Pokazywanie postów oznaczonych etykietą styl życia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą styl życia. Pokaż wszystkie posty
"Ramen. Zupa szczęścia i miłości" Tove Nilsson

"Ramen. Zupa szczęścia i miłości" Tove Nilsson

    Wiecie co jest jednym z najdroższych dań, serwowanych w odwiedzonej przeze mnie nowojorskiej restauracji? Grillowana polska kiełbasa (zresztą pośredniego sortu) z cebulką i ziemniakami. Aż dziw bierze, że to właśnie nasza rodzima toruńska czy podwawelska zawojowała świat. Czemu na przykład nie bigos, albo pierogi? Mam znajomych Irlandczyków, którzy zajadają się tymi potrawami. Jednak prawdą jest iż polska kuchnia, nie stoi najwyżej w światowej czołówce. jemy tłusto, niezdrowo, monotonnie a do tego "śmierdząco". Po naszych potrawach się beka i pierdzi, ma wzdęcia a do ładu może nas doprowadzić jedynie espumisan (reklama niezamierzona). Dlatego nie dziwi fakt, iż coraz bardziej popularne w naszym kraju stają się kuchnie azjatyckie : lekkie, zdrowie i do tego kolorowe. A, że my, Polacy, jesteśmy wielkimi tradycjonalistami, i kochamy zupy, to i Ramen trafiło tutaj na wielce podatny grunt. No bo ile czasu można jeść tę samą pomidorową czy ogórkową prawda? Szczególnie dziś, kiedy przestaliśmy się bać eksperymentować z nowymi smakami, kiedy otworzyły się granica i świat kulinarny stanął przed nami otworem.

Ramen to obok sushi największy kulinarny towar eksportowy Japonii, który od lat robi furorę na całym świecie.Niewiele dań jest równie uzależniających jak ramen, a różnorodnych połączeń smakowych - od tych najprostszych do najbardziej złożonych - możesz doświadczyć zarówno w zapyziałym barze w Tokio, jak i najmodniejszej knajpie w Los Angeles.

Pamiętacie co mówiły wasze mamy i babcie? "Nie śpiesz się, jedz powoli, gryź dokładnie". Japoński szef kuchni, patrząc na nasze przeżuwające każdy kęs przodkinie, załamałby ręce. Ramen je się bowiem szybko, wręcz pośpiesznie tak, by cała mięsno-warzywno-jajeczna zawartość miski, zniknęła w przeciągu pięciu minut. Wiadomo, rosół jest najlepszy-gorący. Teraz pewnie Ci, którzy nie znają tej potrawy, otworzą szeroko oczy ze zdumienia. Rosół? To całe zamieszanie jest przez zupę, którą znamy na wylot? Okazuje się, że my Polacy, choć lubimy sobie dobrze podjeść jesteśmy raczej tradycjonalistami i nie wykazujemy tendencji do eksperymentowania, szczególnie w kuchni. Chińczycy (tak, tak wiem, o japońskości ramen będzie w kolejnych akapitach) mieli zdecydowanie więcej fantazji. Istnieje kilkadziesiąt typów tego dania i z dnia na dzień ich przybywa. To już nie jest zwykła zupa, wywar z kurczaka, kaczki czy też gołębia, która od wieków gościła na naszych stołach. Ramen to pełny posiłek, filozofia życiowa i styl życia w jednym.
Choć powszechnie przyjęło się uznawać Ramen za potrawę japońską, tak w rzeczywistości danie to wywodzi się z Chin."Ramen" to nazwa makaronu, który od tych znanych nam z rodzimej kuchni różni się tym, że wyrabiany jest bez użycia jajek. Składniki, które wykorzystywane są do zrobienia idealnych, elastycznych i gumiastych (bardzo pożądana cecha) klusek, to  woda, mąka oraz kansui, czyli woda alkaliczna, odpowiedzialna za odpowiednia "fakturę" makaronu. Zapewne każdy z was kiedyś widział chińskich czy japońskich mistrzów kuchni, którzy podrzucają noodle, obracają je w rękach i kroją w powietrzu, sztuczki te możliwe są właśnie dzięki kansui. W kuchni japońskiej oprócz ramenu wykorzystuje się również inne rodzaje makaronów, chociażby popularny udon, który w swoim składzie ma jedynie wodę, mąkę i sól -czyli jeszcze bardziej oszczędnie. W swoje książce autorka podaje przepisy na najpopularniejsze noodle. Ich przygotowanie bywa czasochłonne, dlatego Nilsson doradza nam korzystanie z robota kuchennego, który zdecydowanie przyśpieszy proces tworzenia. Jeśli takiego nie posiadacie to pozostaje wam gniecenie, rozrywanie, ugniatanie i wałkowanie masy, która jest średnio podatna na wasze zabiegi. Na pocieszenie dodam, że świeżo zrobiony makaron może poleżeć w lodówce nawet do tygodnia i nadal będzie smaczny.

Jak już przestaną was boleć ręce i będziecie zdolni do pracy, to czas na krok drugi czyli wywar. Dobry "rosół" jest podstawą ramenu. Na przestrzeni kilkuset lat powstało wiele przepisów, można powiedzieć iż każdy kucharz dodaje coś od siebie, zmienia, modyfikuje tworząc kolejne wariacje na temat ramen. By troszeczkę ułatwić nam rozeznanie wyróżnione zostały cztery główne rodzaje ramenu : 

1. shio-ramen- rosół gotowany na drobiu lub wieprzowinie, który najbardziej przypomina znane nam ze sklepowych półek zupki chińskie
2. tonkotsu-ramen - gotowany na wieprzowych kościach. W efekcie posiada gęstą konsystencję i jest dość tłusty. Do zupy dodaje się niewielkich ilości warzyw i czasem mięsa. Często serwowany jest z pastą z nasion sezamu
3. shōyu-ramen - rosół z kurczaka, czasem z dodatkiem wieprzowiny lub wołowiny. Doprawia się sosem sojowym, przez co jest ciemniejszy od innych rodzajów.
4. miso-ramen - silnie zjaponizowana odmiana potrawy, pochodząca z Hokkaido. Przyrządzana jest na bazie mięsa z kurczaka i ryb oraz silnie przyprawiana pastą miso.

Jak widzicie, ramen jest potrawą niezwykle uniwersalną, która trafi w gusta nawet najbardziej wybrednych degustatorów. Nilsson podaje nam przepisy na wszystkie rodzaje dań, począwszy od tych znanych z azjatyckich barów szybkiej obsługi, a skończywszy na tych bardziej wyrafinowanych, które trzeba gotować przez kilka godzin a często nawet dni. 

Ramen nie jest tylko i wyłącznie zupą. To pełny, sycący i kaloryczny (choć są też wersje low-cal) posiłek, który zapewni nam energię na cały dzień. Do zupy często się dodaje spory kawał mięsa, zazwyczaj są to tłuste, aromatyczne kawałki jak boczek czy stek, warzywa, makaron, owoce morza, wodorosty czy jajka. A czasem wszystko naraz. Do tego restauracje oferują nam całą gamę przekąsek i przystawek, które zjadamy przed lub tuż po głównym daniu. Są to na przykład sezamowe paluszki, jajka marynowane w sosie sojowym czy też różnego rodzaju placuszki lub typowo japoński kimchi. Autorka zadbała o to byśmy dostali przepis na wszystko. 

Jak przystało na dobrą książkę kucharską, również i ta pełna jest pięknych fotografii, które samym swoim widokiem sprawiają, że napływa nam ślinka do ust. Obrazy sycących zup, białych makaronów, japońskich restauracji czy barów szybkiej obsługi, zdobią praktycznie każdą stronę. Są utrzymane w przyjemnej, ciemnej tonacji, bywają i czarno-białe, jednak każdy jest istnym dziełem sztuki. Właśnie takie książki lubię najbardziej, kiedy również mój zmysł estetyczny może się najeść do syta.  

Moim zdaniem "Ramen" (zarówno książka jak i dania) powinien zagościć w każdym domu. Z pewnością będzie to przyjemna odmiana po tłustych kotletach, wigilijnym bigosie czy noworocznym schabie ze śliwką. Jednym z moich noworocznych postanowień będzie wypróbowanie przynajmniej dwudziestu przepisów z tej książki. I chociaż nie mam ani hebla ani mandoliny ( urządzenia przydatne podczas robienia ramenu) to myślę, że dam sobie radę. Wam również polecam, w końcu jeśli mamy się od czegoś uzależnić, a potrawa ta ponoć tak działa, to dlaczego nie od dobrego jedzenia, szczególnie jeśli ma przynieść szczęście i miłość?


Tytuł : "Ramen. Zupa szczęścia i miłości"
Autor : Tove Nilsson
Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
Data wydania : 22 października 2019
Liczba stron : 152
Tytuł oryginału : Ramen 


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :
 


https://www.proszynski.pl/
 
 
A dostępna jest w salonach lub sklepie internetowym sieci :  
 
https://www.empik.com/zbyt-blisko-daniels-natalie,p1227335289,ksiazka-p
 

"Tęsknota we mnie. Najważniejsze pragnienie mojego serca" Sheila Walsh

"Tęsknota we mnie. Najważniejsze pragnienie mojego serca" Sheila Walsh

Osoby niewierzące, niechrześcijanie, ateiści, wątpiący, po przeczytaniu o czym jest ta książka na jej okładce, z pewnością odłożą ją z powrotem na księgarnianą półkę, gdyż zbyt im się to kojarzy z "religijnym bełkotem". Ja sama, do takich poradników, choć jestem osobą wierzącą, podchodzę z dużym dystansem. Muszę przyznać, iż byłam bardzo zdziwiona faktem, iż do tej pory nie spotkałam się z żadną książką autorki, przecież choć nie jest to gatunek po który sięgam często i regularnie, to powinnam znać nazwisko osoby, której dzieła sprzedają się w milionach, a konto na Instagramie i facebooku śledzi równie wielki tłum osób. Jednak mi to wszystko umknęło. Dopiero dzięki portalowi literackiemu Sztukater, miałam okazję przeczytać "Tęsknotę we mnie" i zobaczyć, czym zachwyca się cały świat, no może za wyjątkiem takich ignorantów jak ja. Oczywiście jak każda książka na poły religijna, tak i tej nie udało się pozbyć mentorskiego i bogobojnego wydźwięku, jednak został on złagodzony przez fakt, że sama autorka, ma parę grzeszków na sumieniu. I to właśnie fakt, że Walsh, nie jest aniołem, tylko człowiekiem z krwi i kości, który popełnia błędy, nadaje smaku temu poradnikowi i sprawia, że czujemy iż to właśnie do nas jest adresowane to dzieło. Do nas, kobiet.. A co z mężczyznami? Czy oni też czują tęsknotę i da się coś na to zaradzić? Niestety u autorki Ci źli faceci zostali w raju, gdzie nadal karmią węże.

Powiedzmy to sobie szczerze: pragnienia same w sobie nie są ani dobre, ani złe. Stanowią po prostu część naszego życia. Dlaczego jednak po ich spełnieniu zamiast radości często odczuwamy ból?Każda z nas zna to uczucie pustki w sercu, która niczym nie daje się zapełnić…
Sheila Walsh ma dla ciebie proste przesłanie: jedyne, czego pragniesz, to Bóg. I nieważne, czy zdajesz sobie z tego sprawę, czy nie. Zrozumienie tej prawdy może zająć ci wiele lat, ale w zamian otrzymasz radość i uwolnisz się od problemów z przeszłości, którymi wciąż się zadręczałaś. 


Na wstępie chciałam was spytać czy wiecie kim jest Sheila Walsh. Myślę, że w chrześcijańskim kraju, gdzie literatura religijna cieszy się dość dużą popularnością, a książki tej autorki zostały przetłumaczone na język polski i są ogólnie dostępne, wiele osób słyszało o tej znanej szkockiej piosenkarce, autorce tekstów i pisarce. W tym przypadku, sprawdza się powiedzenie, które jest dominujące w moim życiu : zawsze o wszystkim dowiaduję się ostatnia. Ponieważ trwanie w stanie niewiedzy bardzo mnie irytuje, kolejny raz dziękując Bogu (i inżynierom, naukowcom i innym mądrym ludziom) za istnienie internetu, postanowiłam "zgooglować" naszą autorkę. I oto czego się dowiedziałam. Sheila Walsh urodziła się w Szkocji, gdzie ukończyła studia teologiczne. Po zakończeniu formalnej pracy podjęła pracę jako kapłanka dość znanym ówcześnie zespole "The Oasis". Po rozpadzie bandu rozpoczęła karierę solową, która zaprowadziła ją do Stanów Zjednoczonych, gdzie nawiązała współpracę z Patem Robinsonem , szefem sieci telewizyjnej CBN, gdzie wraz z nim prowadziła talk show. Po rozstaniu z telewizją zajęła się pisaniem książek, głównie z zakresu teologii. Dopiero w 1992 roku, kiedy była już dość znaną na kontynencie oraz za oceanem, osobą postanowiła stworzyć autobiografię, która okazała się sukcesem. Od tego czasu pisze głęboko religijne poradniki oraz zaangażowała się w stworzenie serii dla dzieci, która ma im przybliżyć postać Boga. Wydawać by się mogło, że ktoś z taką biografią, musi wieść cudowne, szczęśliwe życie w otoczeniu najbliższych, miło wspominać przeszłość i z ufnością patrzeć w przyszłość. Niestety okazuje się, że nie wszystko złoto co się świeci. Choć "Tęsknota we mnie" jest poradnikiem to znajduje się tutaj mnóstwo informacji biograficznych a sam wydźwięk tej książki jest niezwykle osobisty. Autorka opowiada nam o tym co spotkało ją w życiu. Pierwszą rzeczą, która miała wielki wpływ na jej psychikę i późniejsze życie była walka w samoobronie przed agresywnym ojcem, w wyniku której mężczyzna trafił do szpitala psychiatrycznego. Uraz głowy którego doświadczył sprawił, że stał się niemalże warzywem. Po kilku latach zmarł nie opuściwszy placówki. Kolejny cios kobieta otrzymała od własnego męża, który doprowadził ją na skraj depresji. Kiedy udało jej się ją pokonać, wpadła w kolejne, tym razem finansowe, kłopoty. Jak widzicie Sheila Walsh nie była rozpieszczana przez los. Aż dziw bierze, że pomimo tych wszystkich nieszczęść i niesprawiedliwości, których doświadczyła niczym biblijny Hiob, autorka nie straciła swojej wiary w Boga, i nie dość, że sama ją kultywowała to jeszcze zachęcała do tego innych. Jeśli boicie się książek religijnych, cytatów i przytaczanych fragmentów pisma świętego, jeśli nie interesują was mityczne postaci oraz sama sylwetka Boga, to książka ta będzie wam cierniem w pięcie, została bowiem napisana w formie wychwalającej chrześcijańskiego Stwórcę. Tak, muszę to powiedzieć otwarcie, jest tutaj mnóstwo religii, moralizatorstwa, wiary i całej tej otoczki, która kojarzy nam się z sacrum i dewocjonaliami.

Jak przystało na poradnik, nie mamy tutaj do czynienia z wielkim objętościowo tomiszczem. Autorka starała się przekazać nam wiedzę w formie skondensowanej, dlatego jej dzieło składa się z niespełna 260 stron. Co ciekawe anglojęzyczna wersja ma tych stron zaledwie 170. Całość podzielona została na 10 rozdziałów, z których każdy opowiada o innej tęsknocie, która jest udziałem naszego serca. Mowa tutaj o tęsknocie za : byciem wybranym, byciem chronionym, za tym co było kiedyś, za kontrolą, za prawem do posiadania własnego zdania, za tą jedną rzeczą która sprawi, że będziesz szczęśliwy, za tym by robić wszystko dobrze, by szerzyć łaskę i miłosierdzie boskie oraz tęsknocie za samym Bogiem. Może nie są to dokładnie przytoczone tytuły rozdziałów, jednak z zasady po przeczytaniu książki, odkładam ją na półkę i podczas recenzji posiłkuję się jedynie własnymi myślami. Jest to taki mój prywatny sprawdzian wiedzy i jednocześnie tego jak ważna była dla mnie książka. Tym razem, jak widać zapamiętałam dość sporo. Zapewne było tak dlatego, ponieważ "Tęsknota we mnie" była czymś więcej niż zwykłym poradnikiem, którego autorzy w punktach mówią nam co musimy robić żeby być szczęśliwi. Ta książka była o wiele bardziej osobista. Walsh odwoływała się do swojej przeszłości, analizowała własne życie dając nam jednocześnie do zrozumienia, że wszyscy jesteśmy grzesznikami, jednak nie powinniśmy się z tego powodu niczego obawiać, gdyż Bóg jest miłosierny i może nam bardzo wiele wybaczyć. Muszę przyznać, iż bardzo szybko i bardzo łatwo utożsamiłam się z naszą autorką i sama jestem zaskoczona, że to się w ogóle stało, gdyż ani nie mamy wspólnej przeszłości ani społecznego "backgroundu", z którym mogłabym się utożsamiać. Wychowana zostałam w pełnej szczęśliwości rodzinie, małżeństwo również mam udane. Nikt mnie nigdy nie pobił a o depresji czytam jedynie w książkach. Co więc połączyło mnie i autorkę na tyle, że w pełni ją zrozumiałam i poczułam się jak bym była w jej skórze? Zarówno ona jak i ja czujemy wewnętrzne tęsknoty. Nawet jeśli znacząco się one różnią, bardzo łatwo można je sprowadzić do wspólnego mianownika, którym jest szczęście i spełnienie. Bo czym innym jest bycie wybranym, chronionym, wysłuchiwanym przez ludzi i kochanym przez Boga, jak nie drogą ku wiecznej szczęśliwości? Muszę przyznać, iż taka interpretacja naszego życia, jako wędrówka ku szczęściu, jest bliska mojemu sercu. Cieszę się również z tego, iż autorka, sama nie będąc osobą doskonałą, daje nadzieję innym, w tym grzesznikom i wątpiącym. Oni również mogą trafić do krainy mlekiem i miodem płynącej, gdzie odnajdą siebie i swoje miejsce w świecie. Walsh za pomocą przykładów z własnego życia oraz z życia legendarnego, biblijnego Króla Dawida, udowadnia nam, że Bóg jest miłosierny i potrafi wybaczać. Wszak wiadomo, że łatwiej jest kochać tych, którzy nie popełniają błędów, jednak jeśli to grzesznicy się nawrócą i będą szczerze żałować, wtedy miłość jest głębsza i daje więcej satysfakcji. Jak widzicie nie ważne czy macie lat osiemnaście, trzydzieści czy osiemdziesiąt, zawsze jest czas na zmianę, na spełnienie swoich tęsknot lub na nauczenie się wspólnej z nimi egzystencji. 

Teraz czas na to żebym wyjaśniła zdanie ze wstępu do mojej recenzji, w którym stwierdzam iż jest to doskonały podręcznik dla kobiet. Jest udowodnione, i statystyki tutaj nie kłamią, że po poradniki o wiele częściej sięgają przedstawicielki płci pięknej. Procenty są tutaj druzgocące. Zastanawiam się, czy to właśnie ta niechęć panów do czytania fachowych porad  jest przyczyną dla której autorzy tych książek piszą je z myślą o kobietach. Tutaj jest to widoczne już na samym wstępie. Poznając historię Walsh nie trudno zauważyć, iż kobieta była wielokrotnie krzywdzona przez mężczyzn, najpierw przez swojego despotycznego ojca, potem przez małżonków. Myślę, że po tak dramatycznych przeżyciach, które stały się jej udziałem, pozostała w niej trauma, którą nawet nieświadomie przenosi na papier. Choć nigdzie nie pisze tego wprost to widać, że nie do końca ufa mężczyzną, uważa że są z natury źli. Troszkę żałuję, że poradnik ten został napisany z takim nastawieniem. Znam paru fajnych facetów, którzy chętnie by przeczytali co autorka ma do powiedzenia i być może nawet wdrożyliby w życie jej porady. Niestety nie jestem w stanie im polecić tej książki, gdyż wiem że już po kilkunastu stronach mogą się poczuć jak wyżęta szmata. 

Jak to mówią jak jest popyt to jest i podaż, gdyby ludzie nie potrzebowali religijnych poradników, to nikt by ich nie pisał. Sukces Walsh świadczy jednak o tym, że ludzie wierzą w Boga, chcą być bliżej niego i pragną uczynić swoje życie pełniejszym. Nikt nigdzie nie powiedział (być może oprócz samej autorki), że jej wskazówki i rady naprawdę znacząco poprawią naszą sytuację i pomogą osiągnąć szczęście. Jednak moim zdaniem to właśnie wiara jest najważniejsza i potrafi czynić cuda, więc jeśli wierzycie, iż "Tęsknota we mnie" otworzy wam oczy, nauczy czegoś nowego i dostarczy wiedzy o Bogu i uniwersum, to nie wahajcie się i biegnijcie do księgarni. Ja co prawda rad autorki do serca nie wezmę jednak cieszę się, że poznałam kolejną interesującą osobę z pełną dramatów przeszłością, oraz odbyłam cudną lekcję biblijnej historii, na której poznałam Króla Dawida w zupełnie dla mnie nowej, metaforycznej odsłonie. Polecam.


Tytuł : "Tęsknota we mnie. Najważniejsze pragnienie mojego serca"
Autor : Sheila Walsh
Wydawnictwo : Święty Wojciech
Data wydania : 20 lutego 2019
Liczba stron : 256


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję portalowi : 
https://sztukater.pl/

"Live the polish way of life" Beata Chomątowska, Dorota Gruszka

"Live the polish way of life" Beata Chomątowska, Dorota Gruszka

      Czy uwierzycie w to, że mieszkam w Irlandii już od 12 lat, lecz do tej pory nie przeczytałam ani jednej anglojęzycznej książki? Nieprawdopodobne. W życiu bym nie przypuszczała, iż tą pierwszą będzie poradnik/zbiór esejów na temat polskiego "sposobu życia". Głównym powodem dla którego zdecydowałam się sięgnąć po to dzieło, była chęć przekonania się, czy przez dziesięć lat mojej emigracji zmieniła się mentalność moich rodaków. Okazuje się, że nadal jesteśmy tacy sami. Cenimy sobie gościnność i tradycję, jesteśmy jednocześnie religijni i przesądni, umiemy ciężko pracować, lecz to co wychodzi nam najlepiej to narzekanie. Na wszystko. Muszę przyznać, iż podczas lektury bardzo dobrze się bawiłam, jednak nie było tutaj nic co by mogło mnie zaskoczyć. Myślę, że "Jakoś to będzie" nie okaże się niczym odkrywczym dla nas, Polaków, jednak jeśli macie znajomych, czytających po angielsku, to książka ta, może okazać się idealna na prezent, dla tych którzy mają ochotę poznać Polskę i Polaków nieco lepiej.

Jesteśmy szczęśliwi na przekór modom, autorytetom i przeciwnościom losu. Wierzymy w rodzinę i tradycję, ważne jest dla nas życie duchowe. Ale lubimy też być zadziorni, a dzięki naszej ułańskiej fantazji niemożliwe staje się możliwe. W ciężkich czasach ratuje nas sarkastyczne poczucie humoru, a nade wszystko niezachwiana wiara, że ze wszystkimi trudnościami sobie poradzimy. To nasza filozofia: jakoś to będzie. Dzięki niej potrafimy przenosić góry.

Niniejsza książka podzielona jest na trzy części. Pierwsza z nich opisuje nam czym tak naprawdę jest i z jakich głównych elementów się składa, wiodąca filozofia  życiowa Polaków, zwana "Jakoś to będzie". W ostatnich latach przeczytałam  kilka poradników i książek na temat różnych stylów życia. Wiem czym jest hygge i lagoom , feng shui i filozofia środka. Umiem układać mandale, wytrzymać w pozycji psa z głową w dół i zrobić peeling z soli. Wiem co się sprzedaje i jak zachęcić ludzi do kupienia kolejnej książki, czytaj kolejnej filozofii. Muszę przyznać, iż nie przypuszczałam że Polacy mają jakąkolwiek filozofię życiową. Mój ojciec ciągle powtarzał, iż cechuje nas "tumiwisizm" i obojętność na otaczający nas świat. Sięgając po tę książkę miałam nadzieję,że  poznam nas z innej strony, dowiem się jak żyć, co robić by być szczęśliwą Polką. Okazuje się jednak, że "Jakoś to będzie", w niczym nie przypomina poradnika. Jest to raczej zbiór ciekawostek, faktów i historii o naszym narodzie i jego przypadłościach. Na samym początku autorzy wymieniają główne cechy Polaków do których zaliczają się : gościnność, ułańska fantazja, brak wiary, ironia, sarkazm, tradycjonalizm oraz kilka innych. Każda z nich jest pięknie opisana i udokumentowana, twórcy korzystali z anegdot, w tekst są również wkomponowane fragmenty rozmów ze znanymi osobistościami. Zachwyciła mnie wypowiedź Wojciecha Manna, który opowiadał o rodzinie i uczuciach, które w nim wywołuje samo to słowo. Właśnie takie wzruszające historie, sprawiły że książka ta nabrała uroku i swojskości. Obraz Polaka, jaki wyłania się spomiędzy kart tego dzieła jest bardzo bliski rzeczywistości. Jedyne co mi to nie pasuje to nazywanie zwrotu "jakoś to będzie" filozofią życiową. Jacy jesteśmy każdy z nas widzi. Mieszkając za granicą nasłuchałam się opowieści o Januszach i Mariolkach, tak pogardliwie o emigrantach wypowiadają się inni emigranci, zarzucano nam że jesteśmy brudasami i pijakami, niechlujami oraz analfabetami. Do tej pory na widok Polaka, urzędnicy w Irlandii, powstrzymują się przed tym by się przeżegnać. Niestety nadal kojarzeni jesteśmy z tymi, którzy przyjechali po pracę nie zadając sobie trudu nauczenia się języka, którym się mówi w kraju, który wybraliśmy na osiedlenie. W książce tej, Januszów i Mariolek nie znajdziemy. Ludzie, którzy się tutaj pojawiają, nie muszą emigrować by być szczęśliwymi, wystarczy im własny grajdoł na który można ponarzekać. Muszę przyznać, iż czytając ten tekst parokrotnie pomyślałam, że jako naród, tkwimy w stanie wiecznej ekstazy, samozadowolenia i wyższości. Tych wad, które powinny nas cechować, jest tutaj jak na lekarstwo. A to, że czasem ponarzekamy? Każdy narzeka i nie chodzi tutaj o malkontenctwo lecz zagajenie rozmowy. Ten obraz zadowolonych, pracowitych i szczęśliwych Polaków, jeśli skonfrontować go z tym co widzimy w telewizji, nie wydaje mi się do końca prawdziwy. 

Drugi rozdział opowiada o tym, skąd mamy pewność, że "jakoś to będzie". Okazuje się, że filozofia ta nie jest niczym nowym. Wyznawali ją już nasi pradziadowie. Pojawia się tutaj rys historyczny. Autorzy w skrócie przedstawiają historię naszego kraju. Opowiadają o czasach kiedy Polska została wymazana z mapy świata, o rozbiorach i komunizmie. Jak widać, Polacy są stworzeni z niezniszczalnego materiału, który pomaga im przetrwać nawet w najtrudniejszych warunkach.
Tym co sprawia, że "jakoś to będzie" działa jest również nasz wiara i religia oraz ,paradoksalnie, mity i zabobony. Jesteśmy narodem, którego 95 % populacji, deklaruje się jako osoby wierzące. W niedzielę Kościoły pękają w szwach, w Wigilię pozostajemy tradycjonalistami, i pomimo papieskiego przyzwolenia, nadal nie spożywamy mięsa. Celebrujemy Ostatki i zachowujemy Wielki Post, przynajmniej z przymrużeniem oka. Pomimo tego, że jesteśmy katolikami, protestantami czy metodystami jednocześnie posiadamy słowiańską duszę. Bliskie są nam gusła i zabobony, sobótki i kwiaty paproci. Każdego roku w pierwszy dzień wiosny, nauczyciele wraz z uczniami, wybierają się nad rzekę by topić Marzannę a w dzień letniego przesilenia w całej Polsce płoną ogniska. 
Polacy mogą sobie pozwolić na trwanie w "filozofii" jakoś to będzie ponieważ cechuje ich różnorodność. Każdy z nas jest inny. Różnimy się językiem, tradycjami, wiarą, historią. Nasz kraj, uznawany w "wiekach ciemnych", za wolny od płonących stosów, bym miejscem do którego przybywali prześladowani z całego znanego ówcześnie świata. Według danych statystycznych w naszym kraju żyje ponad 30 mniejszości narodowych, co zdecydowanie zwiększa pulę genową. A wiadomo im bardziej zróżnicowany genotyp tym większa szansa na przetrwanie. 

Trzecia część książki, jest tą która mnie najbardziej zainteresowała. W końcu miałam szansę się dowiedzieć, co takiego należy zrobić by żyć zgodnie z filozofią "jakoś to będzie". Okazuje się, że nie potrzeba robić zbyt wiele by być szczęśliwym. Po pierwsze musimy "poczuć naturę". Dla wszystkich Polaków jest jasne, że ich kraj jest najpiękniejszy i najwspanialszy, mamy cudowne , majestatyczne góry, czyste jeziora, morze i bystre rzeki. Autorzy zabierają nas w podróż do Białowieży, Jury Krakowsko-Częstochowskiej, na Pomorze i Mazury i ogólnie nakreślają atrakcje z jakich słyną te miejsca. W kolejnej części zwiedzamy polskie miasta i poznajemy garść ciekawostek o każdym z nich. Czy na przykład wiedzieliście, że Wrocław to miasto gnomów a Kazimierz Dolny słynie z wypiekanych kogucików? W następnych rozdziałach autorzy opowiadają o polskiej kuchni, tradycji, obyczajach, sztuce. Miałam wrażenie, że z każdym kolejnym podrozdziałem autorzy tracą rozmach, że nastąpiło zmęczenie materiału i totalny brak pomysłu. Teksty zaczęły się powtarzać, żarty nużyć a fakty stały się zbyt oczywiste. To co na początku mnie zafascynowało, straciło swój blask i świeżość.

Czy takie książki jak "Jakoś to będzie" są nam w ogóle potrzebne?  Jeśli macie dużo wolnego czasu i ochotę poczytać coś niezobowiązującego i zabawnego, czegoś co dostarczy wam gro ciekawostek i informacji na temat naszego kraju i polskiej mentalności, to zdecydowanie jest to pozycja dla was. Musicie mieć jednak na uwadze, że nie jest to ani poradnik ani książka popularno-naukowa tylko zbiór historii i anegdot. Ja, która od 12 lat mieszkam za granicą, i posiadam grono znajomych Irlandczyków i Brytyjczyków, z pewnością zaopatrzę się w parę egzemplarzy, które podaruję na urodziny czy z innej okazji. Niech wszyscy się dowiedzą jacy naprawdę są Polacy. A przynajmniej Ci, którzy pozostali w kraju. Są zdecydowanie bardziej szczęśliwi...przynajmniej w książce. Polecam. 

Tytuł : "Live the polish way of life"
Autor : Beata Chomątowska, Dorota Gruszka, Daniel Lis
Data wydania : 15 kwietnia 2019
Wydawnictwo : Znak
Liczba stron : 352


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 
 
 

 
Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :
 
 


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html
 

"Paryska kochanka" Catherine Hewitt

"Paryska kochanka" Catherine Hewitt

Po czym poznać dobrą książkę biograficzną? Najlepsze powieści to takie, po których przeczytaniu, mogę powiedzieć że poznałam oraz co ważniejsze, zrozumiałam ich bohaterów. Nie liczy się tylko to co zrobili czy powiedzieli, lecz to co myśleli i czuli. W przypadku postaci historycznych, których przeszłość jest bardzo dobrze udokumentowana, gdyż były znane opinii publicznej, wyliczenie wszystkich faktów z ich życia jest dziecinnie proste. O wiele trudniej jest zrozumieć osobę stojącą za tymi wydarzeniami. Catherine Hewitt nie mogła wybrać trudniejszej i bardziej skomplikowanej postaci do opisania, kobiety której głównym celem życiowym było stworzenie siebie i swojej historii na nowo, ukrycie swojego  pochodzenia oraz prawdziwego ja. Contessa Valtesse de la Bigne była fascynującą kobietą. Silna, niezależna, kontrowersyjna, ówczesna celebrytka, sławna dlatego,że była sławna, była jedną z największych kurtyzan wszech czasów. 

Emilie Delabigne, znana szerszej publiczności jako Louise lub hrabina Valtesse, urodziła się w biednej, patologicznej rodzinie, w slumsach Paryża. Miało sześcioro rodzeństwa, matkę prostytutkę oraz ojca pijaka, który pojawiał się od czasu do czasu. Jej dzieciństwo było typowe dla biednych rodzin , żyjących w przerażających warunkach. Większość czasu spędzała na ulicy unikając dochodzących kochanków swojej matki. Jako młoda nastolatka znalazła pracę w sklepie z ubraniami. W tamtych czasach zawód ekspedientki kojarzony był z prostytucją. Dziewczyny by dorobić do skromnej pensji, często szukały kochanków. To właśnie w sklepie zobaczyła co bogate kobiety mogą robić z pieniędzmi. Pewnego dnia spotkała ją tragedia, została zgwałcona przez starszego mężczyznę. Zdarzenie to uświadomiło jej, że już na zawsze została zbrukana. Zmieniło również jej światopogląd. Z niewinnej dziewczynki przeistoczyła się w kobietę. Wiedziała, że tylko pieniądze umożliwią jej godne i dostatnie życie. Kwestią kardynalną stało się skąd je wziąć. Jako ekspedientka nie zarabiała zbyt wiele, nie miała również szans na edukację. Pod koniec XIX wieku miejsc pracy dla kobiet było niewiele a dostać jedno z nich graniczyło z cudem. Emilie postawiła na prostytucję. Catherine Hewitt nakreśliła nam, jak wyglądał "system"awansu w paryskiej sferze prostytucji. Na samym dnie były grisette, kobiety które sprzedażą własnego ciała dorabiały do pensji. Nie posiadały własnego lokum, a klientami zajmowały się na ulicy. Następnym etapem była lorette, prostytutka na poziomie, mająca stałych kochanków, którzy łożyli na jej utrzymanie. Na szczycie drabiny znajdowały się kurtyzany, ekskluzywne prostytutki, które same wybierały sobie klientów i często żyły w luksusie większym niż królewska rodzina. Louise nie zamierzała pozostać grisette, jej ambicje były o niebo większe. Pewnego dnia dostała możliwość zagrania drugoplanowej roli w teatrze. To właśnie wtedy postał jej przydomek, którego używała już do końca życia. Praca na "deskach" u znanych reżyserów i scenarzystów umożliwiła jej poznanie sławnych i bogatych. Musicie wiedzieć, że Valtesse była niezwykle piękna. Jej ognistorude włosy zwracały uwagę. Szybko stała się przedmiotem pożądania. 
Początkowe rozdziały książki, w których nasza bohaterka stawia pierwsze kroki zarówno na scenie artystycznej jak i erotycznej, są bardzo dobrze uargumentowane. Znajdziecie tutaj mnóstwo szczegółów i informacji na temat życia w Paryżu ówczesnych czasów. To właśnie tutaj autorka podejmuje próbę poznania Valtesse. Przed naszymi oczami staje obraz kobiety pewnej siebie, która wiec czego chce i ma plan jak to osiągnąć, która wie że by coś zyskać musi zrezygnować z czegoś innego. W jej przypadku tym czymś było małżeństwo i rodzina. Louise zdaje sobie sprawę, że żaden szanujący się mężczyzna nie poślubi kobiety z jej przeszłością. Choć wybiera bycie utrzymanką dwukrotnie zachodzi w ciążę. Jednak życie rodzinne jej nie interesuje. Oddaje swoje chorowite córki matce jednocześnie łożąc na ich utrzymanie. Czytając o tych wczesnych latach uparcie miałam przed oczami obraz Valtesse jako zimnej, zdesperowanej, egocentrycznej istoty, dla której najważniejsza była ona sama. Choć są tutaj wzmianki o tym, że troszczyła się o innych, czego przejawem było chociażby zatrudnienie jako gospodyni swojej przyjaciółki, tak nie zmieniły one mojego sposobu postrzegania kurtyzany. Sama jestem matką dwójki dzieci i nie jestem w stanie sobie wyobrazić, że mogłabym je komuś oddać. 

Dalsze rozdziały nie są już jednak tak dobre. Valtesse, była osobą publiczną, która bywała na paryskich salonach. Sama ilość odnośników do tekstów źródłowych, których jest kilkaset w całej książce, pozwala nam sądzić że informacji o niej jest mnóstwo i są one łatwe do znalezienia. Prasa pisała o niej artykuły, malarze tworzyli swoje arcydzieła, a Emil Zola tak zachwycił się jej apartamentem, że opisał go w najdrobniejszych szczegółach w swojej powieści "Nana". To wszystko co wiemy o nastoletnich latach Louise, kiedy jeszcze nie założyła maski Valtesse, było interesujące i wyczerpująco opisane. Sytuacja się komplikuje kiedy na scenę wkracza nowy twór, wykreowany przez naszą bohaterkę. Właśnie wtedy jej historia staje się mniej interesująca. Autorka opowiada o klientach i klientkach kurtyzany, jej przyjaźniach i występach publicznych, jednak samej Valtesse jest tutaj bardzo niewiele. Emilie założyła maskę, pod którą ukrywa swoje prawdziwe uczucia. Troszkę zabrakło mi tutaj żyłki odkrywcy. Hewitt nie zadała sobie trudu by zajrzeć w serce opisywanej przez siebie postaci, dotrzeć do pamiętników jej przyjaciół i rodziny. Autorka spędza czas na analizowaniu wydarzeń i sytuacji, które stały się udziałem kochanków kurtyzany, jednak ona sama staje się coraz bardziej oniryczna. Prześlizguje się przez karty swojej powieści niczym duch. Często łapałam się na tym, że oglądam jej twarz "publiczną" a to co prywatne, a jednocześnie najciekawsze i prawdziwe, zostało przede mną ukryte. Owszem Hewitt czasem wspomina o bliskich Valtesse, o tych których kochała jednak temat ten został jedynie "pogłaskany". Wiemy, że prostytutka miała romans z kobietą jednak nie wiemy co nią powodowało by uwikłać się w taką relację? Czy mężczyźni nie dawali jej wystarczającej dawki miłości i bliskości? Czy może lubiła kontrowersje? A może po prostu szła z duchem czasów i mody? Wszak miłość lesbijska była wtedy na topie. 
Kolejne pytanie należy postawić o dwóch mężczyzn pochowanych w grobie kurtyzany, już po jej śmierci. Choć wiemy kim byli, to niewiadomym dla nas pozostaje dlaczego akurat oni dostąpili tego "zaszczytu"? Zdaję sobie sprawę, że autorka nie była w stanie odpowiedzieć na te pytania, jednak to właśnie one poniekąd wyjaśniają mój "problem" z tą książką. Valtesse była po prostu zbyt enigmatyczną, "stworzoną" na własne potrzeby postacią, by dało się napisać o niej "dobrą" biografię. 

"Paryska kochanka" to książka, która oprócz postaci hrabiny Valtesse de la Bigne, skupia się również na opisaniu realiów panujących w Paryżu, w końcówce XIX wieku. Był to czas wielkich przemian, krwawych rewolucji, wojny i głodu a jednocześnie balów, rozwiązłości, wolności i rozrywek wszelakich. Francuska arystokracja spędzała czas na tańczeniu, pokazywaniu się w lasku Bolońskim, proszonych herbatkach, odwiedzaniu lóż teatralnych oraz wydawaniu pieniędzy. Wiadomym jest, że mężczyźni zawsze mieli słabość do kobiet. Ich małżonki o tym wiedziały i posłusznie akceptowały. Romanse, konkubiny i ekskluzywne kochanki były stałym elementem krajobrazu. Niektórzy "zakochani" wydawali fortuny na swoje kokoty. Valtesse wiedziała co zrobić by oczarować swoją ofiarę i wycisnąć z niej jak najwięcej. Z pewnością pomagało jej to, że była piękna, oczytana i ambitna. Chodzą słuchy, że mogła być kochanką samego Napoleona III czy nawet cesarza Augusta. Jednak informacje te ciężko jest zweryfikować. Wiemy natomiast to, że była jedna z najlepiej "zarabiających" kurtyzan w Paryżu. Jeden z jej kochanków płacił jej, na dzisiejsze pieniądze, 750 tysięcy złotych. Za tydzień. Miała pięknie urządzone mieszkanie w Paryżu, oraz rezydencję na przedmieściach. Uwielbiała sztukę i stworzyła własną kolekcję dzień znanych artystów. Bała się samotności i zapomnienia. 

Książka ta jest bardzo interesującą i świetnie napisaną, opowieścią o tym jak wyglądało życie kurtyzan w Paryżu, pod koniec XIX wieku. Było ono intensywne i często satysfakcjonujące, lecz jednocześnie nietrwałe i zazwyczaj zbyt krótkie. Choć często nasz stosunek do kobiet lekkich obyczajów jest negatywny, tak czytając o losach Valtesse, mogłam zrozumieć jej pobudki i motywację, oraz podziwiać to co osiągnęła. Szczególnie, że startowała z samego paryskiego rynsztoku. Jednak podczas lektury umknęło mi to, co najważniejsze. Mam poczucie, że nie przybliżyłam się do zrozumienia naszej bohaterki, jej sekrety są nadal bezpieczne.
Chociaż podobała mi się ta książka i wiele się nauczyłem o Paryżu , sama Valtesse pozostała dla mnie kusząco nieuchwytna.



Tytuł : "Paryska kochanka"
Autor : Catherine Hewitt
Wydawnictwo : Kobiece
Data wydania : 27 lutego 2019
Liczba stron : 368
Tytuł oryginału : The Mistress of Paris: The 19th-Century Courtesan Who Built an Empire on a Secret 



Tę oraz wiele innych książek znajdziecie w księgarni internetowej :
https://www.taniaksiazka.pl/



"Cukrzycę można wyleczyć. Naturalne metody zapobiegania i odwracania skutków cukrzycy typu 2" Jason Fung

"Cukrzycę można wyleczyć. Naturalne metody zapobiegania i odwracania skutków cukrzycy typu 2" Jason Fung

Ostatnio się dowiedziałam, że u mojej rodzicielki zdiagnozowano cukrzycę typu B. Muszę przyznać, że się przestraszyłam. A co robimy jak się boimy? Oczywiście zaczynamy przeszukiwać internet w poszukiwaniu informacji. Niestety, w moim przypadku było to błędem gdyż mam skłonność do wyolbrzymiania, hipochondrii i wpadania w panikę, jednym słowem jestem strasznym tchórzem. Pewnego dnia mama wzięła mnie na stronę i przekazała to co powiedziała lekarka : podstawą leczenia (a jednocześnie zapobiegania) jest dieta, ograniczanie bądź wyeliminowanie cukrów i węglowodanów oraz aktywność fizyczna. Mama nie dostała żadnej recepty ani spisu suplementów diety. Nikt nie skierował jej na zabieg zmniejszenia żołądka, nie zaproponowano jej również innych inwazyjnych metod terapii. Tylko zdrowe odżywianie i ruch. Ciekawa jestem czy lekarka mojej mamy słyszała kiedykolwiek o doktorze Jasonie Fungu czy też sama doszła do podobnych jak on wniosków, obserwując swoich pacjentów. Okazuje się bowiem, że cukrzycę typu drugiego bardzo łatwo wyleczyć, wystarczy zmiana trybu życia, samozaparcie i entuzjazm, gdyż tak naprawdę nie jest ona chorobą tylko reakcją organizmu na otyłość i "przesycenie" cukrami.

Cukrzyca nazywana jest pierwszą niezakaźną epidemią na świecie. Szacuje się, że 422 miliony osób na całym globie choruje na tę chorobę, z czego 179 milionów to osoby jeszcze nie zdiagnozowane. Z tego wynika, że co 11 człowiek ma cukrzycę. Przerażające prawda? Jeszcze bardziej niepokoi to, że liczby te wciąż rosną. 9 na 10 osób, które poprosiłam by wymieniły jedną z chorób cywilizacyjnych wymieniło właśnie cukrzycę. Jeśli mielibyśmy dostęp do danych pacjentów z pewnością byśmy zauważyli pewną zależność : 90 procent chorych jest otyłych. Jeśli byśmy przyjrzeli im się bliżej to zaobserwowalibyśmy złe nawyki żywieniowe (korzystanie z fast foodów, jedzenie nadmiernej ilości słodyczy, spożywanie używek) oraz brak aktywności fizycznej. Jak byłam w szkole podstawowej co roku mieliśmy badania lekarskie. Mierzono nam wzrost i wagę, raz na kilka lat pojemność płuc, sprawdzano włosy i zęby oraz prostotę kręgosłupa. Dziś dzieciom pobierana jest krew, sprawdza się poziom cukru, badania wydolnościowe i na obecność wirusów. Ja moją pierwszą morfologię zrobiłam będąc nastolatką, dziś wykonują ją na badaniach kontrolnych u trzylatków. I wyniki tych badań z roku na rok są coraz gorsze. Ostatnio przeczytałam, że gdzieś na północy Polski urodziło się sześciokilogramowe niemowlę. Lekarz, którego wypowiedź zamieszczono w artykule, stwierdził że "duże" noworodki już wkrótce staną się czymś naturalnym. Kobiety w ciąży nie rezygnują ze złych nawyków żywnościowych. Mało tego, potrafią sobie (nie)zdrowo pofolgować, w końcu to ten czas w życiu kiedy nikt nie będzie nas rozliczał z nadprogramowych kilogramów. Szkoda, że sięgając po kolejny kubek napoju gazowanego, czy kolejnego batonika, nie myślą o tym, ile chemii, pustych kalorii i szkodliwego cukru ładują w swoje własne dziecko. Pamiętajmy : cukier uzależnia. Nie stanowi pełnowartościowego posiłku. Jedząc węglowodany zaspokajamy głód na kilkanaście minut, może pół godziny, po których znowu jesteśmy głodni. I znowu szukamy czegoś "smacznego" (i słodkiego oczywiście). Nawet się nie zorientujemy, jak trzeba będzie kupić nowe spodnie. Nawet się nie zorientujemy jak lekarz nam powie, że chorujemy na cukrzycę i trzeba coś z tym zrobić. Wtedy będziemy musieli zadać sobie pytanie co kochamy bardziej : nasze życie czy słodycze.Bo te dwie rzeczy bardzo ciężko pogodzić.

Doktor Fung w swojej książce mówi nam czym jest cukrzyca i pokrótce opisuje jej najważniejsze typy. Choć posiada ogromną wiedzę na temat każdej z odmian tej choroby, tak skupia się na jednym konkretnym : typie II, czyli cukrzycy do której, sami się przyczyniamy. Bardzo spodobał mi się przykład walizki jako metafory naszego organizmu. Na samym początku, kiedy jest pusta, nie mamy problemu ze spakowaniem do niej ubrań. Jednak w końcu dojdziemy do takiego momentu, kiedy zostaniemy z dwoma T-shirtami w dłoniach, które za nic nie chcą się zmieścić. Mamy wtedy dwa wyjścia,  użyć siły lub usunąć niektóre ubrania. Pierwsze rozwiązanie jest z pozoru skuteczne, jednak nie rozwiąże problemu przepełnionej walizki, drugie ma sens i może przynieść pożądane rezultaty, jednak czy znajdziemy w sobie siłę do rezygnacji z któregoś z ubrań? Leki, które przepisują chorym lekarze, nie leczą przyczyny tylko skutki. Obniżają poziom glukozy, jednak jej nie usuwają. Wynika z tego, że chorzy skazani są na połykanie tabletek lub robienie zastrzyków już do końca życia. A co jeśli lekarstwo znajduje się w nas samych? Jeśli jesteśmy w stanie, bez większych wyrzeczeń, naprawić to co popsuliśmy? Doktor Fung przekonuje nas, że jest to możliwe. O tym, że węglowodany i cukry szkodzą wiemy od dawien dawna. To właśnie one są bezpośrednią przyczyną otyłości a co za tym idzie związanych z nią chorób. Od jakiegoś czasu lekarze zaliczają do nich również cukrzycę, okazało się bowiem, że to nie insulinoodporność (jak w przypadku cukrzycy typu I) lecz zła dieta, są za nią odpowiedzialne. Autor proponuje nam przejście na dietę niskowęglowodanową, których dziesiątki można znaleźć w Internecie. Zachęca nas również do stosowania głodówek, które są ważnym elementem terapii. Badania profesora Roya Taylora z Uniwersytetu w Newcastle w Wielkiej Brytanii wykazało, że dieta 600 kcal powoduje intensywny spadek zawartości tłuszczu w wątrobie, prowadząc do przywrócenia wrażliwości na insulinę w ciągu siedmiu dni od rozpoczęcia diety u osób z cukrzycą typu 2. Czy to naprawdę może być takie proste?  Okazuje się, że coraz większa liczba lekarzy zdaje się z tym zgadzać. 

Jak zawsze powtarzam, kiedy przychodzi do naszego zdrowia, raczej nie polecam kombinowania niczego na własną rękę. Pójdźmy do lekarza, który postawi nam diagnozę i zapozna z możliwościami leczenia. Możecie mu powiedzieć o swoich obawach oraz alternatywnych terapiach, które chcielibyście podjąć. Dobry lekarz, wysłucha i doradzi, sprawdzi czy nie ma przeciwwskazań. Bo chociaż dieta 600 kalorii czy sporadyczne głodówki wydają się czymś łatwym, tak zdecydowanie nie są dla każdego. Należy pamiętać, że jedząc mniej dostarczamy swojemu organizmowi nie tylko mniej kalorii lecz również składników odżywczych, witamin i minerałów, których niedobór może prowadzić do innych chorób. Więc pamiętajcie : najpierw konsultacja lekarska a potem lektura tej książki i ewentualne wykorzystanie zaproponowanych przez autora przepisów. 

Jason Fung z pewnością ma szeroką wiedzę i umie się nią podzielić z czytelnikami. Pisze opisowo, używa metafor, jego język jest barwny i przystępny.  Muszę przyznać, że czytało się całkiem przyjemnie i choć dużo informacji przyswoiłam już wcześniej z innych źródeł, tak moja wiedza na temat cukrzycy i dostępnych metod jej leczenia, została zdecydowanie pogłębiona. Jeśli lubicie poradniki, interesują was alternatywne metody terapii, ktoś z waszej rodziny (lub może wy sami) cierpi na cukrzycę i chcecie mu pomóc, to polecam. Tylko pamiętajcie, żeby nie ufać ślepo słowu pisanemu, bo to co jednym przyniesie korzyść, drugich może tylko skrzywdzić. Bądźcie mądrzy i ufajcie samym sobie, wsłuchajcie się we własny organizm a z pewnością usłyszycie wysyłane przez niego sygnały. Nie wiem czy zmieniając dietę da się wyleczyć z cukrzycy, ale jedno wiem na pewno : zdrowy tryb życia, szczupła sylwetka i jędrne ciało, sprawi że będziemy atrakcyjniejsi i szczęśliwsi. A wiadomo szczęśliwi ludzie żyją dłużej. Polecam.



Tytuł : "Cukrzycę można wyleczyć. Naturalne metody zapobiegania i odwracania skutków cukrzycy typu 2"
Autor : Jason Fung
Wydawnictwo : Vital
Data wydania : 26 października 2018




Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję portalowi : 
https://sztukater.pl/


Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :

http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html


"Żyj przytulnie" Melissa Alvarez

"Żyj przytulnie" Melissa Alvarez

Hygge, Wabi-Sabi, norweski life stale to trendy bardzo popularne w ostatnich latach. Pamiętacie jeszcze czasy, kiedy cały świat zwariował na punkcje feng shui? Bogaci wydawali ogromne pieniądze na architektów i dekoratorów wnętrz, by z ich lokum zrobić miejsce harmonii i szczęśliwości. Ci biedniejsi kupowali wahadełka do wykrywania żył wodnych i na własną rękę robili przemeblowanie. Dziś jest łatwiej. Mamy Internet, specjalistów od stylu życia i fachową literaturę. Wystarczy przejść się do księgarni i zaleje nas powódź książek rodem ze Skandynawii. Każdy z nas chce być jak nasi sąsiedzi z północy. Meble z Ikei już nam nie wystarczą. Pragniemy również ich stylu życia. Wszystkie książki o mindfulness, hygge i innych obecnie obowiązujących trendach, z jakimi się spotkałam, zawsze wnosiły coś nowego do mojego życia, pogłębiały moją widzę. Jednak cały czas obawiałam się, że w końcu nadejdzie taki dzień, że trafię na taką pozycję, która uświadomi mi że nic nowego już się nie dowiem. I miałam rację, szkoda że trafiło na Melissę Alvarez, gdyż muszę przyznać, że miałam duże oczekiwania co do tej książki. W końcu, kto z nas nie lubi jak jest przytulnie?

"Życie" w dzisiejszych czasach jest  prawdziwym wyzwaniem. Trwa nieustający wyścig szczurów, ludzie spędzają po kilkanaście godzin w pracy, dzielnice-sypialnie w dzień świecą pustkami, siłownie tętnią adrenaliną w środku nocy. W Japonii dzieci praktycznie od urodzenia mają zaplanowane całe życie, w Irlandii matka dowiadując się o ciąży może zapisać nienarodzone jeszcze dziecko do szkoły, którą rozpocznie za 6 lat. Najważniejsze w dzisiejszych czasach stały się słowa "mieć", "zdobyć", "osiągnąć". Jest za dużo ludzi a za mało atrakcyjnych miejsc pracy, co prowadzi do niekończącego się wyścigu, który trwa do końca życia. Bo zdobycie czegoś niekoniecznie wiąże się z posiadaniem. Nawet nie zdajemy sobie sprawę z tego, że codziennie walczymy. Każdego dnia nowe państwa, regiony, miasta, społeczności wkraczają na globalny rynek i zasilają światową wioskę. Już nawet  ludzie mieszkający w afrykańskich lepiankach rozsiadają się na skórzanych kanapach, przypływających w kontenerach z Europy, a Jay Z przywozi im słuchawki do Iphoneów, które też w końcu do nich dotrą. Co prawda przykłady te wzięłam z własnej głowy jednak autorka również dostrzegła problemy, które wiążą się z globalizacją. Nie skupiła się tylko i wyłącznie na swoim własnym podwórku. Alvarez z wnikliwością analizuje panujące na świecie trendy i przedstawia współczesne zagrożenia. Robi to z wyczuciem, sprytem i przenikliwością, jednak wnioski które przedstawia nie są dla czytelnika niczym nowym. Owszem znajdziemy tutaj garść ciekawostek, które świetnie służą zobrazowaniu trendów takich jak hygge czy szwedzkie lagom, jednak nie ma tutaj nic, o czym średnio zorientowany w temacie czytelnik, by nie wiedział. Jednym słowem jest to książka dla początkujących, dla zupełnych laików, poszukujących miejsca gdzie należy zacząć. "Żyj przytulnie" może być punktem wyjścia dla poszukiwaczy szczęścia, harmonii i spokoju we własnym życiu. To właśnie z tej książki dowiemy się co jest obecnie na czasie, w jakim kierunku zmierza społeczeństwo, co może zrobić zwykły szary człowiek, by się odnaleźć w dzisiejszych czasach. Muszę przyznać, że liczyłam na coś więcej. Dostałam receptę na "życie" zamiast metod zapobiegania. Autorka zakłada, że nas wszystkich dotknęła "gorączka posiadania", że wszyscy żyjemy w biegu i nie mamy czasu by się zatrzymać i spokojnie wypić kawę czy kieliszek wina. Napisała więc książkę, która ma nam pomóc wprowadzić w swoje życie harmonię, przeorganizować je na nowo. A co z tymi ludźmi co walczą i jeszcze nie dali się omotać konsumpcyjnemu trybowi życia. Czy dla nich nie ma żadnych rad? Czy koniecznie trzeba zapaść na tę chorobę by dostać receptę? Autorka na dobrą sprawę nie promuje nowego stylu życia, nie pokazuje nam nowych dróg, którymi możemy pójść tylko sprzedaje sposoby na poprawę tego co mamy, którym dokleiła etykietkę hygge i "cozy", bo to się akurat sprzedaje.


Spoglądając na sam spis treści możemy zauważyć, że autorka nie wykazała się innowacyjnością. Każdy z nas zdaje sobie sprawę z istnienia ogólnie dostępnych technik relaksacyjnych, które pozwolą nam na złapanie oddechu. Wiemy,że spacery po lesie nas wyciszę, gorąca kąpiel rozluźni mięśnie a "dobry", kontrolowany oddech zmniejszy nasz poziom stresu. Autorka w kolejnych rozdziałach przedstawia nam listę ćwiczeń, które jeśli wykonywane poprawnie i konsekwentnie, będą miały cudowny wpływ na nasz dobrostan. Posiłkując się przykładami z całego świata, Alvarez zaleca nam spędzenie tygodnia bez dostępu do nowoczesnych technologii czy oddanie się medytacji bądź kolorowaniu. Wszystko to ma sprawić, że zwolnimy i przewartościujemy swoje życie. Dobrze państwo wiedzą, że głównym założeniem skandynawskich trendów lifestylowych jest prostota i umiar. Część poradników doradza nam wręcz życie w ascezie. Nikt oczywiście nie zastanawia się nad tym ile kosztuje zbudowanie tego "prostego" , minimalistycznego domu czy chociażby szwedzkiego kominka. Bo hygge to nie tylko nasz rozwój duchowy, to również budowanie przestrzeni wokół nas. Nowy skandynawski trend uczy jak osiągnąć szczęście, żyjąc w zgodzie z naturą, skromnie, niewielkim kosztem, wśród własnoręcznie wykonanych przedmiotów. To szwedzka sztuka równowagi. Wyraża się w stonowanym byciu pomiędzy skrajnościami, unikaniu przesady, docenianiu tego, co jest. A jak to wszystko działa w praktyce? Na to pytanie książka Alvarez już niestety nie odpowiada. Ponoć działa, jednak czy te "style życia" nie są po prostu modą? Kolejnym trendem za którym podążają rzesze lemingów? Bo czyż technik i ćwiczeń autorki nie możemy stosować w naszych własnych domach? Niekoniecznie surowych i bezosobowych? Niekoniecznie modnych.

Autorka dużo czasu poświęca samej idei hygge. Więc kolejny już raz musiałam czytać o tym, czym tak naprawdę jest ta duńska sztuka osiągnięcia wewnętrznej, równowagi, harmonii i bezpieczeństwa. Muszę przyznać, że po tytule spodziewałam się czegoś więcej a nie kolejnego odgrzewanego kotleta. Chciałam małej rewolucji, nowości, ciekawostek, odkryć. Niestety autorka powiela schematy, spisuje wiedzę oczywistą, kopiuje słowa dawno już napisane. Nie było tutaj nic czego bym nie wiedziała, żadne z ćwiczeń nie było autorskie a cała książka to po prostu wierne odtworzenie dzieł innych autorów. Jak każda książka tego rodzaju, również i "Żyj przytulnie" jest przyjemną lekturą, która sprawia, że czytając czujemy się komfortowo. Wtłoczona zostaje w nas energia, chcemy działać już-teraz. Zaczynamy poszukiwać nowych przepisów na "hygge" kolacje, postanawiamy częściej wychodzić z domu, na zakupach wkładamy do koszyka nowe kieliszki i góry świeczek (a gdzie ten minimalizm?), być może wejdziemy nawet na jakąś stronę poświęconą technikom medytacji i mindfulness, by zobaczyć z czym to się je. Im więcej czasu poświęcimy książce Alvarez, tym dłużej w naszych żyłach będzie krążył optymizm. Jednak jak to bywa w przypadku wielkiego zapału, zazwyczaj jest on słomiany. 

Uważam, że powinniśmy czytać wszelkiego rodzaju poradniki, gdyż można zaczerpnąć z nich sporo inspiracji, nauczyć się czegoś nowego i poznać świat oczami kogoś innego. Niestety tym razem nic mnie nie zaskoczyło. Było poprawnie i tyle. Myślałam, że autorka zaproponuje nam coś nowego, kolejny trend, który można zaimplementować w naszym życiu. Okazało się jednak, że "żyć przytulnie" znaczy po prostu, żyć po skandynawsku. A to już było. Polecam wszystkim tym, którym udało się przegapić wszystkie podobne książki.




Tytuł : "Żyj przytulnie"
Autor : Melissa Alvarez
Wydawnictwo : Kobiece
Data wydania : 16 stycznia 2019
Liczba stron : 240
Tytuł oryginału : The Simplicity of Cozy: Hygge, Lagom & the Energy of Everyday Pleasures




 Tę oraz wiele innych książek znajdziecie na półce z Nowościami księgarni internetowej :
https://www.taniaksiazka.pl/


"Terapia siarką. MSM i inne naturalne środki eliminujące ból, stany zapalne i choroby przewlekłe" Tomasz Woźniak

"Terapia siarką. MSM i inne naturalne środki eliminujące ból, stany zapalne i choroby przewlekłe" Tomasz Woźniak

     Tomasz Woźniak, autor książki o leczeniu siarką jest wysokiej klasy specjalistą z obszaru biochemii, suplementów diety, nutraceutyków i żywności funkcjonalnej. Nie tylko ukończone studia na kierunku biochemii czy praca w firmach farmaceutycznych, świadczą o jego doświadczeniu i znajomości tematu. Już jak nastolatek Pan Tomasz uwielbiał sport. Jednak intensywny trening miał niszczycielski wpływ na jego zdrowie i doprowadził do kontuzji stawów wynikających z chronicznego przeciążenia aparatu ruchu. Ambicja przerosła możliwości organizmu. Właśnie wtedy młody chłopak zdał sobie sprawę, że kariera sportowca jest dla niego nieosiągalna. Rozpoczął walkę z bólem, długą drogę ku wyzdrowieniu. We wstępie do książki możemy przeczytać, że pomimo cierpienia, słabych wyników oraz przestróg lekarzy, autor nie skończył ze sportem, a jego wizyty na siłowni czy na basenie, nie stały się rzadsze, ćwiczył tak samo jak wcześniej. Zastanawiam się, czy przeczytanie tego życiorysu wyjdzie czytelnikom na zdrowie. Choć Woźniak pisze, że nie wolno lekceważyć postawionych przez specjalistów diagnoz, to właśnie to robi. Choć go boli, choć często nie może ruszać rękami a jego synowie nie zaznają przyjemności zagrania z tatą w piłkę, to zamiast wziąć się za siebie, odpuścić, dać mięśniom i stawom czas na regenerację, to ulegał dawnym przyzwyczajeniom. Sport jest dla niego niczym narkotyk, nie zna umiaru. Wydaje mi się, że takie podejście jest zdecydowanie niezdrowie i może nawet doprowadzić do kalectwa. Choć jestem laikiem w dziedzinie medycyny to uważam, że zanim przystąpicie do samo leczenia czy stosowania różnego rodzaju terapii, powinniście skonsultować się ze specjalistą. Nie ufajcie ślepo w to, że dany minerał, związek, substancja czy roślina was wyleczą. Pamiętajcie, że to jedynie suplementy a nie lekarstwa. 

Kolejną rzeczą, która każe potraktować mi tę książkę, z przymrużeniem oka, a momentami uznać za "niebezpieczną" jest niefrasobliwość autora. Zainteresowanie siarką organiczną, czyli MSM, nastąpiło u Pana Tomasza po przeczytaniu wyników badań na temat eksperymentu na sportowych koniach wyścigowych, którym w paszy podano metylosulfonylometan. Miał on przyśpieszyć gojenie się mięśni i stawów obciążonych ogromnym wysiłkiem fizycznym. Wyniki okazały się więcej niż zadowalające. Idąc za ciosem autor postanowił wypróbować siarkę organiczną na sobie. Wiedzę o tym związku czerpał z amerykańskiej narodowej biblioteki medycznej Pubmed oraz z ...Internetu. Nie wydaje mi się, żeby wujek Google był zbyt dobrym czy kompetentnym doradcą. Dziwi mnie, że tak wszechstronna, inteligentna i doświadczona osoba, biolog z wykształcenia, nie zadała sobie trudu przeprowadzenia własnych badań, tylko zaufała cudzym. Cała reszta to był czysty eksperyment Woźniaka, który przeprowadzał na własnym ciele. Nie słuchał się zaleceń innych specjalistów od medycyny ortomolekularnej, siarkę dawkował sobie w ilościach przemysłowych i czekał na efekty. Kolejny raz świadczy to o braku szacunku do własnego zdrowia. Autor za wszelką cenę stara się nam udowodnić, że siarka jest jednym z najważniejszych pierwiastków w naszym organizmie. Jest bowiem składnikiem biotyny i keratyny,  dzięki czemu mamy piękne włosy i zdrowe paznokcie; ma zbawienny wpływ na nasz układ odpornościowy czy wątrobę. Wszystko pięknie tylko nawet średnio zorientowana osoba pamięta to wszystko z lekcji biologii. O wpływie siarki na nasze zdrowie wiedziały już nasze prababcie kąpiące się w jeziorach solankowych czy nasze mamy odwiedzające popularne kilkanaście lat temu groty solne. Tak naprawdę jedyną różnicą w tym co proponuje nam autor jest sposób podania związku siarki oraz jego suplementacji. Bowiem zażycie samego MSM  nie wystarczy. Oczywiście, przecież cuda się nie zdarzają. 

Książka podzielona jest na rozdziały, w których autor opowiada nam czym jest siarka organiczna, jaki wpływ ma na nasz organizm, na co pomaga, jakie choroby leczy i dlaczego jest nam w życiu niezbędna. Przez całą lekturę nie mogłam pozbyć się wrażenia, że autor próbował się ze mną nadmiernie spoufalić. Może od tego czytania amerykańskiej literatury specjalistycznej zebrało mu się na typową jankeską wylewność. Do mnie to niestety nie przemówiło a wręcz przeciwnie, świadczyło o braku profesjonalizmu. Ale wróćmy do książki. Czymś co strasznie drażni jest nadmierne używanie skrótu MSM. Jest on na każdej stronie. Pojawia się setki razy, w różnych konfiguracjach, niczym bardzo natrętna reklama. Siarka organiczna nie tylko powinna stać się elementem naszej diety. Autor wręcz obiecuje nam, że jest ona remedium na wszystkie bolączki. Wystarczy, że sobie zaaplikujemy odpowiednią dawkę a od razu staniemy się piękni i młodzi, nasze włosy zaczną rosnąć szybciej, blizny nam znikną, zaczniemy lepiej oddychać, pachnieć. Mięśnie się zregenerują, kości zrosną, stawy na powrót staną się sprawne. Można nawet ochronić się przed rakiem. Ciągle zastanawiało mnie na jakich danych bazował Woźniak? Gdzie są przykłady? Gdzie są ludzie, którzy wyzdrowieli? Czasem mogłam przeczytać zwroty : pewna kobieta, mężczyzna czy po prostu ktoś powiedział... czy to są sprawdzone dane? Poparte badaniami? Czy po prostu rozmowa dwójki znajomych, z których jeden pisze książkę a drugi chce w niej zaistnieć? Bo nie wie, że owszem wystąpi ale anonimowo? 

Nie da się ukryć, że siarka i jej związki, mają kardynalne znaczenie dla naszego organizmu. Od dawien dawna wiadomo, że to dzięki nim nasze stawy są sprawne i elastyczne, włosy i paznokcie mocne i pełne blasku, wątroba prawidłowo oczyszcza się z toksyn a my sami jesteśmy zadowoleni i szczęśliwi. Doprowadzić do niedoboru siarki w organizmie jest naprawdę ciężko. Każda choroba potrzebuje odpowiedniej diagnozy. Jeśli bolą nas stawy czy mięśnie, i wiemy że nie są to zwykłe zakwasy czy efekt przetrenowania, zanim sięgniemy po suplementację, wybierzmy się do lekarza. Takie bóle często mogą świadczyć o bardzo groźnej chorobie. A niestety nawet MSM nie jest w stanie wyleczyć wszystkiego. Warto przeczytać tę książkę dla kilku zawartych w niej ciekawostek na temat siarki organicznej, jednak nie brać wszystkiego co w niej jest za pewnik i wiedzę tajemną. 


Tytuł : "Terapia siarką. MSM i inne naturalne środki eliminujące ból, stany zapalne i choroby przewlekłe"
Autor : Tomasz Woźniak
Wydawnictwo : Vital
Data wydania : 4 czerwca 2018




Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję portalowi : 
https://sztukater.pl/

"Rosyjska medycyna ludowa od A do Z" Natalja Aleksandrowna Nowikowa

"Rosyjska medycyna ludowa od A do Z" Natalja Aleksandrowna Nowikowa

     Od początku istnienia ludzkości człowiek by przetrwać, musiał troszczyć się o to co najważniejsze, czyli zdrowie. To właśnie ono świadczyło o jego pozycji w gromadzie. Gdy dopadała go choroba, lekarstwa na nią szukał w przyrodzie. Na samym początku była to zwykła rosyjska ruletka. Wielu naszych przodków nabawiło się bólów brzucha czy niestrawności. Niektórzy nawet tę chęć eksperymentowania przypłacili życiem. Często jednak udało im się trafić na roślinę, zioło, warzywo czy owoc, który pomagał na różne dolegliwości. Wiedza o nich przekazywana była z pokolenia na pokolenie. Nawet dziś, w XXI wieku, bardzo dużo ludzi szuka wsparcia poza medycyną konwencjonalną, w samolecznictwie mającym swe korzenie w kulturze. Rodzina Natalji Aleksandrownej Nowikowej, autorki niniejszej książki, wywodzi się z Rosji, gdzie od pokoleń pełnili ważne funkcje wojskowe i polityczne. Ponoć jeden z nich był nawet w służbie cara. To właśnie tryb życia, służba wojskowa oraz odniesione na polach bitew rany, sprawiły że pozostałe w domu kobiety musiały wyszkolić się w sztuce "uzdrawiania" by nieść pomoc swoim mężczyznom. Przepisy na maści i mikstury, nalewki i zajzajery udoskonalane były na przestrzeni setek lat. Każda kolejna znachorka dodawała własną cegiełkę do tego dzieła. Natalja będąc małą dziewczynką, przyglądała się jak jej babcia leczy swoich pacjentów. To właśnie ten widok oraz fascynacja ludzkim ciałem sprawiły, że zdecydowała się studiować medycynę. Zawsze się cieszę, kiedy w moje ręce trafia książka czy poradnik napisany przez specjalistę. Za znachora czy uzdrowiciela, może się podawać każdy, by zostać lekarzem trzeba zdobyć uprawnienia do sprawowania tego zawodu. Choć nasza autorka zajmuje się medycyną naturalną tak poprzez wykształcenie zdobyła solidne podstawy do tego by postawić trafną diagnozę. Jak sama przyznaje w swojej książce : by skutecznie wyleczyć chorobę musimy dokładnie wiedzieć co nam dolega. I tutaj potrzebujemy lekarza. Jak już wiemy co toczy nasze ciało, bądź też duszę, to od nas zależy jaką wybierzemy metodę leczenia. Cieszy mnie fakt, że autorka nie zniechęca nas do korzystania z medycyny tradycyjnej. Wyraźnie mówi, że ziołolecznictwo i medycyna holistyczna, są jedynie uzupełnieniem właściwej kuracji lub też remedium na pomniejsze dolegliwości. Jednak autorka zdobyła sobie taką renomę, że do jej gabinetu przychodzą nawet ci bardzo ciężko chorzy.

Lubię poradniki napisane w sposób zorganizowany. Choć początkowy zamysł był inny, autorka postanowiła pogrupować opisywane przez nią choroby według obszarów ciała, narządów oraz grup chorób. Już czytelny spis treści pokieruje nas do odpowiedniego działu. Omawiane są tutaj choroby skórne, choroby głowy i szyi, klatki piersiowej i pleców, alergie czy urazy ciała. Ostatni rozdział poświęcony jest magii i wierzeniom ludowym. Autorka opisując każde ze schorzeń, podaje nam wyczerpującą definicję wraz z objawami oraz sposoby radzenia sobie z chorobą. Okazuje się, że wszystkie potrzebne w procesie leczenia składniki, znajdziecie we własnej kuchni. Po przeczytaniu kilku z przepisów na "lekarstwo" nie mogłam się nie uśmiechnąć. Od razu wiadomo, że mowa tutaj o medycynie ludowej. Od razu też wiadomo, że jest ona rosyjska. Opiera się  bowiem na cebuli, czosnku i... oczywiście wódce. Ja od zawsze wiedziałam, że kieliszeczek czegoś mocniejszego i wrzody wyleczy i sercu ulży, o problemach ze snem nie wspominając. No dobrze ale żarty na bok. Analizując przepisy autorki, choć żadna ze mnie znachorka, od razu widać że Nowikowa wie o czym mówi. Każdy z nas słyszał, że lawenda uspokaja, mięta oczyszcza drogi oddechowe a rumianek pomaga na oczy. Autorka idzie jednak dalej. Jej przepisy to nie tylko napary z ziół czy domowe sposoby na inhalację. To całe terapie, czasem kilkutygodniowe, które potrafią być bardzo skomplikowane. Polegają one na łączeniu odpowiednich składników. Wymagają też od nas konsekwencji i silnej woli, które pomogą w wyleczeniu. Podam jeden przykład. Osoba cierpiąca na problemy ze snem powinna wsypać dwie łyżki kopru do białego wina i zagotować. Rozwór należy spożyć przed snem (50,60ml) przez kolejnych 10 do 15 dni. W międzyczasie nacieramy skronie olejkiem lawendowym, przez kilka dni pijemy napar z suszonych szyszek chmielu, poprawiamy naparem z oregano i szklanką gorącej wody. Taka pełna kuracja powinna nam przynieść ulgę. Przepisów na różnego rodzaju schorzenia jest tutaj bardzo dużo, rzekłabym że znajdziemy tu remedium na każdą chorobę. Jej receptury podane są w bardzo przystępnej formie. Są wypunktowane, drobiazgowe i szczegółowe. Nie sposób się pomylić podczas przyrządzania. Całość okraszona jest zdjęciami, które może nie są najładniejsze, jednak dodają książce swojskości. Szczególne ręka wyciągająca "zdrową" rosyjską cebulę, ze "zdrowej" rosyjskiej ziemi. 

Muszę przyznać, że jestem zachwycona tą książką. Do tej pory korzystałam tylko i wyłącznie z przepisów naszych rodzimych autorów, jednak teraz pora na spróbowanie czegoś światowego. Nie warto przecież się ograniczać. Jestem osobą twardo stąpającą po ziemi i nadal uważam, że gdy coś nam dolega to powinniśmy udać się do lekarza. Medycyną naturalną wspomagam się jedynie w przypadkach kiedy to tradycyjna nie działa lub działa zbyt wolno. W przypadku anginy same lody nie pomogą, przyda się również antybiotyk. Właśnie na takiej zasadzie to u mnie działa. Przy bólu gardła sięgnę po sól morską z zapaleniem oskrzeli pognam do gabinetu. Mając już w ręku receptę, zerknę do mojego poradnika z zakresu medycyny naturalnej, i dowiem się jak wspomóc leczenie. Przecież zioła mi nie zaszkodzą. Oczywiście jeśli będziemy trzymać się przepisów. Bo pamiętajcie, nawet natura potrafi uzależnić. 

Podobało mi się. Nie dość, że poznałam nowe sposoby na walkę z bólem zęba, placów czy ze zwykłą bezsennością, to jeszcze poszerzyłam moją wiedzę na temat różnych ziół i roślin. Jest to poradnik, który czyta się łatwo lecz z wiedzy w nim za wartej raczej nie będziemy korzystać na co dzień. Warto mieć tę książkę na półce, bo nigdy nie wiadomo kiedy może się przydać. Radzę stosować jako wspomaganie terapii a nie remedium. No i wódkę czy wino polewajcie z umiarem :) Polecam. 


Tytuł : "Rosyjska medycyna ludowa od A do Z"
Autor : Natalja Aleksandrowna Nowikowa, Bernd Butzke
Wydawnictwo : Studio Astropsychologii
Liczba stron : 232 


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję portalowi : 


https://sztukater.pl/
 
"Miska szczęścia" Laura Osęka

"Miska szczęścia" Laura Osęka

Do tej pory nie zdawałam sobie sprawy, jakim wyzwaniem, jest zrecenzowanie książki kucharskiej, dla osoby która jest laikiem w kwestii gotowania. Moje umiejętności w kuchni kończą się na typowym  kotlecie schabowym, spagetti bolognese czy przygotowaniu kolorowego śniadania dla dwójki pociech, z których jedno jest niejadkiem. Od jakiegoś czasu postanowiłam jednak poszerzać swoją wiedzę w tym kierunku, i jak zdarzyła się okazja przeczytania książki Laury Osęki, tak bez wahania z niej skorzystałam. Mój mąż, który zawsze przegląda pozostawione przeze mnie, w różnych miejscach, książki spytał mnie kim jest ta Pani i dlaczego chodzi z miską na ramieniu? Jako osoba, która nie ogląda telewizji, nie śledzi blogów kulinarnych i nie jest za pan brat z fachową literaturą, musiałam się przyznać, że nie mam pojęcia. Całe szczęście i tym razem pomógł mi niezawodny Internet. Z Facebooka dowiedziałam się, że Pani Laura jest doktorantką w Instytucie Psychologii Polskiej Akademii Nauk, posiada mieszkanie na warszawskiej Saskiej Kępie i pisze dla magazynu KUKBUK. Z wywiadu przeprowadzonego przez Agatę Michalak dla portalu gazeta.pl wynika, że  jest cenionym dietetykiem i psychologiem oraz autorką teorii, że Instagram ma wpływ na zaburzenia odżywiania. Sama "Miska szczęścia" również dostarczyła mi sporo informacji. W dzieciństwie Laura Osęka była niejadkiem, przez ostatni rok chodziła z miską w torbie, a jej posiłki inspirowane są kuchnią Jamiego Oliviera i Pascala Brodnickiego. Ponieważ obu panów znam, cenię i szanuję a ich kuchnia cieszy moje kubki smakowe, postanowiłam dać szansę również ich młodszej, jednak nie mniej utalentowanej, koleżance. 

Recenzować książki kucharskie jest rzeczą niezwykle trudną z paru względów. Po pierwsze każdy z nas ma inne talenty i zdolności. Dla niektórych przygotowanie miski kaszy jaglanej z owocami będzie bułeczką z masłem, dla innych szczytem ich umiejętności. Jedni będą siedzieć z zegarkiem w ręku nad garnkiem by nie daj boże nie przypalić, inni szczodrze posypią przyprawami, kierując się zasadą "do smaku". Każdy z nas jest inny i ma inne możliwości. Większość przepisów z książki Osęki jest łatwych lub średnio-łatwych do wykonania. Przynajmniej dla mnie, czyli osoby która gotuje kilka razy w tygodniu. Każde z przedstawionych przez autorkę dań można wykonać w czasie poniżej godziny, nie biorąc pod uwagę przygotowania składników, marynowania czy chłodzenia. Już na początku książki autorka instruuje nas co będzie podstawą jej posiłków. Znajdziemy tutaj przepisy na bulion, mleka smakowe, pesto czy różnego rodzaje kasze. Jak już się z nimi zapoznamy, cała reszta okaże się jedynie umiejętnym łączeniem bazy z dodatkami np : kasz z warzywami, płatków owsianych z owocami czy bulionu z odpowiednią wkładką na zupę. W książce znajdziemy zarówno przepisy na śniadanie jak i na obiad czy kolację, podwieczorek czy deser. 
Drugą "trudnością" z jaką muszą się borykać recenzenci jest smak potraw. Każdy z nas jest inny i lubi co innego. Osobiście nie przepadam za dyniami, miodem, anyżkiem czy cytryną więc przepisy, które zawierały te składniki od razu wypadały z mojego menu. Jednak pewnie Ty, który to czytasz, właśnie łapiesz się za głowę, i zadajesz sobie pytanie : jak można nie lubić miodu? Dlatego od razu zaznaczę, że recenzja ta zawiera moją subiektywną opinię, która niekoniecznie musi współgrać z waszymi kubeczkami smakowymi. Oczywiście nie udało mi się przetestować wszystkich potraw ze spisu jednak pewnego dnia postanowiłam podjąć wyzwanie i zaplanowałam taki oto jadłospis :

  •  śniadanie : zimowa owsianka z pieczoną gruszką
  •  lunch : zimowa sałatka z gruszką, cykorią i lazurem
  •  obiad : zupa cebulowa po polsku
  •  obiad, drugie danie : "bigos" z czerwonej kapusty
  • deser/kolacja : oszukany sernik
Oczywiście, żeby wydobyć pełny smak potraw musiałam zastosować się do wszystkich rad i wskazówek autorki. Po pierwsze ważne jest byśmy zawsze kupowali lokalnie. Warzywa, nabiał czy jajka kupione u zaprzyjaźnionego gospodarza, są zdrowsze, smakują lepiej i wspierają lokalne biznesy. Jeśli jednak mieszkamy w centrum dużego miasta i nie mamy możliwości zaopatrzenia się u farmerów, wybierajmy osiedlowe warzywniaki, bazary i targi a nie żywność z supermarketów.  
Po drugie wybierajmy żywność sezonową. Owoce i warzywa najlepiej smakują jak są świeże, dopiero co wykopane z ziemi lub zerwane z krzaka. Trudno się z tym nie zgodzić, któż z nas bowiem nie kocha smaku nowalijek, późnomajowych truskawek czy jesiennych gruszek? Poszczególne przepisy pogrupowane są według pór roku a na początku każdego rozdziału wypisane są składniki sezonowe. Wiosna słynie z rzodkiewki, sałaty czy szczypiorku, lato z truskawek, pomidorów i śliwek, jesień z dyń i grzybów a zima z selera, ziemniaków i suszonych owoców. Oczywiście tych warzyw i owoców jest cała masa, do wyboru do koloru. 
Po zrobieniu zakupów, które okazały się trudniejsze niż myślałam (deficyt cykorii i pieczywa na zakwasie) i niestety dość sporo mnie kosztowały przystąpiłam do pracy. Przepisy okazały się łatwe do wykonania, przygotowanie zajęło dokładnie tyle czasu ile obiecywała autorka, a dania wyszły smaczne. Coś jak połączenie klasycznej kuchni polskiej, z kuchnią sezonową i turystyczną. Choć jestem osobą, która nigdy nie zrezygnuje z mięsa, to muszę przyznać, że taki jarski dzień, był ciekawym eksperymentem. No może nie dla mojego męża, któremu wiecznie było mało i jednej z córek, dla której było zbyt zdrowo. Wszyscy zachwycali się za to deserem. 

Dania Laury Osęki są zdrowe, kolorowe i pięknie wyglądają. Książka pełna jest cudownych zdjęć miski "szczęścia" i jej sycącej zawartości. Choć nie zrezygnuję z talerzy, spodeczków, desek czy pucharków tak czytając tę książkę zdałam sobie sprawę jak wielkie znaczenie symboliczne ma zwykła miska. Jest uniwersalna, komfortowa, bezproblemowa. Z miski może jeść zarówno kilkumiesięczne dziecko jak i dorosły człowiek. Dobrze się prezentuje zarówno na stole jak i między poduszkami na kanapie. A jedzenie w niej podane naprawdę smakuje inaczej. Po przeczytaniu tej książki miska zyskała u mnie na znaczeniu, a w kolejce czeka jeszcze mnóstwo ciekawych przepisów. 

Może wam się wydawać, że zaprezentowane przez autorkę potrawy to jedynie wariacje na temat znanych wam z kuchni tradycyjnej dań, że różnią się jedynie sposobem wykonania, faktem wykorzystania lokalnych, sezonowych produktów i estetyką podania. Fakt, autorka z pewnością szukała inspiracji w kuchni dawnych pokoleń, tej tradycyjnej znanej ze stołów naszych babć, zaglądała do spiżarni, szukała dawno zapomnianych przepisów i smaków z dzieciństwa.  Jednak czuć tu też nutkę świeżości, egzotyki i szaleństwa. Jest to typowe comfort food w nowoczesnym wydaniu. Jeśli nie lubicie spędzać "wieków" w kuchni, lubicie jeść zdrowo i nie przeszkadza wam brak mięsa (zastąpiono je rybami), to znajdziecie tutaj mnóstwo przepisów, które urozmaicą waszą dietę. Choć przepisy Laury Osęki nie staną się numerem jeden w moim "mięsożernym" domu, tak z pewnością będę ciekawym przerywnikiem dla tradycyjnych dań. Polecam.



Tytuł : "Miska szczęścia"
Autor : Laura Osęka
Wydawnictwo : Publicat
Data wydania : 25 październik 2018
Liczba stron : 208


 Tę oraz wiele innych książek znajdziecie na półce z Nowościami księgarni internetowej :
 
 
https://www.taniaksiazka.pl/
 

"Koniec Alzheimera. Jak zatrzymać utratę pamięci i zmiany degeneracyjne mózgu" Amy Berger

"Koniec Alzheimera. Jak zatrzymać utratę pamięci i zmiany degeneracyjne mózgu" Amy Berger

Wraz z postępem cywilizacyjnym i technologicznym, naukowcy codziennie wpadają na trop czegoś nowego. Zmienia się również nasz styl życia, otoczenie i sposób myślenia. Najnowsze odkrycia z zakresu medycyny, technologi żywienia oraz dietetyki dowiodły, że zasady które nam wpajano od najmłodszych od lat (nie więcej niż trzy jajka dziennie, nie jedzmy mięsa, ograniczać tłuszcze), są już przestarzałe. Okazuje się, że to nie tłuszcz jest naszym wrogiem lecz tak popularne w dzisiejszych czasach węglowodany. Im posiłek bogatszy w cukry i ich pochodne, tym smaczniejszy i jednocześnie bardziej uzależniający. To, że cukier jest bardzo silnym narkotykiem, udowodniono już dawno temu. Jednym z bardzo ważnych zagadnień analizowanych przez naukowców i dietetyków, jest wpływ naszej diety na nasz organizm i sprawdzanie czy jest ona czynnikiem chorobotwórczym. Od czasu nadania chorobie Alzheimera nazwy, nie znalazł się nikt, kto by opracował na nią skuteczny lek. Amy Berger, wykwalifikowana dietetyczka, specjalizująca się w opracowywaniu nisko węglowodanowych diet, w swojej najnowszej książce, bazując na badaniach lekarzy i naukowców, stawia tezę, że Alzheimer czy starcza demencja nie jest śmiertelną chorobą "podeszłego" wieku, lecz prostym do wyjaśnienia i łatwym do wyleczenia schorzeniem, którego objawy można zwalczać, a nawet całkowicie wyeliminować poprzez zmianę diety. 

Choroba Alzheimera to choroba neurodegeneracyjna, która najczęściej dotyka starszych ludzi. Objawami są postępujące otępienie, problemy z pamięcią, drażliwość i wahania nastroju. Chorzy wraz z postępem choroby tracą możliwość samodzielnego funkcjonowania, ze względu na niebezpieczeństwo jakie stwarzają (nie zakręcenie gazu w kuchence, zgubienie się na ulicach miasta). Często stają się ciężarem dla rodziny i przyczyną wielu napięć. Z pewnością osoby, borykające się z problemem Alzheimera oraz ich bliscy, skorzystają z każdej możliwości na poprawę jakości ich życia. Tylko czy Amy Berger i jej książka to nie kolejny mit, który tylko czeka na obalenie? Czy naprawdę zmiana diety i sposobu życia jest skutecznym sposobem na walkę z tą podstępną chorobą? Bazując na badaniach amerykańskich naukowców, autorka twierdzi , że Alzheimer jest chorobą zbliżoną do cukrzycy typy trzeciego czyli cukrzycy wtórnej. Pod tym terminem kryją się zaburzenia gospodarki węglowodanowej, do których doprowadzają różne inne choroby istniejące u pacjenta takie jak : nadczynność tarczycy, mukowiscydoza i wiele innych. W procesie leczenia (które trwa często do końca życia) wykorzystuje się leki, jednak najważniejszym elementem terapii jest całkowita zmiana diety. Autorka przekonuje, że w walce z cukrzycą, podobnie jak z Alzheimerem, konieczne jest wprowadzenie diety Paleo, Atkinsona, Ketonowej czy innej formy kuracji nisko węglowodanowej. Z  naszej diety powinniśmy wyeliminować produkty zawierające przetworzone węglowodany, które stanowią podstawę żywieniową dzisiejszej klasy średniej. W dzisiejszych czasach, kiedy ważna jest kariera i wieczna pogoń za sławą i pieniądzem, a życie rodzinne i wspólne spędzanie czasu czy gotowanie posiłków, odeszły na dalszy plan, coraz częściej korzystamy z oferty barów szybkiej obsługi i fast foodów. Supermarkety kuszą nas daniami gotowymi, które wystarczy włożyć do mikrofalówki i voila. To właśnie one mają najgorszy wpływ na nasze zdrowie. Berger przekonuje nas do sięgnięcia po zdrowe, pełnowartościowe produkty. Mamy przestać się bać masła, mleka, jajek, czyli wszystkiego tego co do tej pory uważaliśmy za szkodliwe i powodujące nadmierny wzrost cholesterolu. Okazuje się, że to wcale nie tłuszcze czy białka są naszym wrogiem. Autorka zachęca nas również do urozmaicenia diety warzywami, owocami, orzechami i grzybami, które mają dobry wpływ na nasz metabolizm. Z naszej diety powinniśmy za to wykluczyć : ziemniaki, mąkę, kukurydzę, bielony ryż oraz inne produkty o wysokim indeksie glikemicznym. 

Amy Berger wierzy w to co pisze i pragnie by uwierzyli w to również czytelnicy. Tutaj dochodzimy do rzeczy, która mnie nieco zaniepokoiła. Wiadomo ilu naukowców, ile ośrodków badawczych tyle opinii i poglądów. Niektórzy traktują Alzheimera jako śmiertelną chorobę na którą nie ma skutecznego lekarstwa a jedynym remedium są leki wspomagające pamięć, które poprawiają jakość życia i opóźniają postępowanie choroby, jeszcze inni wierzą w działanie medycyny naturalnej i leczenie naładowanymi kamieniami, a są i tacy którzy uważają, że za wszystko odpowiedzialna jest dieta. Amy Berger jest przekonana, że to właśnie Ci ostatni mają stuprocentową rację. Autorka ma klapki na oczach i nie słucha innych, nie próbuje polemizować z ich poglądami, wręcz narzuca czytelnikowi co ma robić i jak postępować z ludźmi dotkniętymi chorobą Parkinsona. Trzeba rach ciach zmienić dietę, odciąć dopływ cukrów i zamienić go w "dobre" tłuszcze, podlewane olejem kokosowym, który ma zdziałać cuda. Ma to sprawić, że "wygłodniały" organizm zacznie produkować zbawienne ciała ketonowe, które staną się zdrową pożywką dla naszego mózgu. Choć zwolenników tej teorii jest wielu, to ma ona również przeciwników, w tym wielu światowej sławy specjalistów w dziedzinie medycyny czy żywienia. Niestety autorka nie daje im dojść do głosu, śpiewając peany na temat diety ketonowej jako remedium w walce z chorobą. Jest to o tyle niebezpieczne, że daje nadzieję chorym i ich rodzinom na pełne wyleczenie, choć nie jest poparte twardymi wynikami badań klinicznych. Jest to po prostu kolejna możliwość, kolejna szansa, jednak sukces nie jest tutaj gwarantowany. Choć z książki Berger bije energia i optymizm, tak nauki i wiedzy tutaj jest jak na lekarstwo. Musimy pamiętać, że autorka nie jest lekarzem tylko dietetykiem i blogerką promującą konkretny styl życia. 


W swojej książce autorka przytacza i szczegółowo opisuje wyniki najnowszych badań dotyczących wpływu poszczególnych składników odżywczych na funkcjonowanie naszego mózgu. Jeśli znajdujecie się w grupie ryzyka wystąpienia różnego rodzaju chorób otępiennych, w tym Alzheimera, to gorąco polecam zapoznanie się z tą książką. Berger podsuwa w niej pomysły na to jak w bezpieczny sposób zmienić swoje nawyki żywieniowe, dzieli się wiedzą jakich składników i pokarmów unikać oraz zaleceniami dotyczącymi gotowania. Choć do tej pory nie przeprowadzono odpowiedniej ilości, niezależnych badań klinicznych, które potwierdziłyby tezę jakoby dieta nisko węglowodanowa leczyła jakiekolwiek choroby, tak moim zdaniem wszystko co zmotywuje nas do zdrowego trybu życia, jest wartością samą w sobie. 

Najważniejsze w tej książce jest to, że nie skupia się ona tylko i wyłącznie na temacie choroby Alzheimera. Praktycznie każda osoba, która ukończyła 30 rok życia znajdzie tutaj coś dla siebie. Autorka podsuwa nam wiele pomysłów na to jak zadbać o swoje zdrowie, zarówno fizyczne jak i psychiczne. Jak się odżywiać by mieć więcej energii, lepszy sen i zredukować poziom stresu. To kompleksowa "książka kucharska" oparta na diecie ketogenicznej. Nawet jeśli nie wierzycie w cuda i leki na całe zło tego świata, to warto zapoznać się z punktem widzenia znanej dietetyczki. A nuż znajdziecie tutaj coś dla siebie? Ważne, by czytać z rozwagą i przymrużeniem oka. 


Tytuł : "Koniec Alzheimera. Jak zatrzymać utratę pamięci i zmiany degeneracyjne mózgu"
Autor : Amy Berger
Wydawnictwo : Vital
Data wydania : 9 kwietnia 2018
Liczba stron : 472
Tytuł oryginału : The Alzheimer's Antidote


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję portalowi : 


https://sztukater.pl/


 




Copyright © 2014 CZYTANKA NA DOBRANOC , Blogger