Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spisek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spisek. Pokaż wszystkie posty
'Kiedy spałaś" Liz Lawler [PRZEDPREMIEROWO]

'Kiedy spałaś" Liz Lawler [PRZEDPREMIEROWO]

 Jakiś czas temu usłyszałam pewną historię, która jednak może okazać się jedną z urban legen. Dziewczyna budzi się w wannie pełnej lodu. Ma przed sobą telefon komórkowy i doczepioną do niego wiadomością "jak się obudzisz zadzwoń do szpitala. Wycięliśmy Twoją nerkę i potrzebna Ci natychmiastowa pomoc medyczna". Jak tylko przeczytałam opis zamieszczony na okładce książki, przypomniała mi się właśnie ta opowieść. I kolejny raz przez moje ciało przeszedł dreszcz. Wyobraziłam sobie jakie to musi być okropne uczucie, kiedy budzimy się w obcym miejscu, a nad nami nachyla się psychopata, który opowiada nam o strasznych rzeczach, które nam zrobi. Potem jest tylko ciemność. Kiedy kolejny raz otwieramy oczy okazuje się, że leżymy na parkingu. Wokoło są ludzie, światło, dźwięki. Jednak w naszej głowie nadal rozpamiętujemy to co się wydarzyło. Lecz jak o tym opowiemy to wydaje się nierealne...nawet dla nas samych. Czy dziwi nas, że nikt nam nie chce uwierzyć? Dla mnie taka sytuacja byłaby jednym z najgorszych koszmarów, które mogłyby mi się przytrafić. A jak poradziła sobie z tym horrorem nasza bohaterka?

 

Nikt nie chciał jej uwierzyć. Najłatwiej było uznać ją za niepoczytalną.Doktor Alex Taylor budzi się na stole operacyjnym. Jest unieruchomiona. Tuż nad nią stoi lekarz ukryty za maską chirurgiczną. Nie zna go, ale z przerażeniem stwierdza, że ma on zamiar ją skrzywdzić. I w chłodny, metodyczny sposób opowiada, w jaki sposób to zrobi. Zanim Alex zdąży zawołać o pomoc, dostaje kolejną dawkę znieczulenia.Kobieta zostaje znaleziona w środku nocy na szpitalnym parkingu. Kiedy budzi się po raz kolejny pośród życzliwych sobie osób, natychmiast zgłasza atak i gwałt. Jednak policja sceptycznie odnosi się do jej opowieści. Uważa, że Alex jest ofiarą ataku sadystycznego psychopaty. 



"Kiedy spałaś" jest jedną z tych książek, które zaczynają się od wielkiego wybuchu. Zazwyczaj kiedy autorzy zrzucają bombę już na samym początku, mają później problemy z utrzymaniem właściwego tempa. Akcja staje się coraz wolniejsza, napięcie spada, a czytelnik zostaje z zawiedzionymi nadziejami. Liz Lawler udaje się jednak uniknąć pułapki "wejścia smoka". Faktem jest, że powieść zaczyna się ostro, a czytelnik (choć stara się tego nie robić), nie jest w stanie nie utożsamić się z główną bohaterką. Bycie Alex, było dla mnie nowym, chorym i niestabilnym doświadczeniem. Nigdy się nie zastanawiałam jak to jest być zabawką w rękach szaleńca. Dlatego też na początku traktowałam tę książkę jak literaturę fantastyczną, coś co nie ma racji bytu, gdyż takie historie nie mogę się zdarzyć w realnym świecie. Jednak wraz z rozwojem fabuły, kiedy zaczęły pojawiać się nowe ofiary i nowe okoliczności, zdałam sobie sprawę, że historia Alex wcale nie jest czymś wyjątkowym. Wystarczy sięgnąć po gazety, otworzyć przeglądarkę czy obejrzeć wiadomości telewizyjne. Z mediów poznamy ofiary szaleńców : kobiety przetrzymywane latami w piwnicy, dzieci uprowadzone do burdelów i wielu innych ludzi których spotkało nieszczęście spotkania na swojej drodze psychopaty. Kiedy otworzyłam oczy na to co się wokół mnie dzieje, zaczęłam traktować tę powieść bardziej poważnie. Już nie była dla mnie zwykłym thrillerem lecz opowieścią o ofiarach i ich katach, skondensowaną historią porwań i terroru. Autorce przez cały czas udało się utrzymać odpowiednie tempo a ostatnie 25 procent książki jest istnym emocjonalnym rollercoasterem, gdzie dzieje się tak wiele, że momentami wydawało się to nierealne. Tak, Lawler w końcówce może trochę poniosło, ale zdecydowanie można jej to wybaczyć, gdyż sam temat porwań i znęcania się wzbudza tak wielkie emocje, że nasza wyobraźnia podsuwa nam coraz to nowe , gorsze scenariusze. 

"Kiedy spałaś" to książka, którą można przeczytać na jednym posiedzeniu. Pod wieloma względami to typowy thriller psychologiczny, ale był on niesamowicie groźny i brutalny za co daję mu dodatkowe punkty . No i oczywiście za nieprzewidywalność- niekoniecznie na poziomie „kto to zrobił”, chociaż Liz Lawler świetnie sobie radzi z zaciemnianiem rzeczy - ale bardziej dlatego, że w ogóle nie wydawało się, że coś się ułoży naszemu głównemu bohaterowi.A czy tak się stało? By dostać odpowiedź na to pytanie musicie przeczytać książkę, bo ja już nic więcej nie zdradzę. W każdym razie powieść ta ma to "coś", czego szukam w tym gatunku. Wyobraź sobie, że zostałeś napadnięty, ale nikt ci nie wierzy. Wyobraź sobie, że na każdym kroku wyglądasz na coraz bardziej niezrównoważonego, ale wiesz, że tak nie jest. Właśnie ta tajemnica i zaciemnienie rzeczywistości w połączeniu z niezbyt wiarygodnym głównym bohaterem, sprawiły że ta książka była rewelacyjna. Czytając zwróciłam również uwagę na to, że postacie w większości zachowywały się rozsądnie, biorąc pod uwagę okoliczności. Gdybym już musiała się do kogoś przyczepić to byłby to jeden z policjantów, który był po prostu zbyt karykaturalny. Ale to jedna postać z całej plejady. "Kiedy spałaś" to świetna lektura, jednak zdecydowanie polecam czytać ją w swojej strefie komfortu - nie mam problemu z poleceniem jej fanom tego gatunku, choć może nie oferować niczego wyjątkowego , to jest znakomicie napisana i oferuje dobrą, wiarygodną historię. 

Najbardziej w tej książce podobało mi się jednak to, w jak przekonujący i bezpośredni sposób pokazała procesy manipulacji człowiekiem oraz jak łatwo jest z ofiary zrobić kata. Nie zdradzę zbyt wiele z fabuły jeśli powiem, że to właśnie Alex była podejrzewana o to, że jest seryjnym mordercą kobiet. Trochę trudno mi było uwierzyć w to, że to akurat ona miałaby zabijać, bo w sumie jaki miałaby motyw? Szaleństwo?  Nie rozumiałam również dlaczego jej rodzina nie wierzy i poddaje w wątpliwość to co ją spotkało. Było to przerażające. Bliscy powinni nas wspierać, podtrzymywać na duchu, pocieszać a czasem nawet kłamać dla nas. Tutaj było odwrotnie. Alex była podejrzewana, traktowana z przymrużeniem oka, a nawet poddawana ostracyzmowi. Całe szczęście koniec książki dał mi odpowiedzi na większość z moich pytań i były one więcej niż zadowalające. 

Jeśli już podczas czytania pierwszych rozdziałów nie ruszysz się na skraj swojego fotela bądź też nie skulisz pod kocem to wiedz że, coś jest z tobą nie tak. Może jesteś typowym psychopatą?  Wiecie dlaczego ta książka jest przerażająca? Ponieważ gra na ludzkich strachu przed przebudzeniem się podczas operacji. (Kto z nas o tym nie myślał)?   Dzięki skomplikowanej fabule i niewiarygodnej bohaterce, zabierze Cię w szaloną przejażdżkę, której celem jest dowiedzenie się prawdy. Liz Lawyer zdołała sprawić, że podejrzewałam niemal każdego i chociaż czułam, że rozwiązanie zagadki było odrobinę naciągane, to byłam tak pochłonięta lekturą, że nie mogłam odłożyć książki, dopóki nie dotarłam do całkiem satysfakcjonującego końca. Fabuła jest genialnie skonstruowana i niesamowicie sprytna. Zdecydowanie polecam.


Tytuł : "Kiedy spałaś"

Autor : Liz Lawler

Wydawnictwo : Kobiece 

Data wydania : 24 lutego 2021

Tytuł oryginału : Don't wake up

 

 

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 
 
 
 

 

 

 

 


"Cari Mora" Thomas Harris

"Cari Mora" Thomas Harris

     Thomas Harris jest autorem jednej z moich ulubionych trylogii, które rozpoczęła się książką "Milczenie owoc". Pamiętam wakacje kilkanaście lat temu, kiedy zabrałam ze sobą cały cykl do słonecznej Hiszpanii, gdzie oddawałam się błogiemu lenistwu. Jednak zamiast leżeć plackiem na plaży cały dzień spędziłam pod parasolem gdzie czytałam książki. Były to pierwsze wakacje kiedy wróciłam bez pięknej, brązowej opalenizny, za to z wielce rozbudzoną wyobraźnią i trzema nowymi lekturami, które z miejsca wskoczyły do pierwszej dziesiątki moich ulubionych. Długo musiałam czekać na kolejną powieść Harrisa, więc kiedy zobaczyłam zapowiedzi "Cari Mori" wprost nie mogłam się doczekać, aż pozycja ta trafi w moje ręce. Po pisarzu, którego każde z dzieł zostało zekranizowane spodziewałam się naprawdę wszystkiego...dobrego oczywiście. Jedyne co nie przyszło mi do głowy to to, że napisana po latach powieść będzie jedynie próbą odcinania kuponów, grania znanym i szanowanym nazwiskiem oraz żartem z czytelników. Teraz, kilka godzin po zakończeniu lektury, czuję się poniekąd oszukana i zawiedziona. Jeśli powieść tę napisał by początkujący autor lub też twórca New Jork Timesa, to pewnie moja ocena byłaby lepsza, jednak po Thomasie Harrisie, spodziewałam się dużo, dużo więcej.

Przestępcy od lat próbują wytropić skarb ukryty pod posiadłością należącą niegdyś do Pablo Escobara w Miami Beach. W wyścigu po 25 milionów dolarów w złocie prowadzi targany chorymi namiętnościami Hans-Peter Schneider – człowiek, który zarabia na życie, realizując przerażające fantazje bogaczy. Na drodze staje mu Cari Mora, piękna strażniczka rezydencji, która znalazła w Stanach schronienie przed przemocą panującą w jej kraju. Schneider wkrótce pozna zaskakujące umiejętności Cari i przekona się, jak silna jest jej wola walki.

W "Czerwonym smoku" Thomas Harris włożył w usta profilera FBI, Willa Grahama, następujące słowa "wydawało mu się, że przez 40 lat niczego się nie nauczył, jedynie się zmęczył". Dziś, prawie po 40 latach od wydania "Milczenia owiec", można śmiało powiedzieć, że cytat ten doskonale pasuje do samego autora, na którego temat wiemy niewiele. Nie udziela wywiadów, nie występuje publicznie, a według pogłosek pisanie traktuje jako formę tortur. Jego reputacja opiera się na trzech powieściach, wydanych w latach 1981-1999, o tytułach : "Czerwony smok", "Milczenie owiec" i Hannibal, z których każda przedstawia kanibalistycznego psychiatrę Dr Hannibala Lectera. Pierwszy i drugi tom można śmiało nazwać arcydziełami gatunku, ze względu na dobrą jakość prozy Harrisa, subtelność jego charakteryzacji oraz przenikliwość psychologiczną. Inaczej rzecz się miała z "Hannibalem", który okazał się bardziej problematyczny ze względu na surrealistyczny punkt kulminacyjny, niesamowitą, dwuznaczną kodę, jedyną logiczną konkluzję do tańca kochanków Lectera i jego prześladowcy FBI, Clarice Starling. Harris napisał również thriller "Czarna niedziela", który bardziej przypomina uczniowską pracę domową niż dzieło dojrzałego pisarza, oraz "Hannibal. Po drugiej stronie maski", która to książka okazała się niczym więcej niż scenariuszem filmowym. 
Teraz w ręce czytelników trafiła "Cari Mora", szósta książka Harrisa - a biorąc pod uwagę jego wiek i niedostatek jego dorobku, prawdopodobnie jego ostatnią.
Akcja powieści rozgrywa się w Miami na Florydzie, gdzie pod dawnym domem barona narkotykowego Pabla Escobara, znaleziony zostaje dobrze zabezpieczony sejf, w którym ukryto złoto o wartości milionów dolarów. Oczywistym jest, że do skarbu chcą się dobrać wszyscy okoliczny watażkowie. Tym razem Harris podzielił ich na tych "dobrych i złych" jednocześnie usprawiedliwiając przemoc, gwałty, morderstwa i rozboje. Tak naprawdę jedynym czarnym charakterem w tej powieści jest postać Hansa-Petera Schneidera. Mężczyzna ten jest bezwłosym zboczeńcem, którego głównym zajęciem jest handel okaleczonymi kobietami i ich narządami wewnętrznymi a ulubioną rozrywką patrzenie na rozpuszczające się zwłoki w maszynie do płynnej kremacji.  Nie pogardzi też od czasu do czasu zjedzeniem nerki czy płuca swoich ofiar. Harrisa od zawsze fascynowali ludzie-potwory, tacy jak zdeformowany Francis Dolarhyde w Czerwonym Smoku czy Jame Gumb w "MIlczeniu", próbujący się przemienić w kogoś innego za pomocą skór jego ofiar. W teorii Hans-Peter Schneider powinien być kontynuatorem tej linii, jednak jak dla mnie, okazał się jedynie karykaturą. 
Tym z kolei co mi się podobało w książce był fakt, że w jednym autor pozostał konsekwentny i kolejny raz na główną bohaterkę wybrał kobietę silną, odważną i zdeterminowaną. Jednak w odróżnieniu do poprzednich książek, tym razem nie psychika Cari Mory jest ważna a jej tragiczna przeszłość. 
Reszta bohaterów, choć w tym wypadku określenie to jest użyte na wyrost, to zbiór Latynosów i Latynosek, których głównym przeznaczeniem jest śmierć, a to w wyniku pożarcia przez krokodyle, odstrzelenie głowy czy też inny niezbyt wyrafinowany sposób. Również i tutaj widać fascynację autora wszelkiego rodzaju deformacjami, jednak tutaj przeniosły się one z niepozornych ust na całą czaszkę. 

Ci, którzy znają prozę Harrisa, wiedzę że autor bardzo dużą rolę przykłada do "muzyki", która pojawia się w jego powieściach. Jeśli byśmy się pokusili o analizę danej książki, jedynie na podstawie utworów i melodii , które się w niej pojawiają, to "Cari Mora" byłaby niczym innym niż czarną komedią, w której niestety humoru było jak na lekarstwo. W tekście pojawia się 13 Wariacja Goldbergowska Jana Sebastiana Bacha, która (w wielkim skrócie) opowiada o odrzucającym zapachu kapusty kiszonej i buraczków. Utwór ten zaliczany jest do gatunku quodlibetów, czyli rodzaj żartu muzycznego, polegający na współdziałaniu tematów różnego pochodzenia melodycznego lub tekstowego w jednej formie muzycznej. Podobno był on źródłem wielu radości  w rodzinie kompozytora w czasach, kiedy ludzie sami musieli wynajdywać sobie rozrywki. Biorąc pod uwagę poprzednie książki autora możemy zauważyć, iż wszystkie "melodie" , które wykorzystuje w swoich książkach są użyte celowo. Stąd moje przeświadczenie iż komediowy wydźwięk "Cari Mora" nie był pomyłką czy wypadkiem przy pracy lecz czymś zamierzonym. Niestety do mnie to nie przemówiło. Po autorze, w cieniu sławy którego tworzyli pisarze thrillerów ostatnich lat, spodziewałam się czegoś więcej, czegoś mrocznego, przerażającego, trzymającego w poczuciu zagrożenia. To co dostałam można śmiało przyrównać do wiktoriańskiej groteski. Z jednej strony Harris bawi się opowieścią o Pięknej i Bestii z drugiej skręca w kierunku melodramatu scenicznego i gotykowi, ale Cari Mora brakuje tego, co Flannery O'Connor nazwał „wewnętrzną spójnością” . 

Oczywiście w książce pojawiły się smaczki tak typowe dla prozy Harrisa, ciekawostki które jeszcze raz utwierdziły mnie w przekonaniu, że nawet najmarniejsza książka, może nam przekazać jakąś wiedzę, czegoś nas nauczyć. Między innymi dowiedziałam się, że jeden z szesnastowiecznych papieży, bazując na przedstawionej mu mylnej argumentacji teologicznej, wydał zgodę uznając kapibarę za rybę. Decyzja ta nigdy nie została cofnięta. Dzięki temu do dnia dzisiejszego jedzenie mięsa tego zwierzęcia (ryby) jest dozwolone w okresie Wielkiego Postu. 
Albo czy znaliście sposób kradzieży zwany na majonez? Jedna osoba przechodzi koło obiektu, który niesie teczkę lub coś wartościowego w ręku, mijając go brudzi "niechcący" majonezem ramię przeciwne do zajętego przez "ładunek". Kiedy ofiara przystaje złodziej natychmiast podaje mu w wolną rękę chusteczkę i przeprasza za swoją niezdarność. Mężczyzna lub kobieta zmuszona jest do postawienia teczki na ziemi  w celu wyczyszczenia plamy. W tym czasie drugi złodziej kradnie "towar" i ucieka.Właśnie takie ciekawostki sprawiają, że czytałam z zainteresowaniem. 

Desperacko chciałam, żeby powieść "Cari Mora" była lepsza, oklaskiwać Harrisa i dać mu naprawdę dobrą, zasłużoną notę. Co prawda książka ta rzadko kiedy jest nudna, na to autor jest zbyt doświadczony i wrażliwy, jednak jest zbyt komiksowa, nietypowa, kill-billowa, hostelowa, przewidywalna i niedogadana. Zdecydowanie zbyt mało tutaj opisów, detalików i szczegółów. Ta płytkość charakterystyk ,brak wyraźnego kontekstu historycznego oraz kompasu moralnego bohaterów sprawia, że ​​przemoc jawi się jako zwykły sadyzm, jako seria brutalnych, choć komicznych, scen dla mas. Więc jeśli "Cari Mora" jest komedią, to żart ten wymierzony jest bezpośrednio w czytelnika. 
Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że w powieści  jest wszystko to czego spodziewałabym się po Harrisie. Są tortury, deformacje i oszpecenia, samotna kobieta walcząca z bezlitosnym potworem, a nawet odrobina kanibalizmu. Czy to nie wszystko czego oczekiwaliśmy ze strony akurat tego autora? Być może, zabrakło jednak jednego bardzo ważnego składnika : doskonałości. 


Tytuł : "Cari Mora"
Autor : Thomas Harris
Wydawnictwo : Agora S.A
Data wydania : 21 maj 2019
Liczba stron : 357
Tytuł oryginału : Cari Mora



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję portalowi : 
https://sztukater.pl/


"Co nas nie zabije" David Lagercrantz

"Co nas nie zabije" David Lagercrantz

Z wydaniem "Co nas nie zabije" wiąże się dość odrażająca historia. Otóż, według Evy Gabrielsson, długoletniej partnerki Stiega Larssona, w swoim testamencie autor zażyczył sobie by dzieło jego życia nigdy nie było kontynuowane. Niestety ostatnia wola nie została poświadczona prawnie, w związku z czym testament nigdy nie został uznany przez szwedzkie prawo. Spuścizna po autorze oraz cały jego majątek przeszły w ręce jego ojca i brata. Obaj mężczyźni postanowili o zatrudnieniu dziennikarza, Davida Lagercrantza, którego zadaniem było napisanie kontynuacji Millenium. Część krytyków uważa, że chodziło tylko i wyłącznie o pieniądze. Czy jest to prawdą nie dowiemy się chyba nigdy. Jednak czy wiecie, że Gabriellson jest w posiadaniu ponad 200 stron maszynopisu czwartej części cyklu oraz konspekt całości? Troszkę żałuję, że stronom nie udało się dogadać i kontynuować myśli autora. Pewnie zastanawia was czy Lagercrantz wytrzymał presję i podołał zadaniu? Sprawdźcie sami. 

Pewnej nocy znany dziennikarz Michael Blomkvist odbiera tajemniczy telefon. Mężczyzna informuje go, że jest w posiadaniu ważnych informacji dotyczących bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych. W tym samym czasie Lisabeth Salander, bierze udział w zorganizowanym ataku hakerów. Ich drogi krzyżują się, kiedy profesor Balder, ekspert w dziedzinie badań nad sztuczną inteligencją, prosi Mikaela o pomoc. Profesor posiada szokujące informacje na temat działalności amerykańskich służb specjalnych. Mikael zaczyna zbierać materiały do sensacyjnego tekstu, który może uratować jego karierę. 

Nie wiem czy kiedykolwiek zdobyłabym się na odwagę, by kontynuować dzieło twórcy, któremu udało się podbić serca milionów czytelników na całym świecie. Nie musicie być wielbicielami kryminałów by wiedzieć kim był Stieg Larsson. Chyba każdy słyszał o trylogii Millenium, której poszczególne tomy długo znajdowały się na pierwszych miejscach list bestsellerów. O Davidzie Lagercrantzu słyszało zaledwie wąskie grono osób, w większości fani książek biograficznych. Napisanie kontynuacji jednej z najważniejszych szwedzkich serii, mogło okazać się dla niego strzałem w stopę lub w dziesiątkę. Ryzyko było takie samo. Lagercrantz zdobył sobie moje uznanie tym, że nie próbował naśladować stylu zmarłego autora a jednocześnie zawiedziona byłam faktem, zmiany mentalności, czy wręcz psychiki, najważniejszych bohaterów. Autor wybrał własną drogę lecz zachował dawną formę. Jako wielbicielka Millenium muszę przyznać, że z jednej strony trzymałam kciuki a z drugiej zagryzałam zęby i czytając wypatrywałam drobnych potknięć czy błędów. Nie mogłam się powstrzymać przed ciągłym porównywaniem stylów, języka i warsztatu obu autorów. Myślę, że ta ciągła analiza  i próba znalezienia dziury w całym, odebrały mi sporo przyjemności z lektury. Dlatego, drodzy czytelnicy, zamiast nastawiać się na najgorsze, zrelaksujcie się i cieszcie kolejnym spotkaniem z Blomkvistem i Salander. Teraz, kiedy emocje już opadły, a książka trafiła na zaszczytne miejsce w biblioteczce, muszę przyznać, że "Co nas nie zabije" było udaną, choć nieco inną od poprzednich tomów, książką. Jeszcze przed rozpoczęciem lektury zadałam sobie pytanie : czego oczekuję?. Odpowiedź : dobrej rozrywki, szybkiej akcji i powrotu do przeszłości. Wszystko to, w ostatecznym rozrachunku dostałam, więc nie ma co skupiać się na detalikach i wbijać szpilek w autora.  Zrobił co mógł, poradził sobie z presją , co poskutkowało tym, że na księgarniane półki trafiła książka, godna swoich poprzedniczek. Napisanie książki pod ostrzałem krytyki, musi być nie lada przedsięwzięciem. 

Nie da się ukryć, że świat pokochał ekscentryczną Salander i bystrego Blomkvista. Są to nazwiska, za którymi się tęskni, i jeśli ktoś daje nam możliwość ponownego spotkania z tymi postaciami, to musimy skorzystać. Po prostu nie ma innej opcji. Swoje zrobiła też reklama książki. A wiadomo dobry marketing jest dźwignią handlu. Lecz co, kiedy okazuje się, że Ci na których tak długo czekaliśmy wydają się być odmienieni i jacyś tacy karykaturalni?  Największy problem miałam z moją idolką Lisabeth. Już na pierwszy rzut oka widać, że autor poniekąd bał się tej postaci. Przejawia się to chociażby w tym, że do połowy książki jest ona praktycznie nieobecna. Szkoda, spodziewałam się, że to właśnie Salander, jak w poprzednich częściach, będzie grała pierwsze skrzypce. Kiedy już się doczekałam jej wejścia na scenę, kolejny raz spotkało mnie rozczarowanie. Otóż okazało się, że ekscentryczna hakerka, dużo straciła ze swojej ekscentryczności i agresywności. To tak jak by ktoś w jej miejsce wstawił jej młodszą siostrę, i do tego z obciętymi pazurami. Stieg Larsson, w swojej trylogii, postawił na stopniową ale konsekwentną metamorfozę i ewolucję bohaterki, poniekąd ją ujarzmił. Czytając "Co nas nie zabije" miałam wrażenie, że cała praca włożona w tę postać poszła na marne. Salander powróciła do jednego z dwóch trybów : niechlujnej hakerki i skacowanej bokserki. Jest jednowymiarowa, bez głębi, bez motywacji.Podobnie sprawy się mają z Michaelem. Przechodzi on załamanie nerwowe, brakuje mu werwy i sił do działania. Gazeta, dla której pracuje stoi na skraju bankructwa a on sam zamknął się w świecie książek. Kiedy w końcu dochodzi do, tak długo oczekiwanego przestępstwa, spóźnia się na miejsce zdarzenia. Czy to oby na pewno jest Michael? Czasem dziwiłam się zachowaniu, tak dobrze w końcu znanych, bohaterów. Niektóre ich czyny zupełnie do nich nie pasowały. Na pocieszenie, autor stworzył postać, której udało się skraść moje serce. Jest nim, mały, autystyczny chłopiec. Więź, która się rodzi pomiędzy nim a Lisabeth, jest czymś wzruszającym.

Trzeba pamiętać, że pierwszy tom Millenium "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" opowiadał mroczną historię rodzinną z morderstwem w tle. Larsson pisał te, tak zwane, stare, dobre kryminały i choć był mistrzem manipulacji i komplikowania spraw to fabuły jego książek opierały się na dobrze znanych schematach. David Lagercrantz idzie o krok dalej, ocierając się nawet o fantastykę naukową. Mowa tutaj bowiem o sztucznej inteligencji i spisku, mającym doprowadzić do ogólnoświatowej zagłady. Jak na książkę, gdzie głównymi bohaterami są dziennikarz i hakerka, to temat moim zdaniem zbyt wygórowany. Widać, że autor, chciał przekonać czytelników do swojego pomysłu, jednak mnogość wyrażeń matematycznych i rozwlekłych teorii, sprawiło że czułam przesyt. Często nie widziałam o kim mowa, kto pracuje dla kogo i dlaczego. Były tutaj momenty gdzie wiało nudą, pełne zbędnych opisów by w następnym akapicie aż kipiało od akcji. Jednym słowem panował wszechobecny chaos. 

Pomimo wszystkich wad nadal uważam, że "Co nas nie zabije" to dobra książka, zdecydowanie warta poświęconego jej czasu. Autorowi udało się uchwycić "ducha" serii. Choć było tutaj zdecydowanie mniej meandrowania, niż u Stiega Larssona (ah, znowu te porównania), a całość czytało się o wiele szybciej niż trylogię, to uważam, że Lagercrantz odwalił kawał dobrej roboty. Cieszę się, że ktoś odważył się kontynuować dzieło szwedzkiego pisarza i zdecydowanie czekam na więcej. 

Tytuł : "Co nas nie zabije"
Autor : David Lagercrantz
Wydawnictwo : Czarna Owca
Data wydania : 17 października 2018
Liczba stron : 504
Tytuł oryginału : Det som inte dödar oss




Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :  




https://www.czarnaowca.pl/

"Artemis" Andy Weir

"Artemis" Andy Weir


     Kiedy kilka lat temu czytałam "Marsjanina" byłam wprost zauroczona zarówno samą fabułą książki jak i głównym bohaterem. Sama byłam zaskoczona jak mogła zainteresować mnie powieść praktycznie jednego bohatera, dziejąca się w tym samym zamkniętym środowisku? Przecież to na odległość powinno wiać nudą. Jednak Andy Weir dokonał czegoś niezwykłego. Tytułowy "Marsjanin" został wyposażony w takie atrybuty i poczucie humoru, że wprost nie dało się go nie polubić. Idąc za ciosem autor postanowił "przetransferować" osobowość Marka Watneya w ciało Jasmine Bashary, bohaterki powieści "Artemis". Muszę przyznać, że zabieg wyszedł dość groteskowo. Kiedy czarny, typowo męski humor, rozwiązły język, oraz bezpośrednia forma zwracania się do czytelnika pasują do samotnego człowieka na Marsie, to kiedy w ten sam sposób mówi do mnie wychowana z dala od Ziemi, zadufana w sobie, zamerykanizowana młoda muzułmanka, to do mnie nie przemawia.Zawiodła również sama fabuła, jest zbyt zawiła i choć dzieje się w ciekawym miejscu jest o wiele mniej interesująca. 

Jazz Bashara, córka znanego w środowisku spawacza, muzułmanina przybyłego z Arabii Saudyjskiej,
przybyła na Księżyc kiedy miała sześć lat. Już od dziecka odznaczała się niezwykłą inteligencją jednak środowisko, w którym przebywała i jej własny upór doprowadził dziewczynę na dno. Pokłócona z ojcem wyprowadziła się z domu by zamieszkać z mężczyzną, który oprócz niej miał na boku parę innych dziewczyn. By utrzymać się przy życiu, w jednym z najdroższych miast w Galaktyce, Artemis, Jazz zmuszona była pracować jako doręczycielka. Jednak rozwożenie przesyłek było tylko przykrywką dla nielegalnych interesów. W rzeczywistości Jazz zajmowała się przemytem zakazanych towarów z Ziemi na księżyc. Pewnego dnia jeden z jej długoletnich klientów, skandynawski milioner mieszkający w Artemis, zaoferował jej milion gitów (artemizjańska waluta) za pomoc w zniszczeniu huty aluminium Sanchez. Dziewczyna, nie zdając sobie sprawy ze związanych z tym niebezpieczeństw, zgodziła się. Kiedy jej mocodawca został zamordowany, było już za późno by się wycofać. 

Niektórzy mówią, że pisząc "Marsjanina" autor tym samym postawił sobie zbyt wysoko poprzeczkę, której nie udało mu się przeskoczyć i wraz z "Artemis" upadła z hukiem na ziemię. Czy ta część krytyków i recenzentów ma rację? Czy w ogóle można porównywać te dwie książki? Czy mają za sobą coś wspólnego? 
W obu powieściach widać oczywistą fascynację Weira kosmosem, chemią oraz prawami fizyki. Kiedy w przypadku "Marsjanina" użycie naukowego języka było nie dość, że wskazane a wręcz konieczne by wyjaśnić w jaki sposób naszemu głównemu bohaterowi udało się żyć i przeżyć w tak niegościnnych warunkach, tak w przypadku "Artemis" mamy do czynienia z pseudonaukowym bełkotem. Wszystkie te gadki o szmuglowaniu, gangsterach czy naukowym sabotażu były po prostu nudne, a użycie encyklopedycznych zwrotów i terminów opisując procesy zachodzące w wyniku spawania, po prostu żenujące. Tak proszę państwa "Artemis" to jeden wielki pamflet na temat hutnictwa i spawalnictwa, myślę że temat ten może zainteresować dość wąskie grono czytelników. 

Jak pisałam na wstępie mojej recenzji wprost pokochałam Marka Watneya. Wydawcy i spece od reklamy mówili mi, że pokocham również Jazz Basharę. Niestety stało się wręcz odwrotnie i trafiła do mojej dziesiątki najbardziej irytujących głównych bohaterów. To co mogło ujść "marsjaninowi"  nie jestem w stanie wybaczyć naszej młodej sabotażystce. Po tej książce widać, że nie każdy mężczyzna, nawet ten posiadający najbardziej rozbudowaną wyobraźnię, jest w stanie wczuć się w rolę kobiety i ją odpowiednio odegrać. Jazz Bashara jest przykładem na to, że "kobiety" są najmniej poznanym i obcym gatunkiem naszej galaktyki, przynajmniej w oczach mężczyzn. Typowo męskie żarty włożone w kobiece usta brzmią groteskowo a czasem wręcz niesmacznie. Autor z dziewczyny wychowanej w muzułmańskiej rodzinie, i zapewne w muzułmańskiej wspólnocie, zrobił szwendającą się po łóżkach nieznanych mężczyzn, puszczalską terrorystkę. Kolejny raz to co ujdzie mężczyźnie kobiecie niestety nie przystoi. Na domiar złego nasza bohaterka nie interesuje się niczym innym tylko swoim stanem konta. I tu dochodzimy do kolejnego problemu. 

Cała fabuła książki oparta jest na chciwości Jazz. Nie było by całej afery gdyby nasza główna bohaterka nie połasiła się na oferowany jej milion gitów. Jak dla mnie było to troszkę za mało by ładować się w kłopoty i narażać własne życie, a taki właśnie finał był bardziej niż oczywisty. Kiedy nie lubisz głównej bohaterki, reszta postaci wydaje się być stereotypowa a cała fabuła oparta na zbyt naciąganej fasadzie, wtedy co nam zostaje? Miejsce osadzenia powieści. Tym razem wylądowaliśmy w Artemis, pierwszym zbudowanym przez ludzi mieście na księżycu. Powinno być ciekawie a jak wyszło? Artemis, to miasto turystyczne, zbudowane z kilku połączonych ze sobą baniek mieszkalno usługowych, gdzie naraz przebywa około 2 tysięcy mieszkańców i przybyszów z Ziemi. Pewnie zaskoczy was fakt, że założycielem miasta była spółka wywodząca się z położonej na równiku Kenii. Żałuję, że autor nie zadał sobie trudu by poinformować czytelników jakim cudem ten afrykański kraj stał się liderem w dziedzinie kosmonautyki i lotów kosmicznych? Szkoda. 
Jednak sam Księżyc, podobnie jak cała powieść, jest szary i nieciekawy. Artemis, jako miasto przyszłości, prezentuje sobą dość smutny i mało optymistyczny obraz społeczeństwa przyszłości. Na Księżyc, gdzie powinna trafić sama elita ludzi najinteligentniejszych, trafiają osobniki z półświatka, alkoholicy i przestępcy. Nawet w tak zamkniętej enklawie obudzą się nasze zwierzęce instynkty. Sprawdza się tu teza Baudelaire, prekursora symbolizmu i dekadentyzmu, że społeczeństwo chyli się ku upadkowi moralnemu. 

Przyznam szczerze, że sięgając po "Artemis" spodziewałam się ciekawego, prekursorskiego dzieła na miarę "Marsjanina". Niestety dostałam dość mdłą, napisaną tuzinkowym językiem pulpę, przy której trzeba mieć wiele cierpliwości by doczytać do końca. Muszę się zgodzić z krytykami i przyznać, że poprzeczka została zawieszona zbyt wysoko a upadek z takiej wysokości jak Księżyc musi być niezwykle bolesny. Trzymam kciuki za Andiego Weira i liczę na to, że uda mu się podnieść i napisać kolejny bestseller, który złapie mnie za serce.  

Tytuł : "Artemis"
Autor : Andy Weir
Wydawnictwo : Akurat
Data wydania : 22 listopada 2017
Liczba stron : 418





Copyright © 2014 CZYTANKA NA DOBRANOC , Blogger