Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty
"Pan rasmussen" Grzegorz Gortat

"Pan rasmussen" Grzegorz Gortat

 Przeglądając recenzje "Pana Rasmussena" na portalu literackim lubimyczytac.pl zauważyłam, iż większość czytelników uważa tę książkę za lekki pseudo-obyczajowy kryminał lub wręcz zwykłą obyczajówkę z wątkiem morderstwa. Nieliczni recenzenci zauważyli tutaj coś więcej. Jedna czy dwie osoby zaliczyły utwór Gortata do literatury psychologiczno-obyczajowej. Jednak nikt nie dopatrzył się w tej książce satyry na ówczesne konsumpcyjne, "wyzwolone" społeczeństwo, a moim zdaniem ta książka aż huczy od krytyki i niezadowolenia autora. Zresztą samo wybranie państwa skandynawskiego (czytaj opiekuńczego) na miejsce w którym rozgrywa się fabuła, jest znaczące. Szwecja i Norwegia to kraje znane z tolerancji i rozbudowanego systemu socjalnego, które powoli zaczynają tracić swoją europejską tożsamość. Choć jestem zwolenniczką otwartych granic i międzynarodowościowej integracji, tak cieszę się że ktoś zwrócił uwagę na jej nieuniknione konsekwencji. I to w "zwykłym" kryminale.


Kiedy Henryk Rasmussen wraca do domu z porannych zakupów, zastaje otwarte drzwi mieszkania, a w kuchni martwą żonę. Policyjne dochodzenie pozostawia wiele do życzenia, więc Pan Rasmussen bierze sprawy w swoje ręce…Czy Pan Rasmussen to kryminał? Zapewne, są przecież zbrodnia, ofiara i policyjne śledztwo.Ale przede wszystkim jest to jednak powieść o miłości, przemijaniu, zawiedzionych nadziejach, iluzji postępu i odchodzeniu świata, jaki znamy. O nieuchronności społeczno-ekonomicznych procesów, których nie jesteśmy w stanie powstrzymać.


 
Henryk Rasmussen ma już swoje lata. Jest znanym i szanowanym antropologiem, który będą na emeryturze czyta książki i zajmuje się swoją zniedołężniałą, poruszającą się o balkoniku i kochającą muzykę, żoną. Kocha ją na tyle, że każdego dnia idzie do piekarni po świeże bułeczki. Pewnego dnia po powrocie do domu mężczyzna nie słyszy muzyki...już wtedy wie, że stało się coś strasznego. I ma rację. Jego żona nie żyje, mieszkanie zostało wywrócone do góry nagami, zniknęło parę drobiazgów. Pomimo dowodów i zeznań Henryka , który ma swojego podejrzanego, policja działa opieszale i morderca pozostaje na wolności. Nasz bohater postanawia wziąć sprawy we własne ręce i wymierzyć sprawiedliwość. Podejrzanym jest Karl, chłopak z biednej rodziny, który już kiedyś okradł państwo Rasmussenów. Gdyby traktować naszą książkę jak kryminał, to z ręką na sercu wam mówię, że byłby to najgorszy przedstawiciel tego gatunku, z jakim miałam do czynienia. Po prostu za mało się tutaj dzieje. Jest zbrodnia i ma zostać wymierzona kara. Nie ma tutaj akcji ani tempa. Cała fabuła rozgrywa się w myślach naszych bohaterów. To właśnie tam powstaje plan zemsty i Henryk Rasmussen trzyma się swojego planu od początku do końca. Jest chyba najbardziej zimnokrwistą i zdyscyplinowaną postacią literacką jaką spotkałam na swojej czytelniczej ścieżce. To było wprost nie do pojęcia jak mężczyzna, który stracił swoją ukochaną, wieloletnią małżonkę, może tak trzeźwo myśleć. I jeszcze obmyślać jak by tu pomścić jej śmierć. Ponieważ książka miała zaledwie 300 stron i do tego zapisanych grubym drukiem, czytelnicy nie dostali tutaj szczegółowej analizy psychologicznej postaci. I tego mi troszkę zabrakło. Owszem autor starał się przybliżyć nam sylwetkę głównych bohaterów poprzez ich dzienniki i listy, jednak było tego stanowczo za mało. Za mało Rasmussena....a co jeszcze bardziej zauważalne - za mało Karla. A szkoda ponieważ jego przemiana w nazistę-skinheada była warta głębszej analizy. Bardzo żałowałam, że "Pan Rasmussen" nie został w całości napisany w pierwszej osobie, moim zdaniem dałoby to lepszy efekt i bardziej przemówiło do czytelników. 

 Jak napisałam wyżej, nie uważam by książka Gortata była kryminałem. A przynajmniej nie tylko. Więc czym jest? Nad tym trzeba się zastanowić. Z pewnością znajdziemy tutaj elementy powieści obyczajowej, fragmenty opowiadające o życiu naszych bohaterów, ich przeszłości, pracy, miłości, stracie i życiu z nią. Jest to również powieść psychologiczna, ponieważ duża jej część poświęcona jest na przemyślenia naszych bohaterów, na analizę ich myśli i zachowań. Jednak tym co mnie zaciekawiło jest rozbudowane tło społeczno-ekonomiczne. Można tutaj zauważyć iż autor jest świadomym swojego otoczenia Europejczykiem, który zauważa pewne niepokojące procesy, zachodzące w naszych państwach. Jakiś czas temu nawet Polska otworzyła swoje granice i dziś po kilku latach możemy dostrzec tego skutki. Chodząc ulicami Warszawy coraz częściej słyszę obce języki, coraz częściej obsługują mnie ludzie z "akcentem". Oczywiście nie ma w tym nic złego. Jednak do czasu. Do czasu kiedy przyjezdni przestaną się asymilować a zaczną wprowadzać swoje prawa. Autor tej książki podaje nam kilka przykładów na to, jak w ostatnich latach zmieniły się skandynawskie (nigdzie co prawda nie jest to napisane, ale uważam że chodzi o Szwecję) realia. Dam wam jeden zaczerpnięty z książki przykład : piątek, około godziny 13. W większych miastach zamykane są ulice przy których stoją meczety, gdyż ze względu na zbyt dużą liczbę wiernych, muszą się oni modlić na ulicy. Autor boi się tego, iż wkrótce stracimy swoją tożsamość, staniemy się tworem multi-kulti, zapomnimy o własnej wierze, tradycji i obyczajach. A wszystko to w imię szeroko pojętej tolerancji i równouprawnienia. 

Czy "Pan Rasmussen" jest ciężki w odbiorze? Czy jak uważają czytelnicy lubimyczytac.pl , jest raczej lekką lekturą? Grzegorz Gortat pisze lekkim i zdecydowanie łatwo przyswajalnym językiem, jednak to czy będziecie szukać drugiego dna w jego powieściach będzie zależeć jedynie od was. Moim zdaniem niniejsza książka jest wielowymiarową lekturą, która zdecydowanie zmusza do zwiększonego wysiłku intelektualnego, co charakteryzuje literaturę raczej wysokich lotów. Czyli taką jaką uwielbiam.Było to moje pierwsze spotkanie z autorem, lecz z pewnością nie ostatnie.  Polecam. 


Tytuł : "Pan Rasmussen"

Autor : Grzegorz Gortat

Wydawnictwo : HarperCollins Polska

Data wydania : 5 sierpnia 2020

Liczba stron : 302

 

 

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 

Z jednego z przeczytanych jakiś czas temu artykułów dowiedziałam się, że strzelaniny w szkołach to w USA norma. Średnio raz w tygodniu ktoś otwiera ogień. 14 lutego tego roku, w Parkland na Florydzie, uzbrojony nastolatek wtargnął na teren szkoły, z której jakiś czas wcześniej został wydalony z powodów dyscyplinarnych. Zginęło 17 osób a 14 zostało rannych. W 2012 roku, w Newtown, 20-letni Adam Lanza po zastrzeleniu swojej matki, pojechał do pobliskiej szkoły, gdzie zastrzelił 26 osób,  większość to dzieci w wieku 6-7 lat. Historia zna wiele takich tragedii a z roku na rok jest ich coraz więcej. Czytamy o nich w gazetach, oglądamy w telewizji, jednak rzadko kiedy zdarza nam się przeczytać coś z punktu widzenia ofiar, szczególnie tych nieletnich. "Kolor samotności" opowiada fikcyjną historię 6-letniego Zacka, któremu udało się przeżyć strzelaninę w szkole. Jednak czy udało mu się przetrwać lata bólu i samotności, które po niej nastąpiły?   Pewnego dnia, tuż przed lekcją matematyki, do szkoły Zacka wpada uzbrojony mężczyzna i zaczyna się strzelanina. Chłopiec wraz z nauczycielem i innymi dziećmi chowa się w szafie. Zabitych zostaje 19 osób, w tym brat Zacka, Andy. Chłopiec nie może zapomnieć o tym wydarzenia. W myślach powracają do niego dźwięki i obrazy, które przywołują traumatyczne wspomnienia. Nie znajduje oparcia ani w przyjaciołach ani w rodzinie. Wszyscy oni pogrążeni są we własnej żałobie i nie mają dla chłopca czasu. Osamotnione dziecko znajduje własny sposób na wyjście z traumy. Ucieka w magiczny świat literatury i sztuki, dzięki któremu próbuje zrozumieć i uporządkować swoje uczucia. Wierzy, że znajdzie sposób na to by pomóc nie tylko sobie, ale również najbliższym.   Zacka poznajemy w dniu kiedy zawalił mu się świat. Jedna z moich amerykańskich przyjaciółek namówiła mnie, żebym koniecznie posłuchała początku książki w formie audiobooka. Tak też zrobiłam. I momentalnie zalałam się łzami. Nawet jak już przerzuciłam się na wersję papierową, w głowie cały czas dźwięczał mi głos narratora, młodziutkiego Kivlighana, znanego z dubbingów telewizyjnych. Jego głos jest tak nasiąknięty emocjami, że jak opowiada o strzelaninie, zamknięciu w szafie, ścisku, ciasnocie, pocie i strachu tak miałam wrażenie, że jestem jednym z uczestników tej masakry. Muszę oddać autorce, że to dzięki jej narracji było to możliwe. Jest ona tak obrazowa, tak przepełniona uczuciami, że czytelnik momentalnie utożsamia się z bohaterami, z brzucha wyrasta mu mentalna pępowina, która swoimi mackami wczepia się w karty książki. Od tej pory czujemy to co Zack, myślimy tak jak Zack, wraz z nim cierpimy i wkraczamy do tunelu, na którego końcu widać światełko nadziei.   Wybranie na narratora powieści 6-letniego chłopca, było zabiegiem ciekawym i dość niecodziennym. Choć zdarzyło mi się przeczytać sporo powieści o strzelaninach w placówkach dydaktycznych, tak ta jest pierwszą opowiedzianą z perspektywy dziecka. Dorośli często wychodzą z założenia, że tragiczne wydarzenia, których uczestnikami są małe dzieci mają mały wpływ na ich rozwój, zostaną szybko zapomniane gdyż małoletni nie do końca rozumieją ich znaczenie i konsekwencje. Nie zdają sobie sprawy, że to w tym wieku kształtuje się nasza osobowość, i traumatyczne wspomnienia z dzieciństwa będę miały wpływ na całe dalsze życie. Dla kogoś kto przeżył tragedię najważniejsza jest pomoc psychologiczna i wsparcie ze strony rodziny. Dziecko musi poczuć się jak w kokonie, pęcherzu płodowym, musi odbudować w sobie poczucie bezpieczeństwa, które zostało zniszczone. O Zacku wszyscy zapomnieli. Pogrążyli się we własnej żałobie, próbowali znaleźć sposób na życie w tych zupełnie nowych okolicznościach. Płakali nad utratą dziecka, walczyli z rodziną mordercy, szukali winnych, podsycali w sobie nienawiść. A gdzieś w tym wszystkim był Zack, który walczył o chwilkę uwagi, której się nie doczekał. Wzruszyła mnie scena, w której babcia chłopca, kupiła banany, uwielbiane przez zabitego brata Zacka. On jedyny je jadł. Owoce wylądowały w koszu na śmieci. Płakałam. Nie rozumiałam jak można w ten sposób traktować własne dziecko. Jedyne co słyszał to : później, nie teraz, nie przeszkadzaj, odejdź. Był przestawiany z kąta w kąt, traktowany przedmiotowo, wykluczony i skazany na cierpienie w samotności. Rodzina się rozpadła, każdy znalazł własną drogę prowadzącą do wyleczenia.   Autorka w przerażający, realistyczny sposób maluje obraz "po tragedii". Jej proza jest pełna życia, uczuć, namiętności i bólu. Opisuje nie historię jednej rodziny, lecz całej społeczności borykającej się ze stratą najbliższych. Ludzie, którzy do tej pory żyli w przyjaźni, zaczynają się od siebie oddalać, stają się nieufni, zamykają drzwi. Świat po masakrze traci barwy, na ziemię spada deszcz smutku. W rodzinie Zacka zamiast miłości pojawia się złość, krzyk, płacz i desperacja. Rodzice nie potrafią ze sobą rozmawiać. Jedynym spokojnym miejscem okazuje się szafa w pokoju brata. Szafa pełna książek, które stają się dla chłopca odskocznią. To właśnie one są inspiracją do wyrażenia siebie za pomocą kolorów, namalowania mapy uczuć gdzie czarny oznacza złość, zielony szaleństwo, żółty szczęście a czerwony zażenowanie. Zack był wyjątkowym, emocjonalnym i inteligentnym dzieckiem. Zachowywał się dorośle. Czasem nie mogłam uwierzyć, że miał dopiero 6 lat. Wydaje mi się, że to właśnie on rozpoczął proces godzenia się z nową rzeczywistością, to dzięki niemu możliwe było podjęcie próby "wyzdrowienia". Książkę tę powinni przeczytać wszyscy rodzice nawet Ci, którzy wiodą na pozór beztroskie i szczęśliwe życie. Autorka na przykładzie małego, niewinnego chłopca pokazuje, jaki wpływ na dziecko mają bezustanne kłótnie rodziców, warczenie na siebie, brak kontaktu fizycznego czy nawet zwykła obojętność. Powinniśmy otworzyć oczy i spojrzeć w dół na tych, których głosik jest najczęściej niesłyszalny. Mama i tata to dwie najważniejsze osoby w życiu dziecka. Symbolizują ciepło, bezpieczeństwo i harmonię. Nie odbierajmy tego dzieciom, nie bądźmy samolubni nawet w obliczu największych tragedii bo w końcu mamy dla kogo żyć.   Nie jest prawdą, że dzieci są "odporne". To, że wspomnienia wyblakną a czas wyleczy większość ran, nie oznacza  że echo wydarzeń z przeszłości nie będzie się odbijać w dorosłym życiu. Pamiętajmy, że dzieci się od nas uczą wzorców zachowań. Odpychając swoje pociechy, żałując im uwagi i miłości, wychowujecie nieczułego robota. Nie każdy jest jak Zack, który okazał się najbardziej odważny i dorosły ze wszystkich. Był jedynym bohaterem tej książki, postacią o której nie zapomnę do końca życia. I wierzcie mi w dzisiejszych czasach takich bohaterów jest wielu, skąd wiecie czy nie kryją się w waszych szafach?   Po każdej nowej strzelaninie politycy w telewizji zapewniają, że myślą o rodzinach ofiar, są z nimi i służą pomocą. Zamiast tych pustych słów powinni wziąć do ręki tę powieść, przeczytać, przemyśleć i wyciągnąć wnioski. Może warto zmienić prawo o swobodnym dostępie do broni palnej? Jak długo jeszcze będziemy czekać, aż strzały będą na porządku dziennym? Aż zamiast szkolnych mundurków nasze dzieci będą nosi kamizelki kuloodporne? "Kolor samotności" to piękna książka. Dobrze napisany, wzruszający i skłaniający do myślenia debiut literacki. Powieść wobec której nie można pozostać obojętnym. Zdecydowanie pierwsza dziesiątka 2018. Polecam.

 

 

 

 

"Tiger" Magda Mila

"Tiger" Magda Mila

Trylogia E.L. James Pięćdziesiąt twarzy Greya zapoczątkowała w naszym kraju modę na literaturę erotyczną jednak, co jest dość paradoksalne, mało kto się do tego przyznaje. Erotyki kojarzone są z zakompleksionymi kurami domowymi, których mąż zamiast zapewnić im seksualną rozrywkę, wywala się na kanapie z piwem w ręku. Jednak czy obraz ten jest prawdziwy? Nie sądzę. Jeśli chcecie się przekonać o omylności tej teorii, wystarczy że wejdziecie na jakikolwiek portal aukcyjny. Nawet dziś , wiele lat po premierze pierwszego tomu Greya, nadal jest on chętnie licytowany. I to bynajmniej nie przez kury domowe. Podbijają nawet mężczyźni! Kiedy autorzy i wydawcy zorientowali się, iż literatura erotyczna może być żyłą złota, w księgarniach zaczęły się pojawiać całe serie, jedna pikantniejsza od drugiej. Ja również czytam erotykę, jednak jako czytelnik z wysublimowanym gustem, od takich książek oczekuję nie tylko "scen" i wulgaryzmu, lecz również dobrego języka i stylu oraz fabuły, nawet byle jakiej. Magda Mila, jak już niejedna recenzentka zauważyła, jest jedną z najlepszych autorek tego gatunku i dlatego "Tiger" nie zawiódł moich oczekiwań. 

Życie Aleksa było idealne - przyjaciele, praca, sport. I oczywiście seks. Mnóstwo seksu - trójkąciki, orgietki... Życie proste, przyjemne i bez zobowiązań. Zawsze takie miało być. Nigdy nie zamierzał się zakochać. A już na pewno nie w niej - kobiecie, z którą związek mógł zniszczyć wszystko, co miał. Bywa jednak, że nawet największy twardziel ulegnie - wpierw pożądaniu, potem uczuciom. A nawet najrozsądniejsza kobieta zaryzykuje wszystko, by poczuć choć przez chwilę emocje, których nigdy nie zaznała.

Jakiś czas temu w moje ręce trafiło szeroko reklamowane "365 dni". Przebrnęłam przez pierwsze 20 stron i dałam sobie spokój. Doszłam bowiem do wniosku, że Pani Blanka Lipińska robi sobie z czytelników żarty. Oczywiście dobrze wiem, że literatura erotyczna to nie gatunek po którym oczekujemy podniet i wyzwań intelektualnych, jednak nawet on powinien trzymać jakiś poziom . "365 dni" było napisane w tak infantylny, irytujący sposób, iż odnosiłam wrażenie, że jest to książka dla nastolatków, oczywiście pomijając jej treść. Styl był trywialny, zdania beznadziejne , ja pisałam lepiej już w szkole średniej. Podniety umysłowej żadnej nie było, a do fizycznej niestety nie dotrwałam. Bo to już byłby masochizm. Jak zobaczyłam, że na rynku wydawniczym pojawiła się kolejna książka Mili, to podchodziłam do niej zarówno z wielkimi oczekiwaniami, jak i z lękiem. Bałam się, że autorka nie sprosta moim wymaganiom i kolejny raz będę rozczarowana. Na domiar złego nie czytałam poprzednich części i zastanawiałam się czy cokolwiek z tego dzieła zrozumiem...ale w końcu to literatura erotyczna, ma być gorąco a nie skomplikowanie, no chyba że chodzi o pozycje, wtedy jestem jak najbardziej na tak .
Już od samego początku zaczęło się dobrze ale dość schematycznie. Jak możemy przeczytać na okładce książki, nasz główny bohater Alex jest typowym macho, który kobiet się nie boi ( a przynajmniej nie bał do tej pory). Mówiąc dość wulgarnie, "przeleci" wszystko to co na drzewo nie ucieka lecz sam ucieknie jak tylko na horyzoncie pojawi się widmo poważnego związku. Alex jest jaki jest i nie zamierzam go krytykować, ba! nawet udało mi się go polubić i to przed metamorfozą. Schemat polega na tym, że kosa musi trafić na kamień. I wtedy pojawia się nasza heroina Oliwia. Bohaterka pełna sprzeczności. W jednym z wywiadów Magda Mila powiedziała, że napisanie książki zajmuje jej dwa miesiące, potem nadchodzi czas redagowania i w końcu do drukarni trafia gotowy projekt. Zajmuje to tak do pół roku. Moim zdaniem jest to zbyt szybko. Autorzy, korektorzy, redaktorzy i wydawcy powinni dać sobie więcej czasu na ewentualne poprawki i wymuskanie. Widać to na przykładzie Oliwii. Czasami miałam wrażenie , że dziewczyna cierpi na schizofrenię. Jej zachowanie jest niespójnie i brak w nim jakiejkolwiek konsekwencji. Kilkukrotnie wchodzi do tej samej rzeki, nie uczy się na błędach, z jednej strony coś chce a z drugiej nie jest pewna czy na pewno. Muszę przyznać, że nie udało mi się jej do końca poznać. A szkoda, bo zapowiadała się na naprawdę silną i interesującą postać kobiecą. 

Pewnie to co was najbardziej interesuje to "erotyczna" strona tej powieści. Czy będzie gorąco i oryginalnie? Moja odpowiedź zdecydowanie podniesie wam ciśnienie. Otóż.... będzie się działo i to w różnych kombinacjach. Autorka nie boi się tematów tabu, wykracza poza strefę komfortu i szokuje czytelników, oczywiście tylko tych wrażliwszych. Wspomniane przeze mnie kury domowe, pewnie by padły na zawał, a już na pewno mąż by miał po lekturze "przerąbane". Głównym motywem "Tigera" jest BDSM. Pojawiają się również relacje swingerskie oraz różne inne ekstrema. Jeśli jesteście dobrymi dziewczynkami, które robią "te rzeczy" tylko z mężem i pod kołderką, to z pewnością będziecie musiały pobiec do Kościoła odklepać parę zdrowasiek. Oczywiście nie chcę tutaj obrazić niczyich uczuć religijnych. Po prostu jest to erotyka w prawdziwym tego słowa znaczenia. Nasz główny bohater Alex jest właścicielem klubu BDSM i to właśnie tam rozgrywa się większość fabuły. Tematy masochizmu, sadyzmu czy dominacji są w naszym społeczeństwie kojarzone negatywnie, jednak Magda Mila , opisując sceny erotyczne zrobiła to z takim smakiem i wyczuciem, że nie kojarzyło mi się to z perwersją czy wulgaryzmem. Było po prostu gorąco.  Sexu było tutaj w sam raz, ani za mało ani za dużo. Momentami nawet miałam wrażenie, że to uczucia były najważniejsze a nie cielesność. Książka często skręcała w kierunku romansu i balansowała na tej krawędzi. Mi osobiście bardzo się to podobało, gdyż sprawiło że bohaterowie stali się bardziej ludzcy i dało się zgłębić ich osobowość (choć w przypadku Oliwii nie do końca).

"Potrzeby rozbudzone przez dobry erotyk znajdują ujście w rzeczywistych kontaktach z partnerem, a to znacząco wpływa na rozkwit życia erotycznego" - zdanie to znalazłam na jednym z blogów literackich i muszę się pod nim podpisać obiema rękami. Po lekturze "Tigera" z pewnością zapragniecie "więcej". Oczywiście wątpię czy od razu pobiegniecie do sklepu z zabawkami dla dorosłych by zaopatrzyć się w pejcze czy zatyczki analne, jednak z pewnością staniecie się bardziej otwarci na eksperymenty. Mój mąż zawsze się cieszy kiedy widzi, jak czytam literaturę erotyczną, gdyż wie że sam na tym skorzysta. Tym razem byłam bardzo podekscytowana, podniecona i odważniejsza niż zazwyczaj. A to wszystko przez jedną, niepozornych rozmiarów książkę. 

Zapomnijcie o wszelkiego rodzaju dopalaczach, tabletkach na obniżone libido, masażach mających zwiększyć waszą seksualność czy też terapiach małżeńskich. Zamiast tego biegnijcie do księgarni po najnowszą książki Magdy Mili, a najlepiej po wszystkie trzy części. Jeśli ja, już po jednej zrobiłam się gorąca jak fajerka, to co to będzie jak przeczytam pozostałe? Myślę, że z mojego męża to pozostanie wypompowany flak. Ale za to szczęśliwy. I wam również tego życzę. Polecam. 


Tytuł : "Tiger"
Autor : Magda Mila
Wydawnictwo : Habanero
Data wydania : 25 sierpnia 2020


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 




"Siostra mojej siostry" Izabella Frączyk

"Siostra mojej siostry" Izabella Frączyk

     "Siostra mojej siostry" to już druga przeczytana przeze mnie książka autorstwa Izabelli Frączyk. Pewnie niektórzy z was złapią się za głowę i spytają czemu jeszcze nie przeczytałam wszystkich, jednak musicie pamiętać, że polska kobieca literatura obyczajowo-romantyczna, nadal nie należy do gatunków po które sięgam w pierwszej kolejności. Powieści takie czytam z reguły po to, by jako recenzent wiedzieć jak zmieniają się tendencje gatunkowe, co aktualnie jest na topie a co stało się passe. Warto wiedzieć co w trawie piszczy. Jakiś czas temu popularne były pikantne erotyki, teraz widzę że wracamy do romantycznych, sielskich gospodyń domowych, których życie za sprawą fortunnego zbiegu okoliczności, zmienia się o 180 stopni. Choć nie jest to literatura z wyższej półki, tak pani Frączyk, zdecydowanie wie jak przypodobać się swoim czytelniczkom. Ma być słodko, lecz nie do przesady, pikantnie tam gdzie potrzeba, gorzko dla odmiany, a kwaskowato na samym końcu..i to właśnie finał tej powieści jest jej największym atutem...ale pewnie będę jedną z nielicznych czytelniczek, które mają takie zdanie. 

Hanka - owoc romansu matki z żonatym mężczyzną - wiedzie bardzo skromne życie w bieszczadzkiej wiosce, dopóki na jej drodze nie staje przyrodnia siostra, o której istnieniu dziewczyna nie miała pojęcia. Spokojna dotąd egzystencja bohaterki w jednej chwili staje na głowie, a ona sama niespodziewanie ląduje w samym centrum światka stołecznych celebrytów. Czy wychowana na głębokiej prowincji dziewczyna podoła wyzwaniom, czy też położy uszy po sobie i bogatsza o niecodzienne doświadczenia powróci na stare śmieci? 

Tym co już na samym wstępie rzuca się w oczy jest fakt, że powieść ta zbudowana jest na zasadzie kontrastu. Głównymi bohaterkami są dwie, zupełnie od siebie różne kobiety, które dowiadują się o swoim bliskim pokrewieństwie. Jednak, oprócz faktu że mają tego samego ojca, nie łączy ich nic innego. Moim zdaniem pani Frączyk troszeczkę za bardzo przesadziła z tymi różnicami, ich odmienność aż razi w oczy i momentami wydaje się być wymuszona. Hanna jest tak zwanym "wakacyjnym" dzieckiem.  Tatuś wyjechał na wakacje, poznał seksowną panią z obsługi (kelnerkę, masażystkę, ratowniczkę) i na koniec wyjazdu zostawił jej po sobie pamiątkę. Jak tylko się dowiedział, że jego gorąca odskocznia od rodzinnych problemów, sama mu ich przysporzy, tak szybko podkulił ogon i wrócił do, może już nie kochanej, jednak znanej i wiernej mu żony. Tym sposobem na świecie pojawiła się dziewczyna, która nigdy nie poznała swojego tchórzliwego ojca i została z góry skazana na bycie półsierotą. Osoby, które nie wychowały się w pełnych rodzinach mają zazwyczaj silne charaktery, odwagę i determinację. Taka właśnie jest Hanna. Choć życie jej nie rozpieszczało, a w domu często brakowało pieniędzy, dziewczyna nie poddała się. Wykazywała się inicjatywą, brała sprawy w swoje ręce i robiła wszystko byle tylko zdobyć pieniądze a życie oraz realizację swoich marzeń. A jej marzenia były naprawdę wielkie. Po matce dziewczyna odziedziczyła talent do malowania i pewnego dnia chciała otworzyć galerię gdzie wystawiłaby swoje dzieła. Jednak do tego potrzeba nie tylko zdolności i czasu, lecz również pieniędzy. Pewnie nie każdy z nas pamięta, że dobre farby mogą kosztować majątek. Hannę poznajemy w momencie, kiedy jej życie wali się w gruzy. Ze względu na fatalną pogodę, jej nowy biznes okazał się katastrofą i musiała do niego dokładać. Ostatnie pieniądze poszły na kocią karmę i jedynym co utrzymało naszą bohaterkę przy życiu był fakt, że miała ogródek w którym rosły owoce i warzywa, dzięki którym nie umarła z głodu. Wiecie jednak co było najpiękniejsze? Że pomimo przeciwności losu dziewczyna nie traciła nadziei oraz pogody ducha. Z chęcią pomagała innym i wierzyła, że i jej się kiedyś uda. 
Na drugim końcu Polski, w pięknym designerskim apartamencie, o powierzchni ponad 200 metrów kwadratowych, mieszka siostra przyrodnia Hanny- Kaja. Kaja jest prezenterką telewizji śniadaniowej, znaną ze swojej urody celebrytką, dla której najważniejsze w życiu są sława i pieniądze. Wszystkich ludzi traktuje z góry, tymi biednymi gardzi z bogatymi się bawi. Mężczyźni są dla niej niczym zabawki, które się nudzą po kilku "użyciach". Nikogo nie kocha, nikogo nie lubi. Jedyną osobą bez której nie może się obejść jest jej managerka, które niejednokrotnie wyciągnęła ją z wielkich kłopotów. Te największe mają jednak nadejść. Kaja należy do tego gatunku bohaterek, których nie da się polubić. Autorka obdarzyła ją tymi wszystkimi cechami, których staramy się unikać w innych ludziach. Muszę przyznać, że bardzo ciężko było mi z nią obcować, czytać o jej perypetiach, bez sarkastycznego uśmieszku na ustach, który świadczył o tym, że cieszyłam się każdą jej porażką. Jest to typowa antybohaterka literatury kobiecej, idealna osoba do poddanie totalnej metamorfozie. Jednak autorka nie do końca poszła tą drogą. I bardzo dobrze, bowiem wiem z doświadczenia że takie osoby są zazwyczaj niereformowalne. 

Książka ta porusza temat środowiska dziennikarzy, autorów i wszelkiego rodzaju celebrytów, które znamy z okładek kolorowych pism i programów telewizyjnych, środowiska które wielu z nas fascynuje ze względu na swój koloryt i bogactwo. Kilka dni temu oglądałam program o ludziach, którzy za wszelką cenę chcą poprawić swoją urodę. Poddają się operacjom plastycznym, zabiegom kosmetycznym, krępują sobie palce u nóg by się zmieściły w mniejsze buty, spędzają całe dnie na siłowni i faszerują się hormonem wzrostu...wszystko to po ty by być piękniejszym i tym samym mieć większą szansę na wejście w szeregi celebrytów. Jednym z bohaterów tego programu był młody chłopak, który lubił się dobrze ubrać i samą swoją prezencją sprawiał wrażenie kogoś znanego. Na dodatek lubił pokazywać się w klubach odwiedzanych przez artystów i celebrytów, więc szybko zainteresowały się nim kamery. Jak widzicie sama uroda może sprawić, ze staniemy się w centrum zainteresowania. Właśnie to jest głównym przesłaniem pani Frączyk i muszę przyznać, nie za bardzo przypadło mi ono do gustu. Z zawodu jestem dziennikarzem i choć do najbrzydszych nie należę tak z pewnością do Charlize Theron brakuje mi dość sporo. Jednak znam troszkę dziennikarskie środowisko i wiem, że tutaj samą urodą nie za wiele się zwojuje, trzeba jeszcze mieć po pierwsze wykształcenie, po drugie doświadczenie, a po trzecie znajomości. Pani Frączyk zdaje się o tym zapominała. Jej bohaterki robią błyskawiczną karierę, choć w rzeczywistości nie miałyby nawet szans na dostanie się do redakcji. Nasza przebojowa Kaja nawet nie wie , że Chiny nadal są komunistyczne, a jej siostra (nie oszukujmy się)jest typową dziewczyną ze wsi, która do tej pory nie miała styczności z telewizją czy internetem... Takie osoby z miejsca nie stają się gwiazdami telewizji, pogodynkami a nawet sekretarkami. Nawet w Stanach Zjednoczonych, w czasach American Dream, scenariusz taki byłby mocniej niż naciągany. 
Zresztą cały dziennikarski światek u Pani Frączek jest mocno przerysowany. Dobry dziennikarz bardzo dużo pracuje i bardzo dużo zarabia. To nie robota do której przychodzi się na kilka godzin, odwali swoje i ma fajrant. To spotkania redaktorskie, zbieranie materiału, merytoryczna obróbka i w końcu prezentacja. To kilkanaście godzin dziennie poświęconych pracy i to właśnie dlatego mówi się, że dziennikarze nie mają życia osobistego. U Frączek życie osobiste i erotyczne jest, i jest go nawet w nadmiarze, myślę że stereotyp seksistowskiego, napalonego redaktora już dawno się przejadł.

Ponarzekałam, skrytykowałam to teraz czas na coś dobrego. Największym atutem tej książki jest zapewne to, że dzieje się tutaj naprawdę sporo. Powieść ma wiele wątków, wielu bohaterów i praktycznie na każdej stronie dowiadujemy się o czymś nowym, pojawia się jakaś rewelacja, która zmienia i jeszcze bardziej komplikuje życie naszych bohaterów. W centrum zainteresowanie znajduje się głównie Hanna, która niczym magnes przyciąga do siebie mężczyzn. Dziewczyna może przebierać w adoratorach niczym w ulęgałkach i właściwie to z tej opcji korzysta. Muszę przyznać, że jej wybory w większości dyktowane były rozsądkiem, dlatego to co się stało pod sam koniec książki dosłownie wbiło mnie w fotel. I jak myślałam, że to Kaja jest tą złą? Okazuje się, że prawdę miał twórca przysłowia "cicha woda brzegi rwie"...a może to to całe zdeprawowane środowisko dziennikarskie tak zepsuło tę niewinną, bieszczadzką dziewczynę? O tym już musicie przekonać się sami. Dlatego jak tylko otworzą jutro księgarnie to kupcie wznowione wydanie świetnej książki pani Frączyk, i choć ma ona "zimową" okładkę, tak w środku jest naprawdę gorąca atmosfera. 


Tytuł : "Siostra mojej siostry"
Autor : Izabella Frączyk
Wydawnictwo : Prószyński i S-ka
Data wydania : 26 listopada 2019
Liczba stron : 416


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :
 


https://www.proszynski.pl/
 
A dostępna jest w salonach lub sklepie internetowym sieci :  
https://www.empik.com/zbyt-blisko-daniels-natalie,p1227335289,ksiazka-p
 

"Sonia" Magdalena Zimny-Louis

"Sonia" Magdalena Zimny-Louis

Ostatnio oglądając wiadomości telewizyjne czy przeglądając gazety zauważyłam, iż praktycznie codziennie pojawiają się newsy o krzywdzonych dzieciach. Nie wiem czy to przez te upały, czy też jako matka dwójki zaczęłam bardziej zwracać uwagę na cierpienie maluchów, jednak codziennie słyszę o dzieciach zamordowanych, pobitych, zgwałconych, wyrzuconych czy zostawionych w zamkniętym samochodzie na czterdziestostopniowym upale. Gdzieś kiedyś przeczytałam, że koniec świata poznamy po tym, że zginą wszyscy niewinni. Czyżby apokalipsa się już rozpoczęła? Magdalena Zimny-Louis w swojej książce "Sonia" porusza bardzo ważny i niezwykle szokujący temat pedofilii. Choć nie ma tutaj brutalnych opisów, czy przekazu rodem z produkcji braci Sekielskich, tak książka ta porusza i może służyć za bardzo dobry wstęp do dyskusji na temat patologicznych zachowań. Teraz, już po lekturze, muszę przyznać iż nadal jestem w szoku. Autorce udało się owinąć mnie wokół palca, przepuścić przez maszynkę do mielenia uczuć, wyżymać i powiesić na sznurku. Wiem, że niektóre obrazy z tej książki pozostaną we mnie już do końca życia i właśnie to,świadczy o jakości utworu, że zapada w pamięć i zmienia światopogląd czytelnika.

W 1979 roku dziewięcioletnia Sonia i piętnastoletnia Maria spędzają ostatnie rodzinne święta Bożego Narodzenia. Ojciec porzuca córki i żonę i wyjeżdża z inną kobietą do Ameryki. Jego nagłe odejście załamuje całą konstrukcję rodziny Hamerów, w której psują się nie tylko stosunki między siostrami, lecz także dochodzi do tragedii. Sonia dopiero po ucieczce z domu wskazuje prawdziwego sprawcę wielokrotnych gwałtów i aktów przemocy, jakich była ofiarą, jednak najdroższe jej osoby – mama i siostra – odwracają oczy i milczą. Co jeszcze musi się wydarzyć, żeby dorośli uwierzyli w krzywdę, jaką wyrządzono dziecku? 

Wstydzimy się mówić o pedofilii. Dla normalnych ludzi traktowanie nieletnich jako obiektów seksualnie atrakcyjnych, jest afirmacją poważnych zaburzeń psychicznych. Często nie możemy uwierzyć w to, iż nasze dzieci mogą w kimś wzbudzać tak potężne, skrajne emocje, że jest on gotowy do popełnienia przestępstwa. Właśnie przez tę niewiarę często bagatelizujemy problemu, uważając, że przecież on nas nie dotyczy. Niestety, drodzy państwo, to że zamkniemy oczy i odwrócimy się plecami nie zmieni rzeczywistości. Z pedofilami próbowano walczyć na wiele sposobów. Kiedyś ich kamieniowano i wypalano na skórze piętna, trafiali na krzesła elektryczne a w bardziej "cywilizowanych" społeczeństwach stosowano różnego rodzaju leki obniżające popęd seksualny. Niestety wszystkie te zabiegi nie przyniosły skutku i tych chorych ludzi z roku na rok jest coraz więcej. Dzięki powszechnemu dostępowi do internetu, gdzie "bywają" młodzi nastolatkowie i naiwne, nieświadome dzieci, zboczeńcy czują się jak w raju. Liczba potencjalnych ofiar jest nieograniczona. Jednak niebezpieczeństwo, które czyha na nasze dzieci, nie przychodzi jedynie z zewnątrz, o czym skutecznie przekonała mnie Magdalena Zimny-Louis. Akcja "Sonii" rozgrywa się bowiem w czasach kiedy globalna sieć była jeszcze w sferze fantazji a telefonia komórkowa w powijakach. Źli ludzie musieli bardziej się postarać a prawda, jak wychodziła na jaw, albo szokowała lokalną społeczność, albo była przez nią odrzucana. Mam w rodzinie ciotkę, której mąż popełnił samobójstwo. Ta kobieta odseparowała się od całego świata, unika znajomych i najbliższych a zakupy robi w sąsiednim mieście. Zrezygnowała nawet z telefonu stacjonarnego gdyż bała się zbytniego zainteresowania i wścibskich sąsiadów. Spadł na nią nimb hańby, a przynajmniej sama tak uważa, gdyż tak naprawdę w dzisiejszych czasach, mało kto interesuje się swoim otoczeniem. Ot facet się wyhuśtał, a życie toczy się dalej. Jednak ciotka jest kobietą starej daty i pewnych rzeczy nie da się jej wytłumaczyć. Dla niej mąż z ukochanego stał się grzechem, który uczynił ją czarną owcą w rodzinie, jednostką skazaną na samotność. My, gatunek ludzki, nie lubimy odmienności. Chcemy być tacy jak nasi sąsiedzi zza ściany czy koledzy z pracy. No może marzymy o lepszym samochodzie czy wakacjach w jeszcze dalszym, bardziej egzotycznym kraju ale nic ponad to. Oczywiście chętnie byśmy trafili do telewizji śniadaniowej, jednak jako celebryci a nie ofiary a nie daj boże sprawcy. W naszej rodzinie, naszym domu nie ma prawa dziać się nic złego, bo przecież takie rzeczy to dzieją się tylko w telewizji, w "Trudnych sprawach" czy "Wiadomościach". Właśnie taka znieczulica i (parafrazując naszego byłego prezydenta), "pomroczność jasna" dotknęła kilku z bohaterów niniejszej książki. Choć dostały dowody na to, że ich dzieci są molestowane, choć same dziewczynki dosłownie pokazały jakie "zabawy" rozgrywają się w ich sypialni, to nikt im nie uwierzył. Czytając tę powieść, zastanawiałam się nad tym, jakie to straszne, kiedy nasi właśni rodzice nam nie ufają, szczególnie w tak ważnych sprawach jak nasza krzywda. Niestety sytuacje, kiedy matka "przymyka" oko na, jak to nazywa, nieobyczajność swojego partnera względem córki, czy wręcz zwala całą winę na jej frywolny wygląd, nie należą do rzadkości. Zanim zaczniemy walkę z pedofilią na dobre, powinniśmy najpierw wyedukować społeczeństwo, oduczyć je wstydu. Musimy zacząć słuchać naszych dzieci i nie oglądać się na innych. Sąsiadów i przyjaciół zawsze można znaleźć nowych a krzywdy wyrządzone w młodości, pozostają w psychice człowieka już na zawsze. Żałuję jedynie, iż autorka potraktowała problem pedofilii nieco stereotypowo : oczywiście winnymi całego zła tego świata są księża, homoseksualiści czy ojczymowie. Niestety, zboczeńcy nie ograniczają się do tych grup społecznych. Sam fakt, że największa liczba pedofili znajduje się w środowisku nauczycielskim świadczy o tym, że znane nam stereotypy są przestarzałe i mogą okazać się bardzo krzywdzące. 

Oprócz pedofilii, autorka porusza również temat imigracji. Ci, którzy śledzą mojego bloga wiedzą, iż ponad dziesięć lat temu opuściłam nasz piękny nadwiślański kraj, i wyjechałam na studia do deszczowej, lecz jakże tajemniczej i uroczej, Irlandii. Nie martwcie się, nie zostałam wieczną studentką. Po otrzymaniu dyplomu postanowiłam zostać na zielonej wyspie i to właśnie tutaj jest dziś mój dom. Przez te lata emigracji poznałam bardzo wielu przybyszów z różnych zakątków naszego świata. Pracowałam i z Brazylijczykami i z Nepalczykami, ba trafił się nawet obywatel Wysp Wielkanocnych i Madagaskaru. Jednak wierzcie mi, to co mówią o emigracji polskiej, ze wszystkimi jej przywarami i kolorytem, jest jak najbardziej prawdziwe. Jesteśmy bardzo wyróżniającą się diasporą i niestety, nie zawsze darzą nas sympatią. Ja również miałam parę rozczarowujących i smutnych doświadczeń z przybyszami znad Wisły. W Irlandii sprawdza się powiedzenie, że prędzej pomoże nam obcy niż nasz rodak. Magdalena Louis sama jest emigrantką, na stałe mieszkającą w Wielkiej Brytanii, więc doskonale wie jak się sprawy mają. W swojej najnowszej książce postanowiła jednak odesłać naszych bohaterów jeszcze dalej, aż za ocean, by tam prowadzili intensywne życie "hamerykańskich" Januszów i Mariolek, wraz z ich Brajanami i Dżesikami. Muszę przyznać, że pomimo ciężkich tematów które porusza to książka, kilkukrotnie nie mogłam powstrzymać się od śmiechu, jak czytałam o amerykańskiej Polonii. Bawiły mnie utapirowane blondyny w stylu Peggy Bundy i wystrojeni w kolorowe dresy podstarzali amanci, którzy po kilku latach za wielką wodą już zapomnieli rodzimego języka. Bawiła mnie ich hipokryzja i przemądrzałość, wywyższanie się i przechwalanie dolarami, które specjalnie rozmieniali na mniejsze nominały, by portfel wydawał się grubszy. Byli to ludzie, którzy wyjechali w pogoni za swoim "amerykańskim snem" jednak kiedy się z niego obudzili to okazało się, że po dziesięciu latach zostali na bruku ze startą ubrań zapakowaną w worek na śmieci. Nie dorobili się ani fortuny, ani domów, ani nawet zielonej karty. Podobał mi się kontrast, który stworzyła autorka, porównując jeszcze komunistyczną Polskę, do kolorowych, wyzwolonych i rozwiniętych technologicznie Stanów Zjednoczonych. Właśnie takich smaczków poszukuję w literaturze. Kiedy w kraju Gierka kupowało się meblościanki, piło oranżadę z saturatorów a łazienkę czyściło octem, tak u naszych przyjaciół za oceanem montowano klimatyzacje, pito coca-colę i opracowywano formułę na Domestos. Jakie to musiało być zarazem piękne i dziwne, wyjechać do kraju tak zaawansowanego technologicznie i próbować się tam odnaleźć. Muszę powiedzieć, że podziwiałam zarówno Marię , jak i Alę, które choć wybrały zupełnie różne ścieżki w drodze do sukcesu, to konsekwentnie po nich stąpały.

Zresztą "Sonia" to nie tylko książka o różnicach pomiędzy rozwiniętym Zachodem, a tym co pozostało za Żelazną Kurtyną, to również opowieść o przeszłości i teraźniejszości, i tym jak przez te trzydzieści lat zmieniło się nasze społeczeństwo. Z jednej strony gołym okiem widać co się zmieniło : technologia ruszyła z kopyta, granice się otworzyły, nastąpiła częściowa, a gdzieniegdzie nawet całkowita liberalizacja obyczajów. Z drugiej strony jednak, nadal żyją ludzie, którzy wychowali się w starym systemie, którzy pewnych rzeczy nie są w stanie zaakceptować. Żeby daleko nie szukać, weźmy pod lupę chociażby moją babcię, która zawsze się krzywi na widok tęczowej flagi i jest oburzona tym, co się wyprawia na Palcu Zbawiciela. Zawsze mówi, że Zbawiciel to się teraz w grobie przewraca. 
Głównym tematem naszej książki, który nawet przez samą autorkę jest sukcesywnie spychany gdzieś na peryferia fabuły, jest odnalezienie Sonii i dowiedzenie się, co takiego wydarzyło się w przeszłości. Jaka tragedia doprowadziła do rozbicia rodziny? Czy oskarżając dziewczyna mówiła prawdę czy też realizowała swój konkretny plan? Muszę przyznać, iż zakończenie powieści nie dostarczyło mi wyczerpującej odpowiedzi. Owszem była zaskakujące jednak mam wrażenie, że autorka nie do końca je przemyślała. A może po prostu zostawiła sobie otwartą furtkę do kontynuacji? Jeśli tak to chętnie ją przeczytam.

Magdalena Zimny-Louis umie pisać tak, by czytelnik był w stanie wiecznego napięcia. Muszę przyznać, że w przypadku powieści obyczajowych, jest to zadanie trudne i wymagające wielkiego zaangażowania. Styl autorki charakteryzuje pewien młodzieżowy "sznyt", który sprawia że jej dialogi są niezwykle współczesne, zabawne i takie jakich oczekiwałam po ludziach, którzy mogliby być moimi rówieśnikami. Louis nie boi się męskiego, brutalnego i dobitnego języka, lubi grać na emocjach, oburzać czy wręcz szokować czytelników. Nie często w końcu zdarza mi się czytać o masowaniu "księżych" genitaliów. Z chęcią przeczytam kolejne książki autorki, a jeśli nadarzy się taka okazja, to i poprzednie. Wam również polecam.

Tytuł : "Sonia"
Autor : Magdalena Zimny-Louis
Wydawnictwo : Świat Książki
Data wydania : 13 lutego 2019
Liczba stron : 336



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję portalowi : 
https://sztukater.pl/
"Zranić marionetkę" Katarzyna Grochola

"Zranić marionetkę" Katarzyna Grochola

     Jakiś czas temu będąc z wizytą u rodziców, zmuszona zostałam do obejrzenia jednego odcinka tasiemca "Na wspólnej". No dobrze, może nie przykuto mnie do kaloryfera i kazano gapić się w telewizor, jednak moja mama lubi decybele, więc nie szło uciec przed głosami bohaterów, więc jak już słuchałam to chociaż chciałam wiedzieć, do kogo należy głos. Trafiłam akurat na scenę w której dwóch gówniarzy, podkłada śpiącemu (chyba bezdomnemu) mężczyźnie, bomby hukowe, jednocześnie nagrywając całe zdarzenie na komórkę. Właśnie wtedy dowiedziałam się o istnieniu takiego zjawiska jak patostreamy- czyli postowanie szeroko pojętej patologii w mediach społecznościowych. Muszę przyznać, że nie początku nie mogłam w to uwierzyć. Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że od kiedy na yt da się zarobić, to w sieci pojawiło się mnóstwo śmieci, jednak nie wiedziałam, że nasze społeczeństwo posunie się do tego, by "lajkować" przemoc. Kiedy jedna z moich koleżanek wspomniałam mi o najnowszej książce Grocholi, w której autorka porusza temat tego zjawiska, nie mogłam się powstrzymać i postanowiłam ją przeczytać, licząc że dowiem się więcej. I dowiedziałam...a teraz jestem przerażona, bo scenariusz jaki stworzyła autorka, jest niestety bardzo prawdopodobny. A może nawet się już zdarzył?

Warszawa, tu i teraz. W luksusowym apartamencie odnalezione zostaje ciało znanego biznesmena. Po oględzinach miejsca zdarzenia policja ogłasza, iż było to samobójstwo. Gdy jednak wkrótce dochodzi do kolejnych tajemniczych zgonów, śledczy muszą wziąć pod uwagę, że za wszystkim może stać morderca. Sprawę prowadzi Natan, doświadczony policjant, jeden z ostatnich mężczyzn z zasadami, i przydzielona mu przez policyjną „górę” młoda antropolożka Weronika, pisząca pracę doktorską na temat samobójstw. Obydwoje zmagają się z demonami przeszłości, a nowe śledztwo zaprowadzi ich w rejony, których nawet nie byliby w stanie sobie wyobrazić.

Nazwisko Grochola, kojarzy mi się z łzawymi romansami, sztampowymi powieściami obyczajowymi i ogólnie pojętą literaturą kobiecą. Więcej na temat tej autorki z pewnością usłyszelibyście od mojej mamy zamiast od mnie, gdyż nie jestem fanką tego gatunku. Jednak kiedy dowiedziałam się, że pisarka postanowiła wypuścić się na głębokie wody, porzucić swoją zonę komfortu, i zacząć na przeciwnym biegunie literackim, to nie poczułam nic innego tylko wielki szacunek. Nie każdy się bowiem odważy na tak ryzykowny krok, szczególnie w czasach, kiedy konkurencja jest ogromna.  Katarzyna Grochola miała jednak coś, co nieco ułatwiło jej start, a tym czymś było znane i szanowane nazwisko. Wiadomo, że wierne czytelniczki i tak się poświęcą i przeczytają a pisząc coś nowego autorka zyskała szansę na zyskanie nowych fanów. Muszę przyznać, że ja dałam się przekonać. Mało tego, uważam iż "Zranić marionetkę" było jednym z lepszych, oryginalnych i przerażających thrillerów psychologicznych jak czytałam. Aż nie mogłam uwierzyć w to, że wyszło spod pióra autorki, która jeszcze kilka lat temu pisała o miłości, zdradach, rozstaniach i wiejskich dworkach. 
"Zranić marionetkę" to książka, w której wszystko mamy podane jak na tacy, znamy nawet mordercę. Pewnie teraz pomyślicie, że to trochę kiepsko, gdyż ominie nas element zaskoczenia, jednak nic bardziej mylnego. Fakt, że wiemy kto morduje i wiemy też dlaczego nic nie zmienia. Nadal książka jest pełna zwrotów akcji, ślepych zaułków i ciągle się pojawiających nowych motywów i tematów. Mamy tutaj do czynienia ze wspomnianym już patrostreamingiem, pedofilią, przemocą domową czy korupcją. Jak widać autorka nie boi się szokować. Zresztą sam wątek skrzywdzonej w dzieciństwie przez ojca kobiety, która zakłada stronę internetową, gdzie znajduje ofiary przemocy w rodzinie, którym stara się w "niekonwencjonalny" sposób pomoc, zasługuje na medal. Jako wielbicielka kryminałów i pasjonatka thrillerów psychologicznych, bardzo rzadko trafiam na coś co może mnie zaskoczyć. Tym razem Grochola wspięła się na wyżyny swojej wyobraźni (bo nie wiem czy może być jeszcze lepiej) i stworzyła dzieło, które przez kilka godzin trzymało mnie w napięciu, dodam że to były te godziny przeznaczone na sen. Od tej książki po prostu nie da się oderwać. Kiedy już już wiemy co się wydarzy, Pani Kasia zmienia zdanie i znowu zaczyna meandrować, porzuca jeden temat na koszt drugiego, tworzy nieprawdopodobne zwroty akcji, którymi zaskakuje czytelnika. Zaskoczył mnie jedynie koniec książki. Zaskoczył i jednocześnie rozzłościł. To właśnie tam, dwójka naszych głównych bohaterów zastanawia się co ma zrobić, wtedy kiedy ja z góry wiedziałam co jest słuszne, Co TRZEBA zrobić, by świat stał się lepszy.

Zastanówmy się chwilkę nad dzisiejszą młodzieżą. Na wstępie chciałam zaznaczyć, że sama nie byłam aniołkiem, wracałam do domu pijana, popalałam trawkę i zdarzyło mi się parę incydentów w które zaangażowana była również policja. Jednym słowem byłam rozrabiaką. Jednak przejście po rozpadającym się moście, wrzucenie koleżance do plecaka śmierdzące jajko czy podłożenie gumy na siedzenie nauczycielki, nijak się ma do tego co wymyślają dzisiejsi nastolatkowie. Wydawanie odgłosów pierdzenia już nie śmieszy, teraz trzeba nagrać jak się robi kupę. Każdy z was zapewne oglądał komedie z serii "American pie"? To chciałam wam powiedzieć, że również i one są już passe. Smutna prawda jest taka, że dzisiejsza młodzież już nie chce rozrabiać jak my kiedyś. Oni chcą zaistnieć, zdobyć szacunek i poważanie. I oczywiście zrobić to w sposób jak najmniej obciachowy i oryginalny. A co jest oryginalne? Okazuje się, że to co szokuje, jest z pogranicza norm społecznych, jest brutalne i "świeże". Stąd właśnie się wzięły patostreamy. Są one odpowiedzią na modę i popyt. Dzisiejsi młodzi ludzie, nie tylko chcą być najlepsi, lubiani i sławni, chcą również móc sobie powiedzieć " popatrzcie są ludzie bardziej świrnięci ode mnie". Żyjemy w świecie gdzie nie ma tabu, w świecie znikających więzi społecznych, gdzie ludzie już nie potrafią ze sobą rozmawiać. Liczy się tylko "lajk", "kciuk w górę" czy liczba wyświetleń. Mało nas obchodzi kto lajkuje i ogląda, ważne by zdobyć kolejne unikatowe IP. Do tej pory myślałam, że w "zabawę w patostreamy" bawią się dzieci i młodzież z rodzin albo patologicznych właśnie, albo takich w których jest znikoma władza rodzicielska. Książka Grocholi pokazuje jednak, że jest zupełnie inaczej. Nie ważne jak wychowują nas rodzice, czy spędzają z nami czas czy też puszczają samopas, czy kontrolują czy dają wolną rękę, najważniejsze jest jednak otoczenie, które będzie nas oceniać i osądzać czyli koledzy ze szkolnej ławy i podwórka. Wiadomo przecież, że w oczach rodziców nigdy nie będziemy przegrywami, jednak jeśli taka etykietka trafi do nas w szkole, to nasza kariera towarzyska jest skończona. A jak wiadomo człowiek jest istotą społeczną i musi być otoczony przez innych by czuć własną niezależność.
Chcąc sprawdzić, skąd Pani Kasia, ma tak doskonałą wiedzę na temat młodzieży, postanowiłam zgooglować jej sylwetkę. Byłam bardzo zaskoczona kiedy dowiedziałam się, że ma córkę, Dorotę Szelągowską, która prowadzi jeden z moich ulubionych programów telewizyjnych na temat wystroju wnętrz. Co prawda Pani Dorotka ma już ponad 30 lat i wygląda na aniołka, jednak może to ona była pierwowzorem Marceliny bądź Miśki? Oczywiście to są żarty, jednak muszę przyznać, iż portrety psychologiczne nastolatek były bardziej niż wiarygodne. Miałam wrażenie, ze wyjdą z kart książki i usiądą koło mnie. Czułam ich fascynację , bunt, ciekawość i jednocześnie desperację i strach. Wiedziały, że sięgają po owoc zakazany, jednak konsekwencje jego zerwania były przez nie konsekwentnie ignorowane. To co się stało potem, dosłownie wyrzuciło mnie z butów. Spodziewałam się, że małolaty dostaną nauczkę, jednak w życiu nie sądziłam, że będzie ona aż tak dotkliwa. Chciałabym aby każda czytelniczka, która sięgnie po tę książkę, podzieliła się nią ze swoim nastoletnim potomstwem. Niech wiedzą. Co z tego, że jest tu przemoc, brutalna siła, morderstwa i szokujące treści? Wierzcie mi wasze dzieci więcej złego zobaczą w internecie. 

No dobrze, a co z miłością? Czy najnowsza książka Pani Grocholi, zadowoli również wierne czytelniczki? Otóż miłe Panie, uczucie to się pojawi, jednak nie zdominuje fabuły powieści. Paradoksalnie jest to książka, o tym jaki "nie powinien być związek" i jak łatwo wpakować się w coś, z czego ciężko jest się potem wyplątać. Związek porucznika Natana z Joaną bawił mnie do łez, choć w gruncie rzeczy więcej było tutaj z tragedii niż z komedii romantycznej. Sama sylwetka młodej artystki była ciekawie wykreowana, choć muszę przyznać iż nieco przerysowana i stereotypowa. Niemniej jednak się w niej zakochałam. Podobnie zresztą jak w Natanie, który wyrobił sobie w moich oczach opinię "policjanta z ludzką twarzą". Choć był odważny, inteligentny i błyskotliwe to czasami popełniał błędy i nie wstydził się do nich przyznawać. Jego wpadki na komendzie były przekomiczne. Więc jak widzicie miłość tutaj będzie, jednak samej cielesności, buziaczków i przytulasków tu raczej nie znajdziecie. 

Katarzyna Grochola umie pisać tak, by trzymać czytelnika w nieustającym napięciu. Muszę przyznać, iż troszkę się obawiałam tego "debiutu" w nowym dla niej gatunku, jednak to co dostałam sprawiło, że pisarka dostała u mnie nieskończony kredyt zaufania. Jeśli każda z jej książek ma tak genialną fabułę, jest tak świetnie napisana i broni się przed tym by odłożyć ją na półkę, to w ciemno biorę wszystkie, nawet jeśli to romanse erotyczne. "Zranić marionetkę" to książka o której długo nie zapomnę, powieść która mnie przeraziła, zszokowała i nauczyła czegoś nowego. Dziś stwierdziłam, że boję się ludzi i tego do czego mogą się posunąć byle tylko stać się rozpoznawalni. Kiedyś sądziłam, że światem rządzi pieniądz, teraz muszę zweryfikować swoją opinię okazuje się bowiem, że to media społecznościowe stanowią o naszym być albo nie być. Biorąc pod uwagę, że książka Grocholi opowiada o samobójcach, to nasze społeczeństwo czeka dość ponury scenariusz. Zastanawiam się, czy jest jeszcze czas żeby zmądrzeć? Polecam. 


Tytuł : "Zranić marionetkę"
Autor : Katarzyna Grochola
Wydawnictwo : Literackie
Data wydania : 29 maj 2019
Liczba stron : 496



Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu :  




            Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html


"Nieobecność" Magdalena Piekorz, Ewa Kopsik

"Nieobecność" Magdalena Piekorz, Ewa Kopsik

Bardzo często zdarza się tak, że kiedy w końcu w naszym życiu pojawi się ten jedyny , bądź ta najukochańsza, to jednocześnie dzieje się coś, co nie pozwala nam w pełni cieszyć się naszym szczęściem. Tym czymś może być choroba, utrata pracy czy śmierć kogoś bliskiego. Niestety życie nie jest sprawiedliwe, a w przyrodzie musi być równowaga. Właśnie taki ponury scenariusz spotkał bohaterkę niniejszej książki. Choć wiemy, że jej bezpośrednią inspiracją była postać znanej polskiej reżyserki i scenarzystki, Magdaleny Piekorz, to zarówno postaci jak i wydarzenia z życia literackiego pierwowzoru, zostały zmienione. Autorki stworzyły zupełnie nową bohaterkę, tancerkę o wielkich aspiracjach, której marzeniem jest zagranie głównej roli w teatrze. Pani Piekorz, jako współtwórczyni tej powieści, zabawiła się w zamianę ról, porzuciła reżyserię na rzecz tego co jest po drugiej strony kamery. Książkowa Pola to typowa primabalerina, kochająca biżuterię i błysk klejnotów, ambitna primabalerina, która zrezygnowała z życia osobistego i poświęciła się karierze. Jednak kiedy pewnego razu w pociągu miłość jednak ją dogoniła, to długo nie walczyła z tym uczuciem. Siły musiała zachować na bitwę z czymś o wiele potężniejszym, z podstępną boreliozą. 

Opowieść o walce z chorobą, której przyglądała się cała Polska. Historia inspirowana przeżyciami reżyserki Magdaleny Piekorz.
W życiu uzdolnionej baletnicy wszystko zaczyna się układać. Dostaje upragnioną rolę, spotyka mężczyznę, przy którym wreszcie czuje się szczęśliwa i kochana. Kres idylli przychodzi niespodziewanie. Ciężka choroba przekreśla wszystkie plany, odbiera sprawność i wymarzoną pracę. Kolejni lekarze bezradnie rozkładają ręce. Życie młodej kobiety zamienia się w piekło. W końcu słyszy diagnozę: borelioza. Do tragedii doprowadza ukąszenie kleszcza sprzed 10 lat. Rozpaczliwa walka o życie nie uznaje kompromisów i wystawia na próbę miłość. Nie jest jednak silniejsza od chęci powrotu na scenę.


Lubicie spacerować po lasach, miejskich parkach i uroczych łąkach? Wyprowadzacie psy, uprawiacie jogging a może gracie z dziećmi w piłkę na przyblokowych boiskach? Muszę wam wyznać prawdę : nigdzie nie jesteście bezpieczni, gdyż w waszej najbliższej okolicy zamieszkał : kleszcz. Teraz pewnie parskniecie i wzruszycie ramionami mówiąc, "co nam może zrobić takie małe stworzonko". Otóż, jeśli jeszcze tego nie wiecie, to bardzo dużo, i to złego. Ten owad jest nosicielem wielu groźnych chorób, często zmutowanych. Jedną z nich jest borelioza, zwana inaczej wielkim imitatorem. Do tej pory poznałam jedną osobę, która zachorowała w wyniku ukąszenia. Mężczyzna ten, tylko dlatego prowadzi normalne, aktywne życie, że był świadomy tego co mu się przydarzyło. Po wyciągnięciu kleszcza zabrał go do specjalistów, którzy stwierdzili (po przeprowadzeniu odpowiednich badań), że zwierzę było chore. Kiedy pojawił się rumień na ciele mojego znajomego, sprawa była już przesądzona. Zachorował. Ponieważ lekarze od początku wiedzieli co mu dolega, mogli rozpocząć terapię. W tym przypadku kuracja wieloantybiotykowa się powiodła. Co prawda mój kolega nadal jest nosicielem jednak, dziś, po kilku latach od wykrycia choroby, praktycznie wszystkie jej objawy ustąpiły, a nowe ogniska się nie pojawiają. Na szczęście. Bohaterka niniejszej książki, oraz sama jej autorka Magdalena Piekorz, tego szczęścia miała niestety mniej. Po pierwsze przez pierwszy rok nie była poprawnie zdiagnozowana i to nie z winy lekarzy. Jeśli nie wiemy co mogło być przyczyną zachorowania, kiedy na przykład zapominamy  ukąszeniu kleszcza, bardzo ciężko jest specjalistom wykryć boreliozę, gdyż jest ona uważana za jedną z najbardziej podstępnych chorób, ponieważ potrafi imitować objawy innych schorzeń. Często mylona jest ze stwardnieniem rozsianym, zespołem jelita drażliwego, rakiem a nawet psychozą. Zdarza się również i tak, że pomimo fakt, że pacjent zaalarmował lekarzy o tym,iż został ugryziony przez kleszcza , to przeprowadzone z krwi testy dają wynik negatywny. Niestety w Polsce bardzo rzadko się je powtarza , dla porównania we Francji są robione trzykrotnie i dopiero trzy wyniki negatywne dają pacjentowi stuprocentową pewność. Kolejną rzeczą świadczącą o podstępności tej choroby jest fakt, że jest ona praktycznie niewyleczalna. Podobnie jak sepsa atakuje wszystkie organy, kończyny, mięśnie i kości. Kolejność jest dowolna. Najczęstszym sposobem na leczenie pacjenta jest podawanie antybiotyków. Niestety często leki ten nie przynoszą żadnych rezultatów a jedynie pustoszą organizm. Tak właśnie było w przypadku naszej bohaterki. Tym co jej pomogło była : terapia niekonwencjonalna z użyciem fal elektromagnetycznych. Niektórzy zapewne uznają to za szarlatanerię, jednak są "żyjące" dowody na to, że działa i Magdalena Piekorz jest jednym z nich. 
Muszę przyznać iż to nie z lekcji biologii czy z telewizji dowiedziałam się najważniejszych faktów na temat boreliozy, lecz właśnie z tej powieści. Do tej pory nie zdawałam sobie sprawy jaka to ciężka i niebezpieczna choroba i jak bardzo może uprzykrzyć życie i doprowadzić człowieka do momentu, kiedy mówi sobie "dość". 

W książce "Nieobecność" pojawia się miłość, i to ta wyśniona, długo wyczekiwana, być może ta, która ma być jedyną. Ci, którzy znają biografię scenarzystki wiedzą, że w zmaganiach z chorobą pomagał jej były już partner. W książce jest troszeczkę inaczej, mężczyzna się dopiero pojawia....wraz z pierwszymi oznakami choroby. Musze przyznać, że podziwiałam zarówno jego jak i ją. Sama nie wiem czy znalazłabym w sobie tyle siły, by wspierać kogoś w chorobie, zajmować się domem, gotować, wysłuchiwać narzekań, pocieszać , a przede wszystkim patrzeć jak ukochana osoba cierpi. Wiem, moje słowa mogą wydać się samolubne, jednak nie każdy może patrzeć na ból i chorobę, szczególnie jak dotyka najbliższych. Tutaj sytuacja była jeszcze bardziej skomplikowana. Do choroby Poli doszedł burzliwy rozwód jej ukochanego, jego małoletni synek oraz zaburzenia obsesyjno-kompulsywne bohaterki, które miały ogromny wpływ na jej życie. Ci, którzy żyją w związkach z żonatymi bądź też czekającymi na rozwód osobami wiedzą o czym mówię. A jak nasi ukochani posiadają z byłym/byłą dzieci to jest nawet gorzej. Cały czas zastanawiamy się czy nasz partner jest nam wierny, czy nie wskoczy do łózka byłej żony kiedy będzie odwiedzał syna, czy nie zapragnie do niej wrócić ze względu na dobro dziecka. Obawy tej natury, których doświadczała nasza bohaterka, jeszcze bardziej potęgowała choroba, która ogarnęła również jej układ nerwowy i wywołała psychozy maniakalne. Jaki był tego rezultat, to już przeczytajcie sami. Jednak jedno jest pewne : bardzo często dzieje się tak, że jak przyjdzie choroba to odchodzą przyjaciele. Szczególnie jeśli choroba jest niezdiagnozowana i cały świat myśli, że symulujemy lub mamy po prostu, tak dziś popularną depresję. Nasi przyjaciele zaczynają się od nas odsuwać, telefon dzwoni coraz rzadziej, mało kto wpada z kwiatami czy życzeniami powrotu do zdrowia. Zapomina o nas nawet pracodawca, który (szczególnie w branży artystycznej, która żyje z dnia na dzień) spisał nas już na straty. Choruje się niestety w samotności czego doskonałym przykładem jest ta właśnie książka. Wspaniałym i przykrym jednocześnie. Są w życiu takie momenty, kiedy możemy liczyć tylko i wyłącznie na rodzinę, choć to ją tak często krytykujemy.

Muszę przyznać, iż do tej pory nie słyszałam o współautorce tej książki , Pani Ewie Kopsik, okazuje się jednak, że pisarka ta wydała już wcześniej parę książek , które odniosły sukces na rynku wydawniczym.  Myślę, że "Nieobecność" szybko pójdzie w ich ślady. Jest to powieść napisana w dość specyficznej formie krótkich migawek, których nie ogranicza chronologia. Raz cofamy się aż do dzieciństwa naszej bohaterki, raz towarzyszymy jej w "dniu dzisiejszym". Raz w przód, raz w tył, jednak nigdy nie wyglądamy w przyszłość gdyż jest ona zbyt niepewna. Książka zbudowana jest z kilkudziesięciu rozdziałów, które są niczym krótkie opisy najważniejszych wydarzeń lub też przemyśleń bohaterki. Już same ich tytuły sporo zdradzają z treści. Jednak z tego pozornego chaosu bardzo szybko wyłania się spójna całość. 

Do tej pory najbardziej bałam się raka. I posocznicy, sepsy. Bałam się zarówno długoletniego cierpienia jak i szybkiej śmierci w męczarniach. Dziś do moich lęków dołączył kolejny a na imię mu borelioza. Mieszkam przy lesie w którym co wieczór biegam, mam ogród w którym również spędzam wiele godzin. Teraz każde moje wyjście na dwór będzie obłożone strachem, gdyż wiem że wokół mnie grasuje tysiące stworzeń, które tylko czekają na to by zatopić swoje małe "kły" w moim ciele i podzielić się ze mną chorobą, która je trawi. Oczywiście nie chcę was straszyć, jednak potraktujcie tę książkę jako przestrogę. Dbajcie o siebie i wasze dzieci oraz zwierzęta. Strzepujcie ubrania , oglądajcie się, myjcie często włosy i nie wchodźcie w krzaki. A jeśli już zobaczycie przyczepionego kleszcza to zabierzcie go na "badania". To ważne, gdyż pomaga lekarzom w postawieniu diagnozy, co w przyszłości może uratować wam życie. Przeczytajcie koniecznie. Ku przestrodze. 

Tytuł : "Nieobecność"
Autor : Magdalena Piekorz, Ewa Kopsik
Wydawnictwo : Sonia Draga
Data wydania : 15 maja 2019
Liczba stron : 208




Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję portalowi : 
https://sztukater.pl/


"Zanim się obudzę" Agnieszka Bednarska

"Zanim się obudzę" Agnieszka Bednarska


      Czy słyszeliście kiedyś o Zachariaszu Dunlapie ze Stanów Zjednoczonych, u którego komisja lekarska orzekła śmierć mózgu a on sam nieświadomie przysłuchiwał się rozmowom na temat przygotowań do własnego pogrzebu? Przypadek ten jest głośny na cały świat i przypomina nam, że nawet lekarze mogą się mylić i to w sprawach najwyższej wagi. Kiedy ciało Zachariasza było przygotowywane do pobrania narządów, ordynator szpitala wydał przyzwolenie dla najbliższej rodziny, na to by mogła przyjechać i ostatni raz się pożegnać. Szczęśliwym trafem wśród bliskich chorego znaleźli się pielęgniarze i to właśnie oni zauważyli, iż Dunlop reaguje na bodźce. Zbadali go i nie zgodzili się na pobranie narządów do transplantacji. Klika dni później mężczyzna został wybudzony ze śpiączki. Jego relację można obejrzeć w Internecie. Choć w dzisiejszych czasach medycyna znacząco poszło do przodu tak pewne definicje nadal pozostają niezmienne. Jedną z nich definicja śmierci, która funkcjonuje w neurochirurgii nieprzerwanie od 1968 roku. Według niej człowiek umiera w momencie, kiedy umiera jego mózg a konkretniej pień mózgowy. Choć od końcówki XX wieku dużo się zmieniło, powstało wiele nowych teorii, z których duża część poparta jest dowodami, tak do tej pory nikt nie ośmielił się ingerować w zapisy z Deklaracji z Sydney. 

Z rzeki zostaje wyłowiona kobieta – wyziębiona i prawie martwa. W szpitalu zapada w śpiączkę. Ma nikłe szanse na wybudzenie się. Policja nie potrafi ustalić jej tożsamości, nikt nie zgłasza jej zaginięcia. Opiekująca się nią siostra Brygida nadaje jej imię Selena i od tej pory poświęca się opiece nad dziewczyną. Do tej samej sali trafia Kamil, chłopak z objawami śmierci mózgowej. Ordynator namawia jego rodziców do podpisania zgody na pobranie organów od Kamila, ale oni się nie zgadzają. Matka, patrząc na syna, nie wierzy w jego śmierć.


"Zanim się obudzę" to książka, której autorka, Agnieszka Bednarska próbuje zmierzyć się z zagadnieniem jakim jest śmierć mózgowa. Temat ten jest bardzo trudny, szeroko dyskutowany i wzbudzający kontrowersje.  Każdego dnia w śpiączkę, zapadają setki osób. Niekiedy jest ona wywoływana narkotykami czy truciznami, kiedy indziej jest następstwem wypadku czy świadomym działaniem lekarzy. Choć w internecie pojawia się mnóstwo relacji ludzi, którzy zostali wybudzeni, tak zastanawiam się czy można im wierzyć. Informacje na temat tego, co jest "po drugiej" stronie, są bowiem bardzo rozbieżne. Jedni widzą tunel z którego wydobywa się białe światło, inni trafiają na zieloną łąkę, jeszcze inni w pustkę. Nawet jeśli chcielibyśmy wszystkie te relacje zebrać w jedną całość i na jej podstawie stworzyć obraz świata "po śmierci", to trud ten spełzł by na niczym, gdyż zbyt mało jest tutaj punktów stycznych. Musimy spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać, że nie wiemy co się z nami stanie po śmierci i dopóki sami jej nie przeżyjemy to się nie dowiemy. Przeszukiwanie internetu w poszukiwaniu odpowiedzi na to filozoficzne pytanie jest bez sensu. Nie znaczy to jednak, że nie możemy się tym tematem interesować, gdyż jak najbardziej powinniśmy. 
Ja osobiście jestem wielką zwolenniczką transplantologii. W portfelu noszę kartę dawcy i cała moja rodzina została poinformowana o mojej decyzji. Wierzę, iż jeśli stanie mi się krzywda i mój mózg będzie nie do odratowania, to uda mi się ocalić życie innych. Muszę przyznać iż po przeczytaniu tej książki, co prawda nadal nie zmieniłam zdania, jednak ogarnęły mnie pewne wątpliwości. Sama przed sobą musiałam przyznać, iż moja decyzja była podjęta bez wielkich przemyśleń. Patrzyłam tylko na tę jasną stronę medalu. Na te płuca i wątrobę, na serce i nerki, które mi już nie będą potrzebne a inni na nie czekają latami. Podpisując "kartę" nie myślałam o sobie i o tym co się ze mną stanie. Książka Bednarskiej uświadomiła mi, że jest również inna, mroczna strona medalu, o której mówi się rzadko albo wcale. Z jednej strony wcale się nie dziwię, gdyż jak by powiedzieć ludziom, że tak naprawdę lekarze nie są w 100 procentach pewni, że pobierają organy od zmarłych, to nikt nie zgodził by się na to by być dawcą. Z drugiej może warto całą dostępną wiedzę udostępnić społeczeństwu, tym samym dając mu możliwość wyboru? Cieszę się, iż przeczytałam tę książkę. Gdyż teraz wiem więcej. Jestem bardziej świadoma i choć mojej decyzji nie zmienię, tak jeśli kiedykolwiek w przyszłości będę musiała o czymś ważnym zadecydować to nie zrobię tego pochopnie tylko z rozwagą i namysłem, gdyż konsekwencje mogą być tragiczne. 

Agnieszka Bednarska zadała sobie wiele trudu by uczynić tę książkę jak najbardziej wiarygodną. Wiedza na temat śmierci mózgowej, śpiączki czy transplantologii nie jest ani powszechna ani popularna. Powiedzmy sobie szczerze : zwykłe szaraczki jak my ( przepraszam jeśli kogoś obrażam), zazwyczaj nie czytują medycznych pism branżowych a ich wiedza na temat chorób i sposobów ich leczenia zaczerpnięta jest z Doktora Housa czy Ostrego Dyżuru. Owszem, jeśli trafi się gorący temat, który przez kilka tygodni nie będzie schodził z czołówek dzienników telewizyjnych, tak znajdzie się wielu "znawców" tematu, domorosłych lekarzy, z których każdy będzie chciał wyrazić własną opinię, czy to w gronie rodziny (przy piwku) czy na forum. Cieszę się, iż autorka zdecydowała się na podjęcie takiego trudnego tematu i jednocześnie nie potraktowała go jednostronnie. Nie jest to książka, która między słowami namawia nas do tego, byśmy zostali dawcami. Momentami wręcz nas do tego zniechęca. Bednarska zadbała o to, by przedstawiony temat nie miał przed nami żadnych tajemnic. W powieści pojawiają się lekarze o różnych, często bardzo skrajnych lub niepopularnych, punktach widzenia, którzy symbolizują to, co się dzieje na polskiej scenie neurochirurgii i transplantologii. Mamy tutaj zdesperowaną panią ordynator, która zrobi wszystko byle tylko zdobyć potrzebne organy, oraz doktora Yao Nakamurę, który uważa iż śmierć mózgowa jest mitem, gdyż za pomocą odruchów nie możemy sprawdzić działania wszystkich zakamarków umysłu i zobaczyć, czy gdzieś jeszcze tli się życie. Jak widzimy mamy tutaj do czynienia ze skrajnymi punktami widzenia, jednak autorka robi wszystko by zapełnić dzielącą je przepaść. Pojawiają się tutaj również inni lekarze, i Ci którzy jeszcze nie wyrobili sobie własnego zdania i Ci, którzy boją się je wyrazić. Podobnie jest z pielęgniarkami, rodzinami pacjentów oraz samymi pacjentami, których głos, pomimo tego że trwają w śpiączce, też możemy usłyszeć. Choć powieść ta zaliczana jest do gatunku thrillera medycznego, tak by dokładnie przedstawić swoją wizję, autorka dodała do niego element fantastyczny. Jednak nie martwcie się, gdyż tak naprawdę jest on bardziej metaforyczny niż science fiction. Jak napisałam wyżej, nie ma wspólnego obrazu "życia po śmierci" , dlatego autorka stworzyła własną poczekalnię, w której spotyka się to co rzeczywiste z tym co duchowe. Bez tego wymiaru, książka pozbawiona byłaby głębi. 

W szpitalu, na całe szczęście, byłam do tej pory jedynie dwa razy. I te dwa razy wiązały się dla mnie zarówno z wielkim bólem jak i momentami niebotycznego szczęścia. Mowa tutaj oczywiście o moich  porodach. W Irlandii, gdzie rodziłam, położne, stażystki, lekarze oraz cała obsługa szpitala są cudownymi, empatycznymi i niezwykle pogodnymi ludźmi, których obchodzi komfort drugiego człowieka. Jednak czytając prasę wiem, że tak dobra "opieka" nie jest na porządku dziennym, a ja po prostu miałam szczęście. W "Zanim się obudzę" pojawia się postać salowej Bernardy, która pełni tutaj wymiar symboliczny. Jest ona symbolem miłości, dbałości o bliźnich, poświęcenia czyli tego, co powinno charakteryzować pielęgniarską posługę. Z miejsca się w niej zakochałam i modlę się o to, że jeśli kiedykolwiek trafię do szpitala, to tylko pod skrzydła tak czułej, rozumiejącej i doświadczonej osoby. Oczywiście Bernarda nie jest kobietą bez wad i sporo można jej zarzucić, jednak to tylko czyni ją bardziej rzeczywistą i wiarygodną. W końcu, kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamieniem. Pokochałam również zamkniętego w sobie i nieco ekscentrycznego doktora Nakamurę, doświadczoną przez los Selenę czy Kamila, chłopaka któremu "nic nie dolega" a nie potrafi się wybudzić z komy. Historia każdego z naszych bohaterów jest przejmująca i chwyta za serce. Choć nie jestem czytelnikiem o słabych nerwach, tak muszę przyznać, iż parokrotnie się popłakałam. Nie wytrzymałam widoku dziewczynki biegnącej za swoją uciekającą matką czy łez w oczach córeczek śmiertelnie chorego na serce tatusia, którego jedyną nadzieją jest śmierć kogoś innego. 

Na okładce książki możemy przeczytać, iż Agnieszka Bednarska jest absolwentką Pedagogiki, jednak okazało się iż w 2005 roku nasz piękny kraj nie potrzebował ludzi z takim wykształceniem. Autorka wraz z rodziną zmuszona została do wyjazdu do Wielkiej Brytanii, gdzie mieszka do dziś. Choć z mojej strony będzie to zapewne samolubne, to muszę przyznać iż troszkę się cieszę z faktu, iż Pani Bednarska nie znalazła u nas zatrudnienia. Jeśli dostałaby swój własny gabinet i grono dzieciaków z problemami, to z pewnością nie miałaby czasu na napisanie tak cudownej, wzruszającej i dopracowanej powieści. Zapewne wiecie o tym , że są różne sposoby jedzenia delicji. Jedni oddzielają galaretkę od ciastka, inni połykają w całości jeszcze inni wrzucają do herbaty czekając jak rozmięknie. Ja najpierw obgryzam ciasteczko, potem czekoladę z galaretki a na koniec ją samą długo trzymam na języku, aż się do końca rozpuści. Podobnie było z tą powieścią. Delektowałam się każdym słowem, niektóre fragmenty czytałam wielokrotnie, przystawałam i analizowałam. Była to dla mnie istna uczta zmysłów i chciałam bardzo za nią autorce podziękować. Polecam głodnym i spragnionym dobrej literatury.


Tytuł : "Zanim się obudzę"
Autor : Agnieszka Bednarska
Wydawnictwo : Media Rodzina
Data wydania : 23 maja 2019
Liczba stron : 460


Za możliwość przeczytania i zrecenzowania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu : 
https://mediarodzina.pl/index.php




Książka bierze udział w wyzwaniu czytelniczym :


http://www.posredniczka-ksiazek.pl/2019/01/olimpiada-czytelnicza-2019-zapisy.html

Copyright © 2014 CZYTANKA NA DOBRANOC , Blogger