczba stopni do podium zdecydowanie się zmniejszy. Polecam.

Tytuł : "Dziecko znikąd"
Autor : Christian White
Wydawnictwo : Czarna Owca
Data wydania : 18 września 2019
 Liczba stron : 376
Tytuł oryginału : The Nowhere Child 


Za możliwość przeczytania książki i jej zrecenzowania serdecznie dziękuję wydawnictwu :  

https://www.czarnaowca.pl/



Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html

"Tak to już jest" Laurie Frankel

"Tak to już jest" Laurie Frankel

     Ostatnio w mediach, zresztą na ulicach też, trwa zagorzała dyskusja na temat tożsamości płciowej. To, co jeszcze kilkanaście lat temu, było tematem tabu, dziś jest omawiane w rządzie i w telewizji, na wiecach publicznych, w radiu a nawet w szkołach. W Niemczech wiedza na temat sexu i płci, jest jednym z przedmiotów w planie lekcji dla pięciolatków. Dawniej tego nie było. Dziewczynki nosiły spódniczki, chłopcy spodnie i wszyscy byli równi. Nie wiem co się stało w ostatnich latach, jednak nasze społeczeństwo dojrzało, a jednocześnie stało się bardziej niepewne własnej tożsamości.  Oczywiście znałam swoim życiu chłopców, którzy lubili się stroić, jednak zarówno rodzice jak i ich znajomi, traktowali to jako fanaberię, która przejdzie wraz z wiekiem. Od kiedy Polska wkroczyła na drogę równości i zapanowała demokracja, społeczeństwo z roku na rok staje się coraz bardziej liberalne. To właśnie rodzice namawiają swoje dzieci do "bycia sobą", to rodzina utwierdza ich w przekonaniu o tym, że bycie transseksualnym jest normalne i nie ma się czego wstydzić. W momencie kiedy dzisiejsze pokolenie trzydziestolatków rozumie takie podejście, poglądy starszych nadal wymagają zmiany. A może się ona dokonać jedynie poprzez edukację. Dlatego cieszę się, iż wydawnictwo Poradnia K, podjęło się tłumaczenia książki "Tak to już jest" Laurie Frankel, opowieści o transseksualnym dziecku i jego rodzinie. Mam nadzieję, że zainspiruje ona kolejnych ludzi do wzięciu udziału w dyskusji, która toczy się na naszych ulicach. Oczywiście po dobrej stronie. 

Wyjątkowa opowieść o miłości, rodzinie i zmianie. Claude’a poznajemy, gdy ma pięć lat, jest najmłodszym z pięciu braci – uwielbia kanapki z masłem orzechowym, sukienki i marzy o byciu księżniczką. A kiedy podrośnie, powie, że chce być dziewczynką. Rodzice Claude’a, Rosie i Penn, akceptują swoje dziecko takim, jakie ono jest, nie mają pewności jednak, czy mogą się tym podzielić z całym światem. I dlatego wybór Claude’a utrzymywany jest w tajemnicy. Pewnego dnia jednak wszystko się zmienia…


Laurie Frankel jest mamą, i do tego szczególną, bo wychowującą transseksualne dziecko. Choć zarówno w wywiadach, jak i w posłowiu do książki, zapewnia że nie jest to historia jej życia, to bardzo ciężko w to uwierzyć. Owszem stworzona przez autorkę rodzina jest liczniejsza, jednak to co ją spotyka mogłoby być udziałem każdego, kto posiada dziecko cierpiące na dysforię płciową, czyli stan emocjonalny związany z funkcjonowaniem w roli społecznej,w ciele niezgodnym z tożsamością danej osoby.Dziś takim osobom z pewnością jest łatwiej niż jeszcze kilkanaście lat temu, jednak do ideału jest nadal bardzo daleko. Legislacja, mentalność społeczeństwa, religia i kultura są mało podatne na jakiekolwiek zmiany i ingerencje. W Polsce, rodzice transseksualnych dzieci zapisując pociechę do szkoły, muszą podać takie imię, jakie figuruje w akcie urodzenia, nie ma znaczenia czy zostało ono potem zmienione. Owszem niektórzy nauczyciele idą na rękę i zwracają się do ucznia, tak jak on tego pragnie, jednak są to nieliczne wyjątki. Nasze społeczeństwo jest bardzo konserwatywne, zamknięte na zmiany i (niestety) homofobiczne. Pewnie nie raz widzieliście w telewizji zjazdy partii narodowców, na które z roku na rok przyjeżdża coraz więcej ludzi. Spójrzmy teraz na to co dzieje się po drugiej stronie, za oceanem, tam gdzie rządzi demokracja, wolność, równość i liberalizm. A przynajmniej takie chodzą słuchy. Otóż nawet w tym kraju, gdzie prawa obywatela do samostanowienia są wpisane do konstytucji, sytuacja nie przedstawia się tak kolorowo, jak moglibyśmy sądzić. Nie we wszystkich Stanach panuje tolerancja . Na południu do tej pory działa Ku Klux Klan a wszelkie odmienności są piętnowane, wyszydzane i alienowane. Wyobraźcie sobie, że penalizacja związków seksualnych, została zniesiona na terenie Ameryki Północnej, dopiero w 2003 roku. Do tej pory jedynie siedemnaście stanów, plus dystrykt Kolumbia, wprowadziło zakaz dyskryminacji przez wzgląd na orientację seksualną w stanowych kodeksach karnych bądź innych aktach prawnych, dających ogólny zakaz dyskryminacji w wielu dziedzinach życia. Reszta się jeszcze nad tym zastanawia. Jak widzicie, Stany Zjednoczone, nie są krajem pełnej i nieograniczonej wolności i swobody. Nawet tutaj tęcza czasem zachodzi za chmury. Nasza "książkowa" rodzina, żyje w miejscu gdzie osoby transseksualne, nadal traktowane są jak dziwaki i odmieńcy. Choć przepisy prawne zostały zaktualizowane tak, by ułatwić im funkcjonowanie, tak nic nie jest wstanie zmienić mentalności współobywateli. 

Claude ma pięć lat i lubi przebierać się w sukienki. Lubi takie bawić się zabawkami dla dziewczynek, nosić bikini i plotkować, zupełnie tak jak jego koleżanki z pracy. Pewnego dnia chłopiec wyrzuca z siebie prawdę. Informuje rodziców, oraz czwórkę swoich starszych braci, o tym że tak naprawdę nie wie kim jest. Zupełnie nie czuje się chłopcem. Zarówno matka i ojciec dziecka, oboje wykształceni i nowocześni, postanawiają w porę zainterweniować i robią jedyną słuszną rzecz w tej sytuacji : dają Claudowi wybór, i niezależnie od tego jaki on będzie, będą go wspierać. Muszę przyznać, iż postawa rodziców była dla mnie z jednej strony szokująca a z drugiej heroiczna. Sama nie wiem jak bym się zachowała, gdyby moja pięcioletnia córka, bo tyle właśnie teraz ma lat, przyszła i powiedziała "od tej pory jestem chłopcem". Czy od razu bym to zaakceptowała? Czy przeszła nad tym do porządku dziennego? A może bym zaczęła wrzeszczeć i płakać szukając wszędzie wsparcia i pomocy? Dlatego patrząc z dystansu na to, jak zachowali się Rosie i Penn, doszłam do wniosku że wykazali się dojrzałością, wrażliwością i niesamowitą empatią. Z jednej strony chcieli zrozumieć swoje dziecko i chronić je a z drugiej wiedzieli, że będzie to związane z walką z całym światem. Już na samym początku musieli zmienić miejsce zamieszkania, gdyż ich stare przestało być bezpieczne. Przez kilka lat musieli transseksualność Claude, którego od teraz będziemy nazywać Poppy, utrzymywać w tajemnicy. Bali się, że wyjawienie otoczeniu tego, że mają w domu "dziewczynkę z penisem" sprawi, że nowi sąsiedzi, znajomi i przyjaciele dzieci się od nich odsuną i będą traktować niczym rodzinę Adamsów. Czytając tę książkę zastanawiałam się jak to jest przez cały czas nosić na sobie brzemię kłamstwa. Codziennie oszukiwać, nie wyjawiać prawdy. Żyć tak z dnia na dzień, z godziny na godzinę. I to nie jedna osoba lecz cała rodzina. Wszyscy musieli się zjednoczyć w kłamstwie by uchronić jedną osobę. Czy to było sprawiedliwe wobec braci Poppy? To, że musieli się ukrywać? Oczywiście odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Z jednej strony kłamstwo zawsze jest złe i ma krótkie nogi, a z drugiej niekiedy powiedzenie prawdy równe jest rozpętaniu wojny. Niestety kolejny raz na scenę wkracza nasze społeczeństwo, które choć dużo mówi o wolności i równości, to tak naprawdę nie jest na nie przygotowane. Nie ważne jak mocno będziemy machać tęczowymi flagami, to jak w naszym otoczeniu pojawi się osoba LGBTQ, to i tak będziemy traktować ją inaczej. Jak na ulicy patrzymy na paradę Drag Queen, to zakrywamy usta, robimy zdjęcia..mniej się dziwimy widząc człowieka przebranego za zombie niż transwestytę. Wszystkie słowa o wolności są piękne, jeśli transparenty z nimi nie stoją w naszym podwórku. Dlatego rozumiem decyzję Rosie i Penna, jednak rozumiem też to, że była ona zła. Jednak innej alternatywy nie było. 

Musimy pamiętać o tym, że transseksualna Poppy, nie była jedynym dzieckiem w tej rodzinie. Poznajemy tutaj najstarszego z rodzeństwa Bena, szalonego i zbuntowanego Roo oraz bliźniaków Oriona i Rigela, w połączeniu z rodzicami, tworzą oni małą zamkniętą społeczność, która stworzyła własny świat. Każda z tych osób ma problemy z którymi musi się borykać. Penn jest "bezrobotny" z kolei Rosie narzeka na nawał pracy, Ben jest nieszczęśliwie zakochany a Roo nie potrafi się odnaleźć w nowym miejscu. Orion i Regel też mają swoje małe dramaty, jednak są jeszcze za mali by się nimi na poważnie przejmować. Czytając "Tak to już jest" miałam momentami wrażenie, że rodzice faworyzują Poppy, że tylko ona się liczy, a reszta żyje w cieniu jej problemów. Jednak wgłębiając się w temat zrozumiałam, że Rosie i Penn mieli rację, dziewczynce trzeba było pomóc, gdyż była zagubiona, zastraszona i niepewna swojej tożsamości. To właśnie dlatego rodzice wiecznie byli przy niej, na wszystko jej pozwalali, zabrali ją nawet do Tajlandii, gdzie przez kilka miesięcy miała nabrać oddechu. Zrozumiałam, że w życiu każdego z nas może nastąpić taki czas kiedy albo to właśnie "my" będziemy potrzebować pomocy rodziców, albo to nasze dzieci przyjdą do nas po wsparcie. I nigdy w takiej sytuacji nie należy się odwracać. Bycie rodzicem to sztuka wyboru, który choć momentami może być trudny, to jest konieczny. Moim zdaniem Rosie i Penn byli cudownymi rodzicami, pełnymi miłości i serca do swoich dzieci, wyrozumiałymi i mądrymi, takimi jakich tylko można sobie wymarzyć. No i oczywiście mieli pomoc w postaci panaTongo. Osoby, którą szczerze pokochałam. Nie był on ani lekarzem, ani specjalistą, sam siebie nazywał jedynie "przyjaciele" i choć nie miał żadnego dyplomu to miał dużą wiedzę na temat dzieci transseksualnych i tożsamości płciowej. To właśnie rozmowy z nim były "clue" tej książki, czymś na co czekałam z niecierpliwością. Mam nadzieję, że jeśli kiedyś będę potrzebować pomocy, to trafię na taką osobę jak pan Tongo, entuzjastę, pasjonata, optymistę. Po prostu przyjaciela. 

Czy wiecie, że aż 2 procent chłopców, i aż 4 procent dziewczynek w wieku szkolnym, określa się jako dzieci transseksualne? Czy wiecie, że 50 procent z nich, w okresie dorastania będzie miało myśli samobójcze, a 80 procent jeśli w porę nie otrzyma pomocy, targnie się na własne życie? W Stanach Zjednoczonych mieszka 300 milionów ludzi, na całej Ziemi ponad 7,5 miliarda, z tego wynika, że rokrocznie umierają setki tysięcy ludzi, tylko dlatego że nie znalazł się nikt, kto by im pomógł odnaleźć siebie. Właśnie dlatego takie książki jak "Tak to już jest"są tak bardzo potrzebne. Nie by szokować, wywoływać grymas na naszych twarzach czy emocje w sercu, potrzebne są do tego by edukować społeczeństwo, uczyć je empatii i tolerancji, byśmy się wzajemnie nie pozabijali. Nawet nieświadomie. Dlatego uważam, że każdy z nas, powinien tę książkę przeczytać. Młody czy stary, homofob czy libertyn, tęczowy, czarny, żółty czy zielony. Jest to powieść dla ludzi, o ludziach. Zdecydowanie polecam. 


Tytuł : "Tak to już jest"
Autor : Laurie Frankel
Wydawnictwo : Poradnia K
Data wydania : 5 czerwca 2019
Liczba stron : 464
Tytuł oryginału : This Is How It Always Is


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :



"Sonia" Magdalena Zimny-Louis

"Sonia" Magdalena Zimny-Louis

Ostatnio oglądając wiadomości telewizyjne czy przeglądając gazety zauważyłam, iż praktycznie codziennie pojawiają się newsy o krzywdzonych dzieciach. Nie wiem czy to przez te upały, czy też jako matka dwójki zaczęłam bardziej zwracać uwagę na cierpienie maluchów, jednak codziennie słyszę o dzieciach zamordowanych, pobitych, zgwałconych, wyrzuconych czy zostawionych w zamkniętym samochodzie na czterdziestostopniowym upale. Gdzieś kiedyś przeczytałam, że koniec świata poznamy po tym, że zginą wszyscy niewinni. Czyżby apokalipsa się już rozpoczęła? Magdalena Zimny-Louis w swojej książce "Sonia" porusza bardzo ważny i niezwykle szokujący temat pedofilii. Choć nie ma tutaj brutalnych opisów, czy przekazu rodem z produkcji braci Sekielskich, tak książka ta porusza i może służyć za bardzo dobry wstęp do dyskusji na temat patologicznych zachowań. Teraz, już po lekturze, muszę przyznać iż nadal jestem w szoku. Autorce udało się owinąć mnie wokół palca, przepuścić przez maszynkę do mielenia uczuć, wyżymać i powiesić na sznurku. Wiem, że niektóre obrazy z tej książki pozostaną we mnie już do końca życia i właśnie to,świadczy o jakości utworu, że zapada w pamięć i zmienia światopogląd czytelnika.

W 1979 roku dziewięcioletnia Sonia i piętnastoletnia Maria spędzają ostatnie rodzinne święta Bożego Narodzenia. Ojciec porzuca córki i żonę i wyjeżdża z inną kobietą do Ameryki. Jego nagłe odejście załamuje całą konstrukcję rodziny Hamerów, w której psują się nie tylko stosunki między siostrami, lecz także dochodzi do tragedii. Sonia dopiero po ucieczce z domu wskazuje prawdziwego sprawcę wielokrotnych gwałtów i aktów przemocy, jakich była ofiarą, jednak najdroższe jej osoby – mama i siostra – odwracają oczy i milczą. Co jeszcze musi się wydarzyć, żeby dorośli uwierzyli w krzywdę, jaką wyrządzono dziecku? 

Wstydzimy się mówić o pedofilii. Dla normalnych ludzi traktowanie nieletnich jako obiektów seksualnie atrakcyjnych, jest afirmacją poważnych zaburzeń psychicznych. Często nie możemy uwierzyć w to, iż nasze dzieci mogą w kimś wzbudzać tak potężne, skrajne emocje, że jest on gotowy do popełnienia przestępstwa. Właśnie przez tę niewiarę często bagatelizujemy problemu, uważając, że przecież on nas nie dotyczy. Niestety, drodzy państwo, to że zamkniemy oczy i odwrócimy się plecami nie zmieni rzeczywistości. Z pedofilami próbowano walczyć na wiele sposobów. Kiedyś ich kamieniowano i wypalano na skórze piętna, trafiali na krzesła elektryczne a w bardziej "cywilizowanych" społeczeństwach stosowano różnego rodzaju leki obniżające popęd seksualny. Niestety wszystkie te zabiegi nie przyniosły skutku i tych chorych ludzi z roku na rok jest coraz więcej. Dzięki powszechnemu dostępowi do internetu, gdzie "bywają" młodzi nastolatkowie i naiwne, nieświadome dzieci, zboczeńcy czują się jak w raju. Liczba potencjalnych ofiar jest nieograniczona. Jednak niebezpieczeństwo, które czyha na nasze dzieci, nie przychodzi jedynie z zewnątrz, o czym skutecznie przekonała mnie Magdalena Zimny-Louis. Akcja "Sonii" rozgrywa się bowiem w czasach kiedy globalna sieć była jeszcze w sferze fantazji a telefonia komórkowa w powijakach. Źli ludzie musieli bardziej się postarać a prawda, jak wychodziła na jaw, albo szokowała lokalną społeczność, albo była przez nią odrzucana. Mam w rodzinie ciotkę, której mąż popełnił samobójstwo. Ta kobieta odseparowała się od całego świata, unika znajomych i najbliższych a zakupy robi w sąsiednim mieście. Zrezygnowała nawet z telefonu stacjonarnego gdyż bała się zbytniego zainteresowania i wścibskich sąsiadów. Spadł na nią nimb hańby, a przynajmniej sama tak uważa, gdyż tak naprawdę w dzisiejszych czasach, mało kto interesuje się swoim otoczeniem. Ot facet się wyhuśtał, a życie toczy się dalej. Jednak ciotka jest kobietą starej daty i pewnych rzeczy nie da się jej wytłumaczyć. Dla niej mąż z ukochanego stał się grzechem, który uczynił ją czarną owcą w rodzinie, jednostką skazaną na samotność. My, gatunek ludzki, nie lubimy odmienności. Chcemy być tacy jak nasi sąsiedzi zza ściany czy koledzy z pracy. No może marzymy o lepszym samochodzie czy wakacjach w jeszcze dalszym, bardziej egzotycznym kraju ale nic ponad to. Oczywiście chętnie byśmy trafili do telewizji śniadaniowej, jednak jako celebryci a nie ofiary a nie daj boże sprawcy. W naszej rodzinie, naszym domu nie ma prawa dziać się nic złego, bo przecież takie rzeczy to dzieją się tylko w telewizji, w "Trudnych sprawach" czy "Wiadomościach". Właśnie taka znieczulica i (parafrazując naszego byłego prezydenta), "pomroczność jasna" dotknęła kilku z bohaterów niniejszej książki. Choć dostały dowody na to, że ich dzieci są molestowane, choć same dziewczynki dosłownie pokazały jakie "zabawy" rozgrywają się w ich sypialni, to nikt im nie uwierzył. Czytając tę powieść, zastanawiałam się nad tym, jakie to straszne, kiedy nasi właśni rodzice nam nie ufają, szczególnie w tak ważnych sprawach jak nasza krzywda. Niestety sytuacje, kiedy matka "przymyka" oko na, jak to nazywa, nieobyczajność swojego partnera względem córki, czy wręcz zwala całą winę na jej frywolny wygląd, nie należą do rzadkości. Zanim zaczniemy walkę z pedofilią na dobre, powinniśmy najpierw wyedukować społeczeństwo, oduczyć je wstydu. Musimy zacząć słuchać naszych dzieci i nie oglądać się na innych. Sąsiadów i przyjaciół zawsze można znaleźć nowych a krzywdy wyrządzone w młodości, pozostają w psychice człowieka już na zawsze. Żałuję jedynie, iż autorka potraktowała problem pedofilii nieco stereotypowo : oczywiście winnymi całego zła tego świata są księża, homoseksualiści czy ojczymowie. Niestety, zboczeńcy nie ograniczają się do tych grup społecznych. Sam fakt, że największa liczba pedofili znajduje się w środowisku nauczycielskim świadczy o tym, że znane nam stereotypy są przestarzałe i mogą okazać się bardzo krzywdzące. 

Oprócz pedofilii, autorka porusza również temat imigracji. Ci, którzy śledzą mojego bloga wiedzą, iż ponad dziesięć lat temu opuściłam nasz piękny nadwiślański kraj, i wyjechałam na studia do deszczowej, lecz jakże tajemniczej i uroczej, Irlandii. Nie martwcie się, nie zostałam wieczną studentką. Po otrzymaniu dyplomu postanowiłam zostać na zielonej wyspie i to właśnie tutaj jest dziś mój dom. Przez te lata emigracji poznałam bardzo wielu przybyszów z różnych zakątków naszego świata. Pracowałam i z Brazylijczykami i z Nepalczykami, ba trafił się nawet obywatel Wysp Wielkanocnych i Madagaskaru. Jednak wierzcie mi, to co mówią o emigracji polskiej, ze wszystkimi jej przywarami i kolorytem, jest jak najbardziej prawdziwe. Jesteśmy bardzo wyróżniającą się diasporą i niestety, nie zawsze darzą nas sympatią. Ja również miałam parę rozczarowujących i smutnych doświadczeń z przybyszami znad Wisły. W Irlandii sprawdza się powiedzenie, że prędzej pomoże nam obcy niż nasz rodak. Magdalena Louis sama jest emigrantką, na stałe mieszkającą w Wielkiej Brytanii, więc doskonale wie jak się sprawy mają. W swojej najnowszej książce postanowiła jednak odesłać naszych bohaterów jeszcze dalej, aż za ocean, by tam prowadzili intensywne życie "hamerykańskich" Januszów i Mariolek, wraz z ich Brajanami i Dżesikami. Muszę przyznać, że pomimo ciężkich tematów które porusza to książka, kilkukrotnie nie mogłam powstrzymać się od śmiechu, jak czytałam o amerykańskiej Polonii. Bawiły mnie utapirowane blondyny w stylu Peggy Bundy i wystrojeni w kolorowe dresy podstarzali amanci, którzy po kilku latach za wielką wodą już zapomnieli rodzimego języka. Bawiła mnie ich hipokryzja i przemądrzałość, wywyższanie się i przechwalanie dolarami, które specjalnie rozmieniali na mniejsze nominały, by portfel wydawał się grubszy. Byli to ludzie, którzy wyjechali w pogoni za swoim "amerykańskim snem" jednak kiedy się z niego obudzili to okazało się, że po dziesięciu latach zostali na bruku ze startą ubrań zapakowaną w worek na śmieci. Nie dorobili się ani fortuny, ani domów, ani nawet zielonej karty. Podobał mi się kontrast, który stworzyła autorka, porównując jeszcze komunistyczną Polskę, do kolorowych, wyzwolonych i rozwiniętych technologicznie Stanów Zjednoczonych. Właśnie takich smaczków poszukuję w literaturze. Kiedy w kraju Gierka kupowało się meblościanki, piło oranżadę z saturatorów a łazienkę czyściło octem, tak u naszych przyjaciół za oceanem montowano klimatyzacje, pito coca-colę i opracowywano formułę na Domestos. Jakie to musiało być zarazem piękne i dziwne, wyjechać do kraju tak zaawansowanego technologicznie i próbować się tam odnaleźć. Muszę powiedzieć, że podziwiałam zarówno Marię , jak i Alę, które choć wybrały zupełnie różne ścieżki w drodze do sukcesu, to konsekwentnie po nich stąpały.

Zresztą "Sonia" to nie tylko książka o różnicach pomiędzy rozwiniętym Zachodem, a tym co pozostało za Żelazną Kurtyną, to również opowieść o przeszłości i teraźniejszości, i tym jak przez te trzydzieści lat zmieniło się nasze społeczeństwo. Z jednej strony gołym okiem widać co się zmieniło : technologia ruszyła z kopyta, granice się otworzyły, nastąpiła częściowa, a gdzieniegdzie nawet całkowita liberalizacja obyczajów. Z drugiej strony jednak, nadal żyją ludzie, którzy wychowali się w starym systemie, którzy pewnych rzeczy nie są w stanie zaakceptować. Żeby daleko nie szukać, weźmy pod lupę chociażby moją babcię, która zawsze się krzywi na widok tęczowej flagi i jest oburzona tym, co się wyprawia na Palcu Zbawiciela. Zawsze mówi, że Zbawiciel to się teraz w grobie przewraca. 
Głównym tematem naszej książki, który nawet przez samą autorkę jest sukcesywnie spychany gdzieś na peryferia fabuły, jest odnalezienie Sonii i dowiedzenie się, co takiego wydarzyło się w przeszłości. Jaka tragedia doprowadziła do rozbicia rodziny? Czy oskarżając dziewczyna mówiła prawdę czy też realizowała swój konkretny plan? Muszę przyznać, iż zakończenie powieści nie dostarczyło mi wyczerpującej odpowiedzi. Owszem była zaskakujące jednak mam wrażenie, że autorka nie do końca je przemyślała. A może po prostu zostawiła sobie otwartą furtkę do kontynuacji? Jeśli tak to chętnie ją przeczytam.

Magdalena Zimny-Louis umie pisać tak, by czytelnik był w stanie wiecznego napięcia. Muszę przyznać, że w przypadku powieści obyczajowych, jest to zadanie trudne i wymagające wielkiego zaangażowania. Styl autorki charakteryzuje pewien młodzieżowy "sznyt", który sprawia że jej dialogi są niezwykle współczesne, zabawne i takie jakich oczekiwałam po ludziach, którzy mogliby być moimi rówieśnikami. Louis nie boi się męskiego, brutalnego i dobitnego języka, lubi grać na emocjach, oburzać czy wręcz szokować czytelników. Nie często w końcu zdarza mi się czytać o masowaniu "księżych" genitaliów. Z chęcią przeczytam kolejne książki autorki, a jeśli nadarzy się taka okazja, to i poprzednie. Wam również polecam.

Tytuł : "Sonia"
Autor : Magdalena Zimny-Louis
Wydawnictwo : Świat Książki
Data wydania : 13 lutego 2019
Liczba stron : 336



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję portalowi : 
https://sztukater.pl/
"Gdybyś tylko wiedziała" Hannah Beckerman

"Gdybyś tylko wiedziała" Hannah Beckerman

"Gdybyś tylko wiedziała" jeszcze przed oficjalną premierą, okrzyknięta została bestsellerem. Jak tylko na portalach literackich zaczęły pojawiać się pierwsze opinie, recenzenci w większości byli zgodni co do tego, że powieść jest znakomitym, wzruszającym i bardzo udanym debiutem. Muszę przyznać, że czytając te wszystkie pochlebne recenzje, których twórcy rozpływali się w zachwytach, byłam mocno zaintrygowana. Postanowiłam sama sięgnąć po tę powieść by wyrobić sobie własne zdanie i przekonać się, czy rzeczywiście książka wzrusza bardziej niż "Ojciec Goriot" Balzaka . Chciałam zobaczyć co takiego jest w tym dziele, że oceniane jest lepiej niż klasycy? Jakim cudem, książka obyczajowa, debiutującej autorki, mogła zdobyć taki rozgłos i sukces? A może to wszystko jest kłamstwem i sprawą dobrego marketingu? Może to nie powieść jest bestsellerem, tylko czytelnicy stali się mniej wymagający? Jak widzicie jeszcze przed przystąpieniem do lektury, pojawiło się bardzo wiele pytań, na które postanowiłam znaleźć odpowiedź. I znalazłam. A nawet wiele, bo okazuje się, że sukces ma wiele matek. Oraz twarzy.

Rodzina Audrey się rozpadła. Jej dwie dorosłe córki, Jess i Lily, są ze sobą skłócone, a nastoletnie wnuczki nawet się nie znają. Sekret sprzed trzydziestu lat - to jedyne, co nadal ich łączy.Kiedy napięcie sięga zenitu, decyzja, którą przed laty podjęła jedna z sióstr, teraz może wyjść na jaw. Czy pomimo skrywanej tajemnicy i trwającej wiele lat niezgody pojednanie jest możliwe? I za jaką cenę?

Tak naprawdę "Gdybyś tylko wiedziała" stawia przed czytelnikami zaledwie jedno, jednakże bardzo frapujące i ważne pytanie , cóż takiego wydarzyło się 30 lat temu? Co sprawiło, że dwie, najbliższe sobie osoby, przestały ze sobą rozmawiać, a może nawet więcej, przestały dla siebie istnieć. Te, które powinny się kochać, zaczęły nienawidzić? Jestem jedynaczką i choć wychowałam się w pełnej, i szczęśliwej rodzinie, tak miłości siostrzanej nie zaznałam, i nie zaznam już nigdy w życiu. Jednak całe moje dzieciństwo i czasy szkolne, spędziłam wśród niezliczonych kuzynów i kuzynek. Pamiętam nasze zabawy, figle i przekomarzania. Oczywiście zdarzały się kłótnie. Pewnie sami nie raz obiecywaliście swoim "największym wrogom", że do końca życia się do nich nie odezwiecie, a już następnego dnia, siedząc samotnie w domu, myśleliście jak by tutaj się pogodzić? Myślę, że każde dziecko ma tak samo : są wielkie miłości, wielkie przyjaźnie i oczywiście wielkie dramaty. Podobnie jest u naszej autorki, z tym że tutaj jedno wydarzenie z przeszłości zaważyło na przyszłości całej rodziny, wydarzenie które rozegrało się jak jedna z naszych głównych bohaterek, Jess, miała zaledwie 10 lat. Autorka do samego końca zachowuje je jednak w tajemnicy, a my ze strony na stronę jesteśmy coraz bardziej ciekawi, co sprawiło że ta mała dziewczynka znienawidziła swoją starszą siostrę. Muszę przyznać, iż zakończenie książki, kiedy wszystkie karty zostały odkryty, nieco mnie rozczarowało. Spodziewałam się, że kiedy autor tka tak misterną intrygę, buduje atmosferę i napięcie, to musi mieć ku temu poważny powód. Nie oszukujmy się, by przestać się do kogoś odzywać, by się go wyprzeć, musimy mieć motyw. Nikt tak po prostu nie odwraca się plecami od najbliższej rodziny. W mojej głowie budowałam wielokrotnie złożone scenariusze, których oczywiście wam nie zdradzę. Spodziewałam się czegoś, co sprawi że zaniemówię, że zrozumiem co się stało z Jess, co sprawiło, że stała się oziębła i egoistyczna. Jednak kiedy poznałam powód jej nienawiści wydał mi się on trywialny i małostkowy. Owszem , pod koniec książki dziewczyna zjednała sobie nieco mojej sympatii, parę łez się potoczyło po policzkach, jednak nie do końca mnie to przekonało. Wydaje mi się, że 30 lat to jednak zbyt długi czas by nosić w sobie "coś" , co można było przegadać milion razy. Dlaczego dopiero teraz, matka dziewczynek, postanowiła rozwikłać tajemnicę ich milczenia? Dlaczego siostra Jess, Lily,  po prostu do niej nie przyszła i nie wykrzyczała w twarz prawdy, zamiast ją w sobie dusić przez dziesiątki lat? Długo się zastanawiałam, czy taki scenariusz byłby w ogóle możliwy. Czy człowiek byłby w stanie żyć w ciągłej niewiedzy. Wydaje mi się, że nie. Narastałaby w nas frustracja, która doprowadziła by do wybuchu i konfrontacji. A może nie mam racji? Może to skrywane tajemnice i niesłabnąca gorycz sprawiły, że życie Jess w pewnym momencie się posypało? Może faktycznie da się żyć w nienawiści jednak życie to będzie jak trwanie w chorobie, na którą nie ma lekarstwa?

Bo to właśnie z Jess miałam największy problem, nie z kochaną, współczującą Audrey, czy enigmatyczną i niewyraźną Lily, lecz z Jess. Jest to bowiem postać, której nie da się polubić. Choć autorka próbuje zrobić z niej dobrą, kochającą i dumną samotną matkę, to wychodzi na odwrót. Swoim zachowaniem sprawia wrażenie wyrachowanej, agresywnej i samolubnej. Przez decyzję, którą podjęła 30 lat temu, niszczy życie swoje i swoich najbliższych. A jak wiadomo losy osób, które nas drażnią i wzbudzają naszą antypatię, są nam obojętne. Chciałam poznać tę rodzinną tajemnice, wcale nie ze względu na pokłócone siostry, lecz ze względu na ich cierpiącą, umierającą matkę oraz niewinne i poszkodowane córki. Naprawdę nie wiem jakim egoistycznym, samolubnym potworem trzeba być, by zabronić własnemu dziecko kontaktu z najbliższymi. Przecież Mia nic nie zrobiła, 30 lat wcześnie nie było jej na świecie i nie miała wpływu na tamte wydarzenia. Dlaczego to ona musi pokutować za grzechy matki i ciotki? Choć bardzo się starałam to nie potrafiłam tego zrozumieć.
Postać Lily była nieco bardziej "ludzka", choć to właśnie ona powinna być tą oziębłą królową lodu. Lily jest karierowiczką i żoną bogatego męża. Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że ma wszystko : piękny dom, pieniądze, pozycję, mądrą córkę. Jednak tak naprawdę jest nieszczęśliwa. Dręczy ją przeszłość, przeraża niewiadoma przeszłość. Ma problemy w rodzinie. Choć z zewnątrz wydaje się twarda niczym skała, tak naprawdę skrywa miękkie wnętrze. Właśnie takie postaci lubię, takie które nie boją się pokazać swoją ludzką, prawdziwą twarz, nawet jeśli mają się tym ośmieszyć.
Na koniec zostawiłam sobie Audrey, którą pokochałam. Jednak nie wiem czy pokochałam ją przez to, że jej tak bardzo współczułam, czyli z empatii, czy po prostu dlatego, że była cudowną kobietą. Audrey umiera. Zostało jej klika miesięcy życia. Jednak zamiast się poddać, położyć w łóżku i czekać na śmierć, postanawia coś w swoim życiu zmienić. Stawia sobie za cel pogodzenie swoich córek oraz dokonanie tych rzeczy ze swojej listy, na które nigdy nie miała czasu. Zapisuje się do chóru i na lekcje malarstwa, odwiedza Stany Zjednoczone, jednym słowem żyje. I właśnie to było w niej piękne : nie użalała się nad sobą, nie płakała tylko chwytała te ostatnie chwile, które jej zostały i starała się je dobrze wykorzystać. To właśnie nad Audrey najbardziej płakałam.

Choroba i związane z nią cierpienie oraz strata to główne tematy poruszone w tej powieści . Autorka już na wstępie informuje nas o tym, że jedna z głównych bohaterek umiera. Po takim ciosie, prosto w serca czytelników, powinniśmy dostać coś "jaśniejszego", iskierkę nadziei. Okazuje się jednak, że nie po każdej burzy wychodzi słońce. Próżno tutaj czekać na te dobre, wartościowe momenty. Książka ta przepełniona jest smutkiem i dramatem. Nawet samo zakończenie jest nostalgiczne i sprawia, że łzy turlają się po naszych policzkach. Czytamy tutaj o chorobie i śmierci, utracie najbliższych, poronieniach i samobójstwach. Niektóre sceny przedstawione są tak realistycznie, że czytelnik odczuwa prawdziwe emocje.

Hannah Beckerman,choć to jej pierwsza powieść, nie jest debiutantką w świecie literackim. To znana brytyjska recenzentka i organizatorka dyskusji i wywiadów na festiwalach  oraz jurorka w  konkursach literackich. Wydaje mi się, że osoby  na co dzień obcujące ze słowem pisanym, wiedzą czego chcą czytelnicy. Swoją książką Beckerman odpowiedziała na zapotrzebowanie. Bo prawda jest taka, iż w dzisiejszych czasach na topie są książki typowo kobiece, emocjonalne, wzruszające. Takie przy których można bez wstydu sięgnąć po chusteczkę i otrzeć oczy. Większość recenzentów tej powieści to właśnie panie, które czytają taką literaturę. Nie wydaje mi się by mężczyzna, wielbiciel science fiction czy innego urban fantasy, zwrócił na nią uwagę. Autorka pisała z myślą o konkretnych czytelnikach, wydawca do nich skierował swoje reklamy a resztę zrobili opiniotwórcy. I bardzo dobrze. "Gdybyś tylko wiedziała" to perełka w swoim gatunku więc wcale się nie dziwię, że czytana jest na jednym posiedzeniu. Choć mi zajęło to nieco dłużej to nadal polecam.





Tytuł : "Gdybyś tylko wiedziała"
Autor : Hannah Beckerman
Wydawnictwo : Burda Publishing Polska
Data wydania : 14 lutego 2019
Liczba stron : 380
Tytuł oryginału : If Only I Could Tell You


Za możliwość przeczytania książki i jej zrecenzowania serdecznie dziękuję księgarni :  

https://www.gandalf.com.pl/



Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html

 
"Podniebna pieśń" Abi Elphinstone

"Podniebna pieśń" Abi Elphinstone

     Podniebna pieśń to książka, której okładka zapiera dech w piersiach. Jeśli moim celem byłoby ocenianie dzieł po okładkach, to z pewnością ta, znalazłaby się w pierwszej dziesiątce. Niestety oprócz wyglądu zewnętrznego ważne jest także "mięsko", czyli literackie wnętrzności. Jak byłam mała to uwielbiałam jak babcia opowiadała mi legendy, dawno zapomniane historie i zapierające dech w piersiach, czasem przerażające, baśnie. Jedną z moich ulubionych była "Królowa Śniegu". O przygodach Gerdy i Kaja mogłam słuchać bez końca. Wchodziłam pod ciepłą, puchową kołdrę, dostawałam kubek gorącego mleka i już byłam gotowa na spotkanie z krainą lodu i mrozu. Z pewnością każdy z was zna tę bajkę więc dobrze wiecie, iż z disneyowską "Frozen" raczej ma mało wspólnego. Współczesna wersja "Królowej śniegu" czyli "Podniebna pieśń" jest niczym wehikuł czasu, który zabrał mnie w czasy mojego dzieciństwa. I wiecie co? Okazuje się, że prawdy, wartości i morały w niej zawarte, nadal są niezwykle aktualne. 

W Erkenwaldzie, miejscu gdzie wieloryby pływają pomiędzy górami lodowymi a wilki wyją w tundrze, ciężko jest spotkać ludzi : ukrywają się, aby nie zostać więźniam Królowej Lodu. Okrutna władczyni postanowiła pochłonąć głosy wszystkich mieszkańców Erkenwaldu. Jak już tego dokona, stanie się nieśmiertelna. Eska i Flint mają niewiele czasu, aby namówić zwaśnione plemiona do wspólnej walki, odnaleźć mityczny róg należący do jednego z Bogów Nieba i wymyślić sposób, jak zagrać na rogu… z gwiazd.

Czy zdarzyło wam się kiedyś czytać powieści  Michelle Paver z cyklu "Kroniki pradawnego mroku"? Bohaterem tych książek są : 12-letni chłopiec imieniem Torak, syn szamana klanu wilka oraz jego nieodłączny towarzysz Wilk. Nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że to właśnie ten cykl stał się bezpośrednią inspiracją dla








"Gdzie śpiewają diabły" Magdalena Kubasiewicz

"Gdzie śpiewają diabły" Magdalena Kubasiewicz

Muszę przyznać, że byłam bardzo zdziwiona, kiedy dowiedziałam się, że "Gdzie śpiewają diabły" jest książką dla młodzieży. To jest chyba ostatni gatunek, do którego bym ją zaliczyła. Pełna realizmu magicznego, baśni i legend, elementów horroru i kryminału, wymyka się wszelkim próbom klasyfikacji. Jest to powieść, która zostawiła mnie z pytaniami. Nadal czuję dreszcze i obracam się przez ramię sprawdzić, czy ktoś mnie nie obserwuje. Już dawno nie trafiłam na tak sugestywną, klimatyczną i przerażającą powieść. Było to moje pierwsze spotkanie z autorką lecz mam nadzieję, że nie ostatnie. O takich talentach trzeba rozmawiać, wychwalać, reklamować. "Gdzie śpiewają diabły" jest jedną z tych książek, którą chętnie zostawiłabym na siedzeniu w pociągu licząc, że wpadnie w dobre ręce, że zachwyci kolejnego czytelnika. To piękna baśń, cudowna opowieść z pogranicza jawy i snu, która udowadnia, że nie ma rzeczy niemożliwych, trzeba się tylko na nie otworzyć. I uwierzyć.

Dziewięć lat temu, Ewa wyszła z domu i nigdy już do niego nie wróciła. Nastolatka nie zostawiła żadnego listu, żadnej wskazówki dokąd mogła się udać. A może ktoś ją porwał? Albo zamordował? Jednak brat dziewczyny nie wierzy w czarne scenariusze. Jest przekonany, że Ewa żyje. Jego przeczucia się potwierdzają kiedy mężczyzna otrzymuje fotografię, na której uwieczniona została jego siostra. Zdjęcie zrobione zostało w miejscowości Azyl, gdzie pozowała do zdjęcia z zamordowaną dziewczyną, Patrycją. Piotr decyduje się odwiedzić miasteczko, by wypytać jego mieszkańców o Ewę. Tyle że w Azylu nikt o dziewczynie nie słyszał. Mieszkańcy częstują go za to swoimi wersjami miejscowej legendy o Diable i jego czarownicy. 

Jeśli chcecie się dowiedzieć czym jest, lub powinna być, miłość pomiędzy rodzeństwem,  szczególnie bliźniaczym, to koniecznie sięgnijcie po tę książkę. Autorka w cudowny, choć nie bezpośredni sposób, opisuje uczucia szalejącego z rozpaczy za zaginioną siostrą, mężczyzny, który pomimo upływu czasu wciąż się nie poddaje i sprawdza nawet najdrobniejsze ślady. Cieszę się, że Kubasiewicz postawiła na rodzeństwo. W książkach, opartych na podobnym schemacie, zazwyczaj mamy do czynienia z parą kochanków, z których jedno znika w tajemniczych okolicznościach. Takich książek jest naprawdę sporo. Jednak motyw brata poszukującego siostry był dla mnie czymś nowym. Minęło w końcu dziewięć długich lat. Reszta rodziny się poddała, nie wierzą w to że Ewa się odnajdzie. Choć nikt nie mówi tego na głos, wszyscy sądzą, że padła ofiarą mordercy. Ale nie Piotr. Piotr, z pomocą przyjaciela policjanta, nadal szuka. I w końcu, niemalże po dziesięciu latach, po raz pierwszy znowu widzi swoją siostrę. Na fotografii. Odżywa w nim nadzieja, buzuje energia. Przez głowę przebiega tysiąc myśli naraz. Mężczyzna bierze urlop w pracy i jedzie do Azylu. Jeszcze nie wie, że miejsce to nie jest zwykłym miasteczkiem. Ta kilkutysięczna osada nad jeziorem Diable, związana jest z legendą o Diable i Czarownicy. Legendą, która ma wiele wersji. 
Piotr to człowiek taki jak ja, typowy realista, któremu bliżej do "szkiełka i oka" niż porywów serca i intuicji. Piotr musi dotknąć, zobaczyć, powąchać czy posmakować, dopiero wtedy uwierzy że coś istnieje. Nie dla niego baśnie, legendy, wierzenia czy religia. Wszystko stara się zracjonalizować i nawet jeśli coś nie ma sensownego wytłumaczenia, to Piotr zrobi wszystko by jakieś znaleźć, lub po prostu wyprze dany fakt z własnej świadomości. Podczas  podróży cierpliwość i zdrowy rozsądek mężczyzny zostają wystawione na próbę. Piotr słyszy głosy, widzi cienie, ma wizje a Azyl przeobraża się na jego oczach. Choć wszystko wskazuje na to, że dzieje się tam coś paranormalnego, mężczyzna nadal nie daje temu wiary. Śpiew to wiatr w trawach, cień to przemykające dziecko, wizje - efekt upojenia alkoholowego a "transformujące" miasteczko to tylko zwykłe przywidzenia. Ot pomylił ulice i tyle. Mężczyzna wie , że mieszkańcy Azylu zachowują się inaczej, wie że dziwne jest to, iż jego komórka nie ma zasięgu a miasteczko nie pozwala mu wyjechać. Jednak nadal jest uparty. Muszę przyznać, że świetnie się bawiłam czekając na to, czy Piotr się w końcu złamie i uwierzy w zjawiska nadprzyrodzone. Cieszę się, że do samego końca byłam trzymana w niepewności. Ba, nawet samo zakończenie nie przyniosło odpowiedzi na wszystkie pytania. Było dokładnie takie jak lubię : enigmatyczne, otwarte, skłaniające do przemyśleń i podatne na dowolną interpretację. Lubię kiedy to czytelnik może wyciągnąć własne wnioski, kiedy nie ma wszystkiego podanego na tacy. Jak do tej pory końcówka "Gdzie śpiewają diabły" była jedną z lepszych tego roku. 


 Magdalena Kubasiewicz jest mistrzynią w budowaniu mrocznej, gęstej i niezwykle klimatycznej atmosfery. Czytając tę powieść przypomniały mi się opowieści snute przez moją babcię jak byłam małą dziewczynką, a wierzcie mi nie było to miłe historyjki o pluszowych stworkach czy słodkich pieskach. Babcia wierzyła, że baśnie, nawet to przerażające i straszne, mają dobry wpływ na dziecko. Ze strachem trzeba się oswajać, mówiła. Dziecko musi zrozumieć różnice pomiędzy fikcją literacką a światem realnym. Nasza autorka, proces oswajania, porzuciła już w przedbiegach i od razu rzuciła nas na głęboką wodę. Wyobraźcie sobie małe miasteczko, gdzie każdy się zna. Pada deszcz, po ulicach snuje się mgła. W zajeździe do którego przybyliście patrzą na was z niechęcią, plują pod nogi. Azyl jest miejscem, gdzie "coś" si ę dzieje, jednak żaden obcy nie będzie miał do tego dostępu. Atmosfera w miasteczku jest tak gęsta, że można zawiesić w niej siekierę. Czuć odrazę, nienawiść, podejrzliwość, strach i zbrodnię. Nie ma tutaj bohaterów, którzy byliby sympatyczni czy chociażby życzliwi. Miałam wrażenie, że każda z postaci jest na swój sposób demoniczna : dziewczyna tańcząca w płomieniach, nastoletni uciekinier, Dorotka z zębami niczym Kot z Cheshire, nerwowa Kata, porywczy Tobiasz. A na dodatek mamy jezioro, na którego dnie leży skrzynka z sercem diabła. Na pewno nie raz zdarzyło wam się być w miejscu związanym z jakąś lokalną legenda. Niedaleko miejscowości gdzie mieszka moja rodzina jest wioska zwana Opactwem. Ponoć kiedyś było tam jezioro, a na nim wyspa. Na tej wyspie był klasztor. Kiedy przyszła powódź wyspa wraz z budynkiem zatonęła. Choć badacze przeszukali wody wszerz i wzdłuż i niczego nie znaleźli, to od czasu do czasu na brzeg wyrzucane są deski czy kawałki naczyń. Autorka poszła o krok dalej i wymyśliła dziesiątki historii związanych z jednym miejscem. Tyle historii, ilu mieszkańców. Przypominało to nieco zabawę w głuchy telefon : jedna legenda, przekazywana z osoby na osobę, ewoluuje, zmienia się, a efekt końcowy jest taki, że mamy do czynienia z całkiem nową wersją. Było to bardzo ciekawe zagranie. Autorka pokazała nam, że nie ma jednej wersji prawdy. Każdy z nas może wierzyć w co chce, i każdy będzie miał rację. Świat jest podatny na interpretacje. Książka ta uczy tolerancji i poszanowania dla inności. Jedni wierzą w Boga, inni w laleczki Voo Doo, ważne jest to, by w coś wierzyć i nie zabraniać tego innym. 

"Gdzie śpiewają diabły" jest niezwykle mocną, ambitną i czarodziejską książką, która nie tyle opowiada historię mężczyzny poszukującego swojej siostry, co człowieka poszukującego prawdy, która jest jednak nieuchwytna. Kubasiewicz umie pisać i robi to z niezwykłą pasją. Jej słowa żyją, fabuła jest dynamiczna, dialogi ciekawe a postaci zakręcone. Z jednej strony przypominało mi to "Maga" Fowlesa z drugiej jedną z moich ulubionych gier komputerowych "Silent Hill". Oczywiście nie jest to horror z rodzaju gore, gdzie flaki latają w powietrzu, jednak uczucie grozy towarzyszy nam przez cały czas lektury. Zdecydowanie nie jest to książka odpowiednia dla młodszych czytelników. Po pierwsze naprawdę jest mroczna i napawa lękiem, a po drugie jest trudna do zrozumienia i wymaga głębszej analizy.

Jeśli macie ochotę na coś oryginalnego, nieschematycznego i trudnego do przyporządkowania do konkretnego gatunku, jeśli lubicie wyzwania i odrobinę magii to jest to książka dla was. A najpiękniejsze w niej jest to, że nie musicie wierzyć w ani jedno napisane tutaj słowo, możecie dowolnie interpretować wydarzenia, poszukiwać nowych dróg i tłumaczeń. Być może sami wymyślicie swoją własną legendę o Czarownicy I Diable, i może to właśnie ona doczeka się szczęśliwego zakończenia? Polecam.


Tytuł : "Gdzie śpiewają diabły"
Autor : Magdalena Kubasiewicz
Wydawnictwo : Uroboros
Data wydania : 22 stycznia 2019
Liczba stron : 352


 Tę oraz wiele innych książek znajdziecie na półce z Nowościami księgarni internetowej :
https://www.taniaksiazka.pl/

Copyright © 2014 CZYTANKA NA DOBRANOC , Blogger